Bałaganiaki i sprzątanie

Stan naszego domu oceniam tak pomiędzy Artystycznym nieładem (ha, ha), a Rozgardiaszem w skali Bałaganiaków. Ale może to już początki Chaosu? Przynajmniej w pokoju chłopców… Nie, jeszcze nie, przecież książki nie leżą jeszcze w jednej wielkiej stercie na środku pokoju. Bałaganiaki rozróżniają aż siedem stanów bałaganu: od Prawie porządku po Pomieszanie z poplątaniem, kiedy:

Nikt nie może niczego znaleźć, wszędzie piętrzą się sterty pozostawionych rzeczy. Po domu można poruszać się tylko wyznaczonymi wąskimi ścieżkami. Zejście ze szlaku grozi poślizgnięciem na skórce banana, nadepnięciem na stary ogryzek lub pozostawioną pineskę. W niektórych przypadkach można nawet wejść w kałużę lub wpaść w pajęczą sieć.  

Bałaganiaki

Rodzina Bałaganiaków to bohaterowie książki Agnieszki Zimnowodzkiej z serii „Humorki” (Kocur Bury). Zabawna książeczka bardzo spodobała się Piotrkowi, który rozpoczął rozważania nad stanem czystości naszego domu (hmm, hmm). Wizja pomieszania z poplątaniem wyraźnie go urzekła, nawet spytał, co bym zrobiła, gdyby wyrzucił wszystkie książki z półek na środek pokoju (nie chcecie znać odpowiedzi, uwierzcie). Ogromnie spodobała mu się także mapa na początku książki i długo zastanawialiśmy się nad nazwami ulic — jego matka chętnie przeniosłaby się na ulicę Krótkiej Drzemki.

Bałaganiaki

„Bałaganiaki” to lekko moralizatorska podróż rodziny Bałaganiaków od chaosu do porządku. Rodzina składa się z mamy, taty, czterech małych Bałaganisiów i psa Bajzla. Ogromnie mi się podoba to imię, a Piotruś zaśmiewał się w głos z pomyłki pani Porządnisiowej. Historia Bałaganiaków jest napisana sprawnie i z humorem, szczególnie w części rozbałaganionej. Nie od dziś wiadomo, że bałaganić jest łatwiej niż sprzątać. 

Bałaganiaki

Część „porządna” przekonuje nas trochę mniej — miałam wrażenie, że autorka nie bardzo wie, jak skończyć książkę, żeby jednak nie zostawiać Bałaganiaków z ich bałaganem. Piotruś, który doskonale wie, ile trwa sprzątanie, zastanawiał się… No tak, nie mogę powiedzieć, bo zdradzę zagadkę. Uznamy, że mój syn uznał zaproponowane rozwiązanie zagadki za niemożliwe, a przemianę rodziny za mało prawdopodobną. Choć historyjka w jakiś sposób zachęciła nas do sprzątania (ale do bałaganienia też).

Na zakończenie fragment, który — przyznaję — najbardziej w tej książeczce drażni:

Wyświadczył Bałaganiakom prawdziwie niedźwiedzią przysługę! Nie dość, że wydali majątek na odkrycie prawdy, to jeszcze okazało się, że ta prawda w oczy kole.

A teraz wyjaśnienie: przysługa to coś, co robimy z uprzejmości, przez grzeczność, więc nie bierzemy za to pieniędzy. Bałaganiaki zapłacili komuś za pracę, więc po prostu ponieśli konsekwencje swoich czynów. A czy musieli się zgodzić z tym, co odkryli? Wcale nie! Czy oznaczało to, że utrudniali wszystkie zmiany? Też nie! Mam dziwne przeczucie, że gdzieś zgubiło się prawdziwe znaczenie tego frazeologizmu. Chyba w tych dwóch zdaniach Agnieszka Zimnowodzka chciała umieścić strasznie dużo treści, a wyszło, jak wyszło. Nie zmienia to faktu, że chętnie zajrzymy do Humorków, by poznać innych mieszkańców tego miasteczka. 

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Kocur Bury.

Agnieszka Zimnowodzka, Bałaganiaki, il. M. Kwapińska, Kocur Bury 2017

Reklamy

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Co boli najbardziej na świecie?

Stało się… Chłopaki się pokłócili o książkę. Całkiem na serio i bardzo poważnie, bo mają skrajne opinie. Jednemu się podoba (wszystko), drugiemu się nie podoba (też wszystko, no prawie wszystko). Doskonały powód, by nauczyć się dyskutować i przedstawiać własne argumenty.

