Lato z rabusiami

„Lato z rabusiami” Siri Kolu… Nie mogę przestać myśleć o tej książce. Starszy połknął, powiedział, że jest całkiem fajna i trochę dziwna. No jest. Nie jestem jednak pewna, czy dziwne były dla nas te same momenty. To zaskakująca lektura dla dorosłego, trochę niepokojąca, drażniąca, stawiająca pytania i pozostawiająca bez odpowiedzi. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się takiej zagwozdki, gdy zaczynałam ją czytać. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak autorka rozwinęła tę historię — po fińsku wyszło już sześć części przygód Rabusińskich.

Siri Kolu, Lato z rabusiami

To może od początku. „Lato z rabusiami” Siri Kolu (Wydawnictwo Tatarak) to, wydawałoby się, typowa powieść na wakacje. Bohaterką jest dziesięcioletnia Vilja, młodsza córka zamożnych rodziców, trochę nudnawa i nijaka, która pewnego dnia w drodze do babci, u której ma spędzić wakacje, zostaje porwana przez najdziwniejszą na świecie rodzinę Rabusińskich. Rabusińscy muszą rabować, nazwisko zobowiązuje.

W tym miejscu zaczyna się niesamowita przygoda Vilji, której znany i uporządkowany, dostatni i nudny świat nagle się zmienia. Okazuje się, że można jechać przed siebie bez celu, jeść rękami, spać w namiocie, myć się w zimnym jeziorze, rzucać nożem do tarczy — i świetnie się przy tym bawić. Trochę jak w „Podróży za jeden uśmiech” Adama Bahdaja, Vilja zostaje wrzucona w środowisko, którego początkowo nie rozumie. Odnajduje się w nim jednak dużo szybciej niż Duduś. Dla dziewczynki było to lato przełomowe. Jak mówi sama bohaterka na końcu książki:

„Już nigdy nie będę tą dziewczynką, która czeka wyłącznie na najbliższe próby chóru albo lekcje skrzypiec.”

Vilja poznaje świat, w którym pieniądze nie mają żadnego znaczenia. Świat, w którym żyje się z dnia na dzień, nie gromadzi się rzeczy i używa się ich w nietypowy sposób. Dziewczynka poznaje siebie. Odkrywa, że jest pomysłowa, rozsądna i opanowana, silna, ma własne zdanie i uparcie dąży do celu. Wakacje z Rabusińskimi pozwalają jej w pewien sposób dorosnąć i zrozumieć siebie. Przeżywa z niesamowitą rodziną mnóstwo przygód, wchodzi w zbójeckie społeczeństwo i zdobywa wiedzę niedostępną zwykłym dzieciom. Piraci drogowi zdarzają się częściej niż przypuszczacie, przynajmniej w Finlandii.

Dla Rabusińskich spotkanie z dziewczynką było równie ważne. Vilja wprowadziła w ich życie nowe spojrzenie, wybiła z rutyny, pozwoliła na nowo spojrzeć na rabusiostwo, a potem zaczęła powoli socjalizować.

To pierwsza warstwa. Zabawna, dobrze skonstruowana, przewrotna, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Letnia i radosna historia o dziewczynce, która spędziła najdziwniejsze i najwspanialsze wakacje swojego życia, włócząc się po kraju z najbardziej romantycznymi zbójcami na świecie.

Męczy mnie jednak tło tej historii. Przy dorosłej lekturze „Lato z rabusiami” pokazuje obraz społeczeństwa, na który nie mamy ochoty spoglądać. To może po kolei.

