Ręcznikowiec

Co robicie, gdy w łazience spada na podłogę ręcznik? Zwykle ląduje z powrotem na wieszaku lub w koszu na pranie, prawda? W pewnym domu jednak historia potoczyła się całkiem inaczej.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Pierwsza zauważyła Ręcznikowca mama — tak czasami z mamami bywa. Zamiast jednak od razu posprzątać, poukładać i powkładać wszystko na miejsce, mama się zachwyciła i podzieliła swoim zachwytem z całą rodziną. Od tej chwili w łazience w domu Aleksa zamieszkał dziwny stworek z ręcznika — tacie i siostrom kojarzył się z pieskiem shar pei, a Aleksowi z przybyszem z kosmosu. Szybko jednak okazało się, że jest czymś znacznie więcej niż tylko dziwnie ułożonym ręcznikiem.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Ręcznikowiec stał się ważny dla wszystkich, a życie rodzinne zaczęło powolutku przenosić się do łazienki. Stworek zmieniał całą rodzinę, potrafił sięgnąć do tego, co chcemy ukryć i o czym nie mamy ochoty mówić, wydobywał z ludzi czułość i życzliwość. Jego wpływ (dobry) nie ograniczał się tylko do rodziny Aleksa, a obejmował nawet znajomych lub mniej czy bardziej zaprzyjaźnione dzieci. I wszystko pewnie trwałoby do dzisiaj, gdyby nie pewna pedantyczna ciocia.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

 

Bajkę Joanny M. Chmielewskiej czyta się bardzo przyjemnie. To tajemnicza opowieść, trochę o rodzinie, trochę o przyjaźni, trochę o pożytkach i kłopotach płynących z posiadania sióstr, ale chyba w największym stopniu o wyobraźni i jej sile. Wyobraźnia łączy tutaj całą rodzinę, a „kandydaci na chłopaka” muszą przejść test Ręcznikowca. Ta książka to zachęta do uważnego rozglądania się i dostrzegania cudów w rzeczach codziennych. Piotrek poważnie zastanawiał się, skąd się takie stwory biorą i dlaczego wybierają taką, a nie inną rodzinę. Pytanie chyba nie brzmi „skąd”, tylko „dlaczego jedni je dostrzegają, a inni nie”. Każdy musi odpowiedzieć sobie na nie sam. Chmielewska opowiada historię, ale jej nie tłumaczy i nie wyjaśnia. Prosi tylko, aby się bacznie rozglądać, żeby niczego nie przeoczyć. Ciekawa jestem, czy efekt Ręcznikowca pozostaje, gdy on przenosi się już gdzieś indziej.

Ilustracje Emilii Dziuba ogląda się z ogromną przyjemnością, a sam Ręcznikowiec wg Piotrka wygląda trochę jak Stich z „Lilo i Stich”. No cóż, to by tłumaczyło jego moce.

 

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec, il. Emilia Dziubak, Bajka 2015

Reklamy

Księżniczki i smoki

Gdy proponuję synowi książkę przyniesioną z biblioteki i w odpowiedzi słyszę: aa to? Już to przeczytałem, jest nieźle. A gdy na dodatek Młodsze proponuje, że przeczyta mi bajkę, bo jest fajna i na pewno mi się spodoba, jest naprawdę dobrze. W ten oto sposób poznałam „Księżniczki i smoki” Christiny Björk (Zakamarki). Piotruś zachęcał mnie do lektury: wiesz, te księżniczki są naprawdę fajne, mamo, takie współczesne i starożytne jednocześnie.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Księżniczek jest siedem. Po jednej na każdy dzień tygodnia, choć Piotrek, jak się okazało, połknął wszystkie historyjki na raz. Każda księżniczka ma piękne kwiatowe imię — jak na księżniczkę przystało. Na kartach książki spotykamy księżniczkę Petunię, Werbenę, Dalię, Czeremchę, Piwonię, Sasankę i Nasturcję. Jest także jeden mały książę, którego trzeba uratować. No i oczywiście pełno tu smoków: małych i dużych, groźnych i przyjacielskich, zielonych i czerwonych. Przecież to także książka o smokach.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Księżniczki są samodzielne i silne. Raczej marzą o byciu porwaną przez smoka (gdy słyszę o takim marzeniu, natychmiast przypomina mi się cudowna Henrietta Rozalinda Aurora) niż przez księcia, zdarza im się porwać smoka albo zdecydowanie pozbyć się potwora, który pozwolił sobie na za dużo (kto to widział, żeby smok wypijał całe wino poziomkowe taty króla?). Świetne bajki dla dziewczynek, które trzeba wybić z księżniczkowych stereotypów. Jak widać na przykładzie mojego syna, świetne bajki dla chłopców, bo ich także trzeba uczyć niestereotypowego patrzenia na dziewczynki. Bohaterki opowieści Christiny Björk to po prostu prawdziwe dziewczyny, które oprócz tego są księżniczkami — są pyskate, czasami niemiłe i nieposłuszne, odważne, pełne inwencji i energii. Radzą sobie same i nie potrzebują pomocy. Nawet gdy zagraża im smok. Zresztą to smoki mają chyba więcej  powodów do obaw.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Do tego piękne ilustracje Evy Eriksson — Piotrek rozpoznał kreskę autorki obrazków do Duni i Mattisa. To chyba właśnie ilustracje sprawiły, iż mój syn uznał księżniczki za starożytne. Mają korony (i czasami uczulenie na złoto), piękne suknie i pantofelki. Przede wszystkim są jednak dziewczęce, a nie lalkowate. Są dziećmi, a nie manekinami — bardzo lubię patrzeć na emocje widoczne na ilustracjach: zachwyt, radość, gniew, oburzenie. Smoki zresztą są tak samo wyraziste.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