Poszło o książkę „Co boli najbardziej na świecie”, wydaną przez Tako

Co boli najbardziej na świecie

Piotrusiowi historia zająca i hieny bardzo się podobała, Tymek uważa, że jest dziwna i niesprawiedliwa. No to może od początku…

Zając i hiena poszli razem na ryby. Niestety, zamiast siedzieć cicho, jak to podczas wędkowania przystało, zaczęli rozmawiać o tym, co najbardziej boli na świecie. Zając uważał, że najbardziej boli kłamstwo. Hiena go wyśmiała. Zwierzęta postanowiły się założyć: hiena mogła ugryźć szaraka, a ten miał jej udowodnić, że jego teza jest prawdziwa. 

Do tego momentu wszystko było w porządku. Obaj chłopcy zgodnie przyznali, że w baśniach afrykańskich zające są przebiegłe i wszystkich kantują, a hien to nikt nie lubi. No cóż, taki obraz wyłania się z lektury baśni ze zbioru „Bajarka opowiada” i „Baśnie z dalekich wysp i lądów, które kochamy i często czytamy. Piotrkowi postawa zająca spodobała się ogromnie, a Tymek uważał, że po prostu skrzywdził hienę.

Cóż bowiem zrobił nasz szarak? Kiedy łapka mu wydobrzała, wybrał się wczesnym rankiem pod pałacowe drzwi i zostawił tam pamiątkę, która wcale nie była przyjemna. Mamo, on po prostu zrobił kupę, prawda? pytało zafacynowane Młodsze. Starsze krzywiło się z niesmakiem na takie pomysły. Zając na tym nie poprzestał, poprosił o pomoc muchy, jak wiadomo wybitne specjalistki od wszystkich rzeczy na k.

Co boli najbardziej na świecie

Żaden strażnik nie chciał powiedzieć królowi, co znaleziono na wycieraczce. A kiedy władca zrozumiał, co się stało, postanowił natychmiast odnaleźć sprawcę tej zniewagi. Wezwał wszystkie zwierzęta, ale żadne z nich nie chciało się przyznać.

Co boli najbardziej na świecie

W tej sytuacji postanowiono zasięgnąć rady specjalistów, a kto jest największym specjalistą od rzeczy na k? Oczywiście muchy. Możecie się domyślić, co było dalej i jak skończyła się ta historia dla hieny. 

Piotrek uważał, że bajka jest fajna, ilustracje są fajne, wszystko jest fajne i od razu możemy zacząć czytać od początku.  Hiena dostała to, na co zasłużyła, a Roger Olmos (to znaczy Pan Rysownik) stworzył ciekawe ilustracje, bo oczy widać z tej samej strony, głowy są spłaszczone, a wszystko wygląda trochę, jak odbite w krzywym lustrze. Piotrka fascynowały szczególnie oczy i szalony wygląd hieny.

Tymek przez chwilę siedział w ciszy, a potem powiedział, że jemu się nie podobało, bo hiena nie zasłużyła na takie traktowanie. No fakt, ugryzła zająca, ale sam się prosił, a metody, których użył zając, by ją przekonać, że kłamstwo boli najbardziej, są gorsze niż wszystko, co zrobiła hiena i że tak nie wolno. Głupia ta hiena była, mamo, i już! Ilustracje też mu się nie podobały. Powiedział, że są za bardzo powykręcane, dziwne, a w ogóle to przypominają mu tego malarza z cienkimi wąsami od zegarów. Tutaj matka chłopców zdębiała, bo nie posądzała syna o znajomość malarstwa Salvadora Dali, ale potem musiałam mu przyznać rację, bo ilustracje są bardzo surrealistyczne — może dlatego, że zarówno malarz, jak i ilustrator pochodzą z Hiszpanii.

Stanęło na tym, że przeczytałam Piotrusiowi bajkę jeszcze raz, a Tymek w tym czasie zajął się własnymi sprawami. Może to dobrze, że mają odmienne gusty.

Czytaliście już bajkę Paco Livána? Podobała się Wam?

Paco Liván, Co boli najbardziej na świecie, Wydawnictwo Tako 2016

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Tako.

Wiosna, wiosna, wioooooosnaaaaaa

No wiem, jest już od jakiegoś czasu… I co z tego? Pogoda nie rozpieszcza, praca absorbuje, wszystko w biegu. A wyjazd na majówkę sprawił, że nagle odkryłam, jak bardzo zmienił się cały świat. Jest zielono, zimno, ale zielono, cieplej i zielono. Co roku na wiosnę przeżywam to samo zadziwienie, jak różnorodna może być zieleń, jak mroczna, jak jaskrawa, jak jasna, jak świetlista, jak…. Synowie nie do końca mnie rozumieją: zamiast się gapić, trzeba biegać, wrzeszczeć, skakać, wdrapywać się na drzewa, patrzeć na robale, buszować w krzakach, sprawdzać, co nowego wyrosło, czyli robić to wszystko, czego nie dało się robić (a przynajmniej nie za długo) przez zimowe miesiące.

