Na balu u królowej ptaków

Bywa, że książka wypożyczona dla moich synów pochłania mnie tak, że zapominam o całym świecie. Tak było właśnie z „Królową ptaków” Zofii Beszczyńskiej — nie mogłam się od niej oderwać, a potem prawie siłą wcisnęłam Tymkowi, tak byłam ciekawa jego wrażeń.

Królowa ptaków

„Królowa ptaków”, mimo wyróżnienia w konkursie na najlepszą książkę 2015 r. IBBY, zniknęła wśród innych książek. Nie ma w sieci zbyt wielu jej recenzji — i nawet się nie dziwię, bo to książka niezwykła, o której bardzo trudno pisać. To baśń-kalejdoskop, którą każdy czytelnik może odebrać inaczej. Słowa malują obrazy z pogranicza snu i jawy, rzeczywistość przenika się z wyobraźnią — nie ma jasnej fabuły i kolejności zdarzeń, a po zamknięciu książki nic się nie wyjaśnia, tajemnica pozostaje tajemnicą i od nas zależy, jak ją sobie wytłumaczymy.

Królowa ptaków

Książka podzielona jest na trzy głosy. Najpierw poznajemy Marka, zagubionego czternastolatka zafascynowanego ptakami, odizolowanego od rówieśników. Jego ojciec zniknął gdzieś za życiowym zakrętem, mama jest smutna, a on — jak się wydaje — nie potrafi już z nikim rozmawiać. Pewnego dnia jego uporządkowane życie zaczyna się zmieniać, a świat wykrzywiać, pokazując nierealne oblicze. Zbiega się to z pojawianiem w szkole Marty, nowej uczennicy. To ona jest kolejnym bohaterem. Marta to buntowniczka, potrafi pokazać emocje i złość. Jej rodzina również się rozpadła — teraz mieszka u cioci, a jej mama próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Drogi Marka i Marty zbiegają się, ale w tej książce nic nie jest oczywiste. Na końcu słyszymy jeszcze głos Mai.

Królowa ptaków

No i jest las. Rośnie blisko miasteczka Marka i Marty i pełni w tej książce niebagatelną rolę. To miejsce, gdzie można zgubić drogę i samego siebie. To miejsce, gdzie splatają się losy, gdzie można odnaleźć szczęście albo dać się pochłonąć na zawsze. Tutaj mieszka Królowa Ptaków, tajemnicza i zimna jak lód, o białej twarzy. Las to miejsce gwaru, trelu i muzyki, jest pełen głosów — odmiennie niż ludzkie domy.

Królowa ptaków

Zofia Beszczyńska mistrzowsko operuje słowem, nastrojem. Bawi się odniesieniami do baśni i innych powieści (wspaniałe cytaty na początku rozdziałów, aż miałam ochotę od razu szukać tych książek). Niektóre tropy są proste, innych pewnie nie dostrzegłam. To bardzo nastrojowa opowieść, która długo się mieni i błyska w pamięci. Mnie się spodobała bardzo, ale mam świadomość, że może rozczarować, jeśli ktoś szuka prostej opowieści o nastolatkach.

Tymek zaczął od przeczytania notatki na okładce. To nie jest notatka dla dzieci, może dla starszej młodzieży. Mój syn przeczytał  na głos — To liryczne, pastelowe haiku prozą – oszczędne w każdym słowie, powściągliwe w ujawnianiu emocji, choć emocji pełne. – prof. UW Grzegorz Leszczyński — i stwierdził, że nie ma ochoty zaglądać do tej książki, bo to na pewno nuda. Może starsze dziecko zareagowałoby inaczej, ale mojego syna taki opis zniechęcił. 