 

Teraz nie możemy dojść z Piotrkiem do porozumienia. Jemu najbardziej podoba się bajka o księżniczce Czeremsze i smoku z telewizora, który bardzo lubił poziomkowe wino. Ja waham się między opowieścią o księżniczce Dalii, co porwała smoka, a historią Werbeny. Dajcie znać, która bajka najbardziej przypadała Wam do gustu.

Christina Björk, Księżniczki i smoki, il. Eva Eriksson, tł. Agnieszka Stróżyk, Zakamarki 2011

Janosz

Informacja, że będzie kręcony film o Janoszu, sprawiła, że wyciągnęłam z półki jego książki. Dawno do nich nie zaglądaliśmy, a przecież „Panama” to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Zaczytywaliśmy się kiedyś razem przygodami Misia i Tygryska, a bandażowanie stało się naszym sposobem na smutek. Piotr zresztą od razu przejął książkę i zaczął czytać swoją ulubioną historię, czyli „Ja ciebie wyleczę, powiedział Miś”, śmiejąc się tak samo, jak za pierwszym razem. Mało ostatnio Janosza na księgarnianych półkach.

Mam wrażenie, że Janosza albo się lubi, albo nie. Obok jego książek nie da się przejść obojętnie. Nasza przygoda z tym autorem i jego książkami zaczęła się od małego skandalu. „Świerszczyk muzykant i kret” to wariacja na temat znanej chyba wszystkim bajki o świerszczyku-lekkoduchu, który przez całe lato muzykuje, a zimą przymiera głodem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

U Janosza jest tak samo, a jednak trochę inaczej. Jego Świerszczyk jest kobietą, co wywołało gwałtowny sprzeciw Babci. Malutki Piotruś poprosił o lekturę swojej ulubionej książeczki, Babcia przeczytała, a potem wygłosiła rodzicom kazanie. No właśnie, Janosza się albo lubi, albo nie — dorośli miewają z nim problemy, dzieci raczej nie.

Był sobie raz Świerszczyk, który

przez całe lato wciąż tylko grał

na swoich skrzypeczkach.

Dla własnej przyjemności

i małym polnym zwierzątkom

do tańca.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

Zimą biedny Świerszczyk chodził od domku do domku, szukając schronienia i pomocy. Poszedł do Żuka Jelonka, do bogatej Myszy — wszyscy go wyrzucali. No bo jak to? Bezdomny próżniak, całe lato tylko rzępolił… — mam wrażenie, że słowa Jelonka i Myszy nie straciły swojej mocy, nadal przejmują mnie dreszczem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W końcu Świerszczyk trafia do Kreta, który ma troszkę krótki wzrok i całkiem ślepe oczy. Krecik chętnie przyjmuje bezdomnego — i tutaj zaczyna się problem. Janosz odwraca sens bajki. Kret nie stara się Świerszczyka „naprawić”, wykazać mu brak rozsądku, nauczyć rozwagi. Takich wątków szukajcie w klasycznej wersji bajki. Kret bowiem przyjmuje Świerszczyka takim, jakim jest. Nie próbuje go/jej zmieniać, ale cieszy się jej towarzystwem i raduje, że może słuchać muzyki. Bo – jak mówi Janosz, ten, kto źle widzi, ten bardzo lubi słuchać muzyki.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W norce Kreta zapanowała idylla, pięknie zilustrowana przez autora. Kret i Świerszczyk bardzo się lubią. Cenią swoje towarzystwo i to, co mogą sobie dać. Janosz daje swoim bohaterom wolność i prawo do błędów. Pozwala im zostać takimi, jakimi są. A że Babcia dopatrzyła się w tej idylli niestosownych treści. No cóż!

Potem przywędrowała do nas „Panama”. I do razu stała się hitem.

