Maurycy i Ogryzek, czyli co w trawie piszczy

Miałam pisać o zupełnie innej książce. Ale nie mogę, bo Młodszy od kilku dni wieczorami ryczy ze śmiechu (przed snem), a potem słyszę błagalne: mamo, jeszcze jeden rozdział. Oznacza to, że zarywamy noce, mamy problem z porannym wstawaniem i stałam się przykładem rodzicielskiej beztroski. Wszystko przez jedną książkę, która kurzyła się na półce, bo Tymek nigdy nie chciał słuchać o Dolinie Bagiennej Trawy. Nie wiem, czy teraz żałuje, wiem jednak, że „Co w trawie piszczy” Pawła Wakuły (Wydawnictwo Literatura) wskoczyło z tupetem na listę ulubionych książek Piotrusia.

Co w trawie piszczy

Dolina leży gdzieś daleko — ludzie na szczęście zapuszczają się tutaj rzadko i raczej tylko na skraj lasu — więc stała się schronieniem różnych stworów i stworków. Mieszka tutaj wiele żabonów i ropuchów, rusałek, dziwożon, wodników, płanetników, latawic, błędnych ogników, strzyg, jest nawet jeden niedźwiedź brutalny, a oprócz nich wiele innych zwierząt — zwyczajnych, choć gadających. Najważniejsi są jednak oni: Maurycy (skrzat leśny, który bardzo nie lubi jak się na niego mówi „niebożę”, a wręcz nie cierpi, gdy nazywa się go krasnoludkiem) oraz Ogryzek, czyli sympatyczny, łakomy i czasami trochę źle wychowany szczurek.

Historia zaczęła się pewnej czerwcowej nocy, gdy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy czekali na letni rój meteorów. Każdy musi wtedy wypowiedzieć swoje największe życzenie. Skrzat Maurycy marzył o maszynie do robienia błyskawic, ale trudno życzyć sobie czegoś, co nie wiadomo, jak wygląda, dlatego gdy zobaczył największą, opadającą wolno gwiazdę, która na dodatek zrobiła podwójną pętlę, zażyczył sobie, żeby wydarzyło się coś niezwykłego, a lato było inne niż wszystkie. To była prośba z rodzaju tych szybko się spełniających — gwiazda nie była gwiazdą tylko statkiem kosmicznym, w którym na ziemię przybył kosmita desperacko poszukujący brombuli, paliwa do swojego kosmolotu. Chyba właśnie w tym miejscu Piotruś wybuchnął śmiechem po raz pierwszy.

[…] zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką. — Witam was, ziemianie! — odezwał się metaliczny głos z aparaciku. — Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

Po wysłuchaniu całej rozmowy z ufoludkiem mój synek prawie tarzał się ze śmiechu. Zdradzę Wam, że Maurycemu i Ogryzkowi udało się znaleźć brombulę, co oznaczało ogromną zmianę w ich życiu. Zyskali sławę i założyli leśną agencję detektywistyczną. 

Co w trawie piszczy

Przez całe lato zajmowali się rozwiązywaniem spraw trudnych i skomplikowanych. Przez ich biuro (wyposażone zgodnie z zaleceniami miesięcznika „Zbrodnia i Kara”) przewinęło się mnóstwo mniej lub bardziej niezwykłych stworzeń: od wilkołaka Alfreda i niedźwiedzia Leona, bo boboka Grozę. Bobok zresztą należy do ulubionych bohaterów Piotrusia, który przez jakiś czas zamęczał wszystkich pytaniami: a chcielibyście iść na film „Powrót Wielkiej Krwiożerczej Zmutowanej Łasicy skrzyżowanej z Krwiożerczym Nietoperzem”? Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, koniecznie musicie przeczytać książkę 🙂

Co w trawie piszczy

Paweł Wakuła stworzył sympatycznych, bezpretensjonalnych bohaterów. Maurycy i Ogryzek to dobrzy przyjaciele, którzy czasami mają siebie dość, czasami palną gafę, ale zwykle świetnie się dogadują. To jedna z fajniejszych par detektywów, którzy po swojemu, wnikliwie, choć czasami przy dużej dozie szczęścia, rozwiązuje najbardziej skomplikowane przypadki. Na pewno nie brakuje im odwagi, chcą pomagać swoim klientom i do każdej sprawy podchodzą bardzo poważnie.

