Malujemy ptaki, zwierzęta i rośliny

Dzisiaj będzie nietypowo i dość krótko, bo o malowankach. Trochę do czytania też w nich jest 🙂 Podrzuciło mi je Wydawnictwo RM — bardzo się z tego cieszę, bo nie jestem pewna, czy sama bym po nie sięgnęła (wolę trochę bardziej stonowane kolory). Jaskrawe okładki ukrywają jednak sporo fajnie podanej wiedzy o polskiej przyrodzie, a na dodatek obrazki do kolorowania.

Kolorowanka. Zwierzęta

Kolorowanka. Ptaki

W każdej książce przedstawiono 23 gatunki występujące w Polsce. Jest kolorowanka, krótka informacja w pierwszej osobie i miejsce na naklejkę, na której można dokładnie obejrzeć, jak dany gatunek wygląda. A ponieważ za oknem już zimno i niedawno widzieliśmy żerujące jemiołuszki, to może posłuchajcie właśnie jemiołuszki:

Czy lubisz naszą polską zimę? Większość ptaków uważa, że jest bardzo sroga i dlatego jesienią odlatuje do cieplejszych krajów. Ja jestem innego zdania! W porównaniu z syberyjską tajgą, gdzie spędzam lato, w Polsce klimat wydaje się łagodny. Moim przysmakiem są owoce jarzębiny, głogu, cisu i… jemioły. Czy już wiesz, skąd się wzięła moja nazwa?

Tak króciutko i moim zdaniem, akurat tyle może zapamiętać dziecko. A potem wypatrywać jemiołuszek na cisach (własnie tam je dojrzeliśmy).

Kolorowanka. Rośliny

O ile w przypadku ptaków jest dość przewidywalnie (mysikrólik, sikora bogatka, kowalik, wróbel, skowronek, zimorodek, jaskółka dymówka, jerzyk, jemiołuszka, wilga, dzięcioł duży, dudek, sójka, kukułka, pustułka, mewa śmieszka, puszczyk, sroka, wrona, bąk, bocian biały, orzeł bielik, łabędź niemy), to pozostałe książeczki mnie pozytywnie zaskoczyły. Od razu powiem, że w książce o ptakach zabrakło mi kosa, szpaka, drozda i kawki — gatunków, które możemy oglądać na co dzień właściwie w każdym mieście.

Kolorowanka. Ptaki

Za to zwierzęta potraktowano tutaj bardzo szeroko: mamy przedstawicieli ssaków (m.in. żubr, niedźwiedź, łoś, wilk), są gady i płazy (żaba trawienna, ropucha szara, zaskroniec), są owady (ha, można obejrzeć pająka krzyżaka, trzmiela i stonogę murową — taki dość paskudny brązowawy robaczek mieszkający pod kamieniami, na pewno znacie). Ta różnorodność świetnie uświadomiła chłopakom, że „zwierzęta” to nie tylko te duże i dobrze znane wilki, żubry i lisy. Niby to wiedzieli jako nałogowi oglądacze książek przyrodniczych, ale stonogi jeszcze nie kolorowali.

Kolorowanka. Zwierzęta

Moją ulubioną kolorowanką jest ta o roślinach. Po pierwsze, najbardziej podoba mi się niebieska okładka 🙂 A po drugie, podoba mi się dobór roślin. Większość z nich to badyle, które można znaleźć na miedzach i przy drogach — niby znane, a jednak mało kto zna ich nazwę.

Kolorowanka. Rośliny

Jest tutaj konwalia majowa i stokrotka polna, niezapominajka i rumianek, mniszek i pokrzywa, dąb i jarzębina. Są także bardziej egzotyczne i rzadkie gatunki: storczyk obuwik, rosiczka okrągłolistna i mech płonnik. A zaraz potem psianka ziemniak i brzoza. Aż nabrałam ochoty, żeby na wiosnę zrobić z chłopakami zielnik, taki zwykły, pełen chwastów, żeby umieli nazywać i świadomie chłonąć świat. Miłego malowania i wspominania wiosny.

