Skamieliny i pióra, czyli naukomiks w akcji

Wiecie, co to jest naukomisk? Ja też nie wiedziałam. Naukomiks, czyli komiks poświęcony nauce, zgarnęliśmy z bibliotecznej półki, a Piotrka zafascynował tak bardzo, że niechętnie go oddawał. Wypożyczył go zresztą ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ogląda i podczytuje tę książkę z narastającą fascynacją, którą zresztą doskonale rozumiem. To świetna pozycja — nie tylko o dinozaurach, ale chyba przede wszystkim o rozwoju nauki. Nie będziecie mogli się od „Dinozaurów. Skamielin i piór’ oderwać (Nasza Księgarnia).

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Mało które dziecko nie ulega fascynacji dinozaurom. Wielkie i groźne stworzenia intrygują także dorosłych. MK Reed i Joe Flood w swojej książce pokazali narodziny i rozwój paleontologii. Skupili się nie tylko na informacjach o tym, jak wyglądały i żyły prehistoryczne gady, ale także na tym, jak my — ludzie dochodziliśmy do tych informacji. I dla mnie ta warstwa była chyba nawet ciekawsza.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Gotowi na wyprawę w głęboką przeszłość? Zacznę tak, jak autorzy komiksu: przez 165 milionów lat dinozaury kroczyły po ziemi, a potem niespodziewanie zniknęły. Ludzie odkrywali ich kości od najdawniejszych czasów. Te znaleziska wpływały na wyobraźnię i prawdopodobnie przyczyniły się do powstania wielu legend i baśni. Gryfy, mitologiczne stwory, chińskie smoki — prawdopodobnie stworzyliśmy je na wzór wielkich kości, które odkrywaliśmy wokół siebie. Fascynacja zaczęła narastać na początku rewolucji przemysłowej, gdy zaczęliśmy głębiej kopać i odkrywać tajemnice schowane w ziemi. MK Reedowi i Joemu Floodowi udało się niesamowicie spójnie połączyć historię dinozaurów z opowieścią o nas samych i o tym, jak zmieniała się nasza świadomość. Może wróćmy do książki:

W roku 1800…

Ziemia miała 6006 lat.

Dinozaury są znane jako potwory.

Żyły kilka tysięcy lat temu.

Zginęły w czasie biblijnego potopu.

Żadne dinozaury nie żyją w tym czasie na Ziemi.

Jesteśmy tego wszystkiego pewni.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Taką wiedzę mieliśmy raptem 200 lat temu. Z narastającym zainteresowaniem czytałam o kolejnych odkryciach, o sporach między naukowcami, o teoriach i kontrteoriach. Naukowcy walczyli ze sobą słowem, paszkwilem, plotką i pomówieniem. Niektórzy z nich zdobywali ogromną sławę i popularność. Inny umierali w biedzie i zapomnieniu, ale wielkie kości skryte w ziemi nie przestawały fascynować. Marsh i Cope prowadzili regularną wojnę — rzucali w siebie kamieniami, podkupywali swoje znaleziska, podrzucali sobie fałszywki, a nawet niszczyli stanowiska dynamitem, żeby drugi badacz nie był w stanie niczego znaleźć. Dinozaury rozpalały świat nauki do czerwoności.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Autorzy komiksu zadbali także o to, by pokazać rolę kobiet. Piszą o badaczkach, poszukiwaczkach — kobietach, które często w ogromnym stopniu wspierały naukowców, dostarczały znaleziska i materiały. Poszukiwały świadectw przeszłości z ogromnym poświęceniem, ale ich nazwiska usuwano z oficjalnych publikacji lub traktowano je protekcjonalnie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o „Drzewie kłamstw„, które pokazuje pozycję kobiety w nauce z trochę innej strony. W naukomiksie kobiety odzyskują należne im miejsce, a były zaangażowane w badania nad dinozaurami właściwie od samego początku.

Wstawki takie, jak cytowana powyżej (Jest rok…) przewijają się przez cały komiks. Stanowią kamienie milowe, zaznaczają upływ czasu, pozwalają na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, czego się dowiedzieliśmy. Pod koniec książki znajdujemy podsumowanie naszej wiedzy z 2000 roku. Minęło 200 lat.

W roku 2000…

Ziemia ma 4,5 miliarda lat.

Dinozaury są znane jako wymarli gadzi przodkowie ptaków.

Żyły 250-65 milionów lat temu.

W dzisiejszych czasach żyją potomkowie dinozaurów. 

Jesteśmy prawie pewni tego wszystkiego.

Czy wiemy już wszystko? Na pewno nie? Ciągle jest wiele do odkrycia. Dinozaury wciąż fascynują. Kluczowe zdaje się jedno słowo „prawie”. Nauczyliśmy się trochę pokory. Już wiemy, że kolejne znaleziska mogą niektóre nasze teorie przewrócić do góry nogami. Największa wartość „Dinozaurów. Skamielin i  piór” polega na tym, że pokazuje zmianę i dynamikę nauki. Nic nie jest dane tu i teraz. Ta książka nie powiela schematów i nazw, ale stara się pokazać, że nasza wiedza ciągle się zmienia. I że kolejne odkrycia ciągle czekają. Może właśnie na młodych czytelników naukomiksu?

