Wesołych Świąt!

Miało być jeszcze wiele wpisów, ale utonęliśmy w powodzi pierników, ciasteczek, zabawek choinkowych i wszystkich tych rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić przed Świętami.

Pietka

Wpisy będą więc po Świętach, a teraz życzymy:

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Świąt wspaniałych i mądrych, uśmiechów czułych, bliskości i miłości, spokoju i rozmów, które cieszą. Bawcie się, radujcie i czytajcie wspólnie i niech ta wspólnota da Wam siłę, by mądrze decydować i wybierać. No i oczywiście życzę Wam i Waszym Dzieciom wspaniałych książkowych prezentów.

Do zobaczenia po Świętach 🙂

Choinka

Jak przeklinać, to przynajmniej oryginalnie

Zdarza Wam się czasami przekląć? Chyba każdemu się zdarza. Takie czasy. Mnie też, choć bardzo, bardzo staram się nie używać słów paskudnych. Moje dzieci brzydkie wyrazy znają, choć wypowiadają rzadko (nie wiem, jak jest, gdy nie słyszę, ale skarg nie było). Nie jestem w stanie ochronić ich przed wulgaryzmami, bo atakują z każdej strony. Pamiętam zaabsorbowanie mojego syna, gdy na ławeczce koło nas przysiadło dwóch młodzieńców. Potem odkryłam, że dziecię moje liczyło — nie wulgaryzmy, tylko zwykłe słowa. Mamo, tylko 15! Śmiać się czy płakać?

Jak przekręcać

Co robić? Jak chronić dzieci? Jak dbać o język? Jak pokazać, że emocje można oddać w różny sposób? Od dzisiaj mam jedną radę — trzeba koniecznie, ale to koniecznie przeczytać Jak przekręcać i przeklinać Michała Rusinka, a potem zaopatrzyć się w notes i długopis i zacząć słuchać i tworzyć. Zgodnie z radą na okładce:

Gdy gra na nerwach ktoś lub coś ci,

gniew budzi, drażni, wścieka, złości,

raczej nie ciskaj się w amoku,

nie gryź i nie niszcz sprzętów wokół,

lecz zawrzyj złość swą w takich słowach,

co się nie mieszczą w zwykłych głowach,

i ciśnij nimi o podłoże…

To ci pomoże!

To świetna książka dla dzieci i dorosłych. Barwna i radosna, przykuwająca uwagę od pierwszej strony. Kolorowe buzie na okładce pokazujące różne emocje to strzał w dziesiątkę, a w środku jest jeszcze lepiej — Joanna Rusinek bawi się kolorem, tak samo jak Michał Rusinek bawi się słowem. Z przyjemnością oglądałam ilustracje, czytałam wierszyki i śmiałam się w głos, a belwebraidź do sęka chyba na stałe zagoszczą w moim repertuarze.

 Jak przekręcać

Warto poczytać tę książkę, gdy ma się kiepski nastrój. Będzie doskonałym lekarstwem na nudę i chandrę. No bo jak się nie śmiać lub przynajmniej nie uśmiechnąć?

Skoro są TE NISÓWKI,

Powinny być i TAMTE przecież.

Wiedzą to nawet półgłówki,

więc z czego się śmiejecie?

Wierszyki Michała Rusinka są lekkie, dowcipne, zabawne, kunsztowne. Aż zazdrość bierze, że człowiek tak nie potrafi. Ale, ale… Może warto spróbować i stworzyć własny język, do prywatnego użytku? Może nie będzie aż tak wyszukany, za to własny i pełen prywatnych znaczeń. Ten tomik zachęta do zabawy słowami, do słuchania języka dzieci, do przetwarzania i przekręcania, do szukania w słowach drugiego i trzeciego dna, do zabawy najbardziej absurdalnymi skojarzeniami, do wymyślania własnego repertuaru słów mocnych i pełnych emocji, które niczyich uszu nie urażą. Przypomnijmy sobie dzieci uczące się mówić, wyłapujmy lapsusy językowe i zabawne przestawki, wyjdźmy poza „niech to dunder świśnie” i „kurczę blade”. Ta lektura bardzo zachęca do kreatywności językowej. Mocne słowa są nam w życiu potrzebne, więc wymyślmy własne. Oporni i przyzwyczajeni do konwencji mogą zacząć zabawę, korzystając z listy przekręceń i przekleństw zamieszczonych w książce.