Janosz, Panama

Piotrek polubił rozważnego Misia i szalonego Tygryska. Na kartach książki przewija się wielu ich zabawnych znajomych, Zając w szybkobieżnych butach, Lew w niebieskich porciętach, Ciocia Gąska z gęsim winkiem. Miś i Tygrysek czasami zdają się bardzo mali i dziecinni, czasami zachowują się jak nastolatki, czasami jak dorośli, ale trudno nie czuć do nich sympatii. Każda z historyjek ma szczęśliwe zakończenie, ale nie jest to klasyczny happy end. Gdzieś w tle dziecko dowiaduje się, jak ważna jest przyjaźń, że skarbem czasami jest to, co mamy na wyciągnięcie ręki, a mityczna kraina szczęśliwości może znajdować się właśnie tu, gdzie jesteśmy.

Janosz, Panama

Mnóstwo w tych historyjkach dowcipu, czasami podszytego ironią i melancholią. Jak jednak nie lubić bohaterów, którzy tak cudownie potrafią się o siebie troszczyć? I czy można nie podziwiać doktora Żabiego Skrzeka, którzy tak szybko zdiagnozował, na co cierpi Tygrysek?

Janosz, Panama

A na koniec mój ulubiony dialog:

No, to teraz zamów sobie twoją najulubieńszą potrawę — powiedział Miś, kiedy byli już sami w domu. — A ja ci ją ugotuję.

— Pstrąg w migdałowym sosie z grzankami! — wykrzyknął Tygrysek.

— Wymyśl coś innego — rzekł Miś.

— Makaron jajeczny z migdałowym sosem i grzankami — zaproponował Tygrysek.

— Wymyśl jeszcze coś innego — nalegał Miś. — Powiedz wreszcie: rosołek!

Życzę Wam najsmaczniejszych rosołków i dużo radości z czytania Janosza, jeśli go jeszcze nie znacie.

PS. Podczas jednego z pobytów w Polsce Janosch, urodzony w Zabrzu, poprosił, żeby używać polskiej wersji jego pseudonimu, stąd Janosz.

 

Janosz, Panama, tł. Emilia Bielicka, Znak 2011

Janosz, Świerszczyk muzykant i Kret, tł. Emilia Bielicka, Znak 2006

 

Kęstutis Kasparavičius

Niektóre książki mieszkają na naszych półkach długo, a nawet bardzo długo. Inne trafiają do nas na krócej — lektury, które mniej się nam podobają albo książki, z których chłopcy wyrośli i z którymi nie wiążą się wyjątkowe wspomnienia. Takie książki wędrują na wymiankę. To świetna inicjatywa, dzięki której książki mogą krążyć wśród ludzi zamiast kurzyć się na półkach. Z jednej z takich wymianek przynieśliśmy dwie książki litewskiego artysty Kęstutisa Kasparavičiusa, wydane przez wydawnictwo Martel. Chyba zadomowią się u nas na dłużej.

Kęstutis Kasparavičius

Najpierw widać obrazki. Ilustracje Kęstutisa Kasparavičiusa potrafią przyciągnąć uwagę na długo. Są szczegółowe, dopracowane, dokładne i… szykowne. Tak, to chyba dobre słowo. Postacie na obrazkach Kasparavičiusa są eleganckie, pełne gracji, takie dorosłe. Piotrka ilustracje zaczarowały na długo. Oglądał je i zastanawiał się, jakie historie kryją inni bohaterowie ilustracji.

„Florian Ogrodnik” to opowieść o misiu ogrodniku. Florian żyje w mieście — poznajemy także jego sąsiadów: misię Śpiewaczkę o głosie słodkim jak miód, misię Jagodniczkę o ciemnoniebieskim uśmiechu, misia Piekarza i misia Pszczelarza. Każdy mieszkaniec miasta ma swoje zadanie, a jak już ma dość, może iść do misia Burmistrza i zmienić nazwisko. Zwykle jakieś jest wolne.

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

Pewnego dnia Florian spotyka na targu niedźwiedzicę Królową, która przypomniała sobie o czarnych różach, podobno wyhodowanych kiedyś przez dziadka Floriana. Trudno czasami przyznać, że się czegoś nie ma albo nie potrafi, więc Florian wymyśla jakąś wymówkę i obiecuje Królowej czarne róże. Przepis na ich stworzenie znajduje w książeczce dziadka pod znaczącym tytułem „Szkodliwe i podejrzane rośliny”.

Czy warto spełnić zachciankę Królowej? Dlaczego czarne róże to szkodliwe rośliny? I czy Florian będzie potrafił dobrze wybrać? Na wszystkie te pytania znajdziecie w tej książeczce odpowiedź. Towarzyszymy misiowi kochającemu rośliny w jego poszukiwaniach, a przy okazji zaglądamy do innych misiów. Świat Kasparavičiusa, choć tak podobny do naszego, jest bardzo magiczny. Zafascynowały mnie błyszczące oczy misia Włóczęgi, który szukał swojego miejsca.