Zaproponowałam, że mu fragment przeczytam… Słuchał z uwagą i ciekawością, a potem skończył całą książkę. Podobała mu się atmosfera napięcia, podszyta lękiem, choć nie wszystko rozumiał i nie wszystko potrafił sobie wytłumaczyć. Czy jednak wszystkie książki trzeba koniecznie rozumieć? Zajrzyjcie do „Królowej ptaków”, obejrzyjcie surrealistyczne ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch i dajcie się uwieść. Polecam starszej młodzieży — szczególnie tej, która zaczyna doceniać zabawę formą i lubi poezję — i wszystkim dorosłym.

 

Zofia Beszczyńska, Królowa ptaków, il. Aleksandra Kucharska-Cybuch, Akapit Press 2014

Reklamy

Marzy mi się… — o Leśmianie raz jeszcze

Marzy mi się piękne wydanie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Z cudownymi ilustracjami, które pozwoliłyby poczuć klimat i zapach mitycznej Arabii, które wciągałyby w głąb siebie, tak samo mocno jak tekst Leśmiana. Już kiedyś zachwycałam się „Baśnią o rumaku zaklętym” z magicznymi rysunkami Józefa Wilkonia, a teraz marzy mi się cały zbiór. Ech, jak miło by było czytać taką książkę z chłopcami.

W dzieciństwie „Klechdy sezamowe” były jedną z moich ulubionych lektur. Na półce stało wydanie z ilustracjami Jana Lenicy — nie za bardzo mi się podobały.

Klechdy sezamowe

Z Synkami zaczęłam je czytać ostrożnie, bo to trochę straszne baśnie. Nie są uładzone, pojawia się w nich zło i okrucieństwo, przerażają i ludzkim działaniem, i atmosferą, która czasami jest gęsta, horrorowata — tak jak podczas wędrówki na Górę-Cmentarnicę w baśni o Parysadzie. Zaczyna się łagodnie, a potem jest coraz straszniej i mroczniej.

Nieustraszony Bachman wstąpił na ścieżkę-złotobrzeżkę i tą ścieżką jął się wspinać pod górę. Wspinał się i wspinał, szedł i szedł coraz wyżej, coraz chyżej, aż wreszcie ścieżka- -złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną. Mrok nocny już zapadł. Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie! Martwo i pusto i straszno i bezludnie. Pomimo mroku nocnego dojrzał Bachman po obu stronach drogi nieruchome posągi  — kamienne dziwolągi. Byli to rycerze żywi, w martwy kamień zaklęci. Chcieli dotrzeć do szczytu Góry-Cmentarnicy, aby zdobyć trzy dziwy, trzy cuda — lecz nie dotarli: za siebie się obejrzeli — i w posągi skamienieli. […] Szedł dalej śmiało i odważnie. Dotąd nie słyszał żadnych głosów i nie spotkał żadnych strachów. Aż tu nagle poczuł, że się coś za nim porusza… O mało się nie obejrzał za siebie, lecz natychmiast przypomniał sobie radę derwisza, więc uśmiechnął się i szedł dalej. Coś się znów za nim poruszyło i zbliżyło się z tyłu do jego stóp… Zdawało się Bachmanowi, że ktoś niewidzialny schwyci go nagle za stopy… Szedł jednak dalej, nie oglądając się za siebie. W tej chwili posłyszał za sobą Szept i Wrzask.

Ech, pan Leśmian. Jego baśnie lśnią i migocą. Oplątują melodią języka, wciągają w głąb, czarują. Żadna baśń o żywej wodzie i zaczarowanej górze nie pochłonęła nas tak mocno, jak „Baśń o pięknej Parysadzie i ptaku Bulbulezarze”. Dla mnie to wzorzec baśni.

Daleko, daleko, za górą, za rzeką, za zielonym borem, za modrym jeziorem, w pobliżu rozstaju, w sąsiedztwie ruczaju stał niegdyś pałac, a obok pałacu — ogród, a obok ogrodu — droga, która prowadziła nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. W tym pałacu mieszkało dwóch braci: Bachman i Perwic, wraz z siostrą Parysadą. Parysada była tak piękna, że sama zawsze dziwiła się swojej urodzie. Oczy miała pełne zdziwienia, a usta pełne śmiechu. Śmiała się nieustannie. Nigdy łza nie zabłysła w jej oczach. Nie umiała płakać.

