Ręcznikowiec

Co robicie, gdy w łazience spada na podłogę ręcznik? Zwykle ląduje z powrotem na wieszaku lub w koszu na pranie, prawda? W pewnym domu jednak historia potoczyła się całkiem inaczej.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Pierwsza zauważyła Ręcznikowca mama — tak czasami z mamami bywa. Zamiast jednak od razu posprzątać, poukładać i powkładać wszystko na miejsce, mama się zachwyciła i podzieliła swoim zachwytem z całą rodziną. Od tej chwili w łazience w domu Aleksa zamieszkał dziwny stworek z ręcznika — tacie i siostrom kojarzył się z pieskiem shar pei, a Aleksowi z przybyszem z kosmosu. Szybko jednak okazało się, że jest czymś znacznie więcej niż tylko dziwnie ułożonym ręcznikiem.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Ręcznikowiec stał się ważny dla wszystkich, a życie rodzinne zaczęło powolutku przenosić się do łazienki. Stworek zmieniał całą rodzinę, potrafił sięgnąć do tego, co chcemy ukryć i o czym nie mamy ochoty mówić, wydobywał z ludzi czułość i życzliwość. Jego wpływ (dobry) nie ograniczał się tylko do rodziny Aleksa, a obejmował nawet znajomych lub mniej czy bardziej zaprzyjaźnione dzieci. I wszystko pewnie trwałoby do dzisiaj, gdyby nie pewna pedantyczna ciocia.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

 

Bajkę Joanny M. Chmielewskiej czyta się bardzo przyjemnie. To tajemnicza opowieść, trochę o rodzinie, trochę o przyjaźni, trochę o pożytkach i kłopotach płynących z posiadania sióstr, ale chyba w największym stopniu o wyobraźni i jej sile. Wyobraźnia łączy tutaj całą rodzinę, a „kandydaci na chłopaka” muszą przejść test Ręcznikowca. Ta książka to zachęta do uważnego rozglądania się i dostrzegania cudów w rzeczach codziennych. Piotrek poważnie zastanawiał się, skąd się takie stwory biorą i dlaczego wybierają taką, a nie inną rodzinę. Pytanie chyba nie brzmi „skąd”, tylko „dlaczego jedni je dostrzegają, a inni nie”. Każdy musi odpowiedzieć sobie na nie sam. Chmielewska opowiada historię, ale jej nie tłumaczy i nie wyjaśnia. Prosi tylko, aby się bacznie rozglądać, żeby niczego nie przeoczyć. Ciekawa jestem, czy efekt Ręcznikowca pozostaje, gdy on przenosi się już gdzieś indziej.

Ilustracje Emilii Dziuba ogląda się z ogromną przyjemnością, a sam Ręcznikowiec wg Piotrka wygląda trochę jak Stich z „Lilo i Stich”. No cóż, to by tłumaczyło jego moce.

 

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec, il. Emilia Dziubak, Bajka 2015

Reklamy

Uśmiech dla żabki

Dzisiaj na tapecie książka o mocy intuicji i uśmiechu. Wydało ją Wydawnictwo Ezop, a stworzyli Przemysław Wechterowicz (tekst) i Emila Dziubak (ilustracje). Piotr przeczytał ją już kilka razy, bardzo uważnie oglądając wszystkie obrazki, i najchętniej nie oddawałby jej do biblioteki.

Przemysław Wechterowicz, Uśmiech dla żabki

Historia jest prosta — mała żabka ma gorszy dzień.  Siedzi na liściu i się smuci. Piotruś wyedukowany w zakresie depresji po lekturze „Cholery i innych chorób” (ta książka ciągle jest u nas na szczycie ulubionych) nawet przestraszył się, że żabka ma początki depresji, bo przecież wtedy jest smutno.