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

„Floriana Ogrodnika” Piotruś czyta jak magiczną bajkę, trochę niezrozumiałą, choć bardzo ładną. Druga książka Kęstutisa Kasparavičiusa przypadła mu do gustu nawet bardziej.
Wyobraźcie sobie, że w pewnymi mieście, w pewnej zajęczej rodzinie żył sobie Zajączek Marchewka. Bardzo żałował, że jest taki malutki, więc postanowił jeść tylko słodycze, tak jak silny sąsiad niedźwiedź. I tak z małego zajączka powstał Marchewiusz Wielki.

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki

Menu Marchwiusza fascynuje Piotra, oj fascynuje. I nie ma tutaj słowa o próchnicy…

Na początku zjadał nieduży kawałek piaskowego ciasta brzoskwiniowego, nieco większy kawałek tortu karmelowego Babuni i świeżutką bułeczkę z nadzieniem truskawkowym. Potem przychodziła kolej na struclę drożdżową, wprawiające w romantyczny nastrój ciasto kokosowe ciotki Sylwii i biszkopt orzechowy, którego skromnie spożywał tylko połowę. Bez mrugnięcia okiem pochłaniał ćwierć tortu marcepanowego, kilka niepozornych ciasteczek z kremem czekoladowym i jedną trzecią keksu marmurkowego.

Uwierzcie — na tym śniadanie się nie kończyło. Marchewiusz stał się wielki, tak wielki, że aż straż pożarna musiała mu pomagać wyjść z domu. I nie wiadomo, czy historia skończyłaby się dobrze, gdyby pewnego dnia nie spotkał białej Króliczki.

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki

Historia Marchewiusza jest pisana serio, ale jednocześnie jest niesamowicie zabawna. Autor traktuje młodego czytelnika poważnie, nie ma tutaj mrugania okiem do dorosłego odbiorcy, ale jednocześnie miałam wrażenie, że gdzieś w tle tej historii słychać śmiech. Taki życzliwy i pełen ciepła. Bohaterowie Marchewiusza są sympatyczni i sympatycznie niezdarni. W tym magicznym świecie doskonale widać nasze ludzkie słabości: nieumiejętność zabronienia czegoś dziecku, myślenie stereotypami. Kęstutis Kasparavičius lubi jednak swoich bohaterów, a dzięki słabością stają się nam jeszcze bliżsi.

Dwie inne książki Kęstutisa Kasparavičiusa wydało Wydawnictwo Ezop. Bardzo jesteśmy ich ciekawi. Piotruś uznał, że „Marchewiusz Wielki” i „Florian Ogrodnik” na razie będą mieszkać na naszej półce.

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki, tł. Alina Kuzborska, Martel
Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik, tł. Alina Kuzborska, Martel

Rycerzem być, po rycersku żyć…

Nietrudno się zorientować, że moi chłopcy kochają rycerzy, miecze, bitwy i zbroje. Lubią zbrojownie i muzea, chętnie chodzą na warsztaty historyczne, z zapałem oglądają i czytają książki.

Rycerzem być

Tymek lubi książki historyczne. Piotruś marzy, by kiedyś móc zostać rycerzem (zwykłym albo Jedi), więc książka o tym, że można być rycerzem nawet dzisiaj i co to właściwie znaczy, wydała się dla niego stworzona.

Rycerzem być

„Rycerzem być” Zofii Staneckiej to mądra opowieść dla przedszkolaków i młodszych szkolniaków. Bohaterem książki jest Marcel, sympatyczny pierwszoklasista, który zadaje mnóstwo pytań i chce zostać rycerzem. Poznajemy także jego rodzinę: tatę Grzegorza, mamę Maję, która nosi w brzuchu siostrę Marcela, dziadka Mariana, babcię Zytę i przyjaciół: Gracjana, Polę i Julię.

Rycerzem być

Każdy rozdział to osobna historyjka z życia Marcela. Czasami spotykamy go w kinie, czasami na meczu. Razem z chłopcem idziemy na wesele i nocujemy u dziadków. Te scenki ze zwykłego życia stały się dla Zofii Staneckiej pretekstem, by pokazać, jakie obowiązki i zasady powinny obowiązywać współczesnego rycerza. 

Rycerzem być

Nie jest łatwo! Piotruś chwilami nie mógł uwierzyć… Zasady są niby proste, ale… Współczesny rycerz powinien dzielnie wstawać rano do szkoły (Piotruś wyprostował się dumnie: ja nigdy nie marudzę, że nie chcę wstać), regularnie ćwiczyć i się uczyć, ubierać się w zbroję odpowiednią do okazji i pamiętać o szczoteczce do zębów, gdy wybiera się do babci. To tylko niektóre rycerskie powinności. Po każdym rozdziale najważniejsze zasady są zebrane na zabawnym rysunku Marty Ruszkowskiej. Zofia Stanecka nie unika także trudnych pytań: czy rycerz może się bać? Czy chłopcom wypada płakać? Dlaczego czasami wolno się głośno zachowywać, a czasami nie wolno? 