Za każdym razem, gdy czytam opowieść o Parysadzie, zadziwia mnie bogactwo polskiego języka. Jak pięknie, jak różnorodnie, jak migotliwie można po polsku opowiadać, jak cudownie może się opowieść mienić i snuć. Chyba nikt oprócz Leśmiana nie opanował żonglerki słowami w takim stopniu:

Parysada wróciła do pałacu. Żądza posiadania trzech dziwów tak ją opętała i tak niecierpliwiła, że nie mogła sobie dać rady. Biegała po pokoju z kąta w kąt, tam i z powrotem. Zmęczona bieganiem, siadła na krześle. Znużona siedzeniem na krześle, podbiegła do okna i siadła na oknie. Zniecierpliwiona siedzeniem na oknie, podbiegła do stołu i siadła na stole. Właśnie w tej chwili dwaj bracia Parysady wrócili z polowania. Obydwaj zdziwieni spojrzeli na Parysadę. — Siostro moja kochana! — zawołał Bachman. — Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś. — Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie — odparła Parysada. — A któż ci kazał siedzieć na oknie? — spytał Perwic. — Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle — odrzekła Parysada. — Czemuż nie chciałaś siedzieć na krześle? — rzekł zdziwiony Bachman. — Nie tylko na krześle, ale na żadnym miejscu usiedzieć nie mogę! Nudzę się i nudzę. Niecierpliwię się i niecierpliwie. Smucę się i smucę! Gdybym umiała płakać, tak bym się głośno rozpłakała, że musielibyście uszy zatykać i z pałacu co tchu zmykać! Jestem nieszczęśliwa, nieszczęśliwa, nieszczęśliwa!

Czytamy tę baśń często, najczęściej na życzenie Piotrusia. Gdy ma dosyć różnych opowieści i historii, pyta, czy przeczytam mu bajkę, taką którą lubi najbardziej. Tych najbardziej ulubionych jest kilka, może kilkanaście, ale prawie zawsze pojawia się wśród nich baśń o Parysadzie, o „Rybaku i Geniuszu” i o „Ali-Babie i czterdziestu rozbójnikach” — właśnie w wersji z „Klechd sezamowych”.

Bałam się opowieści o Ali-Babie ze względu na jej okrucieństwo, czytałam ją chłopakom powoli i stopniowo. Och, jak rozbawiła ich Leśmianowska wizja rozbójników:

Tętent koński wciąż się zbliżał. Ziemia drżała i grzmiała od tego tętentu, a echo niosło go po lesie. Wreszcie z gęstwiny leśnej wynurzyła się jedna morda końska, za nią druga i trzecia… Po chwili kilkudziesięciu jeźdźców wpadło na polanę. Wszyscy byli brodaci i wąsaci. Wszyscy byli zbrojni w miecze, siekiery i łuki. Wszyscy, pochyleni na koniach, strasznie i groźnie mruczeli pod wąsami: — Jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu! Ten zaś, co jechał na przedzie, jeszcze straszniej i jeszcze groźniej pomrukiwał: — Jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów!…

Mamo, a po co oni tak mówili? I jak tu odpowiedzieć, że po to, by opowieść grzmiała i tętniła. Że właśnie po to, by język zagrał, by przed oczami pojawiły się brodate i wąsate twarze, a w uszach zabrzmiał dźwięk kopyt i zbójeckie pomrukiwanie?  A może nie warto niczego wyjaśniać tylko czytać dalej i stanąć w olśnieniu razem z Ali-Babą?