Aha, nigdy już nie spojrzę tak samo na kury.

 

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra. Nasza Księgarnia 2018

 

 

Uważaj, czarownica czyha!

Czarownice są wokół nas. I wcale nie wyglądają jak Baba Jaga albo wiedźma ze strasznych bajek. Prawdziwe wiedźmy noszą zwyczajne ubrania i do złudzenia przypominają zwyczajne kobiety. Mieszkają w zwyczajnych domach i zwyczajnie pracują (s. 7). Dlatego trzeba zachować czujność i bacznie się rozglądać, bo od umiejętności rozpoznania czarownicy może zależeć życie! Wcale nie żartuję — po prostu przeczytaliśmy „Czarownice” Roalda Dahla.

Roald Dahl, Czarownice

„Czarownice” u nas wygrały ze wszystkim, łącznie z „Kapitanem Majtasem”. Zanim jednak przejdę do wrażeń z lektury, kilka wskazówek, jak rozpoznać czarownicę. To wiedza potrzebna każdemu dziecku, bo wiedźmy po prostu nienawidzą dzieci i cały czas próbują je zniszczyć. Biada dziecku, które spotka czarownicę i nie zorientuje się na czas, z kim ma do czynienia. Zapamiętajcie więc na całe życie. Po pierwsze, wiedźmy zawsze noszą rękawiczki, nawet latem. Po drugie, są łyse (ale noszą peruki, więc tego nie widać) i często się drapią, bo je swędzi. Po trzecie, ich dziurki od nosa są większe niż zwykłych ludzi, a brzeg dziurki jest falisty. Po czwarte, w ich oczach widać płomyki ognia. Po piąte, nie mają palców u stóp. Po szóste, mają granatową ślinę. Musicie o tym zawsze pamiętać i bardzo uważnie obserwować kobiety wokół. Mogą być groźne.

Wiem, o co chcecie zapytać. Nie, nie jest to horror. Tak, miałam wątpliwości, gdy czytałam tę książkę. Tak, tym więcej wątpliwości, im dłużej czytałam — choć najstraszniej jest tak mniej więcej do połowy. Wiecie, co odpowiedziało moje dziecko, gdy się głośno zastanawiałam, czy to lektura dla niego? Mamo, przecież to jest taka książka dla dzieci, żeby one się trochę bały. To tak naprawdę, ale jednak na niby. I jakie to ciekawe… Wcale się nie boję i już czytaj dalej… No i co miałam robić? Czytaliśmy dalej.

Roald Dahal rządzi. Jego książka jest przerażająca, fascynująca, zabawna, intrygująca. Piotrek słuchał z zachwytem w oczach, a potem sam uczył się wierszyków.

Tępcie dzieci, czarrrownice!

Bądźcie sprytne jak lisice!

Kłujcie je, kaleczcie, bijcie,

tnijcie, rąbcie oraz rżnijcie!

Nie wiem, jak jest w nowym tłumaczeniu, ale mam wrażenie, że u nas tekst Tomasza Wyżyńskiego zyska status wersji kanonicznej.

Zgiń, krrretynko! Prrrecz z tej sali!

Krrrąbrrrna wiedźma wnet się spali!…

Zarrraz spłoniesz, głupia krrrowo!

Obrrraziłaś swą krrrólową!

Zachwytu Piotra nad językiem tej książki nie da się porównać z niczym. Mamo, tu są przekleństwa! One mówią nieładnie! To tyle w temacie wymuskanego języka dla dzieci. Nie, nie zachęcam do używania wulgaryzmów w literaturze dla dzieci, ale język przeznaczonych dla nich książek powinien być soczysty, barwny, mieniący się — dzieci wcale nie oczekują uładzonej i odartej z emocji prozy. Język opowieści Dahla jest zróżnicowany, a przekleństwa są uzasadnione. Mam wrażenie, że wszystko tu jest po coś. Roald Dahl jak nikt potrafi przełamywać schematy, łamać stereotyp literatury dziecięcej, wprowadzać do niej grozę, surrealizm i groteskę.

W „Czarownicach” opisał historię pewnego chłopca, który miał nieszczęście spotkać na swojej drodze wiedźmy. Miał także babcię, która go (trochę) na takie spotkanie przygotowała. Po dorosłemu patrząc, wcale nie jest to łatwa opowieść. Czarownice Dahla są przerażające, niebezpieczne, przebiegłe i złe. Da się je jednak pokonać, choć wymaga to inteligencji i wyrzeczeń. W tle powieści czai się lęk przed śmiercią i rozstaniem. I choć wszystko kończy się dobrze, to zakończeniu daleko do klasycznego happy endu z powieści dla dzieci. W trakcie lektury można się trochę pobać, trochę pośmiać, trochę podenerwować (złapią go czy nie złapią?). Świat powieści jest pełen zagrożeń, choć może są one trochę inne niż te, o których mówimy dzieciom. Zaradność przydaje się jednak zawsze. I umiejętność odkrywania dobrych stron każdej zmiany, nawet tej najbardziej radykalnej.

