Problemy z Babcochą

„Babcochę” poznałam dzięki Zuzance. To moja siostrzenica, która też bardzo lubi książki. Lubi się także dzielić swoimi odkryciami. Pewnego dnia specjalnie dla mnie przywiozła do Babci „Babcochę” Justyny Bednarek (Poradnia K). Byłam pewna, że to oznacza, iż sama połknęła ją od deski do deski, ale spotkała mnie niespodzianka. Zuzka powiedziała, że jakoś nie może jej skończyć, ale mnie się na pewno spodoba. I jest krótka, więc szybko przeczytam i się nie zmęczę. A, i ilustracje są fajne, i dużo ich jest. No to przeczytałam.

Justyna Bednarek, Babcocha

Mnie się podobało, nawet bardzo, ale zrozumiałam rezerwę Zuzi. Wypróbowałam „Babcochę” także na Piotrusiu: „Mamo, to dziwna książka” i „za mało tu przygód albo takie nieprawdziwe te przygody”. Magicznie przekształcona przez zjawienie się czarownicy rzeczywistość Grajdołka świetnie trafia do dorosłych, a gorzej do dzieci. Może to kwestia wieku? Może ośmio- i dziewięciolatki są już za bardzo racjonalne i  konfrontują opowieść ze swoimi doświadczeniami? Baśń i fantazję są w stanie połknąć, bo ta bajkowa rzeczywistość jest całkowicie inna niż ich życie, a realizm magiczny im skrzypi? Mnie przypominał się Marquez i Mary Poppins, a Piotrek kręcił nosem i wytykał, że po soku się nie śpi i że książka oszukuje, bo ci dorośli pewnie pili alkohol. Może młodsze dzieci łatwiej przełknęłyby tę lekturę?

U nas „Babcocha” wskoczyła na półkę z książkami dla dzieci, które bardziej podobają się dorosłym. Stoi w doborowym towarzystwie: tuż obok „Pana Kuleczki” i „Starego Noe”. Ciągle mam jednak nadzieję, że zdołamy ją razem przeczytać, bo to bardzo mądra opowieść.

Justyna Bednarek, Babcocha

Grajdołek, do którego Babcocha przybyła na gradowej chmurze, to maleńka wioska, zagubiona wśród lasów i pagórków. Grajdołek to naprawdę grajdołek, dziura zabita dechami, gdzie nigdy nic się nie dzieje, na ławce przed sklepem siedzą miejscowi i popijają, a zjawienie się kogoś nowego staje się sensacją. Szczególnie gdy nowa osoba jest czarownicą. Babcocha umie czarować, a jej czary wcale nie są takie niewinne, choć zawsze odczyniane w dobrej sprawie. Chyba najbardziej zazdroszczę jej umiejętności zamieniania się w muchę — też bym sobie chętnie polatała swobodnie tu i tam. Babcocha ma dobre oko, dużo zauważa, za to niewiele mówi. Woli działanie — czasami wystarczy niewiele. Jej obecność sprawia, że w Grajdołku zaczynają dziać się cuda, niektóre malutkie, a inne większe. Po lekturze dorosły czytelnik zostaje z poczuciem spokoju i nostalgii, gdzieś w głębi duszy odzywa się tęsknota za czasem, gdy cuda zdawały się możliwe, a życie było prostsze. Czekam na moment, gdy będę mogła ją przeczytać jeszcze raz — tym razem z Piotrkiem.

Justyna Bednarek, Babcocha, il. Daniel de Latour, Poradnia K 2018

Reklamy

Dziewczynka, która wypiła księżyc

To jedna z najpiękniejszych baśni, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Nie miałam ochoty opuszczać tej pełnej uroku opowieści o lesie, dobrej i złej czarownicy, smoku i ludziach, którzy nie potrafili się uśmiechać. Kelly Barnhill wzięła motywy i postacie z innych bajek, dodała trochę magii i origami, wszystko wymieszała i stworzyła przepiękną opowieść o miłości — o miłości rodzica do dziecka i o miłości do świata. Miłości tak wielkiej, że nie cofa się przed żadnym poświęceniem. Moje dziecko kompletnie się ze mną nie zgadza 🙂 Dla niego to piękna bajka o księżycu i walce dobra ze złem. Też ma rację.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc

Daleko, daleko była sobie zagubiona w lasach wioska, której mieszkańcy byli bardzo smutni. Każdego roku musieli składać jedno dziecko w ofierze dla złej wiedźmy  — nikt nie odważył się przeciwstawić. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Daleko, daleko w lesie mieszkała czarownica Xan razem z potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem. Fyrian był przekonany, że jest wielkim smokiem, tylko jakimś cudem znalazł się w krainie liliputów, a Glerk był poetą. Każdego roku Xan wędrowała w pobliże smutnej i mglistej wioski, by ocalić porzucone dziecko i znaleźć dla niego kochającą rodzinę. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. W życiu Xan pojawiła się Luna — dziewczynka, która wypiła księżyc. Więcej możecie przeczytać na tylnej stronie okładki, ale na szczęście nie wyjaśniono tam wszystkich tajemnic.

Pojawienie się dziecka sprawiło, że bohaterowie musieli zejść z utartych ścieżek i zacząć żyć niezgodnie z ustalonymi schematami. Stare zasady zaczęły się kruszyć, a niewzruszone prawdy okazały się nie takie niewzruszone. Dziecko bada, testuje, sprawdza i pyta. Widzi więcej i nie zadowala się wymijającymi odpowiedziami. Mała Luna przewróciła świat leśnej wiedzmy do góry nogami, a że jako niemowlę opiła się magią księżyca, to potrafiła narozrabiać jeszcze bardziej niż zwykle dziecko. Xan musiała wyjść ze swojej bezpiecznej roli ratującej dzieci i zacząć zastanawiać się, dlaczego w ogóle ktoś je porzuca. I co kryje się w wiosce okrytej mgłą.