Co za cuda, co za dziwy ujrzał Ali-Baba we wnętrzu zaklętej jaskini! Ujrzał kufry, napełnione dukatami; ujrzał całe stosy kamieni drogocennych; ujrzał drzewa koralowe i olbrzymie pnie zielonego malachitu. Ale to wszystko żyło i poruszało się nieustannie. Brylanty same przesypywały się z brzękiem i szmerem z jednej szkatuły do drugiej. Turkusy, niby krówki boże, zręcznie i zwinnie wpełzały na drzewa koralowe i sfruwały potem z gałązki na gałązkę. Rubiny razem z topazami kręciły się i wirowały po ziemi w jakimś dziwnym rubinowo-topazowym tańcu. Dukaty, dzwoniąc w kufrach, bawiły się nawzajem w orła i reszkę: same podrzucały się w górę i same spadały do swoich kufrów, ukazując orła albo reszkę. Olbrzymie zaś pnie zielonego malachitu mówiły do siebie basem: — Jaka szkoda, że i my nie możemy się bawić w orła i reszkę albo wirować po ziemi w tańcu rubinowo-topazowym, albo na kształt turkusów wpełzać na drzewa koralowe, albo wreszcie przesypywać się z brzękiem i szmerem ze szkatuły do szkatuły, jak brylanty! Możemy za to wywrócić się i toczyć po ziemi, niby beczki. I pnie malachitowe, wywróciwszy się z trudem, potoczyły się natychmiast po ziemi, niby beczki.

„Klechdy sezamowe” to dla mnie klasyka, którą po prostu trzeba znać. Nie ma ładnego wydania, ale baśnie są dostępne w wersji elektronicznej. Można je za darmo pobrać stąd i dać się wciągnąć w czarodziejski świat. Nie warto czekać z ich lekturą zbyt długo, ale najpierw trzeba samemu je przeczytać. Każdy rodzic najlepiej będzie wiedział, czy jego dziecko wytrzyma tak długą opowieść i czy nie przerażą go strachy i duchy. Zbyt wczesna lektura może do Leśmiana zrazić, a to byłaby niepowetowana strata.

Bolesław Leśmian, Klechdy sezamowe, wolnelektury.pl

Zauroczenie

Trafiły do nas niedawno dwie książki wydawnictwa Officyna – obie wydane dosłownie przed chwilą – i nie jestem w stanie się od nich oderwać. Położyłam „Księżyc zapomniał” i „Dźwięki kolorów” Jimmiego Liao na nocnym stoliku i zaglądam do nich właściwie codziennie, i co chwila podtykam je pod nos obu chłopakom. Podobną chęć posiadania wzbudziła chyba we mnie tylko „Gdzie jest moja siostra” Svena Nordqvista — w jakiś sposób te książki są dla mnie bardzo podobne, choć tak bardzo różne. We wszystkich jednak słowo i obraz łączą się z sobą w nierozerwalny sposób, a ilustracja wciąga w fantastyczny świat, pełen dygresji i znaczeń. Jak to dobrze, że ciągle wydawane są tak fascynujące książki, które potrafią zaczarować obrazem i słowem, i które są doskonałą lekturą zarówno dla starszych, jak i młodszych.

Może zacznę od „Księżyc zapomniał” — książki, która wydała mi się prostsza, łatwiejsza dla Tymka. Historię przyjaźni chłopca i księżyca mój synek doskonale zrozumiał, choć pewnie będziemy mogli ją czytać jeszcze wiele razy i odkrywać nowe sensy i znaczenia…

 