W tym roku w odkrywaniu wiosny towarzyszyły nam „Dzieci korzeni” Sibylle von Olfers, wydane przez wydawnictwo Przygotowalnia. Na stronach wydawnictwa można podejrzeć, jak książka wygląda w środku. Moje zdjęcia robił Tymek :-). A ponieważ bohaterami wiosny w ogrodzie Dziadków okazały się smardze, to pierwsze zdjęcie będzie ze smardzem. Chłopcy zastanawiali się nawet, które z dzieci korzeni zafundowało im tak wspaniałą niespodziankę.

Dzieci korzeni

Na początku warto powiedzieć, że ta książka jest po prostu piękna. Cieszy oczy i cieszy dłonie. Śliczna, aksamitna w dotyku okładka, płócienny grzbiet, kremowy papier pięknie współgrający z brązową czcionką. To przepięknie wydana książka, choć gdzieś w głębi duszy zamarzyło mi się wydanie na grubych kartkach, które nie przestraszyłoby się nawet bardzo małych rączek. Opowieść o dzieciach korzeni świetnie nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

Dzieci korzeni

Głęboko pod ziemią, gdzieś wśród korzeni, późną zimą budzą się dzieci — niezwykłe dzieci Matki Ziemi. Po długim zimowym odpoczynku mają pełne ręce roboty. Muszą uszyć nowe wiosenne szaty, wypucować żuki i chrząszcze, przygotować się na przyjście wiosny. A potem wychodzą na powierzchnię i wtedy świat rozkwita. Wszystko się budzi. Wiosnę i lato dzieci korzeni spędzają na łąkach, w lasach i na polach. Bawią się, pomagają, psocą. Jesień przepłasza je pod ziemię, gdzie układają się do snu, by spać do kolejnej wiosny.

Prosta opowieść Sibylle von Olfers pokazuje kolejność pór roku, ale jednocześnie sięga do naszych marzeń i do bajkowego świata skrzatów, elfów i innych magicznych stworzeń, dzięki którym wszystko w przyrodzie wzrasta i rozkwita. Czyż wiosna nie jest magiczna? Jak łatwo wyobrazić sobie rzesze maleńkich ludzików krzątających się wśród traw i drzew, pucujących liście, prostujących kwiaty, pomagających pąkom rozkwitnąć. Kto by nie chciał zobaczyć wśród liści maleńkich istotek, posłuchać ich śpiewu i śmiechu? 

Sibylle von Olfers stworzyła także magiczne ilustracje. Mają już 110 lat,  ale się nie zestarzały. Wydają się witrażowe, secesyjne, są po prostu śliczne i bardzo lubię je oglądać. Pięknie pokazują zmiany pół roku i podkreślają naturalny podział tej książki. Gdy wiersz opowiada o przygotowaniach dzieci do wyjścia, ilustracje zajmują całą stronę. Potem przypominają okna, przez które można podejrzeć wiosnę, lato i jesień. Piękne okna, ujęte w roślinne ornamenty. Zafascynowała mnie w tej książce symbolika korzeni, tego, czego nie widać, a na czym wszystko się opiera, korzeni, z których wszystko powstaje. Dbajmy o korzenie.

Dzieci korzeni

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia 2016

Historia wierszem pisana

To może zacznijmy tak:

Tam, gdzie dzisiaj są pola, 

wioski ludne i miasta,

przed wiekami dawnymi

bór ogromny wyrastał.

Stare dęby szumiały

dziki zwierz mieszkał w lasach.

Posłuchajcie powieści 

O pradawnych tych czasach.

To początek opowieści o Lechu, Czechu i Rusie pióra Czesława Janczarskiego. Czytałam z Piotrusiem wiersze o początkach państwa, o najdawniejszej historii i była to bardzo ciekawa przygoda. Nie macie wrażenia, że kilkadziesiąt lat temu pisano więcej książek wierszem?

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Tę i dwie inne książki Wydawnictwa Łódzkiego znalazłam na półce Dziadków i Piotruś od razu się w nich zakochał. Chyba będziemy musieli je od Dziadków na trochę pożyczyć, bo mój synek codziennie chce słuchać o początkach polskiego państwa. Wszystkie trzy zostały zilustrowane przez Jana Zielińskiego. Styl jego ilustracji, wyrazisty i mocny, bardzo dobrze podkreśla opowiadaną historię. Sprawił także, że wszystkie trzy książki wydają się pochodzić z jednej serii, choć – przynajmniej według katalogu Bibliotieki Narodowej – stanowiły odrębne pozycje.

Historii Lecha, Czecha i Rusa opowiadać nie muszę, bo wszyscy ją znają. Może więc zamiast niej kilka ilustracji Jana Zielińskiego.