Krystyna Jędrzejewska-Szmek, Michał Kryciński, Ptaki Polski, Rośliny Polski, Zwierzęta Polski, ilustracje Marta Górska, seria Kolorowa edukacja, Wydawnictwo RM 2016

Reklamy

Popłynąć rzeką czasu

Są takie książki dla dzieci, do których trzeba dorosnąć. Są takie, z których nigdy się nie wyrasta. Są też takie, które urzekają wszystkich. Dla mnie taką książką jest właśnie „Rzeka czasu” Petera Goesa. Piotruś dostał ją na urodziny i myślę, że będzie wracał do niej jeszcze wielokrotnie. Początki nie były obiecujące: zajrzał i pobiegł do innych prezentów. A ona leżała i kusiła, kusiła. Widziałam, jak przyciąga: zajrzały do niej wszystkie dzieci i chyba wszyscy dorośli Piotrusiowi goście. Niektórzy dorośli nawet od razu ją zamówili dla swoich dzieci, tak bardzo spodobała im się rzeka wydarzeń, w której mogli się zanurzyć.

Rzeka czasu

Najpierw, bardzo dawno temu (choć nie aż tak dawno: 13,7 miliarda lat temu nie brzmi imponująco przy googolach i googolpleksach — Piotrusia, tak jak kiedyś Tymka, fascynują wielkie liczby, tak wielkie, że niewyobrażalne) zdarzyło się wielkie bum, które naukowcy nazywają Wielkim Wybuchem. Od niego zaczęło się wszystko, ale musiało minąć jeszcze bardzo dużo czasu, by na Ziemi pojawiło się życie, którego ślady możemy odszukać. Tutaj zaczyna się właściwa rzeka czasu. Wskakujecie z nami do łodzi?

Rzeka czasu

Rzeka płynęła na początku szerokim, wolnym strumieniem. Podczas żeglugi mijamy dinozaury, wielkie stwory, które na długi czas zdominowały planetę. Gdyby nie wyginęły, być może nie byłoby ludzi. 

Rzeka czasu

Gady zniknęły z powierzchni ziemi, wielkie wymieranie przetrwały mniejsze gatunki, a potem pojawili się ludzie. Rzeka powoli zaczyna przyspieszać. Migają nam przed oczami wielkie lasy, wielkie zwierzęta i mali ludzie z kamiennymi narzędziami kryjący się po jaskiniach. Trochę jeszcze niepodobni do nas, ale stopniowo coraz mocniej ujarzmiający przyrodę. Budują pierwsze osady, oswajają zwierzęta, uprawiają ziemię, wynajdują narzędzia…

Rzeka czasu

Z biegiem lat akcja przyspiesza, a z naszej łódki widać coraz więcej. Chłopcy z ogromnym zainteresowaniem oglądali kolejne plansze. Dwóch prawie jedenastolatków, Tymek i Olek, przybiegało z rewelacjami: tutaj jest Egipt! Widziałaś wieżę Babel? A wiedziałaś, ciociu, że Celtowie walczyli nago, a Attyla udusił się własną krwią?

Podpisy pod planszami nie są zbytnio rozbudowane. Ot, kilka, może kilkanaście zdań, by zrozumieć, gdzie akurat dopłynęliśmy. Za przykład niech nam posłużą wyprawy krzyżowe, które chłopaki długo kontemplowali.

Rzeka czasu

Gdy muzułmanie zajmowali coraz większe obszary Bizancjum, cesarz Aleksy I Komnen poprosił papieża Urbana II o pomoc. W 1095 roku papież wysłuchał jego prośby i wezwał do zbrojnej pielgrzymki (czyli krucjaty albo wyprawy krzyżowej) do Ziemi Świętej. W 1096 roku do Jerozolimy wyruszyły dwie wyprawy. Najpierw tak zwana wyprawa ludowa, złożona głównie z cywilów, która jednak została rozbita po drodze, a potem znacznie lepiej zorganizowana wyprawa rycerska. Po ciężkiej wędrówce wojska chrześcijańskie rozpoczęły oblężenie Jerozolimy, która poddała się 15 lipca 1099 roku. Jej zdobycie zakończyło się rzezią mieszkańców. Na opanowanych obszarach Palestyny i Syrii krzyżowcy założyli cztery chrześcijańskie państwa. W ich obronie wyruszyło jeszcze kilka krucjat. Ostatnia z nich odbyła się w latach 1271-1272. Okres wypraw krzyżowych zakończył się w 1291 roku, gdy muzułmanie zdobyli Akkę — ostatni bastion chrześcijański na tym terenie.