Jak przekręcać

Wyobraziłam sobie właśnie piękną przyszłość. Idę z chłopakami na spacer, a tu z orlika dobiega przepiękna polszczyzna: komba bruca, gdzie strzelasz, chłopie! No rusz się, ofel! A ten co, raptem totem! Ech, jakby było pięknie! Czytajmy naszym dzieciom Rusinka, niech przekręcają i wydziwiają językowo. Niech zobaczą, jak pięknie można się językiem bawić i jak wiele można stracić, ograniczając się do piętnastu słów.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci.

 

Michał Rusinek, Jak przekręcać i przeklinać, Znak 2016

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Twoje dziecko dostaje książki?!

Ktoś mnie zapytał, czy Mikołaj 6 grudnia przyniósł chłopakom jakieś książki i czy moi synowie nie byli zawiedzeni. Zamarłam… Co za pytanie! Oczywiście, że przyniósł i nie, nie byli zawiedzeni! Moje dzieci cieszą się z książek i lubią je dostawać. Książka jest fajnym prezentem i już. Inne rzeczy też dostają, ale z książek cieszą się ogromnie, tak jak wszyscy w domu. Znam co prawda dzieci, które książek nie lubią, ale im też zwykle dorzucam do prezentów jakieś książki w nadziei, że znajdzie się wśród nich taka, która sprawi, że czytanie stanie się przyjemnością. Gadałam już z tym drugim Mikołajem i on też w swoim worku będzie miał dla chłopaków książki. I wiem, że na ich widok podskoczą z radości pod sam sufit.

Co dostali tym razem? Tymek oglądał z pewną nieufnością cudowny, kreatywny zeszyt pod tajemniczym tytułem „To nie jest książka do matmy” (Dwie Siostry).

To nie jest książka do matmy

Dla jasności: Tymek bardzo lubi matematykę, ale w tej książce pojawiła się matematyka, z którą nie styka się zbyt często. Choć może inaczej: widzi ją, ale nie wie, że to matematyka. „To nie jest książka do matmy” Ann Weltman łączy matematykę i rysowanie. Nie jest to zwykły bazgroszyt, trzeba tutaj policzyć, pogłówkować, skorzystać z linijki czy cyrkla. 

To nie jest książka do matmy

Mamo, to nie jest łatwe! Nie jest, ale nie musi być. Nie jest łatwe, ale daje satysfakcję. Książka zapewnia mnóstwo zabawy z okręgami, parabolami, trójkątami, sześciokątami i mnóstwem różnych innych kształtów. Sporo jest tutaj łamigłówek i zagadek. Bardzo fajna pozycja, dla dzieci, które lubią główkować i rysować.

To nie jest książka do matmy

Powiem szczerze, że najchętniej bym Tymkowi tę książkę ukradła dla siebie. Też mam ochotę stworzyć własną kardioidę (tak fachowo nazywa się figura z zachodzących na siebie okręgów), pobawić się parabolami i stworzyć płatek Kocha albo fraktal. Hmm, może umieszczę ją na liście życzeń?

Piotruś nie dostał książki do bazgrolenia. Synek bardzo chciał jakąś „straszną” książkę, więc do naszego domu zawitała Nelly Rapp.

Nelly Rapp

Autorem książek o Nelly Rapp jest Martin Widmark, który napisał m.in. serię o Lassem i Mai. „Nelly Rapp i upiorna akademia” (Mamania) to pierwsza książka cyklu i Piotruś był odrobinę zawiedziony, że Nelly nie spotkała w niej za wielu potworów.