Starszy mruknął, że historia jest nierealna (no cóż!). Młodszy snuje teraz wizje, jak to się wszystko NAPRAWDĘ skończyło, ale przerażony nie jest. Czytajcie więc Roalda Dahla, bo warto — nie znudzicie się i odpoczniecie od cukierkowatych historyjek (no chyba że takich nie czytacie).

Roald Dahl, Czarownice, il. Quentin Blake, tł. Tomasz Wyżyński, Prima 1997

Ręcznikowiec

Co robicie, gdy w łazience spada na podłogę ręcznik? Zwykle ląduje z powrotem na wieszaku lub w koszu na pranie, prawda? W pewnym domu jednak historia potoczyła się całkiem inaczej.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Pierwsza zauważyła Ręcznikowca mama — tak czasami z mamami bywa. Zamiast jednak od razu posprzątać, poukładać i powkładać wszystko na miejsce, mama się zachwyciła i podzieliła swoim zachwytem z całą rodziną. Od tej chwili w łazience w domu Aleksa zamieszkał dziwny stworek z ręcznika — tacie i siostrom kojarzył się z pieskiem shar pei, a Aleksowi z przybyszem z kosmosu. Szybko jednak okazało się, że jest czymś znacznie więcej niż tylko dziwnie ułożonym ręcznikiem.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Ręcznikowiec stał się ważny dla wszystkich, a życie rodzinne zaczęło powolutku przenosić się do łazienki. Stworek zmieniał całą rodzinę, potrafił sięgnąć do tego, co chcemy ukryć i o czym nie mamy ochoty mówić, wydobywał z ludzi czułość i życzliwość. Jego wpływ (dobry) nie ograniczał się tylko do rodziny Aleksa, a obejmował nawet znajomych lub mniej czy bardziej zaprzyjaźnione dzieci. I wszystko pewnie trwałoby do dzisiaj, gdyby nie pewna pedantyczna ciocia.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

 

Bajkę Joanny M. Chmielewskiej czyta się bardzo przyjemnie. To tajemnicza opowieść, trochę o rodzinie, trochę o przyjaźni, trochę o pożytkach i kłopotach płynących z posiadania sióstr, ale chyba w największym stopniu o wyobraźni i jej sile. Wyobraźnia łączy tutaj całą rodzinę, a „kandydaci na chłopaka” muszą przejść test Ręcznikowca. Ta książka to zachęta do uważnego rozglądania się i dostrzegania cudów w rzeczach codziennych. Piotrek poważnie zastanawiał się, skąd się takie stwory biorą i dlaczego wybierają taką, a nie inną rodzinę. Pytanie chyba nie brzmi „skąd”, tylko „dlaczego jedni je dostrzegają, a inni nie”. Każdy musi odpowiedzieć sobie na nie sam. Chmielewska opowiada historię, ale jej nie tłumaczy i nie wyjaśnia. Prosi tylko, aby się bacznie rozglądać, żeby niczego nie przeoczyć. Ciekawa jestem, czy efekt Ręcznikowca pozostaje, gdy on przenosi się już gdzieś indziej.

Ilustracje Emilii Dziuba ogląda się z ogromną przyjemnością, a sam Ręcznikowiec wg Piotrka wygląda trochę jak Stich z „Lilo i Stich”. No cóż, to by tłumaczyło jego moce.

 

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec, il. Emilia Dziubak, Bajka 2015

Księżniczki i smoki

Gdy proponuję synowi książkę przyniesioną z biblioteki i w odpowiedzi słyszę: aa to? Już to przeczytałem, jest nieźle. A gdy na dodatek Młodsze proponuje, że przeczyta mi bajkę, bo jest fajna i na pewno mi się spodoba, jest naprawdę dobrze. W ten oto sposób poznałam „Księżniczki i smoki” Christiny Björk (Zakamarki). Piotruś zachęcał mnie do lektury: wiesz, te księżniczki są naprawdę fajne, mamo, takie współczesne i starożytne jednocześnie.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Księżniczek jest siedem. Po jednej na każdy dzień tygodnia, choć Piotrek, jak się okazało, połknął wszystkie historyjki na raz. Każda księżniczka ma piękne kwiatowe imię — jak na księżniczkę przystało. Na kartach książki spotykamy księżniczkę Petunię, Werbenę, Dalię, Czeremchę, Piwonię, Sasankę i Nasturcję. Jest także jeden mały książę, którego trzeba uratować. No i oczywiście pełno tu smoków: małych i dużych, groźnych i przyjacielskich, zielonych i czerwonych. Przecież to także książka o smokach.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Księżniczki są samodzielne i silne. Raczej marzą o byciu porwaną przez smoka (gdy słyszę o takim marzeniu, natychmiast przypomina mi się cudowna Henrietta Rozalinda Aurora) niż przez księcia, zdarza im się porwać smoka albo zdecydowanie pozbyć się potwora, który pozwolił sobie na za dużo (kto to widział, żeby smok wypijał całe wino poziomkowe taty króla?). Świetne bajki dla dziewczynek, które trzeba wybić z księżniczkowych stereotypów. Jak widać na przykładzie mojego syna, świetne bajki dla chłopców, bo ich także trzeba uczyć niestereotypowego patrzenia na dziewczynki. Bohaterki opowieści Christiny Björk to po prostu prawdziwe dziewczyny, które oprócz tego są księżniczkami — są pyskate, czasami niemiłe i nieposłuszne, odważne, pełne inwencji i energii. Radzą sobie same i nie potrzebują pomocy. Nawet gdy zagraża im smok. Zresztą to smoki mają chyba więcej  powodów do obaw.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Do tego piękne ilustracje Evy Eriksson — Piotrek rozpoznał kreskę autorki obrazków do Duni i Mattisa. To chyba właśnie ilustracje sprawiły, iż mój syn uznał księżniczki za starożytne. Mają korony (i czasami uczulenie na złoto), piękne suknie i pantofelki. Przede wszystkim są jednak dziewczęce, a nie lalkowate. Są dziećmi, a nie manekinami — bardzo lubię patrzeć na emocje widoczne na ilustracjach: zachwyt, radość, gniew, oburzenie. Smoki zresztą są tak samo wyraziste.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