Tyle teorii — pozostają jeszcze podpisy na planszy. To właśnie one przykuły uwagę chłopaków i trudno im się dziwić. Można się z nich dowiedzieć, jak nazywały się wikińskie łodzie, jakie zwierzęta tresowano w starożytnych Chinach i w co wierzyli Inkowie. Rzeka czasu przepływa przez wszystkie kontynenty i wszystkie epoki. Tymek śledził polskie ślady i kilka znalazł — tajne Polskie Państwo Podziemne i znak Polski Walczącej, a potem logo Solidarności w latach osiemdziesiątych. Nie wiem, czy to zamysł autora książki, czy ingerencja wydawcy Dwóch Sióstr, ale te polskie ślady są bardzo inspirujące.

Rzeka czasu

Im bliżej współczesności, tym bardziej rzeka wiruje i zakręca, tym więcej mielizn i rozlewisk. Ostatnia plansza dotyczy lat po 2010 roku. Zostaje po jej obejrzeniu wiele pytań, na które już sami musimy odpowiedzieć.

Książka Petera Goesa to świetna lektura. To książka do czytania i oglądania — Piotrek ją ogląda, a Tymek czyta do poduszki. Plansze są przydymione, na każdej dominują właściwie dwa kolory: czerń i kolor tła, dzięki czemu każda barwna plama jest doskonale widoczna.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy warto mieć tę książkę, niech ją kupi dla walorów edukacyjnych. Może dziecko nie zdobędzie wielkiej wiedzy historycznej, ale przynajmniej odkryje, że jedne wydarzenia następują po drugich, dowie się, kiedy odkryto druk, a kiedy świat ogarnęła gorączka odkrywania nowych ziem. No i oczywiście będzie wiedzieć, że Attyla, Bicz Boży, wódz Hunów, którzy w IV wieku spustoszyli Europę, udusił się własną krwią — gwarantuję, że tę informację każdy chłopak zapamięta na pewno.

Peter Goes, Rzeka czasu. Podróż przez historię świata, Dwie Siostry 2016

Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

12 miesięcy, czyli podróż po roku (i nie tylko) z Marcinem Brykczyńskim

Właściwie to nie będzie post tylko o „12 miesiącach” — ta książka stała się jedynie pretekstem, by powyciągać z półek inne zbiory wierszy Pana Marcina Brykczyńskiego i przeczytać je po raz kolejny. Naprawdę warto je poznać.

Zaczęło się od „12 miesięcy” (Wydawnictwo Literatura), pięknej książki o miesiącach i porach roku z ciepłymi, zaczarowanymi ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełlo. 

12 miesięcy

Takiego Marcina Brykczyńskiego nie znaliśmy: nostalgicznego, lirycznego, delikatnego, uważnie patrzącego na otaczający świat. Jego wiersze prowadzą czytelnika przez rok, od zimowego, śnieżnego stycznia po ciemny grudzień. 

Zszarzała trawa na łące,

pod stopami szeleszczą liście, 

idzie listopad w szarej jesionce

i uśmiecha się mgliście.

Czytaliśmy te wiersze w listopadzie i zaczęliśmy właśnie od listopada. Najpierw oglądaliśmy je w towarzystwie ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło, urokliwych, lirycznych, pełnych dzieci i ich zachwytu światem.

12 miesięcy

Potem Piotrek wyciągnął z półki „Jaki to miesiąc” (wydawnictwo Muchomor) — wiersze też pasowały. Obaj moi synowie marzą o śnieżnej zimie, o ślizgawkach i sankach. Chcieliby, żeby luty był właśnie taki:

Robi dzieciom ślizgawkę w parku,

sam ma wielkie łyżwy i buty,

tylko jasnych godzin w zegarze

wciąż mało ma pan luty.