Tekst jest dobrze napisany i spójny — sporo w nim odniesień do naszej rzeczywistości, trochę tropów zrozumiałych dla starszego czytelnika. Rodzic na pewno nie będzie się nudził i męczył, a sądzę, że humor tych opowieści przemówi do każdego. Oprócz przygód, czasami groźnych i zaskakujących, można tutaj znaleźć i tematy do rozmyślania, choć podane w leciutkiej formie:

Pani wybaczy… — wtrącił Maurycy — ale czy to praktyczne mieć dachówki z piernika? Albo rynny z marcepanu? To już nawet nie chodzi o to, że każdy chce taki domek zjeść, ale przecież to nie przetrzyma pierwszego deszczu — rozpuści się!

Jasne, że się rozpuści — zgodziła się Baba Jaga. — A wtedy upiekę nowy. Moja babka tak robiła, moja matka tak robiła, więc ja też muszę. Rozumiesz — tradycja.

Bardzo nam się podobają także ilustracje, które wykonał autor tekstu. Są takie, jakie powinny być: nieprzesadzone, kolorowe, proste. Na szczęście to nie jest konwencja „ślicznych” obrazków. Piotruś bardzo wnikliwie studiuje ilustracje, sprawdzając, czy stworzonka wyglądają tak samo, jak je sobie wyobraził. 

Teraz czekają mnie zakupy, bo gdy synek dowiedział się, że Paweł Wakuła napisał jeszcze kilka książek o Dolinie Bagiennej Trawy, zaczął wrzeszczeć z radości i turlać się po podłodze. Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak kupić kolejne, i cieszyć się lekturą razem z synkiem. Wydawnictwo poleca tę książkę dzieciom od siódmego roku życia, ale jak widać sześciolatek też dał radę 🙂

Paweł Wakuła, Co w trawie piszczy, Wydawnictwo Literatura 2009

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przeglądając listę laureatów Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego zauważyłam, że tegorocznych nominowanych znamy z chłopakami całkiem nieźle, ale książki z poprzednich lata to już coś innego. Olśniło mnie, że przecież Bzika i Makówkę (wydawnictwo Nasza Księgarnia) mamy w audiobooku (czytała Joanna Pach), a że właśnie jechaliśmy do Babci zbierać jabłka… Okazja sama się prosiła: słuchaliśmy historii Zgniłobrodego przez całą drogę (długość okazała się idealna na prawie trzygodzinną podróż: zaczęliśmy pod naszym domem, skończyliśmy pod babcinym) i mieliśmy dużo zabawy. A potem Tymek wygłosił listę zastrzeżeń (całkiem sensownych), ale o nich może na końcu.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Bohaterami książki Rafała Witka są Gabrysia Bzik (naznaczona przez swoje nazwisko, bo przecież nikt nie podejrzewałby jej o złe zamiary, gdyby nazywała się Grzeczniutka) oraz Nilson Makówka, zafascynowany kodeksami i przepisami. To pierwsza książka o przygodach szalonej pary przyjaciół, jaką przeczytaliśmy/odsłuchaliśmy i mam wrażenie, że nie ostatnia, sądząc po rżących odgłosach, jakie dochodziły z tylnego siedzenia samochodu. Bo i było się z czego śmiać.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przyjaźń Gabrysi i Nilsona zaczęła się na dywaniku u dyrektora szkoły (w gabinecie, w którym nie było żadnego dywanu). Gabrysia trafiła tam za pisanie liścików na lekcji, a Nilson za obronę prawa Gabrysi do prywatności — ten fragment akurat brzmiał bardzo przekonująco i wiarygodnie. Po lekcjach dzieci postanowiły posiedzieć chwilę pod mostem (w domu jest nudno, a rodzice pozwalają wyjść najwyżej do piaskownicy — co mają tam robić trzecioklasiści?), gdzie spotkały bardzo dziwnego, agresywnego i wygłodniałego jegomościa. Wytłumaczenie, że to po prostu bezdomny wariat jakoś Gabrysi nie przekonało, więc rozpoczęła razem z Nilsonem śledztwo, które doprowadziło ich do zaskakującego odkrycia. Pod mostem koczował najprawdziwszy pirat, bukanier, złowrogi kapitan Zgniłobrody (sami się domyślcie, skąd wzięło się to przezwisko) przybywający prosto z XVII wieku. Dzieciaki postanowiły go zresocjalizować — to akurat pomysł Nilsona — nie spodziewając się, ile może to sprawić przedziwnych kłopotów.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