Przemysław Wechterowicz, Uśmiech dla żabki

Mama żabki, która w sklepie doradzała klientom, od razu poczuła, że coś dzieje się z jej córką. Nie może pobiec do dziecka, ale może poprosić o pomoc w przekazaniu córce najpiękniejszego matczynego uśmiechu. W sklepie akurat jest pan Bóbr. Oczywiście zgadza się pomóc, bo przecież i tak idzie w stronę jeziora… Tak zaczyna się — szukam słowa — sztafeta czy łańcuszek uśmiechu. Kolejne zwierzęta: Bóbr, Wydra, Dzięcioł, Mały Lis, Pies, Starsza Niedźwiedzica, Kaczka starają się jak najdalej donieść uśmiech mamy.

Przemysław Wechterowicz, Uśmiech dla żabki

Udało się — bo przecież nie mogło być inaczej. Uśmiech mamy pomógł żabce, bo taki uśmiech pomaga zawsze, nawet jeśli do jego przeniesienia potrzeba kilku posłańców. Wypróbowywaliśmy potem z Piotrusiem różne uśmiechy i sprawdzaliśmy, który najlepiej pomaga na smutek. Było przy tym dużo śmiechu, więc trudno nam stwierdzić, który z uśmiechów działa najlepiej.

Historia napisana przez Przemysława Wechterowicza jest prosta, trzylatek bez problemu ją zrozumie i będzie miał dużo radości ze śledzenia wydarzeń, które przeszkadzały zwierzętom donieść uśmiech do małej żabki. Piotrkowi musiałam tłumaczy, co to są korzonki, bo nie mógł zrozumieć, na co uskarża się Starsza Niedźwiedzica. Po zakończeniu pierwszej lektury natychmiast zaczął czytać książkę od początku, i to sam, a to naprawdę niezła rekomendacja. Emilii Dziubak jako ilustratorki nie trzeba nikomu polecać. Jej rośliny i zwierzęta są piękne, namalowane z czułością, przetworzone, a jednocześnie bardzo prawdziwe. Podobają mi się roślinne ornamenty stanowiące oprawę prawie każdej strony. Nad ilustracjami można spędzić naprawdę dużo czasu.

Wiecie, co było najfajniejsze? Po lekturze Piotrek chodził i się do wszystkich uśmiechał.

 

Przemysław Wechterowicz, Uśmiech dla żabki, il. Emilia Dziubak, Ezop 2016 (wyd. II)

 

 

Teatr niewidzialnych dzieci

Książki dla dzieci Marcina Szczygielskiego kupuję w ciemno, z wewnętrznym przekonaniem, że nie może to być kiepska lektura. „Teatr niewidzialnych dzieci” zdobył na dodatek główną nagrodę w konkursie literackim im. Astrid Lindgren — to doskonała rekomendacja. No i ta śliczna okładka Emilii Dziubak.

Teatr niewidzialnych dzieci

Śliczna, a jednocześnie intrygująca i niepokojąca. Tymek dał się złapać na jej lep od razu — natychmiast zajrzał do książki i nie przeraziło go nawet zastrzeżenie, które pojawia się na samym początku:

Tylko od razu zaznaczam, że nie będzie tu żadnych smoków, czarów, magii i innych tym podobnych spraw, więc się nie nastawiajcie, a jeśli lubicie bajki, to sobie darujcie czytanie całkiem, bo to nie jest żadna bajka.

Mój Starszy uznał, że taka okładka zapowiada horror lub soczysty kryminał. Dostał książkę, którą trudno zaszeregować. Książkę niełatwą, bo trzeba naprawdę dobrego pióra, żeby pięknie i mądrze, ale nie ckliwie, pokazać wychowanków domu dziecka, czasy PRL i czasy przełomu, gdy ludzie coraz głośniej zaczęli mówić „nie”. A całą historię napisać w taki sposób, żeby jedenastolatek czytał ją z wypiekami na twarzy i przedłożył nad wszystkie inne lektury ze stosiku, choć kusiły nieziemskimi przygodami i magią właśnie.