Opowieść Kelly Barnhill jest pełna magii — tej rodem z fantasy i tej pochodzącej z życia, bo przecież miłość, szacunek, przyjaźń to także magia. Czasami silniejsza niż czary. Rządzi tutaj poetyka baśni i snu — nie wszystko jest jasne i nie na każde pytanie znajdziecie odpowiedź. Historia wciąga czytelnika coraz głębiej i głębiej, przeszłość miesza się z teraźniejszości, przyszłość staje się na naszych oczach, a wszystko oblane jest srebrnym blaskiem księżyca. Czytelnik musi rozprostować ścieżki, rozsupłać zagadki. Nie zawsze jest to łatwe, czasami autorka sprowadza nas na manowce, bo jej bohaterowie, choć fantastyczni, są jednocześnie ludzcy: zapominają, błądzą, podejmują niewłaściwe decyzji kierowani słusznymi pobudkami, próbują uniknąć odpowiedzialności lub odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze jednak w końcu znajdują właściwy kierunek, bo kierują się uczuciami i emocjami, bo miłość daje im siłę, by walczyć nie tylko o siebie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” uwodzi magią słów. To przepięknie napisana (i świetnie przetłumaczona) opowieść, w której każde zdanie, każda fraza jest na swoim miejscu. Kraina staje się nam bliska — widzimy wielki las, małego smoka i szalone papierowe ptaki, mimo że w książce nie ma ilustracji. Słowa wystarczą — przecież chyba taka jest ich rola, by dało się w nich zamknąć cały świat. I to taki, z którego w ogóle nie chce się wychodzić.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2018

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Zmory, dusioły i baje, czyli o słowiańskich demonach

Czytamy. Cały czas. Tymek jak zwykle pochłania książki – trudno nawet policzyć, ile połknął w wakacje. Piotrek studiuje mitologie, opisy chorób i podręczniki wulkanologii. Po raz kolejny czytamy „Baśniobiór”. I tylko matka nie ma czasu pisać. Dzisiaj pierwsza próba przełamania niemocy — będzie o książce, którą często przeglądamy z Piotrkiem, choć wcale nie jestem pewna, czy to lektura akurat dla niego.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

W naszym domu od dawna mieszkają chimery i centaury. Piotrek jako osoba doskonale znająca się na mitologiach wszelakich w pewnym momencie zaczął pytać o wierzenia Słowian i o czarodziejskie istoty, które zamieszkiwały ich domy i lasy. Wtedy to trafił do naszego domu „Bestiariusz słowiański” Pawła Zycha i Witolda Vargasa.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

Autorzy przekopali się przez ludowe bajki i baśnie, stare legendy i podania oraz przeczytali mnóstwo książek o wierzeniach, gusłach, obrzędach Słowian. W efekcie powstał imponujący katalog postaci — czasami dobrze nam znanych, jak rusałki, wodniki czy krasnoludki, a czasami obcych i zaskakujących.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

Kolejne postacie są przedstawiane w „Bestiariuszu” w porządku alfabetycznym: od aitwara, ducha domowego z Litwy, do straszliwych żmijów. Hasła są różnej długości — nie o każdej postaci udało się znaleźć tyle samo informacji. Zwykle dowiadujemy się, jak taka istota wyglądała, co robiła (choć w większości przypadków sprowadza się to do informacji, jak szkodziła ludziom), czasami także, jak można się było jej pozbyć. W niektórych przypadkach na dole strony autorzy przytaczają jakieś podanie czy legendę.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

Życie naszych słowiańskich przodków nie było łatwe — większość magicznych istot lubiła ludziom dokuczać i działać na ich szkodę. Niektóre pomagały, ale ceną za to była własna duża. Nieliczne towarzyszyły ludziom w codziennej pracy (ale zawsze najwięcej zależało od samego człowieka). Fascynuje podobieństwo niektórych istot wywodzących się z różnych zakątków Polski — pokazuje, że ludzie nie przemieszczali się zbyt często i zbyt daleko, ale wspólna im była wiara w nieznane i chęć szukania magicznych przyczyn wszystkich niepowodzeń — czy była to choroba, udar słoneczny, czy kąpiel w błocie po zakrapianej wyprawie do karczmy.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

W „Bestiariuszu” jest sporo okrucieństwa – opisane przez autorów postacie są złe, groźne i okrutne. Hasła napisane są jednak dość przejrzystym stylem, typowym dla słownika czy leksykonu. Ilustracje (a „Bestiariusz” jest bogato ilustrowany) są jednak bardzo niepokojące. Wszystkie postacie wydają się groźne i przerażające. Czasami w hasłach raziło mnie także użycie słowa „demon” jako odpowiednika ducha czy istoty magicznej. Miałam wrażenie, że ładunek emocjonalny i skojarzenia związane z tym słowem są dużo silniejsze i że nie pasuje ono jako określenie niektórych stworzeń.

Czy warto zajrzeć do „Bestiariusza”? Zdecydowanie tak. Świat słowiańskiej wyobraźni był bogaty i nie trzeba z niego rezygnować. Czy jest to książka dla młodszych dzieci? Raczej nie — mogą być przerażone, oglądając wszystkie zmory, cholery, harcuki, kocmołuchy, gniotki, licha i strzyki. Dla starszych nadaje się jak najbardziej — u nas furorę zrobiła „cycocha”, żelazna baba strzegąca sadów przed szabrownikami. Po lekturze „Bestiariusza” odkryłam, jak bardzo magiczne istoty i magiczna wyobraźnia odbiły się na naszym języku. Ciągle mówimy „do licha”, siedzimy cicho jak trusia i narzekamy na dolę — nie zdając sobie sprawy, że w języku przetrwały nazwy magicznych stworzeń. Warto zadbać o te wyrazy, żeby nasza przeszłość przemawiała do nas chociaż w ten sposób (nawet jeśli etymologia niektórych z nich nie jest do końca potwierdzona). A żeby wiedzieć, o które wyrazy chodzi, warto zajrzeć do „Bestiariusza”.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Wydawnictwa Bosz.