W książce przygoda goni przygodę, a niektóre pomysły autora wywoływały u moich synów ataki śmiechu. Piotrek chichotał podczas rozmowy Gabrysi z antyterrorystami, Tymek gruchnął śmiechem, gdy słuchał relacji z cudownego konkursu historycznego (no jak, co byście woleli: prelekcję o Powstaniu Warszawskim? Może jakieś inne powstanie? II wojnę światową? Barwną i krwawą opowieść o bukanierach? No to drugie pytanie: co woleliby nauczyciele?).

Książkę Rafała Witka odsłuchaliśmy z przyjemnością i naprawdę umiliła nam podróż. Chłopcy się świetnie bawili, a ja nie zgrzytałam zębami ani się nie nudziłam, a czasami tak bywa, gdy słucham literatury dla dzieci. To fajna, ciekawa i wciągająca lektura, która z humorem pokazuje szkolną rzeczywistość i przykuwa uwagę.

Teraz przyszła pora na kilka „ale”, które zgłosił Tymek: Po pierwsze, dzieci w klasie trzeciej nie dostają świadectw z czerwonym paskiem, bo one są dopiero od czwartej klasy. Po drugie, Gabrysia nie dostałaby takiego świadectwa, bo by miała raczej „nieodpowiednie” z zachowania, po tym jak narozrabiała — i nic by jej nie uratowało. Po trzecie, kiedy ten pirat nauczył się obsługiwać silniki spalinowe, skoro pochodził z siedemnastego wieku i jakim cudem dzieciaki rozumiały jego angielszczyznę? 

No tak, muszę zgodzić się z synem, książka mogłaby być odrobinę mniej naiwna i — odrobinkę lepiej — odpowiadać rzeczywistości, ale co tam. Przygody Bzika i Makówki bardzo nas wciągnęły i nie możemy doczekać się kontynuacji. Chyba znowu padnie na audiobook, żebyśmy mogli słuchać razem.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Rafał Witek, Bzik i Makówka przedstawiają: Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia, Nasza Księgarnia 2014

W sklepie u taty Saida na ulicy Broca

Tymek lubi ciągle nowe historie. Piotruś zwykle po zakończeniu z radością krzyczy: jeszcze raz, ku utrapieniu i złości swojego brata. Jeśli więc Tymek mówi: tak, możemy, bo to jest fajne — a my proponujemy znaną mu książkę, to musi być ona naprawdę fajna.

Opowieści z ulicy Broca

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z „Opowieściami z ulicy Broca” Pierre’a Gripariego (już jako osoba dorosła i matka)… To było bardzo orzeźwiające — książka, która nie przypominała żadnej innej: zabawna, absurdalna, w dziecięcy sposób obrazoburcza (nikt inny, tak jak dzieci, nie potrafi zadawać trudnych pytań i podsumowywać świata). Byłam zachwycona i śmiałam się w głos, a w raz ze mną moje dzieci i mój mąż. Słuchaliśmy jej podczas jazdy samochodem w świetnej interpretacji Piotra Mustafy, a potem Tymek przyniósł ze szkoły kolejny audiobook.

Opowieści z ulicy Broca

We wstępie Pierre Gripari pisze, że bajki powstały przy współudziale dzieci i ja święcie w to wierzę — sam dorosły chyba nie byłby w stanie tego wymyślić. To nie jest książka, której autor puszcza oko do dorosłych. Historie są tak nieprawdopodobne i absurdalne, że ostatnio nawet Tymek śmiał się, że musiało w ich powstaniu musiało brać udział jakieś (przynajmniej jedno) dziecko.