Akcja książki Marcina Szczygielskiego toczy się w 1981 r., a jej bohaterem jest dziesięcioletni Michał Szymczyk, wychowanek domu dziecka. To Michał jest narratorem i autorem opowieści, to jego oczami oglądamy PRL-owską szarzyznę i absurdy. Czytałam tę książkę z narastającym zdumieniem, jak dobrze udało się Marcinowi Szczygielskiemu nakreślić czasy mojego dzieciństwa, pokazać wszechobecne kolejki „po wszystko”, spryt ludzi, wartburgi perkoczące na ulicach, załatwianie spraw przy pomocy kilograma schabu, wybrakowane ubrania w sklepach, Pewex i paczki z zagranicy… Peerel w tej książce jest prawdziwy, szary, nudny i ponury. Michał przyjmuje świat, w którym żyje, takim, jakim jest: to uporządkowany, czasami absurdalny świat bidula, w którym trzeba znać swoje miejsce i umieć się odnaleźć, by przetrwać. Świat na zewnątrz rządzi się innymi prawami, coś tam się dzieje, ale kto miałby to wytłumaczyć chłopcu z domu dziecka, którego wychowawcy co chwila się zmieniają?

Marcin Szczygielski bardzo umiejętnie dawkuje napięcie. Pierwsza część książki jest bardziej statyczna i opisowa. Uporządkowane życie bidula wydaje się doskonale pasować do uporządkowanego życia ludzi, toczącego się zgodnie z rytmem: dom, praca, kolejka po coś, co rzucili, dom. Pojawiają się drobne sygnały, dobrze czytelne dla starszego czytelnika: czerwone napisy Solidarność na murach, pobór do ZOMO. Druga część książki, opowiadająca losy Michała po przybyciu do domu „Dębowy Las”, domu dla dzieci po przejściach, jest bardziej dynamiczna. Ten dom jest inny, bardziej przypomina zwykłe domy. Dzieci mają swoje pokoje, a kuchnia jest stale otwarta. Akcja nabiera tempa, gdy do domu trafia Agnieszka o wielu imionach, która postanawia wystawić sztukę. Premiera została wyznaczona na 13 grudnia.

Dlaczego teatr Niewidzialnych Dzieci?

Dlaczego? Jeszcze się pytasz? A kim my jesteśmy, jeśli nie niewidzialnymi dziećmi? My wszyscy, nie tylko stąd, ale z każdego domu dziecka? Och, ludzie się chętnie na nas gapią z bezpiecznej odległości, ale choć się gapią, to i tak nas nie wiedzą! Natomiast gdy podchodzą bliżej, odwracają oczy i już o nas zapominają. Jakby nas nie było! Nie powiesz mi, że nie zauważyłeś.. Tak jest, było i będzie, nie czarujmy się. A skoro tak, to zmusimy ich, żeby nas widzieli! Bo kiedy jesteś w teatrze, to chcesz czy nie chcesz, musisz patrzeć na scenę i na tych, którzy na niej stoją!

Nie chcę streszczać tej książki — zajrzyjcie do niej sami. Dorosła historia splata się tutaj z dziecięcymi losami, historia kraju i historia domu przenikają się i uzupełniają. Powstaje obraz świata, który powinniśmy pamiętać właśnie w szarych barwach, bez koloru i upiększeń, jakie wprowadza nostalgia. To ważna książka nie tylko o historii, ale o próbie zrozumienia i szukaniu miejsca, o potrzebie rozmowy i magii teatru. Jest w tej powieści miejsce na uśmiech i groteskę, na satyrę i przymrużenie oka. Tymek bardzo mnie zachęcał do lektury, choć jednocześnie powiedział, że to bardzo smutna książka, mimo iż kończy się „chyba dobrze”. Może więc zacytuję Joannę Olech: Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest furtka i ścieżka — ku lepszemu.

A na zakończenie obejrzyjcie zapowiedź książki, bardzo ciekawą i dużo bardziej nostalgiczną niż sama powieść.

