Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Smocza straż

No i co ja mogę powiedzieć nowego? Mój syn na pytanie, jak mu się podobało, odparł: no mamo, przecież to Brandon Mull. I wszystko jasne, prawda?

Brandon Mull gwarantuje solidną dawkę przygód i silne emocje. Zgrabnie skonstruowana akcja, bohaterowie, z którymi można się utożsamić, prosty język, ciekawe postacie poboczne i mamy doskonały przepis na książkę, od której trudno się oderwać. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier w naszej rodzinie — wypatrywał tej książki nie tylko Tymek, ale także Olek i Gabryś, mój bratanek i siostrzeniec. A potem licytowali się, kto najszybciej przeczyta. No i padło oczywiście pytanie, kiedy następna część?

Brandon Mull, Smocza straż

Książki Brandona Mulla to świetny pomysł, jeśli macie w rodzinie dziecko, które chcecie zachęcić do czytania. Jego przygodówki powinny spodobać się jedenastolatkom i młodzieży, przygody rodzeństwa Sorensonów zafascynowały też niejednego dorosłego. „Smocza straż” to kontynuacja serii „Baśniobór” — warto do niej zajrzeć zanim zaczniecie czytać tę książkę. Jaśniejsze staną się na pewno słowa Stana Sorensona:

Szczerze mówiąc, znowu nie wiem, co począć. Moja odpowiedzialność jest oczywista. Ale jak daleko jestem gotów się posunąć? Ile potrafię zaryzykować? Czy uczciwie będzie dać im wybór? I czy to w ogóle wybór, skoro wiem, co zdecydują?

Dwa pokolenia: Dziadkowie i Wnuki połączone jedną misją — ochronić przed ludźmi azyle magicznych stworzeń i ochronić ludzi przez magicznymi istotami. W „Baśnioborze” rodzeństwo Kendra i Seth dowiedziało się, jakie zadania wykonują ich tajemniczy Dziadkowie, uczyło się nowych obowiązków i oczywiście ratowało świat. Wydawało się, że po zwycięstwie nad demonami nastaną spokojne i nudne (to słowa Setha) lata. Pojawiło się jednak nowe zagrożenie — smoki, które po latach niewoli i uwięzienia w azylach, zapragnęły znowu zakosztować wolności.

Brandon Mull, Smocza straż

Brandon Mull zgrabnie wykorzystał świat stworzony w „Baśnioborze”, by wykreować nową serię. Spotykamy Kendrę i Setha tuż po zakończeniu przygód opisanych w „Kluczach do więzienia demonów”. Dziadkowie mają nadzieję, że nastaną spokojne czasy, Kendra próbuje uporać się z własnymi uczuciami, Seth się nudzi. To właśnie on przyjmuje nadchodzącą burzę z największym entuzjazmem (a to nowina!). Akcja powieści toczy się głównie w Gadziej Opoce, a wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Ani Seth, ani czytelnik nie mają czasu na nudę.

Brandon Mull, Smocza straż

W „Smoczej straży” spotykamy część postaci znanych nam z „Baśnioboru” oraz wiele innych magicznych stworzeń, które chcą lub muszą współpracować z ludźmi. Moją dorosłą sympatię zdobył nypsik Calvin, Maleńki Bohater. Może dlatego, że trochę przypominał mi Ryczypiska z Narnii, tak samo zabawnie dumy i odważny, mimo swojego niewielkiego wzrostu. Brandon Mull wprowadził także do książki „zwykłych ludzi” nieświadomych istnienia drugiego, magicznego świata. Ciekawa jestem, czy będzie rozwijał ten wątek, czy Knox pozostanie w pamięci jedynie jako narzędzie wykorzystane przez Setha do osiągnięcia celu. Zresztą ten wątek wydaje mi się najbardziej nośny z perspektywy rodzica. Całkiem dobrze nam się rozmawiało z Tymkiem, czy tego typu postępowanie jest etyczne i czy rzeczywiście nie było innego wyjścia. Oraz czy cel uświęca środki i czy nie za często korzystamy z tego argumentu. Niezła dyskusja, jak na zgrabnie napisaną przygodówkę dla dzieci.