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

To najkrótsza z trzech bajek – pisana regularnym siedmiozgłoskowcem. Ma w sobie rytm, który łatwo wyczuć przy głośnym czytaniu, wpada w ucho i sprawia, że ma się ochotę na więcej.

Od Lecha, Czecha i Rusa przeszliśmy do „Starej Kuźni” Igora Sikiryckiego. Wydaje się, że mało kto o nim pamięta, a szkoda, bo jego wiersze bardzo przemawiają do wyobraźni i skrzą się humorem („Orzeszek” wywołał napad głupawki u Piotrusia i jego braci).

Sikirycki, Stara kuźnia

We wsi Stare Karczmiska, 

Niedaleko od Puław, 

Stoi kuźnia, a w kuźni

Mieszka kowal Mikuła.

Ponad dachem dwa dęby

Rozpostarły konary.

Dęby jeszcze zielone,

Chociaż każdy z nich stary.

Kiedy słońce ich korę

Złoci blaskiem porannym,

Drzewa szumią na wietrze

Jak ogromne fontanny.

I wydaje się wtedy, 

Że szumiące listowie

O historii tej ziemi 

Rozpoczyna opowieść.

Historia jednej kuźni to pretekst do opowieści o czasach najdawniejszych, gdy ludzie nie znali jeszcze żelaza. Pierwsze mieczy i noże wykonane z tego kruszcu przybywały wraz z kupcami z dalekich stron i kosztowały majątek. Z czasem jednak pojawił się także nowy rzemieślnik, kuźnik, który potrafił i wytapiać rudę, i wykuwać z niej tak potrzebne narzędzia.

Sikirycki, Stara Kuźnia

W „Starej Kuźni” Igor Sikirycki opowiedział historię człowieka, który po latach wraca w rodzinne strony i musi zapracować na nowe imię. Stracił stare miano, uciekając potajemnie z kupcami przed wielu, wielu laty. Długo dyskutowaliśmy z Piotrusiem o znaczeniu imion i nazwisk. Ciekawa była ta rozmowa, bo szukaliśmy rodowodów naszych imion, a nie było to proste, a potem wymyślaliśmy historie, jak nasi przodkowie zdobyli właśnie takie, a nie inne nazwisko.

Na koniec zostawiłam sobie opowieść najsmaczniejszą, legendę o królu Popielu Anny Świrszczyńskiej.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Hen, przed wiekami, przed dawnymi,

szumiały puszcze w polskiej ziemi.

W tych puszczach wielkich, pięknych, dzikich

żyły niedźwiedzie, łosie, żbiki.

Wśród lasów białe świecą wioski,

gdzie kmiecie orzą łan ojcowski.

Stoi tam sławny gród Kruszwica,

jezioro Gopło wzrok zachwyca.

W Kruszwicy włada przez lat wiele

książę, co zowią go Popielem.

Ma Popiel bogactw w bród,

pije co dzień złoty miód,

ma zbrojnych sług orszaki,

myśliwskie psy i rumaki,

bursztynu pełne komory,

skór drogich i srebra wory.

Skrzy się ten wiersz i mieni, zmienia się metrum wraz ze zmianą bohatera, widać kunszt Anny Świrszczyńskiej. Po lekturze mam wrażenie, że cały utwór rozpisano na trzy głosy: inaczej brzmią opisy, w innym rytmie opowiada się o Popielu, jeszcze trochę inaczej o biednych mieszkańcach okolicznych wiosek. A Piotrusiowi wierszowana legenda spodobała się ogromnie. Musiałam mu wyjaśnić znaczenie kilku wyrazów (komora, gęśle, warzyć), ale słuchał z przejęciem. Długo także zastanawiał się, czy to możliwe, aby myszy kogoś zagryzły.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Warto było grzebać na półce u Dziadków. Szkoda, że Czesław Janczarski został sprowadzony tylko do bycia autorem Misia Uszatka i Wojtka strażaka. Szkoda, że gdzieś przepadły wiersze Sikiryckiego. I na pewno będę szukać innych legend w wersji Anny Świrszczyńskiej, bo napisała ich przynajmniej kilka. Ciągle mi się zdaje, że czytam z chłopcami za mało wierszy, że poezja została gdzieś zepchnięta na drugi plan przez akcję i atrakcję. Te bajki pokazują, że wiersz może wciągać i kusić, migotać i mienić się, a pięcioletnie dziecko nie jest za małe, by za nim podążyć.