 

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański. Cześć pierwsza i druga, Bosz 2018

Jak to z tą Syrenką było

Lubię legendy od zawsze… Jako dziecko czytałam każde, które wpadły mi w ręce. Do tej pory pamiętam dreszczyk emocji podczas lektury pomorskich legend o gryfach i zatopionych dzwonach, śląskich opowieści o kopalniach i ich mieszkańcach, baśni o utopcach i wodnikach z zielonych, zarośniętych rzęsą stawów. Chłopcy chętnie słuchają bajek i legend. Tymek woli powieści, bajki wydają mu się lekturą dla dzieci, ale Piotruś ciągle chętnie słucha bajek, bajeczek i baśni, historii pełnych czartów, zaczarowanych przedmiotów, gadających stworów. Napisałam to i pomyślałam, że Tymek właściwie też ciągle o tym czyta — wiele historii fantasy, którymi się zachwyca, wywodzi się wprost ze świata baśni i bajek.

Z Piotrusiem czytamy teraz „Legendy Warszawskie” napisane na nowo przez Martę Dobrowolską-Kierył, a wydane przez RM. 

Legendy warszawskie

To zaskakująca książka — w bardzo pozytywnym sensie. Autorka przedstawia cztery chyba najbardziej znane warszawskie legendy: o Warsie i Sawie, o Warszawskiej Syrence, o Złotej Kaczce i o Bazyliszku. Znacie je na pewno. My je znamy, czytaliśmy je wielokrotnie, Piotruś słuchał do znudzenia (rodziców) muzycznej bajki o Warsie i Sawie, a piosenka z tej baśni „Hej, strzało, strzało…” jest u nas wyśpiewywana na różne sposoby i w różnych aranżacjach. A jednak Marcie Dobrowolskiej-Kierył udało się nas zaskoczyć. Jej legendy są niby-znane, a jednak inne. 

Legendy warszawskie

Wars i Sawa to mieszkańcy małej osady pod lasem (mamoo, to ona nie była syrenką?). Widać, jak autorka stara się dopasować legendę do realiów historycznych — rzecz dzieje się w czasach, gdy mieszkańcy tych ziem przestali się już kłaniać dawnym bogom (początki Warszawy datowane są na XII wiek), choć ciągle jeszcze o nich pamiętają. Do ubogiej chaty, zamieszkanej przez liczną rodzinę, trafia przybysz władny ustanawiać miasta i nadawać ziemię. A potem, wiele lat później, wnuczka Warsa i Sawy, mądra znachorka mieszkająca na skraju osady, wyławia z Wisły chłopca i nadaje mu imię Bożydar. To on jest bohaterem kolejnej opowieści o Warszawskiej Syrence. Bardzo mi się ta wersja legendy podoba. Opowiada o przyjaźni, o obcości i inności, o wierności sobie i przyjaciołom. Jest bardzo współczesna, mimo iż sięga czasów schowanych w pomroce dziejów.

Legendy warszawskie

W kolejnych legendach Marcin, syn przekupki, próbuje spełnić wymagania Złotej Kaczki, a Bazyliszek, który wykluwa się — jak wiecie — z jaja złożonego przez koguta, zaczyna swoją przygodę z Warszawą od ogołocenia piwnic warszawskich kamienic. Ta legenda prezentuje bardzo kobiecy punkt widzenia i jest pieśnią o mądrości kobiet i dziewcząt. Warto się ich słuchać, bo potrafią wyciągać wnioski i odważnie stawać w obronie bliskich. Może nie? 

Legendy warszawskie

Marta Dobrowolska-Kierył spisała legendy współczesnym językiem, bardzo barwnym i żywym. Łatwo trafia on do młodego czytelnika — Piotruś słuchał jak zaczarowany, prosił, by wszystkie opowieści przeczytać mu od razu. Teraz, kiedy zna już różne wersje tej samej historii, zaczął wymyślać własne — tak jakby uświadomił sobie, że nie wiem, jak było naprawdę, więc możemy tę historię napisać na nowo. Warszawę założyli Wars i Sawa, ale kim byli? O czym myśleli? Jak żyli? Można się tym bawić na wiele sposobów. A Bazyliszka mógł przecież pokonać dzielny rycerz Piotr z diamentowym mieczem błyszczącym jak lustro 🙂

Legendy warszawskie

Ilustracje Anny Batte są intrygujące: lekko przetarte, momentami rozmyte, równie współczesne, jak język, którymi napisano legendy. Pozostawiają dużo miejsca dla wyobraźni — dziecko może samo wykreować świat, który tylko został zasugerowany, zaznaczony delikatną kreską. Na końcu książki znajdziemy mapę Warszawy — jak już będzie ciepło przejdziemy się po Warszawie poszukać śladów Bazyliszka. Może trafimy na wejście do lochów, w których panuje Złota Kaczka?

A teraz informacja dla mieszkańców Piastowa pod Warszawą i okolic: „Legendy Warszawskie” będzie można wygrać na Pikniku „Piastów dla Ani”, który odbędzie się 3 czerwca — zapiszcie w kalendarzach :-).  Wydawnictwo RM przekazało swoje książki jako dar dla Ani.

Marta Dobrowolska-Kierył, il. Anna Batte, Legendy Warszawskie, RM 2016

Gdy dziecko dopada chandra

Serwowany przez media i reklamy obraz dziecka to śliczny, uśmiechnięty bobasek/chłopaczek/dziewczynka — czyściutki, grzeczniutki i spokojniutki. Może są gdzieś takie dzieci, ale moje nie wpisują się w ten wzorzec. Bywają takie dni, że są „jak do rany przyłóż”, ale często się także złoszczą, buntują i wrzeszczą, ciągle się brudzą, a czasami są zrozpaczone lub po prostu smutne. Na taki smętno-jesienny nastrój, gdy nic się nie chce i nic nie cieszy, gdy nie wiadomo, o co chodzi, a smutek czai się w każdym kącie, najlepiej u nas działają bajki, choć nie takie zwykłe. To bajki mojego dzieciństwa, skrzętnie przechowane na półkach przez Babcię, a dawno temu zebrane i opracowane przez Wandę Markowską i Annę Milską.

Baśniach z dalekich wysp i lądów już kiedyś pisałam.  Ciągle należą do ukochanych i wciąż czytanych. Do grona tych najulubieńszych trafiły także inne baśnie, tym razem ze zbioru „Baśnie z dalekich mórz i oceanów”.