Brandon Mull zapowiada, że „Smocza straż” będzie składała się z pięciu tomów. No cóż, pozostaje czekać na kolejne — ciekawa jestem na ile Mullowi uda się wykreować nowy świat, który nie będzie jedynie nowymi przygodami Kendry i Setha w znanej już scenerii „Baśnioboru”. „Smocza straż” to udane wprowadzenie — zaostrza apetyt i sprawia, że czytelnik ma ochotę na więcej.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Brandona Mulla: http://brandonmull.com/category/dragonwatch/

 

Brandon Mull, Smocza straż, il. Brandon Dorman, tł. Rafał Lisowski, Wilga 2017

 

 

Instytut szyfrów, czyli udana szkolna nagroda

Chyba zdarzyło się to po raz pierwszy. Książkę czytamy w trójkę: ja, Tymek i Tato Tymka. Ja mam najlepiej, bo już przeczytałam. Rzutem na taśmę, gdy tylko Tymek ją dostał (Starszy uznał, że najpierw trzeba grzecznie dokończyć poprzednią lekturę, a że właśnie razem z owcami rozwiązywał pewną zagadkę kryminalną, więc wcale mu się nie dziwiłam). A teraz trwają podchody: kto pierwszy dorwie i przeczyta — no i komu mam kibicować? Tato trochę narzeka, że fabuła ciekawa, ale za prosta (w końcu to SF dla dzieci). A Tymek zadał już znane dramatyczne pytanie: mamo, a kiedy będzie drugi tom? Co Pan na to, Panie Peers? Choć raczej powinno być to pytanie do Wydawnictwa, bo ze strony Bobbiego Peersa wynika, że kolejny tom już jest gotowy.

Instytut szyfrów

„William Wenton. Instytut szyfrów” Bobbiego Peersa, wydany przez Wydawnictwo Znak w czerwcu tego roku, to fascynująca, a jednocześnie tajemnicza lektura. Akcja książki zaczyna się w Norwegii, gdzie wraz z rodzicami żyje William Olsen. Olsen to fałszywe nazwisko, rodzina chłopca w pośpiechu przeniosła się z Anglii do Norwegii po tajemniczym zniknięciu dziadka. Chłopiec nie tylko otoczony jest sekretami — nie wie, co się wydarzyło, nie wie, przed czym i dlaczego się ukrywają — ale także w ten sam sposób postrzega świat. Wszystko wokoło w jego oczach tworzy szyfr czekający na rozwiązanie, a właśnie szyfry z jakiegoś powodu są dla niego największym zagrożeniem. Rodzice starają się go chronić, ale nie jest łatwo chronić niesamowicie inteligentne dziecko zafascynowane zagadkami. Kiedy więc do Norwegii przybywa wystawa prezentująca Niemożliwość, szyfr nie do rozwiązania, akcja zaczyna gwałtownie przyspieszać, a czytelnik wraz z Williamem odkrywa Instytut Szyfrów.

Bobbie Pieers napisał ciekawą książkę, która mocno oddziałuje na wyobraźnię. Powiedziałabym, że to niezła powieść sensacyjna z elementami sf dla nastolatków. Akcja jest wartka, ciągle się coś dzieje, nowe okoliczności wpływają na naszą wiedzę o świecie, czytelnik chce wiedzieć, co będzie dalej i przewiduje rozwiązania, a potem okazuje się, że autor wprowadził go w maliny, a prawda jest całkiem inna i zaskakująca. Niewiele tutaj opisów, co sprawia, że wyobraźnia może pracować pełną parą — z książki raczej nie dowiemy się, jak dokładnie wygląda William, Instytut Szyfrów czy inne mniej lub bardziej tajemnicze postacie czy przedmioty pojawiające się na stronach powieści. Mam żal do Wydawnictwa Znak za okładkę, która od razu narzuca pewien wzorzec bohatera — chłopiec z okładki wygląda zwyczajnie, ale sprawia, że trudno potem nałożyć Williamowi inne rysy. Dużo bardziej podobają mi się okładki wydań skandynawskich czy niemieckich, które intrygują i są tajemnicze. To samo dotyczy tytułu — Instytut szyfrów daje nadzieję, że kody i zagadki będą pełniły w tej książce dominującą funkcję, a wcale tak nie jest.

Minusów jest więcej. Książka jest momentami bardzo naiwna, szczególnie niektóre opisy technologii wydają się ozdobnikiem i wodotryskiem bez żadnego wypływu na fabułę. Coś z czegoś powstaje, ale nie wiadomo dlaczego i jak — warstwa SF jest po prostu szlaczkiem i ozdóbką, a nie rzeczywistym SF. Fajnie się niektóre fragmenty czyta, ale nie do końca wiadomo, po co autor umieścił je w książce. Co jeszcze? Warto zwrócić uwagę na filmowość tej książki — na pewno ma na to wpływ doświadczenie autora, ale książka wydaje się pisana pod kątem przyszłej adaptacji — są w niej rzeczy, które na pewno będą dobrze wyglądać na filmie, choć z punktu widzenia fabuły nie mają większego sensu albo są dość oczywiste. Postacie są jednowymiarowe, a William absolutnie genialny, choć naprawdę trudno uwierzyć, że nikt, przez tyle lat, nie zauważył jego inności. Książka stanowi zamkniętą całość, ale pozostawia mnóstwo bardzo podstawowych pytań. Mam nadzieję, że następna część będzie równie ciekawa, ale bardziej spójna i mniej chaotyczna.