Czesław Janczarski, „O Lechu, Czechu i Rusie”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

Igor Sikirycki, „Stara kuźnia”, Wydawnictwo Łódzkie, 1982

Anna Świrszczyńska, „Jak myszy Popiela zjadły”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

 

„Prządki złota” i bajki z różnych stron świata

Dzisiaj wspomnień ciąg dalszy. Wspomnienia wspomnieniami, ale bajki wydawane przez Krajową Agencję Wydawniczą w serii „Baśnie i legendy z całego świata” nadal zachwycają i wzbudzają zainteresowanie. O tym, że seria nazywała się właśnie tak, dowiedziałam się, sprawdzając dane wydawnicze na stronach Biblioteki Narodowej. W dzieciństwie nazywaliśmy je bajkami ze ślimakiem-krasnoludkiem, bo nie mogliśmy się pogodzić, kogo/co przedstawia logo na okładce.

Na półkach dziadków leżą cztery zaczytane książeczki. Dwie z nich należą do ulubionych bajek Piotrusia. Tymek także je uwielbiał, ale teraz twierdzi, że zna je już na pamięć i nie ma ochoty słuchać więcej.

„Prządki złota” w opracowaniu dwóch niezrównanych propagatorek baśni z całego świata, Wandy Markowskiej i Anny Milskiej (przygotowane przez nie bajki zdecydowanie zasługują na osobny wpis) znamy także jako „Lilię wodną”, bo pod takim tytułem można je znaleźć w zbiorze „Bajarka opowiada”.

Prządki złota

Dawno, dawno temu głębokim lesie, w samym sercu puszczy stała mała chatka, w której mieszkała zła czarownica. Więziła ona trzy piękne siostry, porwane w dzieciństwie od matki i ojca. Całymi dniami dziewczęta przędły złote nici, które czarownica przywoziła nie wiadomo skąd. Gdy wyjeżdżała, ostrzegała służki, by z nikim nie rozmawiały i dawała im tyle pracy, że nie miały czasu na sen. Zdarzyło się raz, że do domu prządek trafił młody książę, który zabłądził w lesie w czasie polowania. Najmłodsza siostra nie usłuchała ostrzeżenia czarownicy, tak bardzo podobał jej się młodzieniec. Gdy odjechał, obiecując szybki powrót, dziewczyna z przerażeniem spostrzegła, że jej nici straciły blask. Królewicz rzeczywiście powrócił po ukochaną, ale w bajce wydarza się jeszcze wiele. Młodzi muszą pokonać mnóstwo przeszkód, a wiatrowy czarodziej z Finlandii trafił do grupy najsilniejszych bohaterów mojego młodszego syna. Piotruś może słuchać tej bajki w kółko i ciągle niepokoi się o los młodej prządki i czy uda się tym razem pokonać zły czar. Z wielkim przejęciem ogląda także ilustracje Julitty Karwowskiej-Wnuczak. Na mnie obrazki w tej książce robiły wielkie wrażenie. Widziałam potem różne wydania, ale czarownica z tej bajki wygląda dla mnie właśnie tak, jak narysowała ją pani Karwowska.

Prządki złota

Prządki złota

Drugą książeczką, którą kocha mój młodszy syn, jest „Wdzięczność szczupaka” Aleksego Tołstoja (znowu w opracowaniu W. Markowskiej i A. Milskiej).

Wdzięczność szczupaka

To klasyczna rosyjska bajka o trzech braciach: dwóch mądrych i głupim i leniwym Miszce. Miszka ma jednak szczęście i dobre serce, dzięki temu wszystko mu się udaje: zdobywa i carewnę, i piękny pałac, a nawet nabywa chyba trochę rozumu 🙂 Miszka zdobył sobie wdzięczność czarodziejskiego szczupaka, a było to tak:

Wyrąbał (Miszka) otwór w lodzie, zaczerpnął do wiader wody, odstawił je na bok i patrzy w przeręblę. Zobaczył w wodzie szczupaka; złapał go i mówi:

– Ot, będzie smaczna kolacja.

Aż tu ryba woła ludzkim głosem:

– Miszka, Miszka, puść mnie, rzuć mnie do wody, odwdzięczę ci się stokrotnie.

Śmieje się Miszka i mówi:

– Co mi przyjdzie, jak cię rzucę do wody? Nie, zaniosę cię do domu, oddam bratowej, a ona ugotuje rybnej zupy.

Ale szczupak zaczął błagać:

– Miszka, Miszka, zwróć mi wolność, a zrobię wszystko, o czym tylko zamarzysz. Zobaczysz, że nie pożałujesz.

Miszka się zgodził. Pamiętam z dzieciństwa, że słowa „Na rozkaz szczupaka, moja wola taka” przez długi czas towarzyszyły naszym zabawom. Prawie tak jak hokus-pokus i abrakadabra.

Ilustracje do tej bajki do dzieło Danuty Imielskiej-Gebethner i są bardzo udane. To jakby bajka rosyjska w pigułce.