  1. Gdzie podziali się rodzice Vilji? Dlaczego tak słabo jej szukali? Przyjmuję koncept rodziny, która znika, ale w tej książce Vilja właściwie „przeniosła się” do innej rodziny. To tutaj czuła się potrzebna, to do Rabusińskich chciała wracać. Przerażał mnie jej brak emocjonalnych związków z prawdziwymi rodzicami. Budziło to mój bunt. Siri Kolu udało się stworzyć smutny obraz współczesnej rodziny: oschłej, niezaangażowanej emocjonalnie, bez poczucia więzi. Telefon, internet, hobby budzą więcej emocji niż dziecko, które lgnie tam, gdzie czuje się potrzebne i rozumiane. Cała narracja jest prowadzona z perspektywy Vilji, ale rodziców mi w tej książce brakowało (choć przyznaję, trochę ratuje sytuacje tato, który nagle pojawia się w okolicy). Spojrzenie dziesięciolatki na rodziców jest tutaj bardzo okrutne — naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną jest tak samo i jak postrzegają mnie moje dzieci.
  2. Rodzina Rabusińskich — anarchia w czystej postaci i — żeby było jasne — nie przeszkadza mi to. Żyją poza strukturami społecznymi, nie próbują się dopasować, choć ich brak dopasowania jest tak przejaskrawiony, że aż budzi niedowierzanie. Napadanie na innych nie jest fajne, choć przy pobieżnej lekturze takie może się wdawać. Rabusińscy nigdy nie zabierają za dużo, nie interesują ich pieniądze, biorą tylko to, co akurat jest im potrzebne. Bardzo to romantyczne i szalone. Nie zmienia to jednak faktu, że okradają innych. Nikt nie chce być okradany. Wraz z poznawaniem historii rodziny pojawiły się kolejne wątpliwości. Dla mnie opowieść o losach Dzikiego Kaarlo, jego żony i dzieci to historia choroby i uzależnienia, historia poświęcenia w imię ratowania męża i rodziny. Może przesadzam, ale tylko trochę. Kaarlo pracował w fabryce samochodów i bardzo kochał swoją pracę. Pewnego dnia okazało się, że zakłady zostaną przeniesione do jakiegoś innego kraju, bo tam jest taniej. Znacie takie przypadki? Kaarlo nie chciał pracować nigdzie indziej, więc po prostu pewnego dnia zabrał żonę i dzieci i zaczął prowadzić życie rozbójnika, goniąc za marzeniami. Rabusińscy nie starają się nikogo krzywdzić, nie są krwiożerczym bandytami, ale także nie rozumieją/nie pamiętają zasad obowiązujących w społeczeństwie, a na pieniądze mówią „mysie pierdy” i nie potrafią ich używać. Cała rodzina roztacza parasol ochronny nad Kaarlo, bo nie chcą, żeby był smutny.
  3. Vilja – dziesięciolatka, która nagle staje się odpowiedzialna za wszystkich. Przygoda dziewczynki jest fantastyczna, ale jej poczucie odpowiedzialności, przejęcie kontroli… Czy naprawdę dzieci muszą zbawiać świat i innych? Czy Vilja powinna przejąć odpowiedzialność za los rodziny? Za dorosłych?

Im dłużej czytałam „Lato z rabusiami”, tym mniej wydawała się mi humorystyczna. Z tła wyłaniał się smutny i beznadziejny obraz społeczeństwa, w którym tak wiele się zmienia, że dorośli nie potrafią się odnaleźć i ukrywają za marzeniami albo technologią, a dzieci są przekonane, że nie są ważne i nic dla rodziców nie znaczą. Mają jednak instynkt i potrafią nakierować dorosłych na właściwy tor. Pozostaje pytanie o cenę, jaką za to zapłacą.

„Wakacje z rabusiami” to naprawdę ciekawa i dobrze napisana książka o przygodzie, na którą miałoby ochotę wiele dzieci. Fajnie jest jechać bez celu, kąpać się w jeziorze, budować bazy w krzakach, huśtać się na hamaku i krzyczeć radośnie z głębi serca. Dzieciom nie potrzebne są wcale „drogie” wakacje, wyjazdy na koniec świata i baseny z podgrzewaną wodą. Wystarczy trochę wody, parę patyków i obecność kogoś, dla kogo jest się ważnym. Przeczytajcie koniecznie „Lato z rabusiami”, a potem zafundujcie dzieciakom szalone wakacje (może bez napadania na innych). I dajcie znać, czy książka także w was zasiała niepokój.