„William Wenton. Instytut szyfrów” trafił do rąk Tymka jako nagroda szkolna za cały rok nauki. Książki dostały wszystkie dzieci i udało się przekonać Wychowawczynię, że nie muszą to być słowniki, encyklopedie, atlasy ani Niziurski, Makuszyński czy Ożogowska. Do rąk dzieci trafiły cztery tytuły: „Instytut szyfrów”, „Ewolucja według Calpurnii Tate”, „Hej Jędrek! Masz cykora?” oraz „Ale historia! Jadwiga kontra Jagiełło”. I wiecie co: dzieci były przynajmniej zaintrygowane. Właściwie nie znalazło się dziecko, które nie zerknęłoby do książki, a klasa Tymka nie składa się z samych moli książkowych. Takie właśnie powinny być nagrody za naukę: intrygujące, zachęcające do zajrzenia, z okładką, która skłania do tego, by sprawdzić, co jest w środku. W końcu powinna to być lektura na wakacje, a chyba nikt nie miałby wtedy ochotę czytać słownika czy atlasu.

 

Bobbie Peers, William Wenton. Instytut szyfrów, Wydawnictwo Znak, 2017

Wyprawa do miasta śniących książek

Dzisiaj będzie o książce, która nie została napisana dla dzieci. Ile jednak można ścierpieć jęczenia: nie mam co czytać!? Za oknem lało, więc nie dało się Starszego wyprawić do biblioteki po kolejne lektury i zakazać mu powrotu, jeśli nie przyniesie co najmniej pięciu książek. Zdesperowana podeszłam do półek i zaczęłam je przeglądać. Na pewno jest tutaj coś, co nadaje się na lekturę dla pochłaniającego książki prawie jedenastolatka. Książka powinna być ciekawa, niezbyt straszna i odpowiednio opasła, żeby zajęła syna na dłużej. I jeszcze powinna wyglądać w miarę zachęcająco, żebym nie musiała go za długo przekonywać. Zerknęłam na jeden tomów i pomyślałam, że to może się udać. W ten sposób w ręce Tymka powędrowała książka Waltera Moersa „Miasto śniących książek”.

Miasto śniących książek

Dziecię moje najpierw popatrzyło nieufnie, obejrzało książkę z każdej strony, zerknęło na ostatnią stronę okładki, ściągnęło obwolutę (bo w łóżku niewygodnie się czyta książki z obwolutami, jak wyznało) i zaczęło czytać. Pierwsze wrażenia nie były porywające. Dziwne jakieś — stwierdził mój syn. Z każdą przeczytaną stroną było jednak lepiej. 

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to wspaniała baśń o miłości do książek. Rzecz dzieje się w Camonii, mitycznej krainie wymyślonej przez Moersa (czy raczej, jak twierdzi sam autor, tylko przez niego odkrytej). Bohaterem powieści jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, młody, zaledwie siedemdziesięciosiedmioletni smok, mieszkaniec Twierdzy Smoków. Jak wszyscy jego pobratyńcy, Hildegunst jest poetą. Widnieje zresztą jako autor „Miasta śniących książek” — to odkrycie poraziło Tymka, który długo zastanawiał się, czy to możliwe, że Moers rzeczywiście wykorzystał czyjś rękopis. Ojciec poetycki Hildegunsta, Dancelot, na łożu śmierci nakazuje mu udanie się w podróż i przekazuje zachwycający, genialny rękopis. Rzeźbiarz Mitów pragnie odkryć jego autora i trafia do Księgogrodu, miasta, w którym wszystko kręci się wokół książek. 

W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba „latających” handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorskich i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie.

Księgogród żyje książkami i z książek. Na nich skupia się całe życie mieszkańców — a przybywają tutaj książkomaniacy ze wszystkich stron Camonii. Można tutaj spotkać Przeraźnice, fernhachyckie karzełki, mgławce, Eydetów i wielu innych przedstawicieli przedziwnych ras i gatunków. W Księgogrodzie książki się wytwarza, książek się poszukuje i o książki się walczy. Tętniące gwarem ulice to tylko część miasta. Głęboko pod domami rozciągają się ogromne, niezgłębione katakumby, pełne starych książek, przerażających stworów i walczących ze sobą łowców książek. Hildegunst nie spodziewa się, że tajemniczy rękopis sprowadzi na niego mnóstwo kłopotów. Poszukując autora poematu, trafia do wszechwładnego antykwariusza, Fistomefela Szmejka, który okazuje się bardzo złowrogą postacią.

Nie chcę streszczać całej historii smoka, żeby nie psuć lektury. Warto jednak wspomnieć, że duża część książki rozgrywa się właśnie w podziemiach Księgogrodu, niesamowitym labiryncie pełnym kurzu i niebezpieczeństw, zamieszkałym przez istoty jak z koszmarnych snów.