Historia zaczyna się całkiem prosto: mały chłopiec znajduje na łące malutki księżyc, który spadł z nieba i niczego nie pamięta. Chłopiec zaopiekował się maluchem i w ten sposób znalazł przyjaciela towarzyszącego mu w każdej wyprawie: Chłopiec i księżyc chowali się w szafie mamy. Udawali, że wpadli w tajemniczą, czarną dziurę bez dna. Mama nigdy nie mogła ich znaleźć. Przez trzy dni i trzy noce pływali po morzu. Napotykali tsunami i przerażające rekiny. Mama była zbyt zajęta, by przyjść im z pomocą. Zrobiło mi się bardzo smutno, gdy czytałam z Tymkiem te słowa – tak trudno jest towarzyszyć dziecku w jego świecie i ciągle go rozumieć, i znaleźć czas, by dostrzec małe, wielkie problemy.
Przyjaźń chłopca i księżyca nie jest prosta – chłopiec odsuwa się od otoczenia, choć może to ono ucieka od niego. Z książki bije tęsknota za bliskością, za byciem razem w każdej chwili, za wspólnotą i zrozumieniem – ofiarować może ją chłopcu jedynie księżyc, ważne pytania zdają się ginąć w chaosie, w jakim pogrążył się świat. To także książka o altruizmie, o tym, że czasami trzeba wyrzec się czegoś bardzo cennego i ważnego, by ochronić innych, by zapewnić im spokój i bezpieczeństwo. Ta ważna cecha wydaje się trochę zapomniana w naszym nastawionym na sukces świecie. Zresztą pytań po lekturze pojawia się naprawdę bardzo dużo. Warto czytać tę książkę uważnie, żeby nie przegapić możliwości rozmowy na ważne tematy — prawdziwej rozmowy, w czasie której powstaje mocna więź, a rozmówcy naprawdę się słuchają. To świetna książka do wspólnego czytania i oglądania: pozornie prosta i lekka, a zarazem bardzo pobudzająca, zmuszająca do refleksji. Nie mogę oprzeć się skojarzeniom z „Małym księciem”, szczególnie gdy czytam zakończenie:To, co nie widziane, stało się widoczne.
Letni wietrzyk lekko wieje, falują trawy i liście drzew.
To, co zapomniane, powraca w pamięci.
Chmury powoli się rozproszyły i delikatne światło księżyca zalśniło za oknem…
Wspólna lektura „Księżyc zapomniał” stwarza szansę na porozumienie niezależnie od wieku dziecka – czytelnika. Dorosły powinien być przewodnikiem, ale musi także uważnie słuchać, bo może dowiedzieć się rzeczy naprawdę ważnych i istotnych.

I warto uważnie przyglądać się ilustracjom, choćby po to, by się nimi pozachwycać.

  

Druga książka „Dźwięki kolorów” była dla nas i łatwiejsza, i trudniejsza.

 

„Dźwięki kolorów” to historia niewidomej dziewczynki, która podróżuje metrem po mieście. Na ilustracjach widzimy świat jakby jej oczami: świat utkany z dźwięków i wyobrażeń:

Jestem w bezkresnym tunelu metra — słyszę wyraźnie
jak motyl trzepocze skrzydłami
i w tańcu to się zbliża to oddala.

Tymek obejrzał ilustracje z zachwytem — trafił mu do gustu ich humor, kolory, różnorodność, momentami absurdalne przedstawienie świata. Na pierwszy rzut oka wszystko na nich wydaje się znajome, bardzo realistyczne, ale jednak jakby skrzywione, inne — często jednak tę inność można zauważyć dopiero po chwili. Od ilustracji po prostu nie można się oderwać: są spójne, a jednocześnie każda wydaje się rysowana inną techniką, budzi odmienne skojarzenia. Obrazki wzbudziły także entuzjazm Piotrka. To po prostu książka idealna, prawie na każdej stronie pociąg, więc oglądał ją, wykrzykując co chwila: „mamo, tutu, pociąg, i inny, i drugi, i patrz, słoń jedzie”. Dzięki temu mogliśmy spędzić czas razem we trójkę nad tą samą książką, co wcale nie jest takie proste, bo zwykle dwulatek i sześciolatek domagają się innej lektury.