No to od początku… Na ulicy Broca w Paryżu (taka ulica naprawdę istnieje, przynajmniej według Wikipedii)

Opowieści z ulicy Broca

jest sklep prowadzony przez Tatę Saida, szczęśliwego ojca czwórki dzieci. Do tego sklepu zaglądał czasami dziwny Pan Piotr. Jedynie dzieci od razu rozpoznały, że tak naprawdę jest starą czarownicą (dzieci mają oko do takich rzeczy) i szybko go oswoiły (bo tak się przecież robi ze starymi czarownicami, które wtedy stają się całkiem niegroźne — nie wiedzieliście?). Pan Piotr opowiadał dzieciom bajki, a potem zaproponował, by wymyślały je razem z nim. Tak powstały opowieści.

Na ulicy Broca dzieje się wiele różnych rzeczy. Czasami Nadię porywa stara czarownica (bo dowiedziała się, że może stać się młoda i piękna, gdy zje dziewczynkę o imieniu na N w sosie pomidorowym), czasami w piwnicy sklepu Taty Saida ukrywa się kłamliwa różowa świnka, która zjadła Gwiazdę Polarną (i nie chce jej oddać), a czasami trafia tam Czerwony Diabełek, który bardzo chce stać się dobry, tylko nie wie, od czego zacząć. Poznajemy historię zakochanej pary butów, zarozumiałej pani ziemniakowej, która chciała być frytką (bo nie wiedziała, że frytki się zjada), i czarownicy z szafy na szczotki. 

W opowieściach to, co prawdziwe, miesza się z tym, co zmyślone i dopowiedziane. Papież ma tutaj bezpośrednie połączenie telefoniczne z Najświętszą Panienką (ja uważam, że na taki pomysł mogło wpaść tylko dziecko). Zresztą sporo jest tutaj wątków boskich. Opis stworzenia świata przez małego boga, którego pilnuje mama bóg jest cudowny (sama musiałam odpowiadać na pytania, czy bóg ma mamę i gdzie ona jest), a diabełek pragnący czynić dobro jest w niebie egzaminowany przez Pana Boga, Pana Jezusa i Maryję (no a kto ma go w niebie egzaminować?). Rozbawiło mnie takie pomieszanie wątków i — dla mnie przynajmniej — dodaje to książce uroku (i jeszcze bardziej uprawdopodabnia informację ze wstępu, że w tworzeniu tej książki brały udział dzieci). Rozmowa Olbrzyma w Czerwonych Skarpetkach z chińskim czarownikiem rozśmieszyła mnie do łez. Chiński to bardzo prosty język, wszystko można w nim powiedzieć jednym zdaniem, tylko trzeba zmieniać intonację (też nie wiedzieliście?). Piotruś słuchał tych bajek jak urzeczony i musieliśmy ich odsłuchać od początku do końca (jedynie wstęp dla dorosłych trochę go znudził). Tymek nie zaprotestował ani razu, mimo że słuchał tej książki kolejny raz. Na ulicy Broca chyba rzeczywiście zakrzywia się czasoprzestrzeń.

Dzieci nie dziwią się niczemu, a ich świat zaludniają krasnoludy, ufoludki, anioły, zmory, duchy, czarownice i prądowacze (tak, tak, ciągle u nas mieszkają). Rodzice dzieci też zwykle nie dziwią się niczemu i pozwalają temu całemu towarzystwu szwendać się po mieszkaniu. Jeśli należycie do takich rodziców, to „Opowieści z ulicy Broca” powinny się wam podobać. Jestem bardzo ciekawa, czy rzeczywiście tak jest.

 

Pierre Gripari, Opowieści z ulicy Broca, Nasza Księgarnia

 

PS. A dla osłody kawałek bajki, którą wymyślili moi chłopcy podczas spaceru po mokrym lesie (każdy miał mówić jedno zdanie): Daleko, daleko na morskiej plaży siedział sobie rybak i płakał, bo miał ogromnie długą brodę. Broda była tak długa, że ciągnęła się na kilometr. I wtedy wyszedł z wody rudy fryzjer z fryzurą afro i powiedział: chodź no tu. A rybak podbiegł, bo to dodało mu sił. I fryzjer ścinał włosy, a każdy włos się zamieniał w belkę. I z nieba strzelił piorun i zabrzmiał głos: nie będziesz ścinał tych włosów. Jedyną osobą, która próbowała w tę narrację wprowadzić odrobinę mniej absurdu była ich matka, która wyraźnie psuła chłopakom zabawę. 