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Gdy Piotruś przychodzi i mówi: poczytaj mi o Gunnarze, żeglarzu siedmiu mórz, wiem, że trzeba synka utulić, uścisnąć i ucałować, nie pytać od razu, co się stało, tylko usiąść razem i zacząć czytać:

Był sobie raz dzielny marynarz imieniem Gunnar. Pływał po dalekich morzach, pod gwiazdami Północy i Południa, znał lądy i wyspy odległe, wiedział, kiedy i gdzie wieją silne wichry, gdzie gorące prądy opływają wybrzeża, gdzie zimują foki, gdzie ryby się gromadzą, by składać ikrę, gdzie się gnieżdżą pingwiny i pelikany, morskie gęsi i kaczki o barwnych piórach.

Potem towarzyszymy Gunnarowi w poszukiwaniach jego ukochanej, pięknej Dziewczyny Morskiej, więzionej przez złą Wiedźmę o Czerwonych Oczach. Spokojnie i łagodnie niesie nas baśń, a wszystkie smutki i żale znikają wśród morskich fal, które musiał przepłynąć dzielny żeglarz:

Żeby się dostać [do Dziewczyny Morskiej] musisz przepłynąć siedem mórz nieprzebytych. Na początku opłyniesz morze lodów, można tam żeglować tylko latem, kiedy słońce stoi wysoko. Potem znajdziesz się na morzu o falach białych jak mleko. Gdy przepłyniesz białe morze, kieruj się na południe, wciąż na południe, aż otoczą cię fale żółte jak miód. Gdy pokonasz wody żółtego morza, pożeglujesz dalej, aż dotrzesz do morza o falach czerwonych jak krew. Tam zdaj się na wiatry i prądy. Nie wolno ci chwytać za wiosła, owiń się w płótno żaglowe i bacz, by cię nie spryskały czerwone bryzgi fal, próżno byś bowiem chciał zetrzeć z siebie te krwawe piany, na zawsze weżrą się w ciało i nic ich nie zmyje. Dalej twa droga będzie wiodła w stronę morza o falach czarnych jak noc bez księżyca. Tam musisz wytężyć wszystkie siły, są to bowiem wody burzliwe i groźne, każdego śmiałka wciągają w swe smoliste tonie. Gdy i to morze przebędziesz zwycięsko, znajdziesz się na wodach o barwie fiołków. Ale nie daj się złudzić jego pięknym falom, kryją one bowiem pod swą powierzchnią mnóstwo raf niebezpiecznych i wirów zdradliwych. Na koniec dotrzesz do morza siódmego, ostatniego. Jego spokojne tafle są zielone jak trawa wiosenna, całe zarosłe długimi glonami o wężowych łodygach, które wiele już statków oplątały swymi śliskimi mackami i  ciągnęły na dno.

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Jak nam Gunnar nie wystarczy, możemy czytać o piękniej Inie i wyspie Znikąd-Donikąd, o Olafie, który miał czarodziejską piszczałkę, o Ranirze ze Słonego Jeziora, o gadającej papudze, o Waju, który pokonał wieloryba. Bajki pochodzą z dalekiej Północy i z gorącego Południa, są w zbiorze baśnie rosyjskie i baśnie syberyjskie, z Madagaskaru i z Wyspy Wielkanocnej. Planujemy z chłopakami wyprawę palcem po mapie po wszystkich tych miejscach, których opowieści najbardziej przypadły nam do gustu.  Chłopcy lubią też oglądać urokliwe ilustracje Gizeli Bachtin-Karłowskiej. 

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Niedawno do domu przywędrował kolejny zbiór bajek w opracowaniu Wandy Markowskiej i Anny Milskiej i od razu wskoczył na półkę z tymi ulubionymi.

Baśnie księżycowe

Wszystkie baśnie zebrane w tym zbiorze łączy oczywiście motyw księżyca. Zbiór zaczyna się od Pana Twardowskiego, a potem pojawia się masa bohaterów, potworów i zwierzaków: smoki, żmije, wielkiej pająki. Piotrusiowi do gustu przypadła bajka o strasznym żmiju i trzech braciach — kołodzieju, drwalu i bartniku.

Baśnie księżycowe

Lubi bajkę o Zairze, którą Księżyc za mąż wydał, o Mrille, który za swoim zajączkiem na księżyc poleciał i tam króla księżycowego spotkał.

Baśnie księżycowe

Wszystkie bajki cechuje niesłychana melodyjność. Są napisane pięknym językiem, który potrafi zachwycić i wciągnąć w głąb opowieści. Baśnie są lekko archaiczne, ale w żaden sposób nie przeszkadza to w lekturze. Widać także, że zostały mądrze opracowane — zachowały lokalny koloryt, kuszą egzotyką, nie napotykamy na barierę zwyczajów, które byłyby dla nas tak obce, że niezrozumiałe. Bez problemu rozumiemy emocje Mrille, który chce odnaleźć swojego zająca, choć już dary księżycowego króla kuszą do zadania wielu pytań.

I król Księżyca obradował Mrillego wielkimi stadami krów i byków, owieczek białych i czarnych, pięknych baranów, dał mu też dużo kóz i mnóstwo osiołków jucznych, obładowanych worami ryżu, korzeniem manioku, orzeszkami ziemnymi, prosem, kukurydzą, bulwami yam, koko, patatów, owocami platanów, bananów, cytryn i pomarańczy.

Jeśli więc na zakurzonej półce znajdziecie gdzieś bajki przygotowane przez Panie Wandę i Annę, to nie wahajcie się ani chwili. Wyciągajcie i czytajcie — dajcie się wciągnąć do krainy marzeń, czarów i tajemnic. Aż żal, że tych wspaniałych baśni nie można — tak po prostu — kupić w księgarni.

 

Wanda Markowska, Anna Milska, Baśnie z dalekich mórz i oceanów, Wydawnictwo Morskie 1969

Wanda Markowska, Anna Milska, Baśnie księżycowe, Nasza Księgarnia 1972

Ronja, czyli o dorastaniu

Co można robić nad morzem, gdy pada deszcz? Krople z głośnym szumem spadają z nieba, roztrzaskują się na chodniku, moczą trawę, a na pobliskim parkingu tworzy się kałuża-gigant. W rzadkich chwilach bez deszczu badamy z Piotrusiem jej głębokość, niedługo kalosze mojego syna będą za krótkie i nie da się do niej wejść. Morze i deszcz zagarnęły plażę, w lesie leją się za kołnierz mokre strugi, a zresztą zwykle oddziela nas od niego ściana wody. Po drodze skaczą zadowolone ropuchy, a my czytamy Ronję i mała córka rozbójnika zawładnęła wyobraźnią młodszego syna.