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to triumf wyobraźni. Świat stworzony przez Waltera Moersa to bardzo spójny, całościowy opis cudownej, choć niebezpiecznej krainy. Chylę czoła przez tłumaczką Katarzyną Beną, która potrafiła przełożyć to dzieło. Cały język odwołuje się do książek: nazwy potraw (loczek poety, pasztet Księcia Zimnej Krwi, Pralinki Grozy czy Woda Pomysłów), zawodów, potworów. Miłośnicy literatury mogą mieć dużo zabawy odszyfrowując anagramy, pod którymi ukryto rzeczywistych twórców. Zresztą imiona i nazwiska fikcyjnych pisarzy i tytuły ich powieści to temat na całą rozprawę.

Tutaj „Tygrys w wełnianej skarpecie” Kalibana Sykoraksa — pierwsze wydanie! Tu: „Ogolony język” Adrastei Sinopy — ze słynnymi ilustracjami Elihu Wahacza! Tutaj z kolei: „Mysie hotele w świeżej wieprzowinie”, legendarny, humorystyczny przewodnik autorstwa Jodlera von Hinnena, w nienagannym stanie!

Tymek był zauroczony, a jego zachwyt wzrastał i wzrastał! Nie przestawał mówić o tej książce. Uznał, że jest bezcenna, że warto za nią zapłacić każde pieniądze, że pod żadnym pozorem nigdy mam jej nikomu nie oddawać. Opowiadał o niej z pasją, był pod wrażeniem oryginalności wyobraźni i szczegółowej narracji, która jednak pozostawała spójna i nie wprowadzała zamętu.

Moje dziecko nie bawiło się w wyszukiwanie odniesień do innych dzieł, bo po prostu ich jeszcze nie zna, ale doceniło bijący z tej książki zachwyt nad czytaniem i książkami. Ogromnie podobały mu się ilustracje. Stworzył je sam Moers i w niebywały sposób uzupełniają one lekturę: ile tutaj postaci, ile pomysłów, ile wątków. Otwarcie tej pięknie wydanej książki oznacza wejście do świata, który czaruje i uwodzi, i przepięknie gra skojarzeniami. 

Mamo, powiedział trochę zmartwiony Tymek, teraz inne książki wydają mi się takie, takie… płaskie i zwyczajne. To chyba główne niebezpieczeństwo tej lektury — świat Camonii wciąga i nie chce się go opuszczać. Skończyło się na tym, że Tymek pochłania „Kota alchemika”, wyciągniętą z półki inną powieść Moersa. I codziennie jęczy, czy znalazłam już „Labirynt śniących książek”, czyli kontynuację przygód Hildegunsta. A przecież chciałam, żeby przestał jęczeć…

Walter Moers, Miasto śniących książek, tłumaczenie Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006

Czas i jego pułapki

Marzenia, które się spełniają, bywają niebezpieczne. Przekonała się o tym Wasylisa, trzynastolatka mieszkająca z ciotką, która chyba najbardziej lubiła swoje koty. Dziewczynka nie zna swoich rodziców — jej mama zniknęła dawno temu, ojciec mieszka gdzieś za granicą, a jego obecność w życiu córki sprowadza się do wysłania czeku raz w miesiącu. Pewnego dnia stara ciotka trafia do szpitala, a w życie Wasylisy wkracza nigdy niewidziany ojciec. I okazało się, że to początek prawdziwych kłopotów.

Czasodzieje

Czasodzieje. Klucz czasu” Natalii Sherby wzbudzają zainteresowanie. Już okładka przyciąga uwagę: piękny kolor i ciekawa grafika dają nadzieję, że przygoda będzie równie pochłaniająca. Tymek sięgnął po tę książkę z ogromną radością i jeszcze większym zaciekawieniem, a potem błyskawicznie ją połknął, choć czasami trochę narzekał. Porównania z cyklem książek o Harrym Potterze narzucają się same na początku, ale w przeciwieństwie do przygód Harry’ego „Czasodzieje” momentami przytłoczyli mojego syna mnogością wątków i historii. Tak wiele się tutaj dzieje i tak wiele pozostaje do wyjaśnienia, że Tymek bywał zmęczony: To fajna książka, mamo, ale czasami nie rozumiem, dlaczego się coś dzieje. Sama przy lekturze miałam podobne wrażenie, jakby autorka próbowała pokazać nam od razu wszystko, co w stworzonym przez nią świecie najwspanialsze, najdziwniejsze i najciekawsze. 