Ronja, czyli o dorastaniu

Co można robić nad morzem, gdy pada deszcz? Krople z głośnym szumem spadają z nieba, roztrzaskują się na chodniku, moczą trawę, a na pobliskim parkingu tworzy się kałuża-gigant. W rzadkich chwilach bez deszczu badamy z Piotrusiem jej głębokość, niedługo kalosze mojego syna będą za krótkie i nie da się do niej wejść. Morze i deszcz zagarnęły plażę, w lesie leją się za kołnierz mokre strugi, a zresztą zwykle oddziela nas od niego ściana wody. Po drodze skaczą zadowolone ropuchy, a my czytamy Ronję i mała córka rozbójnika zawładnęła wyobraźnią młodszego syna.

Ronja, córka zbójnika

Trzeba być chyba bardzo oporną jednostką, aby nie dać uwieść się tej książce. U nas musieliśmy jedynie poczekać na właściwy moment. Tymek poznał Wietrzydełko Mattisa już dawno, Piotruś rok temu był jeszcze za mały i historia Ronji była dla niego za trudna. Teraz jednak nadeszła chwila, gdy zachwycił go mroczny, piękny las, w którym szumi i wieje, stary zamek — tak wielki, że nikt go dobrze nie zna — rzeka, która nęci i grozi. Jego wyobraźnię zaludniają Szaruchy, Wietrzydła, Pupiszonki i Mroczniaki. Mój Młodszy snuje plany oswajania Szaruchów i zwiedzania wietrznych jaskiń. Zaplanował nawet, kiedy będziemy czytać Ronję po raz kolejny. A ilustracje Ilon Wikland z wydania Naszej Księgarni najchętniej oglądałby bez ustanku.

Trudno nie pokochać Ronji. Już jej narodziny wskazywały, że nie będzie to zwykłe dziecko.

Tej nocy, gdy Ronja miała przyjść na świat, nad górami przetaczała się burza tak gwałtowna, że wszystko, co tylko żyło, a co mieszkało w Lesie Mattisa, w popłochu wciskało się w swoje norki i kryjówki. Tylko złowrogie dzikie Wietrzydła, jedyne, które lubiły burzę, z wyciem i wrzaskiem latały wokół zbójeckiego zamku na Górze Mattisa. Przeszkadzało to leżącej w zamku Lovis, która miała właśnie rodzić, więc powiedziała:

– Przepędź Wietrzydła, żeby było cicho, bo nie słyszę, co śpiewam.

Bo to było właśnie tak, że Lovis rodziła, śpiewając. Idzie wtedy łatwiej, twierdziła, a małe, jeśli przyjdzie na świat podczas pieśni, będzie przypuszczalnie z gatunku tych pogodniejszych.

Rodziców też miała niezwykłych: Mattisa, największego herszta zbójników, i Lovis, która zawsze wiedziała, co dziecku jest najbardziej potrzebne i dawała mu przestrzeń, by samo odkrywało świat. Czytałam tę książkę synkowi (a tak naprawdę synkom, bo Tymek też słuchał, choć nie omieszkał skomentować, że on przecież tę historię świetnie zna) i myślałam sobie, że chciałabym umieć być taką matką jak Lovis: nienarzucającą się, ale pewną swoich racji, pozwalającą dziecku na wiele, ale umiejącą zjawić się, gdy jest najbardziej potrzebna, dbającą o wolność własną i cudzą, troszczącą się bez zamieniania troski w zagłaskiwanie. Ech, Lovis to silna kobieta, bo tylko taka mogła wytrzymać z Mattisem i jego bandą zbójców.