Ronja, córka zbójnika

Trzeba być chyba bardzo oporną jednostką, aby nie dać uwieść się tej książce. U nas musieliśmy jedynie poczekać na właściwy moment. Tymek poznał Wietrzydełko Mattisa już dawno, Piotruś rok temu był jeszcze za mały i historia Ronji była dla niego za trudna. Teraz jednak nadeszła chwila, gdy zachwycił go mroczny, piękny las, w którym szumi i wieje, stary zamek — tak wielki, że nikt go dobrze nie zna — rzeka, która nęci i grozi. Jego wyobraźnię zaludniają Szaruchy, Wietrzydła, Pupiszonki i Mroczniaki. Mój Młodszy snuje plany oswajania Szaruchów i zwiedzania wietrznych jaskiń. Zaplanował nawet, kiedy będziemy czytać Ronję po raz kolejny. A ilustracje Ilon Wikland z wydania Naszej Księgarni najchętniej oglądałby bez ustanku.

Trudno nie pokochać Ronji. Już jej narodziny wskazywały, że nie będzie to zwykłe dziecko.

Tej nocy, gdy Ronja miała przyjść na świat, nad górami przetaczała się burza tak gwałtowna, że wszystko, co tylko żyło, a co mieszkało w Lesie Mattisa, w popłochu wciskało się w swoje norki i kryjówki. Tylko złowrogie dzikie Wietrzydła, jedyne, które lubiły burzę, z wyciem i wrzaskiem latały wokół zbójeckiego zamku na Górze Mattisa. Przeszkadzało to leżącej w zamku Lovis, która miała właśnie rodzić, więc powiedziała:

– Przepędź Wietrzydła, żeby było cicho, bo nie słyszę, co śpiewam.

Bo to było właśnie tak, że Lovis rodziła, śpiewając. Idzie wtedy łatwiej, twierdziła, a małe, jeśli przyjdzie na świat podczas pieśni, będzie przypuszczalnie z gatunku tych pogodniejszych.

Rodziców też miała niezwykłych: Mattisa, największego herszta zbójników, i Lovis, która zawsze wiedziała, co dziecku jest najbardziej potrzebne i dawała mu przestrzeń, by samo odkrywało świat. Czytałam tę książkę synkowi (a tak naprawdę synkom, bo Tymek też słuchał, choć nie omieszkał skomentować, że on przecież tę historię świetnie zna) i myślałam sobie, że chciałabym umieć być taką matką jak Lovis: nienarzucającą się, ale pewną swoich racji, pozwalającą dziecku na wiele, ale umiejącą zjawić się, gdy jest najbardziej potrzebna, dbającą o wolność własną i cudzą, troszczącą się bez zamieniania troski w zagłaskiwanie. Ech, Lovis to silna kobieta, bo tylko taka mogła wytrzymać z Mattisem i jego bandą zbójców.

„Ronję, córkę zbójnika” Astrid Lindgren można — według mnie — czytać na okrągło i niezależnie od wieku. Czasami jest to książka o wolności, czasami o dorastaniu, o relacjach rodziców i dzieci, o miłości, o odkrywaniu samego siebie, o przyjaźni. Zawsze zadziwia mnie przenikliwość, z jaką Astrid Lindgren opisuje dzieci i to, jak myślą i postrzegają świat. Chociażby fragment o tym, jak Ronja pokonywała strach:

I podczas następnych dni Ronja nie robiła nic innego, tylko uważała na to, co było niebezpieczne, i uczyła się pokonywać strach. Miała uważać, żeby nie wpaść do rzeki, powiedział Mattis, dlatego ochoczo skakała po gładkich kamieniach przy samym uskoku wodnym, tam gdzie najbardziej huczało. Nie mogła przecież zapuszczać się w las i tam uważać, żeby nie wpaść do rzeki. Jeśli ma być jakaś korzyść z tych ćwiczeń, to muszą się one odbywać przy samym progu rzecznym i w żadnym innym miejscu. Żeby dostać się do wodospadu, Ronja musiała zejść z Góry Mattisa po zboczu, które stromo opadało ku rzece. Tym sposobem mogła także ćwiczyć się w pokonywaniu strachu. Pierwszy raz to było trudne; tak się wtedy bała, że musiała zamknąć oczy. Ale powoli stawała się coraz odważniejsza i wkrótce wiedziała, gdzie są szczeliny, w których można było postawić stopę, a gdzie należało podkulać palce nóg, żeby się utrzymać i nie spaść na wznak w kipiel.

„Jakie to szczęście – myślała – znaleźć miejsce, gdzie można i uważać, żeby nie wpaść do rzeki, i ćwiczyć się w pokonywaniu strachu”.

To książka na zawsze, warto do niej wracać i próbować na nowo odpowiadać na stawiane w niej pytania. Ważne pytania, o których trzeba pamiętać. Niesamowite, jak wiele spraw można poruszyć w dość cienkiej książce dla dzieci. Piotrusia najbardziej fascynowały przygody i niebezpieczeństwa, przeszkody, które trzeba pokonać i odwaga, by żyć całkiem samemu, bez mamy i taty. Zastanawiał się, czy warto być rozbójnikiem i dlaczego te dwie bandy tak bardzo się nienawidziły. No i śmierć, zawsze tak trudna i bolesna, a jednocześnie tak naturalna, gdy umiera stary człowiek otoczony kochającymi go ludźmi. Tymek słuchał jej już trochę inaczej. Dla niego była to opowieść o buncie, o szukaniu własnego ja, o walce o własną przestrzeń wśród innych.

Piękna, magiczna opowieść… Trzeba uczyć się żyć, tak jak potrafiła Ronja: pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą. Wtedy nawet deszcz nad morzem przestaje być straszny. Dzisiaj słuchaliśmy, czy we mgle odezwą się Mgłowce.

 

Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, Nasza Księgarnia

Cytaty za fragmentami udostępnionymi przez Cyfrotekę.