Świat to jednocześnie piękny i okrutny. Wasylisa ze skromnego mieszkania trafia do wspaniałej willi, ale oznacza to dla niej ogromne niebezpieczeństwo. Jej ojciec  jest czasodziejem, jednym z największym, a dziewczynka wydaje się być zagrożeniem dla wszystkich. Okazuje się, że Ziemia, nazywana tutaj Ostałą, ma bliźniaczą planetę, Eflarę, magiczną i czarodziejską, zamieszkałą przez niesamowite rasy i cudowne stwory. Zwyczaje tam panujące są raczej feudalne. Ziemia, choć zamieszkała przez ludzi, jest we władaniu duchów: potężnych czarodziejów panujących nad czasem. Obie planety zaczynają się do siebie zbliżać, co grozi zgubą jednej z nich, a Wasylisa — przypadkowo i niechcący — wplątuje się w sam środek wydarzeń. Dziewczynka jest równie zagubiona jak my — początkowo niczego nie rozumie i powoli odkrywa, że jest częścią większej gry, że nieustannie ktoś nią manipuluje. Co zrobić, by przestać być pionkiem? Jak rozpoznać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Komu zaufać? Jak odkryć, co planują inni i rozgryźć ich knowania? I jak nauczyć się władać czasem?

Tempo tej powieści jest niesamowite. Obraz zmienia się ze strony na stronę — trwa nieustający wyścig z czasem: trzeba zdążyć przed katastrofą, przed wrogami, przed przyjaciółmi, którzy okazują się fałszywi. Trzeba tak wiele się dowiedzieć o życiu w nowym miejscu, o zasadach, które tu panują, o tym, co trzeba znaleźć. Liczy się nie tylko wiedza, ale także determinacja i wewnętrzna siła, a czasami przydają się pozornie kompletnie zbędne umiejętności. Czytelnik może się łatwo zgubić, tak jak momentami gubi się Wasylisa. Trudno zresztą jej nie polubić — jest zaradna i rezolutna, czasami pyskata, czasami łamiąca zasady i reguły, ale dzielna i wytrwała. Świat, w jakim się znalazła, może przytłoczyć, choć trzeba przyznać, że opisy cudownych miejsc i stworów są niesamowicie wciągające. 

Będziemy z Tymkiem czekać na następne części. Wydawnictwo EneDueRabe zapowiada, że kolejna ukaże się w grudniu. Trzeba będzie tylko wcześniej na nowo przeczytać pierwszy tom, żeby odświeżyć sobie tę historię. Ciekawa jestem bardzo, które tropy okażą się fałszywe i czego jeszcze dowiemy się o Eflarze. Książka nadaje się dla wyrobionego dziesięciolatka, ale bezpieczniej jest wręczyć ją dwunastolatkowi — nie powinien się pogubić w mnogości wątków.

 

Natalia Sherba, Czasodzieje. Klucz czasu. EneDueRabe 2016

Boggarty, elfy, kwikołki i inne stwory – witamy w Spiderwick!

Tymek dostał „Kroniki Spiderwick” (wydawnictwo Znak) od Mikołaja. I dobrze, że Święty postarał się od razu o obie książki, bo dziecko chyba oberwałoby mi głowę z podniecenia, gdyby nie mogło przeczytać wszystkiego od razu. Księga pierwsza, obejmująca tomy: „Przewodnik terenowy” i „Kamienne oko”, kończy się bowiem w takiej chwili, że natychmiast ma się ochotę sprawdzić, co było dalej. Tymek skończył Księgę pierwszą, wziął z półki Księgę drugą chyba nawet bez chwili odpoczynku (tomy „Sekret Lucindy”, „Żelazne drzewo” i „Gniew Mulgarata”), a potem żałował, że nie ma kontynuacji.

Kroniki Spiderwick 1

Kroniki Spiderwick 2

Historia zaczyna się klasycznie: rodzeństwo Grace’ów trafia do starego, wiktoriańskiego domu. Od teraz będą tu mieszkać razem ze swoją mamą – musieli się wyprowadzić z Nowego Jorku, gdy tato zostawił rodzinę. Mallory, zapalona florecistka, Simon, miłośnik zwierząt, i jego bliźniak Jared – od odejścia ojca traktowany jako ten, który sprawia kłopoty – nie spodziewali się, że wraz z przeprowadzą zaczyna się najbardziej przedziwna i zaskakująca przygoda w ich życiu.

Przeszukując dom, dzieci znajdują tajemniczą księgę, spisaną przez ich ciotecznego pradziadka, Artura Spiderwicka, a w niej opis większości dziwnych i cudownych stworzeń, które żyją tuż obok ludzi, ale na ogół wolą się nam nie pokazywać. Jared ze zdumieniem czytał o boggartach, skrzatach, trollach, gryfach i innych bajkowych stworzeniach, które według Artura zamieszkiwały okolice Spiderwick. Odkrycie księgi oznaczało także wielkie niebezpieczeństwo – dzieci musiały przekonać do siebie wiele stworów niechętnie nastawionych do ludzi oraz walczyć z groźnym Mulgaratem. Ich kapryśnym przewodnikiem w tym świecie staje się domowy skrzat Naparstek, który nie przypomina krasnoludka, a potrafi zamienić się w złośliwego boggarta.