„Ronję, córkę zbójnika” Astrid Lindgren można — według mnie — czytać na okrągło i niezależnie od wieku. Czasami jest to książka o wolności, czasami o dorastaniu, o relacjach rodziców i dzieci, o miłości, o odkrywaniu samego siebie, o przyjaźni. Zawsze zadziwia mnie przenikliwość, z jaką Astrid Lindgren opisuje dzieci i to, jak myślą i postrzegają świat. Chociażby fragment o tym, jak Ronja pokonywała strach:

I podczas następnych dni Ronja nie robiła nic innego, tylko uważała na to, co było niebezpieczne, i uczyła się pokonywać strach. Miała uważać, żeby nie wpaść do rzeki, powiedział Mattis, dlatego ochoczo skakała po gładkich kamieniach przy samym uskoku wodnym, tam gdzie najbardziej huczało. Nie mogła przecież zapuszczać się w las i tam uważać, żeby nie wpaść do rzeki. Jeśli ma być jakaś korzyść z tych ćwiczeń, to muszą się one odbywać przy samym progu rzecznym i w żadnym innym miejscu. Żeby dostać się do wodospadu, Ronja musiała zejść z Góry Mattisa po zboczu, które stromo opadało ku rzece. Tym sposobem mogła także ćwiczyć się w pokonywaniu strachu. Pierwszy raz to było trudne; tak się wtedy bała, że musiała zamknąć oczy. Ale powoli stawała się coraz odważniejsza i wkrótce wiedziała, gdzie są szczeliny, w których można było postawić stopę, a gdzie należało podkulać palce nóg, żeby się utrzymać i nie spaść na wznak w kipiel.

„Jakie to szczęście – myślała – znaleźć miejsce, gdzie można i uważać, żeby nie wpaść do rzeki, i ćwiczyć się w pokonywaniu strachu”.

To książka na zawsze, warto do niej wracać i próbować na nowo odpowiadać na stawiane w niej pytania. Ważne pytania, o których trzeba pamiętać. Niesamowite, jak wiele spraw można poruszyć w dość cienkiej książce dla dzieci. Piotrusia najbardziej fascynowały przygody i niebezpieczeństwa, przeszkody, które trzeba pokonać i odwaga, by żyć całkiem samemu, bez mamy i taty. Zastanawiał się, czy warto być rozbójnikiem i dlaczego te dwie bandy tak bardzo się nienawidziły. No i śmierć, zawsze tak trudna i bolesna, a jednocześnie tak naturalna, gdy umiera stary człowiek otoczony kochającymi go ludźmi. Tymek słuchał jej już trochę inaczej. Dla niego była to opowieść o buncie, o szukaniu własnego ja, o walce o własną przestrzeń wśród innych.

Piękna, magiczna opowieść… Trzeba uczyć się żyć, tak jak potrafiła Ronja: pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą. Wtedy nawet deszcz nad morzem przestaje być straszny. Dzisiaj słuchaliśmy, czy we mgle odezwą się Mgłowce.

 

Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, Nasza Księgarnia

Cytaty za fragmentami udostępnionymi przez Cyfrotekę.

Niewidzialny Tonino, czyli o tym, czy niewidzialność jest super

Żeby tak stać się niewidzialnym… — chyba każde dziecko (a i dorosły pewnie też) choć raz w życiu o tym marzyło. Jakie to byłoby wspaniałe! Jaka doskonała okazja do żartów, robienia dowcipów i rozrabiania. A na dodatek pełna bezkarność — trudno się dziwić, że niewidzialność to, chyba odwieczne, marzenie ludzi.

Tonino, bohater powieści Gianniego Rodari „Niewidzialny Tonino” (Wydawnictwo Bona), na własnej skórze przekonał się, co się dzieje, gdy zdobywamy niewidzialność. Stał się niewidzialny trochę przypadkowo i właściwie nie wiadomo jak. Po prostu bardzo chciał być niewidzialny (wiecie, jak to jest, gdy się idzie do szkoły coraz wolniej i wolnej, bo ciąży świadomość, czego się nie zrobiło dzień wcześniej) i nagle odkrył, że JEST niewidzialny.

ToninoNa początku było wspaniale. Mógł płatać psikusy kolegom z klasy i drażnić nauczyciela. Bez problemów wyszedł ze szkoły, gdy znudziło mu się dokuczanie innym. A potem robił to, na co miał ochotę: jeździł bez biletu tramwajem, poszedł do kina, oczywiście na gapę, ukradł parę ciastek z cukierni. Im dłużej jednak rozrabiał, tym było mu ciężej i tym trudniej było mu cieszyć się nowo nabytą zdolnością. 