 

Teraz nie możemy dojść z Piotrkiem do porozumienia. Jemu najbardziej podoba się bajka o księżniczce Czeremsze i smoku z telewizora, który bardzo lubił poziomkowe wino. Ja waham się między opowieścią o księżniczce Dalii, co porwała smoka, a historią Werbeny. Dajcie znać, która bajka najbardziej przypadała Wam do gustu.

Christina Björk, Księżniczki i smoki, il. Eva Eriksson, tł. Agnieszka Stróżyk, Zakamarki 2011

Dom nie z tej ziemi

To nie jest łatwa książka. Zdecydowanie warto przy jej czytaniu towarzyszyć dziecku. I nie bać się pytań, które pewnie się pojawią, czemu się dzieje tak, jak w historii Marysi i czy naprawdę tak bywa.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Małgorzata Strękowska-Zaręba napisała mądrą, ważną i piękną książkę dla dzieci. Nie będę Wam opowiadać, o czym jest ta historia, bo może ktoś jej jeszcze nie zna — tak jak my do niedawna. Warto dochodzić do rozwiązania samodzielnie i samemu rozsupłać węzeł jawy, snu i zmyślenia, by dojść do prawdy. Nie warto wcześniej szukać streszczeń i objaśnień — dajcie opowieści szansę i pozwólcie się zaskoczyć.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

„Dom nie z tej ziemi” to książka wymagająca skupienia i uwagi. Warto ją czytać powoli. Małgorzata Strękowska-Zaręba przeplata to, co rzeczywiste z tym, co wyobrażone, a granica jest bardzo płynna. Często nie wiadomo, gdzie przebiega i czy to, o czym przed chwilą czytaliśmy wydarzyło się naprawdę, czy tylko się wydawało. Czy krasnale ogrodowe mogą mrugać? Czy dom może nie rzucać cienia? Ciągle nasuwa mi się pod palce termin „realizm magiczny”, bo rzeczywistość w tej książce jest przesycona magią, zabobonem, wiarą w cuda i sekrety. Tak chyba czasami łatwiej wytłumaczyć sobie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić. Tak często patrzą na świat dzieci.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Bohaterów jest dwoje — Marysia o kręconych włosach i Damian, zwany Pająkiem. Tajemnicza Marysia jest szefową, to ona powoli wprowadza Daniela w sekrety domu, na który nigdy nie pada deszcz. Wesoły Daniel na początku traktuje spotkanie z dziewczynką jak zabawę, a potem odkrywa, że wszystko dzieje się na poważnie. Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie udało się napisać książkę nie tylko o różnych domach, ale także o przyjaźni, zaufaniu i dorastaniu. Naprawdę warto zachęcić dziecko do jej lektury, mimo że nie jest to książka łatwa. Dla mnie ta opowieść to także świetne wprowadzenie do późniejszych, bardziej dorosłych historii i świetny pretekst do pokazanie dziecku, że pisać można bardzo różnie.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Jeszcze słowo o ilustracjach Daniela de Latour. Cała książka utrzymana jest w stonowanej szaro-żółtej kolorystyce. Ilustracje są bardzo oszczędne, przyciągają wzrok i podkreślają atmosferę tajemnicy. Świetnie dopełniają tekst, ale nie przyćmiewają go i nie odrywają uwagi od historii. Książka wydaje się ascetyczna i przemyślana. A od dziewczynki na okładce po prostu trudno oderwać wzrok. Zresztą sami sprawdźcie.

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, il. Daniel de Latour, Nasza Księgarnia 2017