Marzy mi się… — o Leśmianie raz jeszcze

Marzy mi się piękne wydanie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Z cudownymi ilustracjami, które pozwoliłyby poczuć klimat i zapach mitycznej Arabii, które wciągałyby w głąb siebie, tak samo mocno jak tekst Leśmiana. Już kiedyś zachwycałam się „Baśnią o rumaku zaklętym” z magicznymi rysunkami Józefa Wilkonia, a teraz marzy mi się cały zbiór. Ech, jak miło by było czytać taką książkę z chłopcami.

W dzieciństwie „Klechdy sezamowe” były jedną z moich ulubionych lektur. Na półce stało wydanie z ilustracjami Jana Lenicy — nie za bardzo mi się podobały.

Klechdy sezamowe

Z Synkami zaczęłam je czytać ostrożnie, bo to trochę straszne baśnie. Nie są uładzone, pojawia się w nich zło i okrucieństwo, przerażają i ludzkim działaniem, i atmosferą, która czasami jest gęsta, horrorowata — tak jak podczas wędrówki na Górę-Cmentarnicę w baśni o Parysadzie. Zaczyna się łagodnie, a potem jest coraz straszniej i mroczniej.

Nieustraszony Bachman wstąpił na ścieżkę-złotobrzeżkę i tą ścieżką jął się wspinać pod górę. Wspinał się i wspinał, szedł i szedł coraz wyżej, coraz chyżej, aż wreszcie ścieżka- -złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną. Mrok nocny już zapadł. Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie! Martwo i pusto i straszno i bezludnie. Pomimo mroku nocnego dojrzał Bachman po obu stronach drogi nieruchome posągi  — kamienne dziwolągi. Byli to rycerze żywi, w martwy kamień zaklęci. Chcieli dotrzeć do szczytu Góry-Cmentarnicy, aby zdobyć trzy dziwy, trzy cuda — lecz nie dotarli: za siebie się obejrzeli — i w posągi skamienieli. […] Szedł dalej śmiało i odważnie. Dotąd nie słyszał żadnych głosów i nie spotkał żadnych strachów. Aż tu nagle poczuł, że się coś za nim porusza… O mało się nie obejrzał za siebie, lecz natychmiast przypomniał sobie radę derwisza, więc uśmiechnął się i szedł dalej. Coś się znów za nim poruszyło i zbliżyło się z tyłu do jego stóp… Zdawało się Bachmanowi, że ktoś niewidzialny schwyci go nagle za stopy… Szedł jednak dalej, nie oglądając się za siebie. W tej chwili posłyszał za sobą Szept i Wrzask.

Ech, pan Leśmian. Jego baśnie lśnią i migocą. Oplątują melodią języka, wciągają w głąb, czarują. Żadna baśń o żywej wodzie i zaczarowanej górze nie pochłonęła nas tak mocno, jak „Baśń o pięknej Parysadzie i ptaku Bulbulezarze”. Dla mnie to wzorzec baśni.

Daleko, daleko, za górą, za rzeką, za zielonym borem, za modrym jeziorem, w pobliżu rozstaju, w sąsiedztwie ruczaju stał niegdyś pałac, a obok pałacu — ogród, a obok ogrodu — droga, która prowadziła nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. W tym pałacu mieszkało dwóch braci: Bachman i Perwic, wraz z siostrą Parysadą. Parysada była tak piękna, że sama zawsze dziwiła się swojej urodzie. Oczy miała pełne zdziwienia, a usta pełne śmiechu. Śmiała się nieustannie. Nigdy łza nie zabłysła w jej oczach. Nie umiała płakać.

Za każdym razem, gdy czytam opowieść o Parysadzie, zadziwia mnie bogactwo polskiego języka. Jak pięknie, jak różnorodnie, jak migotliwie można po polsku opowiadać, jak cudownie może się opowieść mienić i snuć. Chyba nikt oprócz Leśmiana nie opanował żonglerki słowami w takim stopniu:

Parysada wróciła do pałacu. Żądza posiadania trzech dziwów tak ją opętała i tak niecierpliwiła, że nie mogła sobie dać rady. Biegała po pokoju z kąta w kąt, tam i z powrotem. Zmęczona bieganiem, siadła na krześle. Znużona siedzeniem na krześle, podbiegła do okna i siadła na oknie. Zniecierpliwiona siedzeniem na oknie, podbiegła do stołu i siadła na stole. Właśnie w tej chwili dwaj bracia Parysady wrócili z polowania. Obydwaj zdziwieni spojrzeli na Parysadę. — Siostro moja kochana! — zawołał Bachman. — Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś. — Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie — odparła Parysada. — A któż ci kazał siedzieć na oknie? — spytał Perwic. — Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle — odrzekła Parysada. — Czemuż nie chciałaś siedzieć na krześle? — rzekł zdziwiony Bachman. — Nie tylko na krześle, ale na żadnym miejscu usiedzieć nie mogę! Nudzę się i nudzę. Niecierpliwię się i niecierpliwie. Smucę się i smucę! Gdybym umiała płakać, tak bym się głośno rozpłakała, że musielibyście uszy zatykać i z pałacu co tchu zmykać! Jestem nieszczęśliwa, nieszczęśliwa, nieszczęśliwa!

Czytamy tę baśń często, najczęściej na życzenie Piotrusia. Gdy ma dosyć różnych opowieści i historii, pyta, czy przeczytam mu bajkę, taką którą lubi najbardziej. Tych najbardziej ulubionych jest kilka, może kilkanaście, ale prawie zawsze pojawia się wśród nich baśń o Parysadzie, o „Rybaku i Geniuszu” i o „Ali-Babie i czterdziestu rozbójnikach” — właśnie w wersji z „Klechd sezamowych”.