 
 
Warstwa słowna okazała się trudniejsza. Opór Tymka budziło już to, że dziewczynka nie widzi — nie chodzi o to, że jest inna, tylko że to jest niesprawiedliwe, bo powinna widzieć. I dlaczego podróżuje sama, przecież ktoś się musi nią opiekować, gdzie jest jej mama… Takich pytań już na starcie pojawiało się bardzo wiele. Zaczęliśmy więc od opowiadania historii: może innej niż ta napisana przez Jimmiego Liao. Była to opowieść o tym, co dziewczynka „widzi” i co mogło wpłynąć na taki, a nie inny obraz świata.Tekst „Dźwięków kolorów” nie jest prosty, jest bardzo metaforyczny, wieloznaczny. Zapowiada to już motto zaczerpnięte z wiersza Wisławy Szymborskiej: Wielkie to szczęście nie wiedzieć dokładnie, na jakim świecie się żyje. Mój sześciolatek bardzo chce jednak wiedzieć, na jakim świecie żyje. I najbardziej pragnie odpowiedzi na wszystkie pytania: niepokoją go książki, które tych pytań stawiają tak dużo i nie dają prostych wyjaśnień. To przywilej sześciolatka, więc pewnie „Dźwięki kolorów” będą musiały jeszcze trochę poczekać na półce i na razie będą miały status „książki do oglądania”. Po ich lekturze ma się bowiem wiele pytań i wątpliwości. Ta książka zmusza do myślenia o rzeczach, które najchętniej zostawiamy gdzieś z boku. I stawia pytania, na które bardzo trudno odpowiedzieć. Czasami także trudno przyznać się, jaka jest prawdziwa odpowiedź. Doskonała lektura do wspólnego szukania odpowiedzi — ta książka wymaga zaangażowania, nie pozostawia nikogo obojętnym. Moim zdaniem, obowiązkowa pozycja w każdej biblioteczce.

Cudowny pan Leśmian

Bardzo lubię wiersze Leśmiana…. Ale nie czytałam ich jeszcze Tymkowi. Choć pewnie dusiołki i inne stworki spodobałyby mu się bardzo. Przeczytaliśmy za to „Baśń o rumaku zaklętym”.

Już od dawna zamierzałam zacząć czytać z Tymkiem „Klechdy Sezamowe”. Gdzieś jednak wcięło mój egzemplarz z dzieciństwa, nie mogłam ich znaleźć, więc zarzuciłam ten pomysł. A potem wpadł nam w ręce egzemplarz „Baśni o rumaku zaklętym” — nie jakiś tam przedruk, tylko księga wspaniale ilustrowana przez Józefa Wilkonia i przepięknie wydana przez wydawnictwo Oficyna Olszynka. Dziwne to wydawnictwo, chyba także zaklęte, a w każdym razie tajemnicze, bo trudno znaleźć o nim jakiekolwiek informacje. Ale wydana przez nie książka to po prostu arcydzieło.

 

Może najpierw opowiem o ilustracjach, bo książka jest naprawdę piękna. W jakiś sposób odpowiada mojemu wyobrażeniu o tym, jak wyglądały kraje Orientu – i nie chodzi tylko o błyszczące, złote dachy minaretów czy kopuły na wieżach pałaców. Z obrazków bije przepych i egzotyka, są jednocześnie dokładne i niedomówione, pozwalają działać wyobraźni. A ten rumak… Sztuczny, mechaniczny koń, który wygląda jak prawdziwy. Nie żaden tam robot, tylko koń z krwi i kości. Tymek wzdychał sobie marzycielsko, bo w wakacje jeździł na kucyku i uznał, że potrafi już wszystko. A na takim koniu to można by zajechać i do Afryki, i pewnie nawet na Merkurego. Biały rumak wygląda tak wspaniale, że zdaje się, iż wyskoczy z kartek i pogalopuje po pokoju, a potem wyleci przez otwarte okno.