 

Marcin Szczygielski, Teatr niewidzialnych dzieci, Instytut Wydawniczy Latarnik 2016

Eryk i bardzo niezwykła Babcia

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o pięknej i niezwykłej książce. Takiej, która sprawia, że łzy pojawiają się w oczach i ściska w dołku, potem na twarzy pojawia się uśmiech, a po przekręceniu ostatniej strony człowiek siedzi w milczeniu i pielęgnuje to, co narodziło się w nim podczas lektury. Brzmi patetyczne, wiem, ale to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam z chłopakami. 

Niezłe ziółko

Niezłe ziółko” Barbary Kosmowskiej to książka, którą trudno zaszufladkować. Można ją odczytywać na różne sposoby. Dla Tymka była to opowieść o Babci — takiej cudownej, mądrej, wymarzonej, wytęsknionej, przy której prawie każda rzeczywista Babcia wypada blado — i o odchodzeniu, żegnaniu się z bliskimi. Piotruś bardziej zwrócił uwagę na zmiany, które zachodzą w Eryku, bohaterze książki — Eryk nauczył się odwagi, mamo. Oj tak, a Babcia mu w tym bardzo pomogła.

Eryk to zwykły ośmiolatek. Wątły i niski okularnik bez specjalnych zdolności. Taki przeciętniak, na którego mało kto zwraca uwagę, a jeśli już, to raczej po to, by dać mu kuksańca. Chłopiec jest bardzo samotny: ma oczywiście mamę i tatę oraz świnkę Balbinę, ale izoluje się od klasy, unika kolegów. Jest nieśmiały, boi się żartów i kpin. Pewnego dnia Eryk dowiaduje się, że w jego domu zamieszka Babcia Malutka, ukochana Babcia, znawczyni ziół, podróżniczka, gawędziarka, cudowna osoba z niesamowitą umiejętnością słuchania, przy której wszystkim (nawet Balbinie) rozwiązują się języki.

Niezłe ziółko

Babcia Malutka jest chora, musi leżeć, ale poświęca swojemu wnukowi masę uwagi. Słucha, doradza, zauważa problemy. Naprawdę można jej pozazdrościć umiejętności wskazywania drogi, motywowania, zarażania pasją. Przygotowuje także Eryka na rozstanie i daje mu siłę, by potrafił żyć sam, odwagę, by umiał podjąć wyzwania. Uczy go wytrwałości i tego, że mistrzostwo nie bierze się z powietrza, ale wymaga ćwiczeń i czasami samozaparcia. 

Barbara Kosmowska w swojej opowieści przeprowadza dziecko przez smutek i żal po rozstaniu, ale uczy także, że wspomnienia i wspólne pasje mogą koić rozpacz. Eryk ma ogromną wyobraźnię, która pomaga mu uporać się z pustką. Autorka pokazuje, że siłę można czerpać ze wspomnień, gdy zabraknie już dorosłego, który dawał wsparcie. Mamo, nie chcę, żeby ona umarła — szepnął mój Starszy — czemu książki muszą kończyć się źle? Ta książka nie kończy się źle, mimo iż Babcia Malutka umiera. Nie ma tutaj wielkiej rozpaczy i wielkiego krzyku. Jest zwykły smutek i ból, ale także rozpoznanie, że siła drzemie w nas samych. I że warto korzystać z wiedzy i doświadczeń, które przekazali nam inni.

Książka jest cudownie zilustrowana przez Emilię Dziubak. Jej ilustracje wydają się pełne światła, są jak przesiąknięte blaskiem. Nawet gdy są ciemne, promieniują i bije z nich ogromna miłość do wnuczka i wielkie ciepło. Cudowne są na tych ilustracjach ziółka, aż chciałoby się wskoczyć na obrazek (chłopcy się posprzeczali, który ładniejszy: jeden wolałby na łąkę, drugi do domku  na drzewie). Zajrzyjcie do „Ładnego ziółka” — ta książka daje dzieciom siłę, nawet jeśli w ich oczach na chwilę pojawią się łzy.

 

Barbara Kosmowska, Ładne ziółko, il. Emilia Dziubak, Wydawnictwo Literatura 2016