„Kroniki Spiderwick” to fantasy przeznaczone dla dzieci. Bohaterowie są dziećmi i nie tylko walczą z groźnymi stworami, ale także borykają się z problemami typowymi dla dzieci: z niezrozumieniem dorosłych i własnymi emocjami, nad którymi tak trudno czasami zapanować. Historia, ładnie i ciekawie przetłumaczona na język polski przez Zuzannę Naczyńską, niesamowicie wciąga. Razem z rodzeństwem Grace’ów wędrujemy po okolicach Spiderwick i ich oczyma oglądamy cuda, które objawiają się im przed oczami. Opowieść kryje w sobie sporo niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Nie wiem, czy chłopcy koniecznie chcieliby zobaczyć goblina (Piotruś obejrzał obrazki w książce), ale sądzę, że kwikołkiem i pukiem by nie pogardzili 🙂 „Kroniki Spiderwick” to odpowiedź na naszą potrzebę poszukiwania tajemnicy i dziecinnej wiary, którą czasami zachowujemy także jako dorośli, że tuż obok nas kryje się coś jeszcze, a baśnie zawierają w sobie ziarenko prawdy. Dla mnie pewnym „dalszym ciągiem” tej historii jest „Baśniobór” Brandona Mulla, oparty na podobnym pomyśle („Kroniki” były pierwsze). Oba tomy to fajne wprowadzenie w świat fantasy, tym bardziej, że kolejne części są dość krótkie, a druk dostosowany do potrzeb młodszego czytelnika. Bardzo ważne są także ilustracje – można nie tylko poczytać o naszych magicznych sąsiadach, ale także je obejrzeć.

Tymek oglądał także film, który również bardzo mu się podobał. Według mnie, książka jest mniej „straszna”.

Opinia Tymka:  Ta książka jest wciągająca. Wydaje się gruba, ale ma dużo obrazków. Z książki najbardziej podobał mi się  postać Jareda.  Ja osobiście nie chciałbym mieszkać w takim domu, ale chciałbym przelecieć się na gryfie 😎 . Nie można dużo pisać o tej historii, żeby nie zdradzać sekretów.

Zwierzoduchy, czyli o pierwszym tomie Spirit Animals

Tymek zażądał, żebym w końcu zaczęła pisać o książkach, które on czyta, a nie tylko o Piotrusiowych. Na początek padło więc na „Zwierzoduchy” – przyniosły mu je do szkoły Zuzia i Basia, superkoleżanki, a potem w domu Tymek odmawiał współpracy, siedział i czytał. I przeczytał. Przez jedno popołudnie, co samo w sobie o czymś świadczy.

Spirit Animals, Zwierzoduchy

„Zwierzoduchy” to pierwszy tom serii „Spirit Animals” wydanej przez Wilgę. Książkę napisał Brandon Mull, którego „Baśniobór” oboje przeczytaliśmy z przyjemnością. Seria została rozpisana na siedem tomów, każdy z nich ma napisać inny autor.

Akcja powieści dzieje się w Erdas. W tym świecie każde dziecko, które kończy jedenaście lat, przechodzi ceremonię nektaru Ninanii i jeśli ma szczęście, może przywołać swoje zwierzę-ducha, czyli zwierzoducha. Dla rodziny to wielki zaszczyt, bo podobno nie ma wielu ludzi ze zwierzętami opiekuńczymi, choć w książce spotykamy głównie takie. W pierwszym tomie poznajemy czworo dzieci: Abeke, Meilin, Conora i Rollana (dwie dziewczynki, dwóch chłopców). Pochodzą z czterech różnych kontynentów, które nieodparcie kojarzą się z Europą, Afryką, Azją i Ameryką Północną. Każde z nich przywołało nie zwykłe zwierzę, ale jedną z potężnych, wymarłych Wielkich Bestii. Pojawienie się Bestii (wilka, lamparta, pandy i sokolicy – to są dobre bestie) potwierdza, że powraca starożytne zagrożenie i bliskie jest przebudzenie się Pożeracza, czymkolwiek by ten stwór był. Budzą się także pozornie pokonane złe bestie.

Książkę czyta się szybko, ale zdecydowanie skierowana jest do młodszych nastolatków, i to takich, które nie mają za sobą zbyt wielu lektur. Ja miałam wrażenie, jakby ktoś powielał w niej znaną powszechnie receptę na sukces: musi być tajne stowarzyszenie, kilku młodych bohaterów, jakieś zagrożenie nieznane i przerażające. Momentami akcja była przewidywalna, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Miło się towarzyszy bohaterom, którzy mimo młodego wieku muszą pokonać mnóstwo przeciwności, by uratować świat, chociaż przez całą lekturę miałam wrażenie, że ten tom to tylko wstęp, a prawdziwa historia dopiero się zacznie. Może to wina koncepcji pisania każdego tomu przez innego autora – być może Brandon Mull lepiej się sprawdza, gdy sam kontroluje całość.