Jeśli wasze dzieci lubią rycerzy (a nawet wtedy, gdy nie lubią), zajrzyjcie do tej książki. To naprawdę ciekawe i niezbyt moralizatorskie wprowadzenie do zasad dobrego wychowania. Chciałabym, żeby Piotruś je zapamiętał, bo dobre wychowanie upraszcza życie i sprawia, że innym jest z nami łatwiej, a nam z innymi.

Zofia Stanecka, Rycerzem być, il. Marta Ruszkowska, Literacki Egmont 2016

Co czytaliśmy ostatniego dnia starego roku? — zamiast podsumowań

Nie będzie u nas podsumowań 🙂 Rok był bogaty i obfity, książki przelewały się po naszych półkach i po półkach w miejskiej bibliotece. Były takie, które wzbudzały zachwyt, takie, które rozczarowały, i takie, które do tej pory leżą na półce i czekają na dobry moment, żeby — mam nadzieję — zachwycić. Są też takie, o których marzymy.

Tymek uznał, że przeczytał mnóstwo fajnych książek, i cieszy się już na następne (no, dostałem tyle książek, że do urodzin powinno wystarczyć). Stary rok pożegnał lekturą „Zwiadowców”. Przepraszam, recenzji na blogu nie będzie, chyba że syn zechce napisać. Najnowszy tom serii („Zwiadowcy. Wczesne lata. Bitwa na wrzosowiskach”) mnie znużył i zaczęłam ziewać przy pięćdziesiątej stronie. Tymek i Oleś, mój bratanek, uważają, że to genialna seria, a ja się nie znam i mam się nie wypowiadać, bo pewnie jestem za stara i nie rozumiem. Pewnie jestem 🙂 Przetestujcie „Zwiadowców” na swoich dzieciach, na pewno im nie zaszkodzi, a może zaczną czytać i zechcą sprawdzić, co jeszcze fascynującego można znaleźć w książkach.

Piotruś pożegnał stary rok razem z królem Gromorykiem i serią Czytam i główkuję Egmontu. Zagadki z tomu „Król Gromoryk i niezwykła zbroja”, książeczki autorstwa Wojciecha Widłaka, są dla Piotra dużo za proste, ale za bardzo polubiliśmy zabawnego króla i przemądrzałego kota Gadułę, żeby do nich nie zajrzeć.

Król Gromoryk

Tym razem rozpadła się na kawałki jedna z królewskich zbroi. Król Gromoryk pucuje je samodzielnie, ale przy składaniu bardzo pomagał uczynny Gaduła. Wyszło jak zwykle, czyli inaczej, ale też dobrze.

Król Gromoryk

Naszą przygodę z królem Gromorykiem zaczęliśmy od serii „Liczę sobie”. Piotruś z zachwytem słuchał i oglądał, jak król gotował jajko na miękko. Do tej pory jest to jedna z jego ukochanych historii i co jakiś czas próbuje czytać ją sam. Mamy nadzieję, że może kiedyś wyjdzie zbiorczy tom opowieści o zabawnym królu i jego gadającym kocie. 

Wydawca uznał, że zagadki w książce „Król Gromoryk i niezwykła zbroja” są przeznaczone dla dzieci czteroletnich i starszych, ale moim zdaniem trzylatek spokojnie sobie z nimi poradzi. Sam tekst jest trudniejszy i Piotrusiowi przydała się pomoc mamy, bo synek zdecydowanie preferuje książki z mniejszą ilością liter na stronie.

Na Gromoryku nie skończyliśmy zabawy i zabraliśmy się za „Fredka i koło fortuny” Zofii Staneckiej.

Fredek

To zabawna opowieść o Fryderyku Epsilonie Dwudziestym, następcy tronu planety Pedanteria (na Ziemi nazywanym po prostu Fredkiem), który przypadkowo spadł na wysypisko i trafił do domu Jagody, Marka i Wacka. Wspólnie mieli przeżyć masę przygód.

Fredek

Historia bardzo nam się spodobała i Piotruś już ma zamiar szukać następnych części. Zagadki były trochę trudniejsze, ale bez przesady, pięciolatek i sześciolatek poradzą sobie z nimi bez problemu.

Seria jest ciekawa i dopracowana, tak jak inne serie Egmontu dla dzieci (Czytam sobie, Liczę sobie). Cieszę się, że wydawnictwo namówiło do współpracy tak wielu pisarzy i ilustratorów. Dzięki temu książki są różnorodne i każdy może znaleźć coś dla siebie. Piotruś zachwycił się komiksem o Jonku, Jonce i Kleksie. Bez problemu można dobrać tematykę i warstwę graficzną do wrażliwości i gustu dziecka.