Wdzięczność szczupaka

Wdzięczność szczupaka

Część ilustracji w tej serii była czarno-biała. Ze zdumieniem odkryłam, że upiększyliśmy je, czego w ogóle nie pamiętałam. Staranność naszych prac wskazuje jednak, jak ważne były to dla nas książki.

Wdzięczność szczupaka

Prządki złota

Na półce są jeszcze dwie książki. „Lech, Czech i Rus” autorstwa Ewy Szelburg-Zarembiny z ilustracjami Janusza Towpika oraz „Złota Kaczka” Artura Oppmana z ilustracjami Zofii Darowskiej.

Lech, Czech i Rus

Złota kaczka

Pomyślałam sobie właśnie, że chętnie kupowałabym podobne bajki dla moich synów. Piękna jest seria baśni wydawanych przez Media Rodzinę, ale myślę raczej o cieńszych i tańszych książeczkach, które przybliżałyby dzieciom baśnie z różnych stron świata. Może jakiś wydawca się skusi.

Kot, który gada – i nie jest to kot w butach!

Był sobie raz staruszek Pettson, samotny i smutny, który mieszkał w małym domu trochę na uboczu i już nie potrafił się śmiać. Pewnego szczęśliwego dnia przyszła do niego sąsiadka, Beda Anderson, popatrzyła, a jakiś czas później przyniosła mu kotka. Kotek był malutki, zadziorny i śliczny, więc Pettson od razu się w nim zakochał, a na dodatek w końcu miał do kogo mówić. Jak się do kogoś dużo mówi, to ten ktoś sam może zacząć mówić. Kotek Findus, kiedy już zaczął mówić, gadał bez końca i Pettsonowi już nigdy nie było nudno. A dzięki temu my możemy z uśmiechem czytać o przygodach tej cudownej pary.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

„Kiedy mały Findus się zgubił”, książka wydana przez Media Rodzinę, to jedna z wielu opowieści o przyjaźni trochę zbzikowanego staruszka i zwariowanego gadającego kota w zielonych spodenkach. Każdą część można czytać oddzielnie, ale moi chłopcy byli zachwyceni faktem, że w końcu wiedzą, jak to się wszystko zaczęło.

Autorem tekstu i ilustracji jest Sven Nordqvist. Mam wrażenie, że jego obrazki towarzyszą Tymkowi i Piotrusiowi od zawsze. Obaj lubili i lubią Mamę Mu, obaj z zachwytem ciągle szukają siostry w „Gdzie jest moja siostra„. Moi synowie bardzo lubią szukać na ilustracjach ciągle nowych szczegółów – obrazki Svena Nordqvista są bardzo dynamiczne, szkatułkowe, przy długim oglądaniu odkrywają tajemnice i sekrety. Często pokazują świat wielowarstwowy, oprócz znanych nam istot zaludniają je różne dziwne stwory i stworki. Czasami mam wrażenie, że zmieniają się z czasem, gdy nagle odkrywamy jaką dziwną chatynkę pod łopianem, a wydaje nam się, że tydzień temu, gdy czytaliśmy tę samą książkę, raczej jej nie było.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

Czytaliśmy chyba wszystkie opowieści o Findusie, kilka mamy w domu, a w podróży często słuchamy audiobooka w świetnej interpretacji Jerzego Stuhra. Ten zwariowany kot, którego wszędzie pełno, to kwintesencja dziecka. Jest ciekawski, kreatywny, wygadany, zaborczy, ruchliwy, zadaje mnóstwo pytań i zawsze ma energię do zabawy. Staruszek Pettson to uroczy dziwak, a jego relacje z otoczeniem są genialne. Cała okolica (czyli tak naprawdę sąsiad Gustavson) traktuje go jak wariata i szaleńca, a on niewiele sobie z tego robi.

Lubię początek tej opowieści, bo przypomina mi moje dzieci. Findus, bezpieczny w domu, prosi Pettsona, by opowiedział mu, jak to było, gdy był mały i się zgubił. (Piotruś uwielbia takie historie o samym sobie, jak to było, gdy był malutki). A potem toczy się wspaniała opowieść, przy której moje dzieci raz po raz wybuchają śmiechem. Czasami opowieści o Findusie są odrobinę przegadane, ale w niczym to nie przeszkadza. Mam nadzieję, że też go polubicie.

Z Findusem i Pettsonem można się także poznać na stronie z grami – można na niej poukładać puzzle, zagrać w memory lub wydrukować figurki bohaterów książki. A przede wszystkim pooglądać wspaniałe ilustracje Svena Nordqvista.