Pewnego deszczowego dnia rodzice Nelly otrzymują zaproszenie na przyjęcie. Nelly nie ma zbyt wielkiej ochoty jechać — przyjęcia zwykle bywają nudne, trzeba na nich grzecznie siedzieć, ładnie jeść i odpowiadać na głupie pytanie obcych ludzi. Stary zamek, siedziba wuja Hannibala, wygląda niesamowicie. Okazuje się także, że głównym powodem zaproszenia była sama Nelly: samodzielna, ciekawska, odważna i obdarzona dużą wyobraźnią.

Nelly Rapp

Tym razem Nelly nie spotyka zbyt wielu potworów – musi jednak udowodnić, że nadaje się na upiornego agenta, poskromiciela wampirów. Piotruś na początku obejrzał jednobarwne, sepiowe ilustracje i uznał, że tej książki nie będziemy czytać przed snem. Zaczął ją także podczytywać sam, ale niestety słowo „uśmiechnął” okazał się na tym etapie nie do pokonania. 

Nelly Rapp

To dobra lektura dla starszych przedszkolaków i młodszych szkolniaków. Nie jest straszna (nie sugerujcie się ilustracjami), choć Piotruś bardzo przeżywał egzamin Nelly. My przeczytaliśmy ją w jedno popołudnie — to 90 stron tekstu zapisanego dużą czcionką. Sposób wydania zachęca do prób czytelniczych dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem. Akcja jest wartka, a Piotrek od razu dopisał kolejne przygody Nelly na listę wymarzonych prezentów od Świętego Mikołaja — przecież musi wiedzieć, co było dalej! Też jestem ciekawa, bo pierwsza część cyklu nie daje odpowiedzi, jak będą konstruowane kolejne części.

A wasze dzieci lubią, gdy Mikołaj przynosi im książki?

Martin Widmark, Nelly Rapp i upiorna akademia, Mamania 2016

Ann Weltman, To nie jest książka do matmy, Dwie Siostry 2015

Kiedy piesek chce dziecko

Zwierzałam się już, że moi synowie chcą zwierzaka? To całkiem standardowe zachowanie u dzieci. Okazuje się jednak, że małe pieski również marzą o ludziątkach. Dowiedzieliśmy się tego z przeuroczej książki Sari Peltoniemi „Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę”.

Groszka

Wygrzebaliśmy swój egzemplarz ze sterty przecenionych książek w jakimś markecie. Wydawnictwo WAB wydało ją w 2011 r., więc trudno znaleźć tę bajkę w standardowej ofercie księgarskiej. A szkoda, bo to zabawna, urocza i pouczająca opowieść. Były chwile, że Piotruś zwijał się ze śmiechu, a Tymek wychylał się ze swojego piętra, pytając z zadziwieniem: dlaczego ja tego nie znam?

Z małym ludziątkiem jest bardzo dużo kłopotu, to powtarzany do znudzenia argument rozsądnych rodziców Groszki. Ich córka, uroczy wielorasowiec z szacownej rodziny, pragnie jednak ludziątka, najlepiej dziewczynki — bo „ktoś kiedyś powiedział, że ludzkie dziewczynki są spokojniejsze i bardziej posłuszne od ludzkich chłopczyków” — tak gorąco, że w końcu rodzice dają się przekonać. Sunia dostaje wymarzony prezent: śliczną ciemnowłosą dziewczynkę.

— Cudowna! — pisnęła Groszka. — Dam jej na imię Burek! — Nie wydaje mi się, żeby to było dobre imię dla dziewczynki — stwierdziła mama. […] — Azor? — zaproponowała nieśmiało Groszka. Dziewczynka pokręciła przecząco głową. Groszce przychodziły na myśl tylko psie imiona, aż wreszcie ją olśniło: — Tajfun! To nie jest imię dla psa, prawda?