Nie chcę opowiadać całej bajki, żeby nie zepsuć lektury, bo naprawdę warto do tej książki zajrzeć. Tymek połknął ją błyskawicznie, a potem stwierdził, że jest bardzo ciekawa, mimo że nie ma w niej superprzygód i fantastycznych stworów. Nie byłam pewna, czy mój młodszy syn zrozumie tę historię, ale Piotruś jak zwykle mnie zaskoczył. Początek był trudny, ale potem nie mógł się doczekać, co będzie dalej i długo rozmawialiśmy, co jest ważne, czy warto być niewidzialnym i czego on sam bałby się wtedy najbardziej.

Historia napisana przez Gianniego Rodari jest odrobinę niedzisiejsza — mało który współczesny autor zwraca dzisiaj bezpośrednio do czytelnika, tłumacząc zachowania bohatera. W lekturze to w ogóle nie przeszkadza. Za to w pamięci zostają celne zdania, które chciałoby się zapamiętać i o których można długo, długo rozmawiać.

Ale skoro jesteś niewidzialnym chłopcem, to dlaczego ja ciebie widzę?

— Nie mam pojęcia. A ty jak myślisz?

— Może dlatego, że jestem ciągle sama. Nikogo obok mnie nie ma, nikt się ze mną nie bawi. W pewnym sensie mnie też nikt nie zauważa: jestem prawie tak samo niewidzialna jak ty. […] Kto wie — mówiła dalej Paola zamyślona, pociągając za warkocz — kto wie, ilu jest takich niewidzialnych ludzi na świecie.

Atmosfera opowieści powolutku narasta i gęstnieje. Wszystkie przygody Tonino wydarzyły się jednego dna, a Rodari potrafił pięknie pokazać, jak chłopiec w tym czasie dorasta i poważnieje, jak dochodzi do bardzo poważnych odkryć i zaczyna się zastanawiać, co jest w życiu ważne, co potrzebne i co najważniejsze. Cieszę się, że moi chłopcy mogli przeczytać tę książkę i mam nadzieję, że będziemy do niej wracać.

A na koniec jeszcze jeden smakowity cytat:

— To jakieś głupie zadanie: kupiec nabył 2347 metrów materiału, po 45 lirów za metr, i chce go sprzedać za 177 879 lirów: ile zarobi?

— To proste […]

— Proste, ale głupie — skwitowała Paola. — Widziałeś kiedyś handlarza, który kupowałby prawie dwa i pół kilometra tego samego materiału? Nigdy by go nie sprzedał! Przecież wszyscy ludzie nie mogą nosić ubrań w tym samym kolorze! I jeszcze ta cena: czterdzieści pięć lirów za metr! Kto widział takie tanie materiały? W jakim kraju żyje ten pan, który wymyślił to zadanie? Pomagam mamie prowadzić domowe rachunki i wiem, ile to wszystko kosztuje. I wiesz, co ci powiem? Że nigdzie nie widziałam tylu bzdur, co w szkolnych zadaniach…

Gianni Rodari, Niewidzialny Tonino, Wydawnictwo Bona 2011

Roald Dahl, „Matylda” – i co z tego wynikło

„Matyldę” wyciągnęłam z półki w przypływie rozpaczy. Tymek było chory i straszliwie marudził. Nie mógł sam czytać, nie miał ochoty niczego słuchać, generalnie życie było paskudne. Chciałam poczytać mu coś, czego nie zna on — i nie znam ja, to było moje pierwsze spotkanie z akurat tą książką Roalda Dahla. Tak, tak, ciągle czytamy książki naszemu dziesięcioletniemu synowi — nie tylko wtedy, gdy jest chory — i niczego nie zmienił fakt, że Tymek wciąga książki jak mały odkurzacz. Wspólne czytanie to wspólnie spędzony czas — on to lubi, my to lubimy i nie widzimy powodu, by z tego zwyczaju rezygnować.