Zagadki detektywistyczne

Dopadło nas przeziębienie. Na na przeziębienie dobre są zagadki detektywistyczne i książki o piratach. O piratach będzie później, bo na pierwszy ogień poszły „Zagadki detektywistyczne” (Wydawnictwo Debit), znalezione na wystawie nowości w bibliotece. Dobrze się je rozwiązuje przy herbacie z cytryną i imbirem.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Zgodnie z tekstem na okładce, w książce znajdziemy 25 tajemniczych historyjek. Każda z ich stanowi zagadkę. Można bawić się samodzielnie, rodzinnie lub nawet zespołowo — w książce znajdziecie także propozycję zasad i punktacji przy tego typu zabawie. Będziecie jednak wtedy potrzebować większej liczby egzemplarzy.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Zabawne, trochę komiksowe historyki kryją w sobie jakąś tajemnicę. Zagadki są różne, od bardzo prostych po trudne. Do rozwiązania niektórych przyda się logiczne myślenie — trzeba się zastanowić, poskładać fakty w jedną całość, uważnie obejrzeć obrazki, znaleźć luki i poszlaki. Przy innych najbardziej pomocna będzie wyobraźnia, bo uczestnicy zabawy muszą wymyślić, co jest nie tak albo co jest nietypowego. W przypadku tych zagadek udało nam się znaleźć kilka rozwiązań, które nie zgadzały się z sugestiami autora, a nam wydawały się równie prawdopodobne. No cóż, widocznie mamy większą wyobraźnię niż on.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Odpowiedź jest ukryta na każdej stronie pod kolorową karteczką ze znakiem zapytania. Muszę przyznać, że bardzo ta odpowiedź kusi — chyba jednak wolałabym, aby znajdowała się gdzieś z tyłu. Piotrek zresztą zaglądał w to okienko machinalnie i z przyzwyczajenia, bo przecież okienka w książeczkach służą do tego, by za nie zaglądać.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Bawiliśmy się nieźle, kilka zadań sprawiło nam trudność, przy niektórych przydała się kartka papieru i ołówek (bo jakoś łatwiej się myśli, rysując — szczególnie, gdy trzeba zgadnąć w jakiej kolejność biedny chłopina ma przewieźć przez rzekę psa, kurę i worek kukurydzy).

W przypadku starszych dzieci książka jest jednorazowa, bo raczej zapamiętają wszystkie rozwiązania. Można do niej wrócić także po jakimś czasie, żeby się sprawdzić. Piotrek zagląda do niej kilkakrotnie, bo lub oglądać obrazki i snuć historie. Snucie historii też dobrze wypływa na przeziębienie.

 

Victor Escandell, Ana Gallo, Zagadki detektywistyczne, tł. Karolina Jaszecka, Debit 2017

 

 

Gruba ryba cienko śpiewa

„Gruba ryba cienko śpiewa” to dzieło rodzinne. Wierszyki napisała mama: Elżbieta Karpowicz, a rysunki przygotowała córka: Diana Karpowicz. W efekcie powstała ciekawie wyglądająca książka o frazeologizmach dla dzieci. 

Gruba ryba cienko śpiewa Schemat przyjęty przez autorki widać już na okładce: 

To jasne jak słońce¹, że dzieci zadają pytania i wiercą nam dziurę w brzuchu², a my łamiemy sobie głowę³, jak im wytłumaczyć, by nie myślały dosłownie o rzucaniu grochem o ścianę4 lub nie szukały słonia w składzie porcelany5.

Znaczenie każdego frazeologizmu oznaczonego numerkiem jest wyjaśnione poniżej. Tak samo jest w środku: każdy wierszyk Elżbiety Karpowicz skupiony jest wokół przynajmniej jednego frazeologizmu, oznaczonego w tekście gwiazdką. Na dole strony znajduje się wyjaśnienie danego zwrotu. Ilustracje Diany Karpowicz wchodzą w dialog z wierszem i frazeologizmami, czasami dopowiadają znaczenia, czasami się nimi bawią.

Gruba ryba cienko śpiewa

 Gruba ryba cienko śpiewa

W książce znajdziemy 28 wierszyków, wyjaśniających kilkadziesiąt związków frazeologicznych (w niektórych rymowankach zmieściło się kilka frazeologizmów). Każda rozkładówka (dwie karty) to jeden utwór i odpowiadająca mu ilustracja, fragmenty wierszyków są czasami zakomponowane w różnych częściach strony, co stanowiło wyzwanie, gdy Piotr próbował czytać tę książkę samodzielnie. Nie zawsze czcionka była dla niego oczywista, czasami gubił się także w tekście i nie wiedział, co powinno następować po czym.

Czterowiersze są bardzo proste i — jak dla mnie — trochę za monotonne. Większość z nich oparta jest na podobnym rymie i rytmie, ale Piotruś słuchał ich z zainteresowaniem i bardzo mu się podobały.

Gruba ryba cienko śpiewa

Cały czas biję się z myślami, na ile mogę wybrzydzać. Lubię książki poświęcone językowi, które starają się pokazać jego bogactwo. Rozumiem konieczność kompromisu i trudność związaną z napisaniem fajnego wierszyka wykorzystującego frazeologizm, ale jednak czasami rymowanki zgrzytają za bardzo. Pytanie, powiedziałabym, fundamentalne: na ile artysta ma prawo integrować w poprawność językową i w jakim stopniu oraz w jakim celu może ją naginać? To pytanie szczególnie istotne w przypadku książek dla dzieci, szczególnie tych, które mają rozszerzać ich słownictwo. W przypadku kilku rymowanek zbyt swobodnie, według mnie, potraktowano język polski. To może przykład, bo wyjdę na gołosłowną zrzędę:

Mruczek wesoło machał ogonem

Przed nim leżały ryby wędzone

Więc porwał jedną, usiadł na dębie

i wtedy poczuł smak nieba w gębie

Dobra, wiem, to pewnie specjalnie… Ale jeśli już uczymy o frazeologizmach, to uczmy od razu, że można poczuć niebo w gębie, a nie jego smak. Czepiam się? To drugi przykład:

Wpadł jak śliwka w kompot

I teraz ma kłopot

Został przyłapany

Gdy bazgrolił ściany

Nie da się bazgrolić ścian. Taka konstrukcja nie istnieje w języku polskim. Słowo „bazgrolić” łączy się z innymi tak samo, jak wyraz „pisać” czy „bazgrać”. Można więc bazgrolić coś na czymś albo w czymś. Wiem, dużo wymagam. I od razu przyznaję, że bardzo lubię eksperymenty językowe, neologizmy i zabawy ze słowami, Barańczaka, Białoszewskiego i Strzałkowską. Błędy też mi się zdarzają, jak każdemu. Ale w książce, szczególnie takiej, być ich nie powinno. Bardzo żałuję, że nie znalazła ich redakcja, bo książki, które pokazują dzieciom, jak wspaniałe mogą być frazeologizmy i jak trzeba z nich korzystać, są bardzo potrzebne. Szkoda.

Elżbieta Karpowicz, Gruba ryba cienko śpiewa, il. Diana Karpowicz, Zuzu Toys 2017

Zapachniało wakacjami…

Tak, tak, zapachniało wakacjami mimo listopada, paskudnej mżawki i wiatru, który szarpie gałęziami. U Dziadków spadły z drzew ostatnie liście, a zachwycone dzieci odkryły, gdzie zimuje jeż i podziwiały zwinną wiewiórkę, doskonale widoczną wśród nagich gałęzi. A ja położyłam przy łóżku książkę i zaglądam do niej co chwila, szukając słońca, łagodnego szumu wody i zapachu kwiatów. Nie spodziewałam się, że aż tak mną zawładnie, gdy brałam ją w bibliotece z półki dla dzieci.

Do góry brzuchem

„Brzuchem do góry” Urszuli Palusińskiej (Dwie Siostry 2017) przykuwa wzrok od razu. Jej okładka sprawia, że ma się ochotę potrząsnąć głową — coś jest nie tak. Nie chodzi nawet o ciekawie zakomponowany tytuł. Zaskoczyła nas przede wszystkim perspektywa — rzadko (chyba zbyt rzadko) zdarza nam się oglądać świat od dołu. Cała książka Urszuli Palusińskiej jest właśnie taka, jak okładka — pokazuje nam świat z pozycji leżącej i zaraża zachwytem nad swobodnym letnim leniuchowaniem bez winy i wstydu. Czy ktoś za tym nie tęskni?

Rozmarzyłam się, wspominając hamak, dmuchawce na wietrze, motyle i słońce lśniące w liściach gruszy. Urszuli Palusińskiej udało się zakląć lato na kartkach książki, choć na jej ilustracjach nie znajdziecie feerii barw, sporo na nich także czerni. Fabuła nie jest skomplikowana: dziecko wędruje po podwórku i okolicy i widzi ludzi, którzy właśnie znaleźli chwilę tylko dla siebie: wujka czytającego gazetę, listonosza roznoszącego listy, ciocię, Karola, Emilię czy Euzebka (to chyba ulubiona plansza Piotrka). Najpierw widzimy bohatera z góry, by potem zobaczyć świat z fascynującej, leżącej perspektywy.

Brzuchem do góry

Brzuchem do góry

Nie wiem, jak to Urszula Palusińska zrobiła, ale dla mnie ta książka to esencja lata, lato w pigułce, doskonały lek na jesienne chłody. Tyle w niej słońca, pogody, spokoju, upału zaczarowanego w każdym źdźble trawy narysowanym czarnym tuszem, każdej plamie słonecznego blasku prześwitującej przez kapelusz czy dziurawy dach. Autorka książki rewelacyjnie operuje plamą i kreską, jej obrazy są czasami rozmyte — czyż nie jest tak, gdy próbujemy patrzeć prosto w słońce?

Brzuchem do góry

 Brzuchem do góry

To także książka o uważności, pielęgnowaniu chwili, pełna zachwytu nad „tu i teraz”, nad rzeczami zwykłymi: tańcem ciem w świetle latarki, kłębami dymu unoszącego się nad ogniskiem, światłem gwiazd odbitych w jeziorze.

Brzuchem do góry Brzuchem do góry

Zazdroszczę autorce umiejętności zachwytu i dostrzegania piękna w rzeczach zwykłych. I bardzo się cieszę, że wyciągnęłam tę książkę z bibliotecznej półki — lata nie wrócimy, ale jesienią też można poleżeć na podłodze i popatrzeć na sufit, szukając historii zaklętych w cieniach, zatrzymać się w parku i podpatrywać gawrony szukające orzechów czy podziwiać chmury na niebie. Bardzo jestem wdzięczna za tę lekcję uważności. Dobrze jest czasami poleżeć brzuchem do góry.

Urszula Palusińska otrzymała za tę książkę nagrodę Chen Bochui w kategorii „Najlepsza książka obrazkowa roku” na Międzynarodowych Targach Książki Dziecięcej w Szanghaju. Jury miało doskonały gust.