Marcin Brykczyński odwołuje się do otaczającego nas świata, przywołuje zjawiska dobrze znane, które dzieci same mogą bez problemu dostrzec. Jego miesiące są bliskie i przyjazne, w pewien sposób oswojone — tak właśnie jest w styczniu, maju czy październiku, więc co za problem, by te nazwy zapamiętać? Tę „swojskość” podkreślają jeszcze ilustracje. Ewie Poklewskiej-Koziełło udało się w jakiś magiczny sposób uchwycić kwintesencję danego miesiąca, trudno mi już teraz wyobrazić sobie inny październik.

12 miesięcy

Po „12 miesiącach” przyszła pora na coś znacznie bardziej zabawnego, bo wiadomo, że nostalgia i dzieci niekoniecznie idą w parze. Czytaliśmy więc z Piotrusiem dwa zabawne wierszyki: „Trzy psy przyszły” i „Liczydełko” z ilustracjami Iwony Całej. 

Liczydełko

„Liczydełko” to pełen humoru przewodnik po liczbach: od 1 do 10. Krótkie wierszyki nie tylko w zabawny sposób przybliżają małemu czytelnikowi kolejne cyfry, ale także są wspaniałą propozycją do wspólnej zabawy. Można liczyć kury, palce, poduszki, dziury w serze. Wszystko da się policzyć. W każdym wierszyku dany liczebnik jest pogrubiony — my wykorzystywaliśmy tę książeczkę do nauki czytania.

Siedem miłych krasnoludków

mały domek ma w ogródku.

Każdy ma w tym domu łóżko

z ciepłą kołdrą i poduszką.

Siedem kołder, siedem łóżek

i kłopoty równie duże,

bo policzyć jeszcze muszę,

ile w domu jest poduszek?

Trzy psy przyszły

„Trzy psy przyszły” to historia wędrówki trzech piesków, które postanowiły odwiedzić swojego kolegę:

Raz do psa, co siedział w budzie,

trzy psy przyszły na odludzie,

bo powzięły w jednej chwili

myśl, by życie mu umilić.

Refren tego wierszyka-opowieści: „Pierwszy, stary i kulawy, drugi jeszcze dosyć żwawy, a ten trzeci był najmłodszy i jak szczekał, to trzy po trzy” bardzo łatwo wpada w ucho. Wędrówka piesków przedstawiona jest głównie na obrazkach. Daleko mieli do swojego przyjaciela, który w tym samym czasie martwił się, jak może przyjąć swoich gości. To wiersz – pochwała przyjaźni i wierności.

A na końcu czytaliśmy chyba nasz ulubiony zbiór „Czarno na białym i biało na czarnym” (Znak, 2007) z ilustracjami Janusza Stannego. Ech, lubimy opowieść o białym niedźwiedziu, któremu znudziła się biel, o krowie uzależnionej od proszków, o kotkach, które nie mogły się spotkać.

Czarno na białym

Trudno dzisiaj dostać tę książkę, ale zbiorów wierszy Marcina Brykczyńskiego jest na rynku kilka. To ciepła, mądra, zabawna i żartobliwa poezja dla dzieci. Warto pamiętać, że wiersze dla dzieci to nie tylko Tuwim i Brzechwa.

Marcin Brykczyński, 12 miesięcy, Literatura 2016

Marcin Brykczyński, Liczydełko, Literatura 2010 

Marcin Brykczyński, Trzy psy przyszły, Literatura 2010

Opowieść biblijna Zuzanny Orlińskiej

Wszyscy wiedzą, kto to Noe. Wszyscy znają historię potopu, który Pan zesłał na świat, aby ukarać zbuntowanych ludzi. Kiedy dawno temu czytałam z chłopakami tę starotestamentową opowieść, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Czym zasłużyli sobie ludzie na tak straszną karę? Skąd tak wielkie okrucieństwo? Moi synowie zadawali pytania, które obnażały bezradność dorosłego postawionego wobec pytań fundamentalnych.