Groszka

Dziewczynka zostaje w końcu Dominiką, a Groszka zaczyna odczuwać na własnej skórze radości i trudy wychowania ludziątka. Oj, nie jest łatwo, nie jest. Dziecko trzeba wyprowadzać na spacer co najmniej dwa razy dziennie i nawet wtedy, gdy bardzo chce się skończyć grę na Haustation. Dominika nie chce jeść psiego jedzenia, nie cieszy się z lekko nadgryzionego lizaka znalezionego na poboczu, biega za samochodami i krzyczy, dostaje ataków złości, gdy nie przebywa wystarczająco długo na dworze. Groszka coraz silniej uświadamia sobie, że posiadanie ludziątka to także kłopoty. Pewnego dnia dziewczynka się gubi, a piesek zaczyna rozumieć, że opieka nad innym stworzeniem oznacza przede wszystkim ogromną odpowiedzialność za drugą istotę.

Groszka

Piotruś bardzo przeżywał przygody Groszki. Zastanawiał się, czy tak samo jest, gdy to człowiek ma się pieska. Z napięciem towarzyszył Groszce w poszukiwaniach Dominiki. Rozmyślał, jakie kłopoty może sprawiać mały zwierzak w domu i czy na pewno byłby u nas szczęśliwy. Sari Peltoniemi w lekkiej, bezpretensjonalnej i żartobliwej opowieści poruszyła mnóstwo ważnych tematów, takich jak odpowiedzialność, prawo do wolności i własnych uczuć, przyjaźń, konsekwencja. Na końcu znajduje się także poradnik dla psów „Jak wytresować człowieka”, który warto naprawdę uważnie przeczytać, jeśli ktoś decyduje się na pieska. Jeśli więc zobaczycie „Groszkę” na bibliotecznym regale lub na półce w księgarni, nie wahajcie się ani chwili. Nie będziecie żałować.

 

Sari Peltoniemi, Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę, WAB 2011

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Wiecie co? Są takie książki, które do dorosłych nijak nie mogą trafić. A do dzieci, szczególnie chłopców — i owszem. Taką książką jest „1001 obrzydliwych obrzydliwości” Anne Rooney (Wydawnictwo RM).

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Co to właściwie jest? Hmm, coś w rodzaju leksykonu zbierającego najbardziej dziwaczne, obrzydliwe i wstrętne fakty przyrodnicze i historyczne. Książkę podzielono na kilka rozdziałów. Są tutaj „Obrzydliwe fakty o ludzkim ciele”, o jedzeniu, o zwierzętach, „Obrzydliwe fakty historyczne”, „Obrzydliwe fakty naukowe” i „Obrzydliwe rekordy świata”. Każdy fakt czytany osobno nie razi — no cóż, podobne informacje można spotkać w niejednym artykule w sieci, ale zebrane razem momentami tworzą mieszankę wybuchową — dla dorosłego.

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Książka jest utrzymana w tonacji czarno-białej i dość oszczędnie ilustrowana (to raczej zaleta). Kolejne informacje są króciutkie, niektóre dość neutralne, inne dość obrzydliwe i bardzo różnorodne. Dzieci mogą się dowiedzieć z tej książki, że ośmiornica może odbudować swoje macki, że mumiom można zdjąć odciski palców, a szkockie dudy wytwarzano z owczej skóry lub baraniego żołądka.

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Niezbyt przerażające? To może kilka ciekawostek kulinarnych. Na wyspach Samoa zjada się peklowane meduzy, w starożytnych Chinach delektowano się potrawami ze smażonych myszy, a w XVII wieku lekiem na malarię były obtaczane w mące pająki. Można się także z tej książki dowiedzieć, że skóra dorosłego człowieka zajęłaby na podłodze 1,67 metra kwadratowego, a wszy potrafią dopasować swój kolor do koloru włosów żywiciela. Momentami ta lektura bywa fascynująca.

Książka tworzy zabawy przekładaniec humoru, obrzydliwości i nauki. Tymek stwierdził, że nie da jej się czytać długo, ale powinna leżeć na wierzchu. Zawsze można ją wykorzystać i wysłać kolegom zabawnego esemesa (wasze dzieci też się porozumiewają w ten sposób?). Można się bawić z przyjaciółmi i czytać ją na wyrywki — jest szansa, że nie trafi się na żadną obrzydliwość, a dowie się sporo. Przy odrobinie szczęścia/pecha można jednak trafić na same paskudztwa. Ale powiedźcie szczerze, czy jest jakieś dziecko, którego paskudztwa nie fascynują?