Opinia Tymka: Ta książka jest ciekawa, ale czytałem ciekawsze. Najbardziej podobała mi się postać Conora. Jego  zwierzoduch to wilk o imieniu Briggan. Zwierzoduch Abeke to lamparcica Uraza, Meilin ma pandę Jhi, a Rollan sokolicę Essix. Chętnie przeczytam następne tomy, choć wydaje mi się, że już wiem, co w nich będzie.

Mamo, chcę kolejny tom, czyli o czytaniu serii – cz. 1

Zabierałam się do tego wpisu już bardzo długo. Bywam bowiem absolutną przeciwniczką dawania dziecku do ręki pierwszego tomu czegokolwiek – szczególnie po kolejnej awanturze w stylu: „ja muszę wiedzieć, co było dalej, w bibliotece nie ma, ja chcę, kup natychmiast, ja muszę wiedzieć itd.” Wtedy zwykle obiecuję sobie, że ostatni raz pozwoliłam czytać cokolwiek, co ma więcej niż jeden tom. Potem mi przechodzi, bo przecież ciekawość, co było dalej, jest wpisana w ludzką naturę. A serii w księgarniach jest mnóstwo i sama chętnie do wielu zaglądam, choć niekoniecznie do tych dla dzieci 🙂

Seria, moim zdaniem, to jeden z lepszych sposobów „przymuszenia” dziecka do czytania, bo jak już się wciągnie i przebrnie przez, powiedzmy, pięć tomów, to pewnie potem będzie czytać. Mój najmłodszy, sporo młodszy ode mnie brat, uważa, że jego zafascynowanie czytaniem zaczęło się od Harrego Pottera. Po tej lekturze po prostu nie mógł przestać czytać, więc szukał kolejnych książek, które byłyby równie ciekawe. Wady także są. I kłótnie z dziećmi oraz kombinowanie, jak zdobyć kolejny tom, wcale nie należą do najpoważniejszych. Nie wszystkie części serii bywają równie dobrze napisane, zdarza się, że kolejne tomy powielają te same schematy fabularne i językowe, które sprawdziły się w pierwszych tomach. Nie każdemu autorowi starcza pomysłu i siły, by dobrze serię zakończyć. Czasami fascynacja jednym gatunkiem zostaje do końca życia i nawet dorosły człowiek czyta tylko książki o smokach. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko smokom, tylko jest tyle fascynujących rzeczy do czytania, że szkoda ograniczać się do jednego gatunku 🙂

Mogę sobie marudzić, ale o seriach muszę napisać, bo niektóre Tymek czytał z wypiekami na twarzy, a inne dopiero przed nami. Zaczęło się od Harrego Pottera, a potem przyszła kolej na „Zwiadowców” Johna Flanagana

O „Zwiadowcach” słyszeli już chyba wszyscy.

Zwiadowcy

„Zwiadowcy” to historia korpusu zwiadowców, a właściwie kilku jego członków. Głównym bohaterem jest młody chłopak, wychowany w sierocińcu Will Treaty, który w Dniu Wyboru zostaje przyjęty do Korpusu Zwiadowców, elitarnej jednostki na usługach króla Araluenu. W kolejnych tomach opisane jest dorastanie i szkolenie Willego, którego mentorem zostaje Halt, jeden z najlepszych i najbardziej mrukliwych zwiadowców Araluenu. Taki zwiadowca to ktoś w rodzaju Jamesa Bonda – szpieg, doskonały żołnierz i strzelec, o wręcz niesamowitych umiejętnościach kamuflażu, które sprawiają, że ludzie po prostu się zwiadowców boją i posądzają ich o uprawianie magii.

Akcja powieści osadzona jest świecie stylizowanym na średniowiecze, bez trudu można odkryć, z historii których krajów czerpał Flanagan, tworząc Araluen, Skandię, Clonmel czy Nihon-Ja.

Tymek czytał „Zwiadowców” z zachwytem i ogromnymi emocjami. Co chwila zadawał mnóstwo pytań dotyczących wyposażenia zwiadowców, rodzajów broni czy kolejnych przygód. Moim zdaniem, te książki doskonale nadają się dla ośmio- czy dziewięciolatka. To powieść o dorastaniu, wartości przyjaźni, powolnym dochodzeniu do doskonałości dzięki długim, trudnym i często nudnym ćwiczeniom. Nie ma w niej zbyt „opisowych” scen przemocy, bohaterowie są jednoznaczni: od razu wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. I wiadomo także, że dobry zawsze wygra i nic złego mu się nie stanie, a złego spotka zasłużona kara. Przygody toczą się warto, akcja jest szybka – dobra lektura, aby pokazać, że czytanie może być fascynujące. Najlepsze są chyba pierwsze trzy tomy, potem akcja robi się dość schematyczna i właściwie bez trudu można przewidzieć, co będzie dalej. Ponieważ Tymek lubi dyskutować o książkach, czytałam je razem z nim, i dla mnie przebrnięcie przez środkowe tomy było pewnym problemem – pewnie dlatego, że mam już trochę więcej niż 9 lat. Mój dziewięcioletni bratanek czytał je z równą fascynacją, co Tymek. Toczyli potem długie dyskusje, czy lepiej byłoby trafić do Hogwartu, czy na naukę do zwiadowcy.