Matylda

Historia Matyldy zaintrygowała nas oboje, choć na początku usłyszałam kilka protestów, że to pewnie będzie nudne, bo o dziewczynie. Świat Roalda Dahla nie jest jednak pastelowy ani ładny, to przerażający i brutalny obraz życia i szkoły. Nie skończyliśmy książki wspólnie. Moje starsze dziecko doczytało ją samo dzień czy dwa później, bo nie mogło się doczekać, aż będę miała czas. Opowieść o Matyldzie naprawdę go wciągnęła i długo później o niej opowiadał.

Kim jest Matylda? Matylda to genialna córka państwa Piołunów — znacie gorszych rodziców?

Zanim Matylda skończyła trzy lata, nauczyła się czytać z gazet poniewierających się po domu. W wieku czterech lat czytała szybko i płynnie, no i oczywiście zaczęła wzdychać do książek. Ale jedyną książką w tym oświeconym domu była „Łatwa kuchnia”, należąca do jej matki. Kiedy przeczytała to dzieło od deski do deski i nauczyła się wszystkich przepisów na pamięć, stwierdziła, że musi rozejrzeć się za czymś bardziej interesującym.

— Tato, kupiłbyś mi książkę? — zapytała.

— Książkę? — zdziwił się. — A po co ci jakaś zakichana książka?

— Do czytania, tato.

— A co, telewizja już ci się nie podoba? Mamy piękny, dwunastocalowy telewizor, a ty chcesz książkę! Rozpuściłaś się, mała!

Tymek bardzo chciał wiedzieć, czy naprawdę istnieją tacy rodzice: ledwo zauważający własne dzieci, niezainteresowani niczym oprócz oglądania telewizji, leniwi, niedoceniający zdolności własnej córki, marzący tylko o tym, kiedy się jej w końcu będą mogli pozbyć… Uff, chciałabym móc powiedzieć, że takich rodziców nie ma, że Roald Dahl po prostu wyolbrzymił zwykłe wady, a w efekcie Piołunowie zamienili się w potwory.

Mam jednak naprawdę nadzieję, że nie istnieją tacy nauczyciele, jak pani Pałka, dyrektorka szkoły, do której trafiła Matylda. Głównym hobby Pałki jest rzucanie dziećmi za włosy i nękanie ich na tysiąc różnych sposobów. Szkoła w tej książce to miejsce tortur — szybko trzeba poznać panujące tutaj zasady, by przetrwać. Mnie włosy jeżyły się na głowie, a Tymek zaśmiewał się do łez. Wizja nauczyciela, który rzuca dzieckiem, była dla niego tak absurdalna, że w żaden sposób nie mógł jej odnieść do własnej rzeczywistości, na szczęście!

No tak, właściwie z tego wpisu wynika, że książka Roalda Dahla to wzbudzający grozę horror 🙂 Historia Matyldy to piękna, iskrząca się humorem baśń, w której wygrywa dobro, choć zło jest okrutne, bardzo silne i ma wielu zwolenników. Mało jest w tej opowieści pozytywnych bohaterów (właściwie tylko Matylda i jej wychowawczyni, pani Miodek), ale wszystkie postacie są bardzo wyraziste i zróżnicowane. No i wszystkie mają znaczące nazwiska. Akcja toczy się wartko, co chwila coś się dzieje, Matylda odkrywa w sobie właściwości telekinezy, a jej tato okazuje się znanym oszustem — nie można się nudzić.

Zdecydowanie jednak nie przeczytałabym tej książki dziecku, które jeszcze nie ma za sobą doświadczeń szkolnych. Mam wrażenie, że plastyczna wizja szkoły jako miejsca, gdzie gnębi się dzieci fizycznie i psychicznie, mogłaby na długo zapaść w pamięć. Szkolniak, najlepiej z poczuciem humoru i umiejętnością dostrzegania groteski — jak najbardziej. Przedszkolak — raczej nie, żeby przypadkiem nie zrazić do szkoły.

A wiecie, jaki był dodatkowy efekt lektury? Tymek bardzo serio potraktował listę lektur przeczytanych przez Matyldę w wieku pięciu lat i uznał, że koniecznie musi je poznać. No bo jak to — przecież też szybko czyta i lubi długie książki. Lista jest ambitna — będzie mógł zacząć od Dickensa i Oliviera Twista. Zobaczymy, czy da radę.

Roald Dahl, Matylda, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom, 2008