Bałam się opowieści o Ali-Babie ze względu na jej okrucieństwo, czytałam ją chłopakom powoli i stopniowo. Och, jak rozbawiła ich Leśmianowska wizja rozbójników:

Tętent koński wciąż się zbliżał. Ziemia drżała i grzmiała od tego tętentu, a echo niosło go po lesie. Wreszcie z gęstwiny leśnej wynurzyła się jedna morda końska, za nią druga i trzecia… Po chwili kilkudziesięciu jeźdźców wpadło na polanę. Wszyscy byli brodaci i wąsaci. Wszyscy byli zbrojni w miecze, siekiery i łuki. Wszyscy, pochyleni na koniach, strasznie i groźnie mruczeli pod wąsami: — Jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu! Ten zaś, co jechał na przedzie, jeszcze straszniej i jeszcze groźniej pomrukiwał: — Jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów!…

Mamo, a po co oni tak mówili? I jak tu odpowiedzieć, że po to, by opowieść grzmiała i tętniła. Że właśnie po to, by język zagrał, by przed oczami pojawiły się brodate i wąsate twarze, a w uszach zabrzmiał dźwięk kopyt i zbójeckie pomrukiwanie?  A może nie warto niczego wyjaśniać tylko czytać dalej i stanąć w olśnieniu razem z Ali-Babą?

Co za cuda, co za dziwy ujrzał Ali-Baba we wnętrzu zaklętej jaskini! Ujrzał kufry, napełnione dukatami; ujrzał całe stosy kamieni drogocennych; ujrzał drzewa koralowe i olbrzymie pnie zielonego malachitu. Ale to wszystko żyło i poruszało się nieustannie. Brylanty same przesypywały się z brzękiem i szmerem z jednej szkatuły do drugiej. Turkusy, niby krówki boże, zręcznie i zwinnie wpełzały na drzewa koralowe i sfruwały potem z gałązki na gałązkę. Rubiny razem z topazami kręciły się i wirowały po ziemi w jakimś dziwnym rubinowo-topazowym tańcu. Dukaty, dzwoniąc w kufrach, bawiły się nawzajem w orła i reszkę: same podrzucały się w górę i same spadały do swoich kufrów, ukazując orła albo reszkę. Olbrzymie zaś pnie zielonego malachitu mówiły do siebie basem: — Jaka szkoda, że i my nie możemy się bawić w orła i reszkę albo wirować po ziemi w tańcu rubinowo-topazowym, albo na kształt turkusów wpełzać na drzewa koralowe, albo wreszcie przesypywać się z brzękiem i szmerem ze szkatuły do szkatuły, jak brylanty! Możemy za to wywrócić się i toczyć po ziemi, niby beczki. I pnie malachitowe, wywróciwszy się z trudem, potoczyły się natychmiast po ziemi, niby beczki.

„Klechdy sezamowe” to dla mnie klasyka, którą po prostu trzeba znać. Nie ma ładnego wydania, ale baśnie są dostępne w wersji elektronicznej. Można je za darmo pobrać stąd i dać się wciągnąć w czarodziejski świat. Nie warto czekać z ich lekturą zbyt długo, ale najpierw trzeba samemu je przeczytać. Każdy rodzic najlepiej będzie wiedział, czy jego dziecko wytrzyma tak długą opowieść i czy nie przerażą go strachy i duchy. Zbyt wczesna lektura może do Leśmiana zrazić, a to byłaby niepowetowana strata.

Bolesław Leśmian, Klechdy sezamowe, wolnelektury.pl

„Prządki złota” i bajki z różnych stron świata

Dzisiaj wspomnień ciąg dalszy. Wspomnienia wspomnieniami, ale bajki wydawane przez Krajową Agencję Wydawniczą w serii „Baśnie i legendy z całego świata” nadal zachwycają i wzbudzają zainteresowanie. O tym, że seria nazywała się właśnie tak, dowiedziałam się, sprawdzając dane wydawnicze na stronach Biblioteki Narodowej. W dzieciństwie nazywaliśmy je bajkami ze ślimakiem-krasnoludkiem, bo nie mogliśmy się pogodzić, kogo/co przedstawia logo na okładce.

Na półkach dziadków leżą cztery zaczytane książeczki. Dwie z nich należą do ulubionych bajek Piotrusia. Tymek także je uwielbiał, ale teraz twierdzi, że zna je już na pamięć i nie ma ochoty słuchać więcej.

„Prządki złota” w opracowaniu dwóch niezrównanych propagatorek baśni z całego świata, Wandy Markowskiej i Anny Milskiej (przygotowane przez nie bajki zdecydowanie zasługują na osobny wpis) znamy także jako „Lilię wodną”, bo pod takim tytułem można je znaleźć w zbiorze „Bajarka opowiada”.

Prządki złota

Dawno, dawno temu głębokim lesie, w samym sercu puszczy stała mała chatka, w której mieszkała zła czarownica. Więziła ona trzy piękne siostry, porwane w dzieciństwie od matki i ojca. Całymi dniami dziewczęta przędły złote nici, które czarownica przywoziła nie wiadomo skąd. Gdy wyjeżdżała, ostrzegała służki, by z nikim nie rozmawiały i dawała im tyle pracy, że nie miały czasu na sen. Zdarzyło się raz, że do domu prządek trafił młody książę, który zabłądził w lesie w czasie polowania. Najmłodsza siostra nie usłuchała ostrzeżenia czarownicy, tak bardzo podobał jej się młodzieniec. Gdy odjechał, obiecując szybki powrót, dziewczyna z przerażeniem spostrzegła, że jej nici straciły blask. Królewicz rzeczywiście powrócił po ukochaną, ale w bajce wydarza się jeszcze wiele. Młodzi muszą pokonać mnóstwo przeszkód, a wiatrowy czarodziej z Finlandii trafił do grupy najsilniejszych bohaterów mojego młodszego syna. Piotruś może słuchać tej bajki w kółko i ciągle niepokoi się o los młodej prządki i czy uda się tym razem pokonać zły czar. Z wielkim przejęciem ogląda także ilustracje Julitty Karwowskiej-Wnuczak. Na mnie obrazki w tej książce robiły wielkie wrażenie. Widziałam potem różne wydania, ale czarownica z tej bajki wygląda dla mnie właśnie tak, jak narysowała ją pani Karwowska.

Prządki złota

Prządki złota

Drugą książeczką, którą kocha mój młodszy syn, jest „Wdzięczność szczupaka” Aleksego Tołstoja (znowu w opracowaniu W. Markowskiej i A. Milskiej).