Podczas lektury książki Zuzanny Orlińskiej powróciły te same pytania oraz pojawiły się inne, równie trudne i ważne. Dlatego trudno mi pisać o tej pięknej książce, która w tym roku zdobyła tyle nagród.

Stary Noe

Twórczość Zuzanny Orlińskiej znamy od dawna. Pamiętam swoje zaskoczenie, a potem zachwyt, gdy przynieśliśmy z biblioteki „Matkę Polka”. Tymkowi bardzo podobali się „Detektywi z klasztornego wzgórza” (ciągle nie mam czasu na recenzję). Po „Starego Noego” sięgnęłam więc z poczuciem, że będę obcować z książką piękną i ważną — ten tytuł został Książką Roku IBBY 2015 oraz całkiem niedawno został wyróżniony Koziołkiem przez Centrum Literatury Dziecięcej. Nie spodziewałam się jednak, że jej lektura wzbudzi aż tyle emocji i wywoła tyle przemyśleń.

Bohaterem książki jest Noe: stary, zmęczony, przerażony tym wszystkim, co się wokół niego dzieje, dobry. Wyjątkowość Noego podkreślają bardzo mocno ilustracje — widać z nich, że troszczy się głównie o innych.

Stary Noe

Stary Noe

Nie jest w stanie wytrzymać pod pokładem, patrzy na niknący świat, aż w końcu jego synowie siłą sprowadzają go do łodzi. Wtedy wydłubuje w mchu uszczelniającym belki maleńką dziurkę, żeby spoglądać na zewnątrz. A w końcu znowu wychodzi na pokład i buntuje się przeciwko zaleceniom Pana — stara się uratować tych, którzy jeszcze przetrwali.

Dla mnie to historia o buncie człowieka wobec Pana, o buncie, który świadczy o człowieczeństwie. To historia zmagań pomiędzy poczuciem obowiązku wobec nakazów i zasad, a silnym poczuciem dobra i potrzebą niesienia pomocy. To także opowieść o wierze w miłość Stwórcy, który pokazuje okrutne oblicze, bo uważa, że tak trzeba, ale jednak kocha. Kwintesencją tej opowieści jest cytat, który pojawia się chyba w każdej recenzcji:

Panie, stworzyłeś mnie człowiekiem, nauczyłeś mnie chodzić, myśleć i czuć jak człowiek. Muszę pozostać człowiekiem do końca. Możesz ukarać mnie śmiercią, ale nie postąpię inaczej, nawet jeśli miałbym przyjąć na pokład słonia czy nosorożca. 

To ważne pytania: co to właściwie znaczy „być człowiekiem”. Co jest ważniejsze: posłuszeństwo czy niezgoda? W czym objawia się nasze człowieczeństwo? Jak zwalczyć swój lęk przed „byciem ukaranym”, gdy wszystko w nas domaga się działania wbrew prawom w imię większego dobra? To niepokojąca opowieść, pobudzająca, zmuszająca do myślenia, taka, która się przyczepia i nie chce odejść. Ważna. Czy podobała się chłopakom? Trudno powiedzieć. Posłuchali i nie uciekli. Pytali: dlaczego Noe nie powiedział innym ludziom? Dlaczego zaczął pomagać tak późno? Dlaczego jego synowie na niego krzyczeli? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Nie wiem, ale możemy pozastanawiać się razem.

Książkę poznaliśmy dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura 2015

Joachim Lis. Detektyw dyplomowany

Po lekturze przygód Maurycego i Ogryzka Piotruś ma ochotę głównie na książki o detektywach i rabusiach. Lassego i Maję znamy całkiem nieźle, więc padło na historię Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego z Modrzejowa.