W „Czytam i główkuję” bardzo spodobał mi się pomysł wychodzenia poza książkę. Niektóre zadania sprawiają, że dziecko musi rozejrzeć się po domu i zastanowić (mamo, ile ja mam butów? a ile to par?). A  na końcu na dzielnego czytelnika czeka krótka biografia jakiejś słynnej osoby (tak samo jak w „Liczę sobie”) i oczywiście dyplom. 

Król Gromoryk

Dla mnie to jedna z ciekawszych propozycji dla dzieci. Seria „Czytam i główkuję” obejmuje książki Wojciecha Widłaka, Zofii Staneckiej i Rafała Witka. 

A co będziemy czytać w Nowym Roku? Stosik książek do przeczytania „już” jest dość wysoki i mam nadzieję, że chociaż o kilku uda mi się na blogu napisać. Mam też nadzieję, że będziecie do nas zaglądać. 

Życzę sobie i Wam szczęśliwego, zaczytanego Nowego Roku i samych wspaniałych lektur! 

Wojciech Widłak, Król Gromoryk i niezwykła zbroja, il. Ewa Poklewska-Koziełło, Egmont 2016

Zofia Stanecka, Fredek i koło fortuny, il. Marta Szudyga, Egmont 2016

Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

Opowieść biblijna Zuzanny Orlińskiej

Wszyscy wiedzą, kto to Noe. Wszyscy znają historię potopu, który Pan zesłał na świat, aby ukarać zbuntowanych ludzi. Kiedy dawno temu czytałam z chłopakami tę starotestamentową opowieść, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Czym zasłużyli sobie ludzie na tak straszną karę? Skąd tak wielkie okrucieństwo? Moi synowie zadawali pytania, które obnażały bezradność dorosłego postawionego wobec pytań fundamentalnych.

Podczas lektury książki Zuzanny Orlińskiej powróciły te same pytania oraz pojawiły się inne, równie trudne i ważne. Dlatego trudno mi pisać o tej pięknej książce, która w tym roku zdobyła tyle nagród.

Stary Noe

Twórczość Zuzanny Orlińskiej znamy od dawna. Pamiętam swoje zaskoczenie, a potem zachwyt, gdy przynieśliśmy z biblioteki „Matkę Polka”. Tymkowi bardzo podobali się „Detektywi z klasztornego wzgórza” (ciągle nie mam czasu na recenzję). Po „Starego Noego” sięgnęłam więc z poczuciem, że będę obcować z książką piękną i ważną — ten tytuł został Książką Roku IBBY 2015 oraz całkiem niedawno został wyróżniony Koziołkiem przez Centrum Literatury Dziecięcej. Nie spodziewałam się jednak, że jej lektura wzbudzi aż tyle emocji i wywoła tyle przemyśleń.

Bohaterem książki jest Noe: stary, zmęczony, przerażony tym wszystkim, co się wokół niego dzieje, dobry. Wyjątkowość Noego podkreślają bardzo mocno ilustracje — widać z nich, że troszczy się głównie o innych.

Stary Noe

Stary Noe

Nie jest w stanie wytrzymać pod pokładem, patrzy na niknący świat, aż w końcu jego synowie siłą sprowadzają go do łodzi. Wtedy wydłubuje w mchu uszczelniającym belki maleńką dziurkę, żeby spoglądać na zewnątrz. A w końcu znowu wychodzi na pokład i buntuje się przeciwko zaleceniom Pana — stara się uratować tych, którzy jeszcze przetrwali.

Dla mnie to historia o buncie człowieka wobec Pana, o buncie, który świadczy o człowieczeństwie. To historia zmagań pomiędzy poczuciem obowiązku wobec nakazów i zasad, a silnym poczuciem dobra i potrzebą niesienia pomocy. To także opowieść o wierze w miłość Stwórcy, który pokazuje okrutne oblicze, bo uważa, że tak trzeba, ale jednak kocha. Kwintesencją tej opowieści jest cytat, który pojawia się chyba w każdej recenzcji:

Panie, stworzyłeś mnie człowiekiem, nauczyłeś mnie chodzić, myśleć i czuć jak człowiek. Muszę pozostać człowiekiem do końca. Możesz ukarać mnie śmiercią, ale nie postąpię inaczej, nawet jeśli miałbym przyjąć na pokład słonia czy nosorożca. 

To ważne pytania: co to właściwie znaczy „być człowiekiem”. Co jest ważniejsze: posłuszeństwo czy niezgoda? W czym objawia się nasze człowieczeństwo? Jak zwalczyć swój lęk przed „byciem ukaranym”, gdy wszystko w nas domaga się działania wbrew prawom w imię większego dobra? To niepokojąca opowieść, pobudzająca, zmuszająca do myślenia, taka, która się przyczepia i nie chce odejść. Ważna. Czy podobała się chłopakom? Trudno powiedzieć. Posłuchali i nie uciekli. Pytali: dlaczego Noe nie powiedział innym ludziom? Dlaczego zaczął pomagać tak późno? Dlaczego jego synowie na niego krzyczeli? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Nie wiem, ale możemy pozastanawiać się razem.