Wdzięczność szczupaka

To klasyczna rosyjska bajka o trzech braciach: dwóch mądrych i głupim i leniwym Miszce. Miszka ma jednak szczęście i dobre serce, dzięki temu wszystko mu się udaje: zdobywa i carewnę, i piękny pałac, a nawet nabywa chyba trochę rozumu 🙂 Miszka zdobył sobie wdzięczność czarodziejskiego szczupaka, a było to tak:

Wyrąbał (Miszka) otwór w lodzie, zaczerpnął do wiader wody, odstawił je na bok i patrzy w przeręblę. Zobaczył w wodzie szczupaka; złapał go i mówi:

– Ot, będzie smaczna kolacja.

Aż tu ryba woła ludzkim głosem:

– Miszka, Miszka, puść mnie, rzuć mnie do wody, odwdzięczę ci się stokrotnie.

Śmieje się Miszka i mówi:

– Co mi przyjdzie, jak cię rzucę do wody? Nie, zaniosę cię do domu, oddam bratowej, a ona ugotuje rybnej zupy.

Ale szczupak zaczął błagać:

– Miszka, Miszka, zwróć mi wolność, a zrobię wszystko, o czym tylko zamarzysz. Zobaczysz, że nie pożałujesz.

Miszka się zgodził. Pamiętam z dzieciństwa, że słowa „Na rozkaz szczupaka, moja wola taka” przez długi czas towarzyszyły naszym zabawom. Prawie tak jak hokus-pokus i abrakadabra.

Ilustracje do tej bajki do dzieło Danuty Imielskiej-Gebethner i są bardzo udane. To jakby bajka rosyjska w pigułce.

Wdzięczność szczupaka

Wdzięczność szczupaka

Część ilustracji w tej serii była czarno-biała. Ze zdumieniem odkryłam, że upiększyliśmy je, czego w ogóle nie pamiętałam. Staranność naszych prac wskazuje jednak, jak ważne były to dla nas książki.

Wdzięczność szczupaka

Prządki złota

Na półce są jeszcze dwie książki. „Lech, Czech i Rus” autorstwa Ewy Szelburg-Zarembiny z ilustracjami Janusza Towpika oraz „Złota Kaczka” Artura Oppmana z ilustracjami Zofii Darowskiej.

Lech, Czech i Rus

Złota kaczka

Pomyślałam sobie właśnie, że chętnie kupowałabym podobne bajki dla moich synów. Piękna jest seria baśni wydawanych przez Media Rodzinę, ale myślę raczej o cieńszych i tańszych książeczkach, które przybliżałyby dzieciom baśnie z różnych stron świata. Może jakiś wydawca się skusi.

Powędrujemy przez Góry Żmijowe?

Zygmunta Miłoszewskiego kojarzyłam raczej z kryminałami, i to takimi „nie dla <nawet starszych> dzieci”. A kategoria ta okazała się nagle bardzo przydatna, bo Tymek uznał, że może swobodnie sięgać na półkę rodziców i dziadków. Co jakiś czas odbieram mu więc czytaną po kryjomu książkę, która zdecydowanie nie powinna trafić w ręce dziewięciolatka. Moje dziecko szczególnie ciężko przeżyło odmowę zakupienia serii o Jakubie Wędrowyczu i „Demonów Leningradu” (tytuł wg Tymka brzmi interesująco, a o Jakubie słyszał od wujka). Długo trwała dyskusja, że owszem, będzie mógł je przeczytać, ale za jakiś czas.

Na „Góry Żmijowe” oboje zareagowaliśmy entuzjastycznie. Ja, bo spodobała mi się czerwona okładka i baśniowa konwencja, Tymek – bo fajnie jest poczytać książkę dla dzieci napisaną przez autora powieści dla dorosłych (tak jakby to była pierwsza taka książka ;-)). No i mieliśmy okazję do wspólnego czytania, co niestety zdarza się coraz rzadziej. Ciągle czytamy Tymkowi książki na głos, ale ze względu na różnicę wieku między chłopakami musimy czytać im trochę inne książki, więc Tymkowi częściej czyta tato.

Zygmunt Miłoszewski, Góry Żmijowe

Początkowo wydawało mi się, że „Góry Żmijowe” to dość prosta baśń o królewnie i bohaterze, spokojna, łagodna i dość przewidywalna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zacząć jej czytać Piotrusiowi, tak zwiodły mnie pierwsze strony opowieści o królewnie Filomenie z Maare i Eryku, synu rybaka z Szertaty. Te dwie krainy są oddzielone od dawien dawna wysokimi górami i mieszkańcy każdej z nich mało wiedzą o swoich bliskich-odległych sąsiadach. Historia zaczyna się bajkowo: Filomena, zmęczona ciągłym pobytem w pałacu – prawo zakazuje jej wychodzenia z domu przed  ukończeniem dwunastego roku życia – w chwili gniewu wypowiada życzenie i zostaje przeniesiona w Góry Żmijowe. Eryk czeka na święto wkroczenia w dorosłość, marzy, by być rybakiem, tak jak jego ojciec, ale dowiaduje się, że jego przeznaczeniem jest ocalenie Szertaty przed suszą spowodowaną złamaniem prawa. Chłopiec musi wyruszyć w Góry Żmijowe i odnaleźć pióro ognistego ptaka, tak jak w bajkach, które opowiadała jego mama.
Eryk i Filomena muszą poradzić sobie sami w sytuacji, na które żadne z nich nie było przygotowane. Bohaterowie dorastają, a wiele niby oczywistych rzeczy nagle ukazuje swoje drugie dno i inne oblicze. Dobrze uporządkowany świat przestaje być taki jasny, a przyjaciółmi okazują się istoty, których wcale o to nie podejrzewaliśmy. Wraz z upływem wydarzeń historia staje się coraz bardziej mroczna i tajemnicza, dziewięciolatka wciągnęła tajemnicza atmosfera i aura magii. Miłoszewski wplata do swojej historii humor i bawi się konwencją, nawiązuje do różnych bajek i przekręca znane z baśni motywy. Tymek dobrze się bawił i żałował tylko, że opowieść tak szybko się skończyła, a ja cieszyłam się, że nie zaserwowałam ją Piotrkowi. Dla pięciolatka historia ta mogłaby być jeszcze trochę zbyt straszna.