Albert Albertson

Znacie Alberta? Jeśli nie, to koniecznie musicie poznać, bo Albert – tutaj zacytuję opis z Zakamarków – jak każdy „kilkulatek czasem ma problemy z zasypianiem, potrafi rano strasznie się grzebać przed wyjściem do przedszkola i jest niezwykle pomysłowy, zwłaszcza jeśli bardzo czegoś chce. Dzieci rozpoznają w Albercie swoje zachowania i emocje – radość zabawy, ciekawość świata, nieograniczoną fantazję, ale też złość, zazdrość czy strach”. Nic dodać, nic ująć – przygody Alberta to lektura obowiązkowa każdego przedszkolaka.

Piotruś z radością słucha każdej książeczki o Albercie, ale ma swoje ulubione. Jedną z nich jest „Dobranoc Albercie Albertsonie”, którą po cichu nazywamy z mężem „poradnikiem, jak dręczyć rodzica”.

Dobranoc, Albercie Albertsonie

Obaj moi synowie zaśmiewali się z Taty Alberta, który przyniósł sok, wytarł podłogę, zmienił pościel, tropił lwa… Wszytko po to, by jego synek w końcu zasnął. Czy jest jakiś rodzic, któremu nie zdarzyło się zasnąć przed dzieckiem lub razem z nim? Mnie się zdarza, więc ta książeczka trafia także do mnie. Bałam się przez moment, że chłopcy będą powielali pomysły Alberta dla samej zabawy i chęci odgrywania scenek, ale spotkało mnie przyjemne zaskoczenie. Obaj stwierdzili, że nie wolno się tak zachowywać i już. Wymyślają więc własne sposoby na wydłużenie i utrudnienie (rodzicom) procesu usypiania.

Drugą książką o Albercie bardzo lubianą przez Piotrusia jest „Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie”.

Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie

Tym razem Tatuś chciałby spokojnie poczytać gazetę, więc pozwala Albertowi pobawić się swoją skrzynką z narzędziami. Ech, chyba każdy wie, o co chodzi. Jak miło czasami nie patrzeć, co robi dziecko i zająć się swoimi sprawami. A że później czasami spotyka nas niespodzianka, no to cóż 🙂

Gunilla Bergström cudownie portretuje świat dziecka i jego relacji z dorosłymi. Zdumienie tym, jak dziwni i naiwni bywają dorośli. Próby wciągnięcia dorosłych do zabawy i sprawdzenia, czy dadzą się nabrać. Chęć naśladowania dorosłych prac. Potrzebę wspólnego przebywania i zabawy z nawet najbardziej zajętym Tatą (mamą też). Moi synowie rozpoznają w zachowaniach Alberta swoje emocje i uczucia, łatwiej im przyznać, że sami się zachowują podobnie, łatwiej im także ocenić, czy tak można, czy nie. Autorka na kilku stronach potrafi nakreślić prawdziwy, choć odrobinę przejaskrawiony, obraz relacji dorosłego i dziecka – pozbawiony jakiegokolwiek dydaktyzmu. Warto zajrzeć do książeczek o Albercie.

Yecik, plecik, plums

Do pisania o tej książce przymierzałam się już od dawna, bo to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Czytaliśmy ją także dzieciom w przedszkolu i ogromnie się im podobała. Zresztą trudno nie ulec urokowi tej historyjki. Wracamy do niej szczególnie często zimą, gdy mój synek z utęsknieniem czeka na śnieg.

Eva Susso, Benjamin Chaud, Yeti

Uno i Mati, dwaj chłopcy mieszkający z Tatusiem w małym domku wśród wzgórz doczekali się śniegu i mogli w końcu pojeździć na deskach. Po zjeździe postanowili poszukać innej drogi, żeby nie musieć wspinać się na górę, i zagubili się w lesie. A tam spotkali… prawdziwego człowieka śniegu, białego, kudłatego i wielkostopego. Piotruś ma nadzieję, że kiedyś gdzieś, może w lesie, a może wśród wzgórz, uda się nam/jemu także spotkać yeti. Właśnie takie: przyjazne, uśmiechnięte, sympatyczne, rymujące radośnie: yecik, plecik, plums, yecik, plecik, piruecik. Można potem skakać po domu i wyśpiewywać śmieszne rymowanki: yecik, plecik, bambolecik, yecik, krecik, pistolecik, yecik, śmiecik, kotlecik.

Uno i Mati to kolejni bohaterowie, którzy są blisko związani z tatusiami. Nie ma tutaj postaci mamy. To tato wiąże szaliki, smaży naleśniki, pakuje chłopakom mandarynki do kieszeni, żeby mieli co jeść. To taki zwyczajny tato na co dzień, który ma czas dla swoich dzieci. Moi synowie bardzo lubią, gdy tę książkę czyta im właśnie Tato, bo przecież – jak mówią – to historia o synkach i tatusiu, a takie są bardzo potrzebne.