Książkę poznaliśmy dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura 2015

Joachim Lis. Detektyw dyplomowany

Po lekturze przygód Maurycego i Ogryzka Piotruś ma ochotę głównie na książki o detektywach i rabusiach. Lassego i Maję znamy całkiem nieźle, więc padło na historię Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego z Modrzejowa.

Joachim Lis

Książkę Ingemara Fjella (bardzo tajemniczy autor, trudno o nim cokolwiek znaleźć w sieci) wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie ilustracji”. Zilustrowała ją Teresa Wilbik, uczennica Jana Marcina Szancera. Bardzo lubię jej ilustracje, z dzieciństwa pamiętam „Jasia i Małgosię”, „Liść kapusty na pociechę” i Osiołka Gapę — choć dopiero teraz zorientowałam się, że wszystkie te książki ilustrowała właśnie Teresa Wilbik. Ilustracje do „Joachima Lisa. Detektywa dyplomowanego” są świetne: delikatne, czarno-białe. Dla mnie: angielskie i jak ze starego kryminału. Gdy je oglądam, przypominam sobie książki Agaty Christie i Conan Doyle’a — nic na to nie poradzę, po prostu tak mam 🙂

Joachim Lis

Joachim Lis mieszka w Modrzejowie, małym miasteczku zagubionym w lesie, tak małym, że nie ma go na żadnej mapie. Zamieszkują je wyłącznie zwierzęta. Joachim wykształcił się na szewca, tak jak jego ojciec i dziadek. Pewnego dnia uznał jednak, że życie szewca mu nie odpowiada i postanowił coś zmienić. Skończył z celującą oceną Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych, zmienił warsztat na biuro i oczekiwał na klientów. A traf chciał, że w tym samym czasie z domu kupca Bonifacego Borsuka zniknęło dziesięć słoików malinowych konfitur. Z czasem okazało się, że sprawcą tajemniczych kradzieży (bo na konfiturach się nie skończyło) jest Świszczący X (poczuliście ten dreszcz? — takiego imienia nie może nosić byle rabuś).

Joachim Lis

Historia Joachima wciągnęła Piotrusia bez granic. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej i kiedy w końcu Joachim złapie rabusia. Słuchał z wypiekami na twarzy i niepokojem w oczach. W kącie pokoju urządził swoje własne biuro detektywistyczne: są tam kredki, nożyczki, trochę krzywo przyciętych karteczek, herbatniki i butelka wody (na wszelki wypadek). No i oczywiście dwie lupy oraz latarka. Na kartce widnieje szyld: Biuro Piotra. Tam mój synek od kilku dni czeka na klientów gotowych zlecić mu rozwiązanie nietypowej sprawy kryminalnej. Na razie co prawda szukał tylko zagubionych korali mamy oraz próbował rozwikłać zagadkę znikających samochodzików, ale ciągle wierzy, że pojawi się jakaś PRAWDZIWA sprawa. Dobrze, że wzorem Joachima nie kazał sobie sprawić kraciastej peleryny i nie zażądał fajki.

Joachim Lis

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry

 

Ingemar Fjell, Joachim Lis, Wydawnictwo Dwie Siostry 2008

Maurycy i Ogryzek, czyli co w trawie piszczy

Miałam pisać o zupełnie innej książce. Ale nie mogę, bo Młodszy od kilku dni wieczorami ryczy ze śmiechu (przed snem), a potem słyszę błagalne: mamo, jeszcze jeden rozdział. Oznacza to, że zarywamy noce, mamy problem z porannym wstawaniem i stałam się przykładem rodzicielskiej beztroski. Wszystko przez jedną książkę, która kurzyła się na półce, bo Tymek nigdy nie chciał słuchać o Dolinie Bagiennej Trawy. Nie wiem, czy teraz żałuje, wiem jednak, że „Co w trawie piszczy” Pawła Wakuły (Wydawnictwo Literatura) wskoczyło z tupetem na listę ulubionych książek Piotrusia.

Co w trawie piszczy

Dolina leży gdzieś daleko — ludzie na szczęście zapuszczają się tutaj rzadko i raczej tylko na skraj lasu — więc stała się schronieniem różnych stworów i stworków. Mieszka tutaj wiele żabonów i ropuchów, rusałek, dziwożon, wodników, płanetników, latawic, błędnych ogników, strzyg, jest nawet jeden niedźwiedź brutalny, a oprócz nich wiele innych zwierząt — zwyczajnych, choć gadających. Najważniejsi są jednak oni: Maurycy (skrzat leśny, który bardzo nie lubi jak się na niego mówi „niebożę”, a wręcz nie cierpi, gdy nazywa się go krasnoludkiem) oraz Ogryzek, czyli sympatyczny, łakomy i czasami trochę źle wychowany szczurek.