 

Anne Rooney, 1001 obrzydliwych obrzydliwości, Wydawnictwo RM 2016

Wyprawa do miasta śniących książek

Dzisiaj będzie o książce, która nie została napisana dla dzieci. Ile jednak można ścierpieć jęczenia: nie mam co czytać!? Za oknem lało, więc nie dało się Starszego wyprawić do biblioteki po kolejne lektury i zakazać mu powrotu, jeśli nie przyniesie co najmniej pięciu książek. Zdesperowana podeszłam do półek i zaczęłam je przeglądać. Na pewno jest tutaj coś, co nadaje się na lekturę dla pochłaniającego książki prawie jedenastolatka. Książka powinna być ciekawa, niezbyt straszna i odpowiednio opasła, żeby zajęła syna na dłużej. I jeszcze powinna wyglądać w miarę zachęcająco, żebym nie musiała go za długo przekonywać. Zerknęłam na jeden tomów i pomyślałam, że to może się udać. W ten sposób w ręce Tymka powędrowała książka Waltera Moersa „Miasto śniących książek”.

Miasto śniących książek

Dziecię moje najpierw popatrzyło nieufnie, obejrzało książkę z każdej strony, zerknęło na ostatnią stronę okładki, ściągnęło obwolutę (bo w łóżku niewygodnie się czyta książki z obwolutami, jak wyznało) i zaczęło czytać. Pierwsze wrażenia nie były porywające. Dziwne jakieś — stwierdził mój syn. Z każdą przeczytaną stroną było jednak lepiej. 

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to wspaniała baśń o miłości do książek. Rzecz dzieje się w Camonii, mitycznej krainie wymyślonej przez Moersa (czy raczej, jak twierdzi sam autor, tylko przez niego odkrytej). Bohaterem powieści jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, młody, zaledwie siedemdziesięciosiedmioletni smok, mieszkaniec Twierdzy Smoków. Jak wszyscy jego pobratyńcy, Hildegunst jest poetą. Widnieje zresztą jako autor „Miasta śniących książek” — to odkrycie poraziło Tymka, który długo zastanawiał się, czy to możliwe, że Moers rzeczywiście wykorzystał czyjś rękopis. Ojciec poetycki Hildegunsta, Dancelot, na łożu śmierci nakazuje mu udanie się w podróż i przekazuje zachwycający, genialny rękopis. Rzeźbiarz Mitów pragnie odkryć jego autora i trafia do Księgogrodu, miasta, w którym wszystko kręci się wokół książek. 

W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba „latających” handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorskich i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie.

Księgogród żyje książkami i z książek. Na nich skupia się całe życie mieszkańców — a przybywają tutaj książkomaniacy ze wszystkich stron Camonii. Można tutaj spotkać Przeraźnice, fernhachyckie karzełki, mgławce, Eydetów i wielu innych przedstawicieli przedziwnych ras i gatunków. W Księgogrodzie książki się wytwarza, książek się poszukuje i o książki się walczy. Tętniące gwarem ulice to tylko część miasta. Głęboko pod domami rozciągają się ogromne, niezgłębione katakumby, pełne starych książek, przerażających stworów i walczących ze sobą łowców książek. Hildegunst nie spodziewa się, że tajemniczy rękopis sprowadzi na niego mnóstwo kłopotów. Poszukując autora poematu, trafia do wszechwładnego antykwariusza, Fistomefela Szmejka, który okazuje się bardzo złowrogą postacią.

Nie chcę streszczać całej historii smoka, żeby nie psuć lektury. Warto jednak wspomnieć, że duża część książki rozgrywa się właśnie w podziemiach Księgogrodu, niesamowitym labiryncie pełnym kurzu i niebezpieczeństw, zamieszkałym przez istoty jak z koszmarnych snów.