Może ktoś ma przepis na zupę szyszkowo-jagodową? Bo po każdej lekturze szukam wymówek, dlaczego nie mogę ugotować tej pysznej potrawy yeti 🙂

Czy jest ktoś, kto nie chce mieć dziadka?

Wiosna mnie rozleniwiła. To znaczy nie chce mi się pisać. Czytamy cały czas, stosik książek wartych opisania zatrważająco szybko rośnie, a ja wieczorami ziewam i zasypiam razem z Tymoteuszem. Chyba przydałaby się jakiś energetyczny koktajl 🙂

Jedną z książek, które leżą na stosiku, jest „Dziadek na huśtawce” Renaty Piątkowskiej wydany przez wydawnictwo BIS.

 

To przesympatyczna historia dwójki przyjaciół: Marcina i Witka. Kiedy okazało się, że Witek nie ma dziadka i nie ma komu podarować pudełka na okulary zrobionego w szkole, Marcin wpadł na pomysł, że dziadkiem Witka może zostać jego sąsiad, pan Teofil. Na początku największą zaletą pana Teofila było posiadanie psa, ale z czasem okazało się, że starszy pan, choć łysy i stary, jest niesamowicie interesujący: nosi kolorowe koszule, huśta się aż do chmur, smaży rewelacyjne melaśniki, w szopie trzyma prawdziwą karetę. A na dodatek jest zegarmistrzem i wie wszystko o zegarach. Któż nie chciałby mieć takiego dziadka? O takiego dziadka to nawet można się pobić…

Tymek słuchał historii Marcina i Witka z wielkim zainteresowaniem. Obrazki w książce (autorstwa Artura Nowickiego) też mu się ogromnie podobały. Oczywiście też chciałby mieć takiego dziadka, jak pan Teofil, więc zaczął wysuwać różne propozycje pod adresem swoich własnych dziadków: mniej lub bardziej akceptowalne. A z dziadkami bywa różnie: oczywiście żaden nie trzyma w szopie karocy, ale mogą zapewnić czteroletniemu smykowi masę atrakcji: można z nimi urządzać wyścigi ślimaków, sadzić rośliny, łapać ryby, nosić drewno… Po prostu dziadkowie miewają masę pomysłów i często chce im się bawić z wnukami. Rodzicom po prostu czasami brakuje czasu.

Książka Renaty Piątkowskiej jest doskonale napisana, zabawna, momentami wzruszająca. Wspaniale pokazuje, jak między małym Witkiem i starym panem Teofilem nawiązuje się przyjaźń i zrozumienie. I jak bardzo potrzebni są młodzi starym, a starzy — młodym.

Gdy czytałam tę historię od razu przypomniała mi się przepiękna książka Angeli Nanetti „Mój dziadek był drzewem czereśniowym”, wydana przez Naszą Księgarnię. Stoi na półce w pokoju Tymka, a ja ciągle nie mam odwagi zacząć mu jej czytać. A przecież to opowieść jak najbardziej dla dzieci, tylko może ciut starszych niż mój synek.

 
To wzruszająca, czasami zabawna, a momentami bardzo smutna książka o naszych czasach: zapracowani, zabiegani i kłócący się ze sobą rodzice i dziecko próbujące znaleźć dla siebie bezpieczne miejsce. Ostoją Antonia stają się dziadkowie mieszkający na wsi: ciepli, otwarci, kochający wnuka. U babci Teodory i dziadka Oktawiana Antonio czuje się najlepiej: gdzie indziej można wspinać się po drzewach, wchodzić na sam czubek wielkiej czereśni, słuchać opowiadań o tym, jak mama była mała? Świat Teodory i Oktawiana jest rajski i spokojny, pachnący i smaczny. Po śmierci Teodory Oktawian trochę dziwaczeje, zmienia się, ale nadal uwielbia swojego wnuka i potrafi sprawić mu najpiękniejsze prezenty w najmniej spodziewanym momencie.
Świat Antonia nie zawsze jest taki sielski: jest w nim miejsce na rozwód rodziców, śmierć i starcze zniedołężnienie dziadka, oziębłości miastowych dziadków, którzy najbardziej kochają swojego pieska, bezduszność urzędników, którzy próbują zabrać dziadkowi ukochaną ziemię i wyciąć drzewo. Antonio chłonie to wszystko i próbuje sobie wytłumaczyć. Próbuje odpowiedzieć na pytania, czym jest starość, jak ważne są relacje z innymi. Ta historia bardzo chwyta za serce i zwraca uwagę na to, jak żyjemy i co powinno być ważne. Warto przeczytać tę mądrą opowieść i może spróbować żyć inaczej? I zauważyć siłę, którą daje dziecku bezwarunkowa akceptacja dziadków.