Historia zaczęła się pewnej czerwcowej nocy, gdy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy czekali na letni rój meteorów. Każdy musi wtedy wypowiedzieć swoje największe życzenie. Skrzat Maurycy marzył o maszynie do robienia błyskawic, ale trudno życzyć sobie czegoś, co nie wiadomo, jak wygląda, dlatego gdy zobaczył największą, opadającą wolno gwiazdę, która na dodatek zrobiła podwójną pętlę, zażyczył sobie, żeby wydarzyło się coś niezwykłego, a lato było inne niż wszystkie. To była prośba z rodzaju tych szybko się spełniających — gwiazda nie była gwiazdą tylko statkiem kosmicznym, w którym na ziemię przybył kosmita desperacko poszukujący brombuli, paliwa do swojego kosmolotu. Chyba właśnie w tym miejscu Piotruś wybuchnął śmiechem po raz pierwszy.

[…] zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką. — Witam was, ziemianie! — odezwał się metaliczny głos z aparaciku. — Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

Po wysłuchaniu całej rozmowy z ufoludkiem mój synek prawie tarzał się ze śmiechu. Zdradzę Wam, że Maurycemu i Ogryzkowi udało się znaleźć brombulę, co oznaczało ogromną zmianę w ich życiu. Zyskali sławę i założyli leśną agencję detektywistyczną. 

Co w trawie piszczy

Przez całe lato zajmowali się rozwiązywaniem spraw trudnych i skomplikowanych. Przez ich biuro (wyposażone zgodnie z zaleceniami miesięcznika „Zbrodnia i Kara”) przewinęło się mnóstwo mniej lub bardziej niezwykłych stworzeń: od wilkołaka Alfreda i niedźwiedzia Leona, bo boboka Grozę. Bobok zresztą należy do ulubionych bohaterów Piotrusia, który przez jakiś czas zamęczał wszystkich pytaniami: a chcielibyście iść na film „Powrót Wielkiej Krwiożerczej Zmutowanej Łasicy skrzyżowanej z Krwiożerczym Nietoperzem”? Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, koniecznie musicie przeczytać książkę 🙂

Co w trawie piszczy

Paweł Wakuła stworzył sympatycznych, bezpretensjonalnych bohaterów. Maurycy i Ogryzek to dobrzy przyjaciele, którzy czasami mają siebie dość, czasami palną gafę, ale zwykle świetnie się dogadują. To jedna z fajniejszych par detektywów, którzy po swojemu, wnikliwie, choć czasami przy dużej dozie szczęścia, rozwiązuje najbardziej skomplikowane przypadki. Na pewno nie brakuje im odwagi, chcą pomagać swoim klientom i do każdej sprawy podchodzą bardzo poważnie.

Tekst jest dobrze napisany i spójny — sporo w nim odniesień do naszej rzeczywistości, trochę tropów zrozumiałych dla starszego czytelnika. Rodzic na pewno nie będzie się nudził i męczył, a sądzę, że humor tych opowieści przemówi do każdego. Oprócz przygód, czasami groźnych i zaskakujących, można tutaj znaleźć i tematy do rozmyślania, choć podane w leciutkiej formie:

Pani wybaczy… — wtrącił Maurycy — ale czy to praktyczne mieć dachówki z piernika? Albo rynny z marcepanu? To już nawet nie chodzi o to, że każdy chce taki domek zjeść, ale przecież to nie przetrzyma pierwszego deszczu — rozpuści się!

Jasne, że się rozpuści — zgodziła się Baba Jaga. — A wtedy upiekę nowy. Moja babka tak robiła, moja matka tak robiła, więc ja też muszę. Rozumiesz — tradycja.

Bardzo nam się podobają także ilustracje, które wykonał autor tekstu. Są takie, jakie powinny być: nieprzesadzone, kolorowe, proste. Na szczęście to nie jest konwencja „ślicznych” obrazków. Piotruś bardzo wnikliwie studiuje ilustracje, sprawdzając, czy stworzonka wyglądają tak samo, jak je sobie wyobraził. 

Teraz czekają mnie zakupy, bo gdy synek dowiedział się, że Paweł Wakuła napisał jeszcze kilka książek o Dolinie Bagiennej Trawy, zaczął wrzeszczeć z radości i turlać się po podłodze. Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak kupić kolejne, i cieszyć się lekturą razem z synkiem. Wydawnictwo poleca tę książkę dzieciom od siódmego roku życia, ale jak widać sześciolatek też dał radę 🙂

Paweł Wakuła, Co w trawie piszczy, Wydawnictwo Literatura 2009