Trochę się obawiałam, że język Leśmiana może być zbyt hermetyczny, zbyt skomplikowany dla mojego czterolatka. Tymek słuchał dzielnie i uważnie, i bardzo wziął sobie do serca początek baśni:

Trzeba bardzo natężyć uwagę, aby od początku do końca wysłuchać baśni o zaklętym rumaku. Jest to bowiem baśń pełna zdarzeń niespodzianych i cudów niesłychanych. Naprawdę czarodziejska baśń. Toteż nieuważnemu i nieostrożnemu słuchaczowi łatwo zabłąkać się w tej baśni tak samo, jak się pewien chłopiec zabłąkał w lesie czarodziejskim. O północy wszystkie ścieżki i drogi tego dziwnego lasu zaczęły ze śmiechem skakać i pląsać i — rozpląsane — uciekały przed chłopcem, ile razy chciał na jedną z nich nastąpić nogą, ażeby po niej wrócić do domu. Trzeba być bardzo uważnym wówczas, kiedy się wchodzi do czarodziejskiego lasu, albo wówczas, kiedy się słucha naprawdę czarodziejskiej baśni. Nawet królowie perscy, arabscy i indyjscy natężali swoją królewską uwagę, gdy im opowiadano tę dziwną i straszną, i osobliwą, i niepojętą baśń o rumaku zaklętym.

Wciągnęła ta baśń mojego synka, domagał się, żeby czytać dalej, gnał z przedszkola do domu, bo przecież, mamo, musimy skończyć tę książkę. Zanurzaliśmy się razem w egzotycznym świecie znudzonych sułtanów, przepięknych księżniczek i potężnych magów. Język Leśmiana wcale się nie zestarzał, jego fraza nie nuży. Kaszmir, Bengal, Persja — nazwy zapraszające do marzeń, pachnące cynamonem i goździkami. Tymek słuchał i słuchał, a baśń płynęła powolnym nurtem… A jak śmiał się, gdy czytałam groźby księżniczki:

Jestem chora, od rana do wieczora trapi mnie zmora! Połknęłam potwora! Wpadłam do jeziora! Ratujcie, bo już pora! Poślijcie po doktora!

To przepięknie napisana baśń…
Tylko mój mąż w pewnej chwili odmówił czytania, bo uznał, że bajka jest zbyt drastyczna dla Tymka — nie chciał czytać mu o podskakującej głowie czarodzieja, która śni się księciu Firuzowi Szachowi. Nie zgadzam się z nim — Tymkowi trzeba wyjaśniać pewne rzeczy, rozmawiamy o tym, czym różni się sen i jawa, dlaczego czasami śnią nam się różne rzeczy i dlaczego młodemu księciu śniła się głowa czarodzieja. W każdej gazetce dla chłopców typu Power Rangers czy Ben 10 można znaleźć bardziej drastyczne historie. A spróbujcie poczytać opisy na kartach gormitów… Nie zamierzać jeszcze czytać z Tymkiem drastycznych baśni braci Grimm, ale nie chcę także serwować mu słodkiej papki. Dzieci potrzebują także jasnych rozstrzygnięć — dobro powinno być nagrodzone, zło ukarane. Baba Jaga nie musi koniecznie wylądować w piecu, ale powinna ponieść konsekwencje swoich niecnych uczynków.
Nie sądzę, że trzymanie dziecka w różowej, pastelowej klatce ma jakikolwiek sens – świat wokół nie jest różowy i pastelowy, trzeba nauczyć się przeżywać różne emocje. A także pokazywać, że nie wszystko jest oczywiste. Bo czy czarownik z baśni o zaklętym rumaku na pewno był zły? Czy może jednak zawinił książę, który lekkomyślnie uznał, że wie już wszystko o kierowaniu rumakiem…
Chciałbym mieć takiego konia, szepnął na koniec mój synek, zamykając książkę po obejrzeniu ilustracji (po raz kolejny zresztą). A ja bym chciała mieć tę książkę. I musiałam naprawdę z sobą walczyć, żeby oddać ją do biblioteki 😉