Przyznaję jednak, że po skończeniu przez Tymka jedenastego tomu odetchnęłam z ulgą, że nie ma następnych. I odmówiłam wypożyczenia „Drużyny”, kolejnej serii Flanagana, której akcja toczy się w tym samym średniowiecznym świecie i ma wielu tych samych bohaterów. Pomyślałam, że całej rodzinie przyda się chwila oddechu od świata Araluenu.

Dżentelmeni, krynoliny, statki kosmiczne i pająki

Z krynolinami chyba przesadziłam, bo w epoce wiktoriańskiej już się ich raczej nie nosiło, ale cała reszta się zgadza…

Czy wyobrażacie sobie świat, w którym ludzie zaczęli eksplorować kosmos tuż po dokonaniu odkryć przez Izaaka Newtona? Zasiedlali planety, budowali kolonie, podróżowali dalej przez „bezgraniczny eter” i wiedzieli o kosmosie więcej iż my, ale mężczyźni ciągle nosili meloniki, a kobiety długie, niewygodne suknie na halkach? Były to czasy, gdy młode damy musiały posiąść pewne umiejętności (takie jak gra na instrumencie), by móc przebywać w „odpowiednim” towarzystwie, a młodzi mężczyźni powinni w każdej sytuacji pokazać, że są dżentelmenami. Przyznaję, że mnie ta wizja podoba się ogromnie. A można ją znaleźć w przeuroczej książce „Kosmiczny dom Larklight, czyli zemsta białych pająków, czyli do pierścieni Saturna i z powrotem! Porywająca opowieść o śmiałej wyprawie w najdalsze zakątki Kosmosu”. Napisał ją Philip Reeve (choć na karcie tytułowej widnieje informacja, że tylko spisał opowieść głównego bohatera Arta Mumby’ego), a zilustrował David Wyatt. Książkę wydała Nasza Księgarnia w 2007 r.

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Opowieść sprawiła chyba więcej przyjemności mi i mojemu mężowi niż Tymkowi, który jednak przeczytał ją z zainteresowaniem i chętnie poznałby dalsze przygody bohaterów. Dla mnie to była świetna zabawa w odkrywanie alternatywnej wersji historii i alternatywnej wiedzy o tym, jak zbudowany jest kosmos. Na dodatek wiedzy całkiem spójnej i dostosowanej do czasów, w których dzieje się akcja.

Wszystko zaczyna się w połowie XIX wieku na domu-statku Larklight dryfującym gdzieś na pustkowiu w otchłani za Księżycem. Dom wygląda tak:

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

W domu mieszka rodzina Mumbych: ojciec zajmujący się badaniem kosmicznych ryb, syn Art i córka Myrtle. Art jest narratorem powieści, choć czasami posiłkuje się pamiętnikiem Myrtle (oczywiście bez jej wiedzy). Oprócz opowieści w książce możemy znaleźć takiem smaczne przypisy:

„Ojciec mówi, że kosmiczne ryby wcale nie są rybami, tylko eterowymi ichtiomorfami. Ale wyglądają zupełnie jak ryby, tyle że niektóre ich płetwy zamieniły się w skrzydła. Ojciec spędził całe lata na ich obserwowaniu, bo uważa, że tylko badając każdy szczegół Stworzenia, możemy naprawdę docenić Nieskończoną Miłość i Mądrość Boga. Ojciec nazywa się Edward Mumby i napisał bardzo przydatną książkę „Niektóre nieopisane ichtiomorfy Eteru Translunarnego”. W skrzydle gościnnym mamy kilkaset egzemplarzy, ułożonych w równy stos, gdyście chcieli ją przeczytać.”

Spokojne, nudnawe i ustabilizowane życie bohaterów nabiera tempa, gdy odwiedza ich niejaki Pan Webster, który okazuje się gigantycznym pająkiem o mrocznych zamiarach…

Nie będę pisać, co było dalej, ale akcja gwałtownie przyspiesza i razem z bohaterami przenosimy się w coraz to inne zakątki kosmosu. Ta lektura pobudza wyobraźnię, tym bardziej, że towarzyszą jej świetne ryciny, jakby żywcem wzięte z XIX-wiecznych powieści.

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Mnie przypominały stare wydania książek Juliusza Verne’a, a trochę ryciny z przedwojennych, umoralniających książeczek dla dzieci. Więcej ilustracji Davida Wyatta można obejrzeć na jego stronie. A teraz będziemy szukać innych książek Philipa Reeve’a.