Urszula Palusińska, Brzuchem do góry, Dwie Siostry 2017

Krowa Matylda i śnieg

No tak, u nas właściwie panuje klimat świąteczny. Piotr ćwiczy rolę do jasełek (tak, tak, już), więc śpiewa kolędy: głośno i donośnie, i właściwie wszędzie — w domu, w szkole i w autobusie. Ku głębokiej konsternacji współpasażerów, rodziny i wszystkich wokoło. Opowieść o choince, prezentach, Wigilii i krowie pięknie się więc w nasze życie wpasowała.

Krowa Matylda i śnieg

To nasze pierwsze spotkanie z sympatyczną krową Matyldą. Matylda nie jest zwykłą krową, to krowa pocztowa, która roznosi listy, a przed Świętami ma naprawdę dużo roboty. Jak wiadomo nie od dziś, przyczyną wszystkich życiowych problemów jest nadmiar pracy. Tym razem zawinił także śnieg — Matylda nie może znaleźć drogi do domu.

Krowa Matylda i śnieg

Historyjka napisana i narysowana przez Alexandra Steffensmeiera jest krótka i zabawna, powinna zainteresować trzylatka, a siedmiolatek nie będzie się nudził. Tekstu nie ma dużo, ale momentami wymaga skupienia — lektura może być świetnym ćwiczeniem na skupienie uwagi i uważność. Tekst i obraz wzajemnie się uzupełniają. Obrazki nie pełnią jedynie funkcji ilustracyjnej — są ważnym dodatkiem, w znaczącym stopniu dopełniającym i rozbudowującym to, co napisane. Naprawdę warto uważnie się im przyglądać. Dzięki nim historia staje się znacznie bogatsza i ciekawsza. 

Krowa Matylda i śnieg

Ciekawa historia i sprzężenie słowa z obrazem to ogromne atuty tej książki. Możemy czytać i dopowiadać, możemy oglądać i zgadywać. Ilustracje Steffensmeiera lokują się dla mnie gdzieś blisko Svena Nordqvista (tak jak w przypadku Findusa czy Mamy Mu jedna ilustracja może pokazywać wiele kolejnych czynności, no i te kury!) czy Daniela Nappa. Obrazki są jednak mniej przeładowne niż u Nordqvista (uwielbiam go, żeby potem nie było) przez co chyba bardziej czytelne dla młodszych dzieci, którym łatwiej śledzić akcję na stronie. Dużo w nich humoru (och, jak Piotrek się śmiał, gdy zobaczył na śniegu ślady po krowich plackach). Ilustrator puszcza oko do czytelnika (no kto zgadnie, czego przestraszyła się Matylda?), czasami jest to humor trochę rubaszny, ale doskonale wyłapują go dzieci i świetnie się przy nim bawią. Steffensmeier czerpie pełnymi garściami z konwencji komiksowej, dzięki czemu książka jest dynamiczna. Dzieci bez umiejętności czytania bez problemu dadzą radę opowiedzieć historię Matyldy tylko na podstawie obrazków. 

Krowa Matylda i śnieg

Bardzo lubię książki dla dzieci, które tworzą przemyślaną całość. W „Krowie Matyldzie i śniegu” wykorzystano nawet wyklejkę. Stanowi ona klamrę spinającą całą opowieść, a jednocześnie dla nas stanowiła pretekst, żeby opowiedzieć sobie historię gospodyni (która ze wszystkim sama sobie radzi, od wycięcia choinki po odśnieżanie drogi).

Krowa Matylda i śnieg

Krowa Matylda i śnieg

Nie spodziewałam się, że prosta i krótka opowieść dla młodszych dzieci tak bardzo nas zainteresuje. Piotrek jest już na Matyldę prawie za duży — bawiła go i przeczytał ją kilka razy, choć pewnie sprawiłaby mu dużo więcej radości, gdyby spotkał się z sympatyczną krową dwa lata wcześniej. Wtedy pewnie musiałabym popędzić do księgarni po kolejne części lub miałabym pewniaka na prezent pod choinkę. Chyba najwyższy czas o nich pomyśleć, skoro już i tak jestem skazana na kolędy.

Alexander Steffensmeier, Krowa Matylda i śnieg, tł. Emilia Kledzik, Media Rodzina 2017

Na bursztynowym szlaku

Znowu będę marudzić… Wszystko przez książkę, która zauroczyła mnie swoją urodą, starannością wydania, bogactwem i odmiennością ilustracji. Piękna szata graficzna i doskonała autorka Grażyna Bąkiewicz — czegóż chcieć więcej? Przynieśliśmy książkę z biblioteki, zaczęliśmy czytać, a ja do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, co przeczytałam. Miałam nadzieję na wspólną przygodę z Piotrem na bursztynowym szlaku, a zamiast tego targają mną wątpliwości i przekopuję się przez strony poświęcone historii, by znaleźć odpowiedzi na pytania syna.