Joachim Lis

Książkę Ingemara Fjella (bardzo tajemniczy autor, trudno o nim cokolwiek znaleźć w sieci) wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie ilustracji”. Zilustrowała ją Teresa Wilbik, uczennica Jana Marcina Szancera. Bardzo lubię jej ilustracje, z dzieciństwa pamiętam „Jasia i Małgosię”, „Liść kapusty na pociechę” i Osiołka Gapę — choć dopiero teraz zorientowałam się, że wszystkie te książki ilustrowała właśnie Teresa Wilbik. Ilustracje do „Joachima Lisa. Detektywa dyplomowanego” są świetne: delikatne, czarno-białe. Dla mnie: angielskie i jak ze starego kryminału. Gdy je oglądam, przypominam sobie książki Agaty Christie i Conan Doyle’a — nic na to nie poradzę, po prostu tak mam 🙂

Joachim Lis

Joachim Lis mieszka w Modrzejowie, małym miasteczku zagubionym w lesie, tak małym, że nie ma go na żadnej mapie. Zamieszkują je wyłącznie zwierzęta. Joachim wykształcił się na szewca, tak jak jego ojciec i dziadek. Pewnego dnia uznał jednak, że życie szewca mu nie odpowiada i postanowił coś zmienić. Skończył z celującą oceną Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych, zmienił warsztat na biuro i oczekiwał na klientów. A traf chciał, że w tym samym czasie z domu kupca Bonifacego Borsuka zniknęło dziesięć słoików malinowych konfitur. Z czasem okazało się, że sprawcą tajemniczych kradzieży (bo na konfiturach się nie skończyło) jest Świszczący X (poczuliście ten dreszcz? — takiego imienia nie może nosić byle rabuś).

Joachim Lis

Historia Joachima wciągnęła Piotrusia bez granic. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej i kiedy w końcu Joachim złapie rabusia. Słuchał z wypiekami na twarzy i niepokojem w oczach. W kącie pokoju urządził swoje własne biuro detektywistyczne: są tam kredki, nożyczki, trochę krzywo przyciętych karteczek, herbatniki i butelka wody (na wszelki wypadek). No i oczywiście dwie lupy oraz latarka. Na kartce widnieje szyld: Biuro Piotra. Tam mój synek od kilku dni czeka na klientów gotowych zlecić mu rozwiązanie nietypowej sprawy kryminalnej. Na razie co prawda szukał tylko zagubionych korali mamy oraz próbował rozwikłać zagadkę znikających samochodzików, ale ciągle wierzy, że pojawi się jakaś PRAWDZIWA sprawa. Dobrze, że wzorem Joachima nie kazał sobie sprawić kraciastej peleryny i nie zażądał fajki.

Joachim Lis

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry

 

Ingemar Fjell, Joachim Lis, Wydawnictwo Dwie Siostry 2008

Ktoś ma ochotę na burgera?

Po ostatniej lekturze głęboko się zastanawiam, czy kiedykolwiek odważę się zjeść hamburgera z budki. Całkiem serio! To bardzo dobra książka dla wszystkich, którzy chcą się odzwyczaić od śmieciowego jedzenia. Zadziała na pewno!

Wszytko zaczęło się od tego, że do pokoju wpadł zadowolony, choć mocno zakatarzony Tymek z informacją, że właśnie skończył czytać książkę (coś przecież trzeba robić, gdy siedzi się w domu i choruje), i że koniecznie (ale to koniecznie!) powinnam ją natychmiast przeczytać Piotrkowi. Bo, po pierwsze, jest fajna, po drugie, krótka (czytałem ją ze dwie godziny, wiesz, duże ma litery), po trzecie, śmieszna, a po czwarte, na pewno będzie się mu podobać. Potem wręczył mi „Szczuroburgera” Davida Walliamsa (wydawnictwo Mała Kurka) i pobiegł buszować po półkach w poszukiwaniu następnej książki dobrej na chorobę. 