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to triumf wyobraźni. Świat stworzony przez Waltera Moersa to bardzo spójny, całościowy opis cudownej, choć niebezpiecznej krainy. Chylę czoła przez tłumaczką Katarzyną Beną, która potrafiła przełożyć to dzieło. Cały język odwołuje się do książek: nazwy potraw (loczek poety, pasztet Księcia Zimnej Krwi, Pralinki Grozy czy Woda Pomysłów), zawodów, potworów. Miłośnicy literatury mogą mieć dużo zabawy odszyfrowując anagramy, pod którymi ukryto rzeczywistych twórców. Zresztą imiona i nazwiska fikcyjnych pisarzy i tytuły ich powieści to temat na całą rozprawę.

Tutaj „Tygrys w wełnianej skarpecie” Kalibana Sykoraksa — pierwsze wydanie! Tu: „Ogolony język” Adrastei Sinopy — ze słynnymi ilustracjami Elihu Wahacza! Tutaj z kolei: „Mysie hotele w świeżej wieprzowinie”, legendarny, humorystyczny przewodnik autorstwa Jodlera von Hinnena, w nienagannym stanie!

Tymek był zauroczony, a jego zachwyt wzrastał i wzrastał! Nie przestawał mówić o tej książce. Uznał, że jest bezcenna, że warto za nią zapłacić każde pieniądze, że pod żadnym pozorem nigdy mam jej nikomu nie oddawać. Opowiadał o niej z pasją, był pod wrażeniem oryginalności wyobraźni i szczegółowej narracji, która jednak pozostawała spójna i nie wprowadzała zamętu.

Moje dziecko nie bawiło się w wyszukiwanie odniesień do innych dzieł, bo po prostu ich jeszcze nie zna, ale doceniło bijący z tej książki zachwyt nad czytaniem i książkami. Ogromnie podobały mu się ilustracje. Stworzył je sam Moers i w niebywały sposób uzupełniają one lekturę: ile tutaj postaci, ile pomysłów, ile wątków. Otwarcie tej pięknie wydanej książki oznacza wejście do świata, który czaruje i uwodzi, i przepięknie gra skojarzeniami. 

Mamo, powiedział trochę zmartwiony Tymek, teraz inne książki wydają mi się takie, takie… płaskie i zwyczajne. To chyba główne niebezpieczeństwo tej lektury — świat Camonii wciąga i nie chce się go opuszczać. Skończyło się na tym, że Tymek pochłania „Kota alchemika”, wyciągniętą z półki inną powieść Moersa. I codziennie jęczy, czy znalazłam już „Labirynt śniących książek”, czyli kontynuację przygód Hildegunsta. A przecież chciałam, żeby przestał jęczeć…

Walter Moers, Miasto śniących książek, tłumaczenie Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006

Kiedy w końcu będzie Meto?

To pytanie zadaje mi od pewnego czasu Tymek. Za każdym razem, gdy grzebie po półkach w poszukiwaniu nowej książki i jego wzrok pada na dwa stojące obok siebie tomy trylogii. Zwykle słyszę wtedy: mamooo, sprawdź, czy już wydano trzeci tom! Sprawdzam, data wydania jest przesunięta, a moje dziecko jęczy: znooowu, no ile można czekać. Czekamy więc oboje niecierpliwie na trzeci tom przygód Meto, które — tak podano na stronie Dwóch Sióstr — ma się pojawić w styczniu 2017 r.

MetoMeto 2

 

 

 

 

 

 

 

 

To nie jest łatwa i przyjemna lektura i miałam trochę obaw przed daniem jej Tymkowi. Nie chodzi o styl opowieści, bo ten jest wartki i płynie żwawo, więc byłam pewna, że go wciągnie i pochłonie. Zastanawiałam się raczej, czy mój syn jest gotowy na antyutopię pokazaną od strony dzieci, na tak silny obraz podporządkowania i kontroli. „Meto” Yvesa Greveta to jednak książka skierowana do dzieci, a ja nie chcę serwować moim synom lukrowanego obrazu świata. Tymek książkę przeczytał i bardzo mu się spodobała (inaczej by co chwila nie jęczał i nie kazał mi sprawdzać, czy kolejny tom już się pojawił).