Może od początku. „Bursztynowy szlak” Grażyny Bąkiewicz z pięknymi ilustracjami Ewy Beniak-Haremskiej (mnie kojarzą się one z ilustracjami Wiesława Majchrzaka) to jedna z nowych pozycji Wydawnictwa Literatura w serii „A to historia”. Grażyna Bąkiewicz i Beata Ostrowicka przygotowały książki przeznaczone dla młodszych czytelników — wydawnictwo rekomenduje je dla dzieci od piątego roku życia. Znakiem rozpoznawczym nowych pozycji jest wycięte w okładce zwieńczone łukiem okienko.

Bursztynowy szlak

Książki Grażyny Bąkiewicz biorę z półki właściwie w ciemno. Bardzo lubimy jej półkomiksową serię o polskich władcach wydawaną przez Naszą Księgarnię, powieść o Bezprymie wywarła ogromne wrażenie zarówno na mnie, jak i na Tymku. Autorka nauczyła mnie, że jej opowieści są dopracowane, przemyślane i mądre, że pokazują historię żywą, czujących ludzi i konieczność znajdowania odpowiedzi na czasami niełatwe pytania. „Bursztynowy szlak” całkowicie mnie zaskoczył i przyznaję, że kompletnie tej opowieści nie rozumiem.

Historia jest prosta, ładnie napisana i dopasowana do młodszego odbiorcy. Mamy dwóch dziecięcych bohaterów. Lisyniusza, ośmiolatka, którego ojciec, rzymski kupiec, zabiera w niebezpieczną wyprawę po jantar, bogactwo północnego morza. W nadbałtyckiej wiosce po drugiej stronie tej drogi mieszka ośmioletni Farko, syn rybaka. Od początku wiadomo, że chłopcy się spotkają. Niewiele dowiadujemy się o podróży Lisyniusza: była długa, trudna i niebezpieczna. Życie Farko poznajemy trochę lepiej: mieszka z rodzicami w rybackiej wiosce i choruje na morzu, czego nie może zrozumieć nikt z jego otoczenia.  Kiedy kupcy przyjeżdżają do wioski, dochodzi do wymiany towarów: żelazo za skarby bałtyckiej plaży, okruchy pałacu bogini Juraty.

Bursztynowy szlak

Tutaj pojawił się pierwszy zgrzyt. Mamo, a czemu oni wymieniają bursztyn na żelazo? Przecież Pani w muzeum powiedziała… No tak, Piotruś wytrwale kibicował jakiś czas temu rozbijaniu dymarki i uważnie słuchał opowieści o świętokrzyskich metalurgach. Zaczęłam więc szukać, co wymieniali Rzymianie za jantar i ku swojemu zdumieniu żelaza na tej liście nie znalazłam. Pojawiały się na niej tkaniny, ceramika, biżuteria, wyroby z brązu… Jestem jednak w stanie przyjąć żelazo jako pewien symbol bogactwa i rozwoju cywilizacyjnego. Wszyscy nosimy w sobie przekonanie, że żelazo było obiektem pożądania.

Potem pojawił się drugi zgrzyt, znacznie poważniejszy. Otóż ojciec oddaje Rzymianom Farka za garść żelaznych gwoździ, a na dodatek chłopiec dodaje do tej wymiany znaleziony na plaży bursztyn. W tym momencie coś się we mnie zbuntowało. To prawda, rodzice mogli sprzedawać swoje dzieci, ale chyba nigdy nie robiono tego „ot tak” i bez wyższej konieczności. Niewolnictwo i los niewolników był doskonale znany plemionom zamieszkującym tereny dzisiejszej Polski. Naukowcy spierają się, czy Słowianie i ludy zamieszkujące te obszary przed nimi handlowali ludźmi, ale niewolnicy istnieli. Ich los nie był godny pozazdroszczenia i raczej wszyscy mieszkańcy tych terenów byli tego świadomi. Nie wiem, czy jakikolwiek ośmiolatek z czasów przedsłowiańskich mógł marzyć o życiu niewolnika jako sposobie na wyrwanie się z rodzinnej wioski. Pomijam już tutaj zdumienie mojego syna, który nie mógł pojąć, że jakiś rodzić proponuje swoje dziecko za garść gwoździ, ot tak. Rozumiem, inne czasy, inne podejście do dzieci, inny proces dorastania… Można na ten temat długo, ale dla mnie ten wątek jest po prostu w książce niepotrzebny i nie wiem, czemu ma służyć. Podkręceniu akcji?

Nie dowiadujemy się niczego o dalszych losach Farko, jak pisze autorka „to zupełnie inna historia”. Nie mam ochoty na takie wytłumaczenie, bo nie rozumiem, dlaczego sprzedaż dziecka musiała być elementem opowieści o bursztynowym szlaku przeznaczonym dla małych dzieci. Po co? Czy sama opowieść o wędrówce w poszukiwaniu bogactw, o zderzeniu różnych kultur by nie wystarczyła? „Bursztynowy szlak” to prosta historia, zawierająca niewiele informacji, bo przeznaczona dla najmłodszych czytelników, a ten motyw wprowadza w ich głowach niepokój i bałagan. Mamo, to na bursztynowym szlaku handlowano ludźmi? Chyba nie o taki efekt chodziło. A może ktoś odebrał tę książkę inaczej i potrafi pokazać mi sens tej historii?

Grażyna Bąkiewicz, Bursztynowy szlak, il. Ewa Beniak-Haremska, Literatura 2017