Szczuroburger

Trzeba przyznać, że „Szczuroburger” napisany jest brawurowo i trudno się mojemu Starszemu dziwić, że przeczytał tę książkę jednym tchem. Historia jest śmieszna, straszna, absurdalna, groteskowa, okrutna, przejaskrawiona — dla sześciolatka może być jednak za mocna i za smutna, więc ciągle się zastanawiam, czy czytać ją Piotrkowi, trochę tak samo jak w przypadku „Matyldy” Roalda Dahla. Zresztą skojarzenia z książką Dahla nasuwają się od razu: podobnie przejaskrawione są postacie dorosłych, podobnie okrutny, ponury i smutny jest świat bohaterki. Dla mnie Walliams to spadkobierca Dahla. Obaj autorzy w podobny sposób patrzą na świat i widzą, że rzeczywistość dziecka nie jest różowa i lukrowana. O ile jednak książki Dahla to ciemne baśnie, książki Walliamsa stanowią odbicie naszego świata: są bardziej brutalne, bardziej ekshibicjonistyczne, bardziej dosłowne. Ich dosadny, bardzo rubaszny humor nie każdemu musi się podobać, ale w pewnym sensie stanowi świadectwo naszych czasów — a dzieciakom podoba się bardzo, bo trafia w potrzebę nazywania rzeczy po imieniu i potrzebę przełamywania tabu (przynajmniej takim dzieciom, które choć raz bawiły się poduszką pierdziuszką).

Zoe, bohaterka książki, mieszka w pochyłym, podupadłym wieżowcu w smętnym mieście. Jej mama zmarła, gdy dziewczynka była mała, a tato, poczciwy i dobry, kompletnie się pogubił po stracie żony, a potem także pracy. Poddał się i spędza całe dnie w barze, uciekając przed sobą, a przede wszystkim przed nową żoną, Sheilą, okrutną, grubą i paskudną pożeraczką krewetkowych prażynek. Dziewczynka ma ciężko nie tylko w domu, ale także w szkole, a w bloku jest szykanowana przez Tinę Trotts, przywódczynię miejscowego gangu dzieciaków.

„Szczuroburger” to nie jest jednak reportaż interwencyjny, to wartko napisana historia o przyjaźni z pewnym milutkim szczurkiem, o bezwzględnym Burcie (oj, to naprawdę przerażająca postać), o miłości i o potrzebie walki o swoje marzenia. Historia trochę zabawna, trochę smutna, trochę przerażająca, ale wciągająca od pierwszej strony i poruszająca wiele poważnych tematów. Można potem porozmawiać o biedzie, o wykluczeniu, o bezrobociu, o uzależnieniu i o depresji — uwierzcie, że dzieci będą miały coś do powiedzenia, a na pewno nie uciekną przed tą książką. Fajna propozycja dla wszystkich, którzy uważają, że książki są nudne i łagodne (hi, hi, to cytat z jednego z kolegów mojego dziecka). Można rozmawiać o poważnych tematach, a podstawą do rozmowy może być całkiem niepoważna książka.

Kochani rodzice, niektórym z Was na pewno ta książka nie będzie się podobać, ale się nie przejmujcie 🙂 Dzieci mogą czytać książki, które Wam się nie podobają — potem z niektórych lektur wyrosną, z innych nie, ale miłość do książek im zostanie. I przekonanie, że książki potrafią przemawiać do nich ich językiem.

 

David Walliams, Szczuroburger, Mała Kurka 2016

Jędrek, coś ty narobił!

Tymek nigdy nie był fanem „Dziennika cwaniaczka”. Tak się złożyło. Zna tę książkę, przeczytał dwie części i uznał, że tyle wystarczy. Podśmiewał się z przygód cwaniaczka, ale jednocześnie trochę go nudziły, bohater wydawał mu się nieco dziwny i wydumany: mamo, on się zachowuje czasami jak bachor (hmm, pomyślała wtedy matka, gryząc się w język). Kiedy więc trafiła do nas książka „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?”, uznałam, że moje Starsze będzie średnio zainteresowane.

Przepraszam, czy tu borują

Bardzo się pomyliłam. Tymek wypatrzył książkę na stole, zniknął w swoim pokoju i wrócił do mnie po dwóch-trzech godzinach z tekstem: no dobra, już przeczytałem, bardzo fajne, masz następną część? Udało mi się jeszcze z niego wyciągnąć, że książka jest fajna, choć trochę za krótka, że Jędrek mu się spodobał, a seria wydaje mu się dużo ciekawsza niż „Dziennik cwaniaczka”. Aaaa… I jeszcze, żebym nikomu jej nie oddawała, bo za chwilę na pewno będzie w sam raz dla Piotrka, jak już nauczy się dobrze czytać.

„Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” narodził się w głowie dwóch znanych nam autorów: Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka. Co prawda „Jeża Jerzego” moi synowie jeszcze (chyba) nie znają, ale przygodę z komiksem zaczynali właśnie od „Tymka i Mistrza” (przecież Tymek musiał mieć choć jednego bohatera o takim samym imieniu). Nazwiska autorów mówią same za siebie: przygody Jędrka to połączenie powieści i komiksu — ta forma wydaje się coraz bardziej popularna. W podobny sposób wydano książki historyczne Grażyny Bąkiewicz czy przygody Gabrysi Bzik Rafała Witka. Mrożąca krew w żyłach historia z dentystką w tle zapoczątkowała serię książek o przygodach Jędrka  do tej pory Nasza Księgarnia wydała cztery części. Rysunki nie są tutaj dodatkiem do tekstu, są jego nierozdzielną częścią, dodają akcji uroku, a czasami po prostu bardzo dobitnie pokazują, co narrator miał na myśli. Nie są przesadzone, ale nie są też uładzone i grzeczne — w sam raz dla zaczynającego się buntować dziesięciolatka.

Przepraszam, czy tu borują

Jędrek ma właśnie dziesięć lat, choć wygląda na jedenaście, jak sam twierdzi. Ma także rodziców, siostrę i kolegów ze szkoły. Oraz mnóstwo niesamowitych pomysłów. 

Przepraszam, czy tu borują

To on jest narratorem i tutaj muszę przyznać, że narratorem bardzo przekonującym i wiarygodnym. Czytając tę książkę, nie ma się wrażenia, że pisze ją dorosły, który niezbyt wprawnie powiela sposób mówienia dzieciaków. Nie ma tutaj zbyt wielu modnych słów czy przesadzonej uczniowskiej gwary (nic się chyba tak szybko nie starzeje), ale sposób przedstawienia wydarzeń, rozłożenie akcentów — no po prostu wszystko — doskonale pasuje do dziesięcioletniego narratora.

Przepraszam, czy tu borują

Tymek powiedziałby, że strasznie przynudzam i nie piszę tego, co najważniejsze. Historia Jędrka jest po prostu niesamowicie ciekawa i naprawdę trudno się od niej oderwać. Wyobraźcie sobie gangsterski napad, śledztwo, podejrzaną dentystkę, wrednych nauczycieli (tak w normalnej skali, daleko im do potworów z Matyldy, choć w oczach dziesięciolatka wydają się straszni) i dających kary rodziców. Po prostu codzienność każdego ucznia (może z wyjątkiem napadu na jubilera). Jędrek musi sobie poradzić ze starszą, wredną siostrą, dbać o swoje dobre imię w szkole i na dodatek poprawić sprawdzian z matmy 🙂 Dużo się w tej książce dzieje i myślę, że warto podsunąć ją jakiemuś nieczytaczowi. Powinna zadziałać. Nie straszy objętością, bawi, zapewnia przerywniki od lektury w postaci obrazków i komiksów. A na dodatek serwuje historie z życia wzięte, z którymi choć trochę można się utożsamić. Do końca tygodnia masz szlaban na granie. Czy jest jakiś chłopiec, który chociażby raz tego nie usłyszał?

Żeby wszystko było jasne: to nie jest książka tylko dla chłopaków. Dziewczyny też są w niej obecne, choć wiadomo, że trochę przeszkadzają, nie wiadomo za bardzo, co z nimi zrobić, a do przyjaźni z dziewczyną trochę głupio się przyznawać — to oczywiście perspektywa Jędrka i — w pewnym stopniu — chyba także mojego syna. To książka doskonała dla dziewczyn, bo wciąga, bawi i pozwala odetchnąć głęboko po długim ataku śmiechu. A Karola, koleżanka Jędrka, to naprawdę ważna i fajna bohaterka.

„Hej, Jędrek! Czy tu borują?” została w tym roku nominowana do Koziołka, nagrody przyznawanej przez Centrum Literatury Dziecięcej. My mogliśmy przeczytać tę książkę dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak, Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?, Nasza Księgarnia 2015