Meto to jeden z chłopców przebywających w szkole na wyspie ulokowanej w kraterze wygasłego wulkanu. Nie wie, kim był wcześniej, nie wie, jak trafił do szkoły, cała jego przeszłość została wymazana. Doskonale zna za to nieludzie zasady panujące w szkole: rozbudowany system kar, odczłowieczeni strażnicy, reguły wymuszające na dzieciach absolutne panowanie nad własnymi emocjami. Nie zna także swojej przyszłości — wie jedynie, że pozostanie w szkole dopóki nie złamie się pod nim cienka deska łóżka. Potem zniknie, tak jak wielu innych chłopców, a na jego miejscu pojawi się drugi chłopiec bez przeszłości. W Domu wiadomo, co trzeba robić, ale panujące tu zasady nie są racjonalne. Ich głównym celem jest przycięcie chłopców do jednego wzoru, zmuszenie do myślenia w jeden sposób, pozbawienie chęci do indywidualnego działania.

Obserwowanie, jak w chłopcach budzi się ciekawość, jak jest naprawdę, co dzieje się poza Domem i poza Wyspą jest fascynujące. Chłopcy chcą się dowiedzieć, kim są, skąd pochodzą — w ich rzeczywistości na te pytania niełatwo odpowiedzieć. Meto stara się być sobą w tym niełatwym świecie i pomagać innym, tak by sobie nie zaszkodzić. Cały czas czujemy atmosferę grozy i kontroli — komu można zaufać, jak zostanie odczytane dane zachowanie, co można powiedzieć, a kiedy trzeba milczeć, jak mocno można nagiąć reguły, by nie ściągnąć na siebie straszliwej kary? Czy przyjaciel rzeczywiście jest przyjacielem? Czy zwierzenie innego ucznia nie jest pułapką? Meto wie, że ciągle ktoś go obserwuje, że nawet we śnie nie jest bezpieczny.

Pierwszy tom kończy się ucieczką z Domu. Okazuje się jednak, że nie wszystko przebiegło tak, jak chłopcy zaplanowali. Z jednego brutalnego świata trafiają do drugiego, równie brutalnego, równie pełnego grozy, choć jednocześnie mniej przewidywalnego. Tom drugi jest — moim zdaniem — odrobinę słabszy, ale pozostawia po sobie wiele pytań i natychmiastową chęć dowiedzenia się, co było dalej. Doskonale więc rozumiem zniecierpliwienie Starszego. Uciekinierzy z domu są starsi, stają się mężczyznami — Yves Grevet świetnie potrafił pokazać ich dorastanie i przemianę. Trudna to była dla mnie lektura — spróbujcie sobie wyobrazić dorastanie chłopców od zawsze pozbawionych miłości, wychowywanych według brutalnych reguł, zanurzonych w świecie, gdzie liczy się siła. Nie chcę pisać za dużo, żebyście sami mogli odkryć, co przeżył Meto.

Warto do tych książek zajrzeć. Piotrusiowi ich jeszcze nie pokażę, jest na to za mały, choć na pewno atmosfera książki by go wciągnęła. Tymek zadawał pytania, ale potrafił odróżnić książkę i fantazję od otaczającego go świata. Wydawca poleca trylogię dla czytelników od dwunastego roku życia. Nadaje się także dla wyrobionego dziesięciolatka pod warunkiem, że nie będzie to pierwsza „bardziej dorosła” książka, jaką przeczyta i że ktoś później z nim o niej porozmawia. Zresztą zajrzyjcie do tej książki i sami oceńcie — Tymek powiedział, że świat książki wcale nie jest bardziej brutalny od świata niektórych gier, które poznał u kolegów. 

 

 Yves Grevet, Meto. Dom, Dwie Siostry 2014

 Yves Grevet, Meto. Wyspa, Dwie Siostry 2015