Siri Kolu, Lato z rabusiami, il. Tuuli Juusela, tł. Iwona Kiuru, Tatarak 2018

My i nasza historia

Wakacje to dobry moment na czytanie różnych książek, nie tylko lekkich i przyjemnych. Dobrze się dyskutuje i rozmyśla na kocu pod drzewem — szczególnie, gdy przeczytana książka fascynuje, a „My i nasza historia” Yvana Pommaux i Christophe’a Ylla-Somersa (Wydawnictwo Tatarak) wciąga czytelnika od pierwszych stron. To znakomita lektura do wspólnego czytania i oglądania dla całej rodziny — krótkiemu, zwięzłemu tekstowi towarzyszą piękne, intrygujące ilustracje, które można bardzo długo przeglądać. 

My i nasza historia

„My i nasza historia” trochę przypomina „Rzekę czasu” Petera Goesa — również prowadzi przez historię ludzkości od samego początku, gdy gdzieś kiedyś w pomroce dziejów powstało stworzenie chodzące na dwóch nogach.

My i nasza historia

Opowieść płynie, ale nie znajdziecie w niej słynnych i dobrze znanych nazwisk. Przez całą opowieść nie pada żadne imię, bo bohaterem tej książki są po prostu ludzie — zwykli i prości, bogaci i biedni, wymyślający wynalazki i handlujący z różnymi krajami, awanturnicy i domatorzy.

My i nasza historia

Autorzy prowadzą nas przez różne kraje i kontynenty, by pokazać to, co nas łączy i jak doszło do tego, że staliśmy się tak różni. To fascynująca podróż. Yvan Pommaux i Christophe Ylla-Somers podkreślają wspólne ludzkie idee i fascynacje: tak wcześnie zaczęliśmy tworzyć sztukę, tak wielu myślicieli z różnych stron świata głosiło podobne idee. Pokazują także, dlaczego różne kraje i kultury rozwijały się inaczej — trudniej stworzyć wyrafinowaną cywilizację tam, gdzie przeżycie każdego dnia stanowi wyzwanie.

My i nasza historia

Książka nie skupia się tylko na Europie — to jej wielka wartość. Mali i Wyspa Wielkanocna są w tej książce równie ważne, co Celtowie, Chiny i Grecy. Ważny nie jest ślad, jaki poszczególne kultury wycisnęły na historii ludzkości, ale sam fakt, że wszyscy należymy do wielkiej ludzkiej rodziny, która gnana ciekawością i poszukiwaniem dobrego miejsca do życia zaludniła cały świat. Rozwijaliśmy się w różny sposób, ale ciągle łączy nas marzenie o dobrym życiu i chęć znalezienia bezpiecznego miejsca na Ziemi.

My i nasza historia

Dopiero na samym końcu książki znajdujemy krótkie zestawienie słynnych postaci — osób, które tworzyły naszą historię, a nie tylko jej ulegały. Są tam ludzie z różnych kultur i kontynentów, kobiety i mężczyźni, władcy i artyści, naukowcy i myśliciele. Część nazwisk nie była mi znana i uświadomiła, jak mało wiemy o innych i ich historii. Nie wiemy, ale możemy się dowiedzieć, bo ta książka niesamowicie rozbudza ciekawość i zachęca do zadawania pytań, także tych trudnych. 

My i nasza historia

Minusy? Właściwie nie ma — mogłabym się przyczepić jedynie do okładki, która nie zapowiada aż tak ciekawej lektury. Chłopcy zastanawiali się, czy to historia strojów lub obyczajów, ale po przejrzeniu kilku stron całkowicie wsiąkli w tę książkę. A na koniec cytat:

Wszyscy wywodzimy się od homo sapiens, mamy tych samych przodków, którzy wyruszyli z Afryki sto pięćdziesiąt tysięcy lat temu i rozproszyli się po wszystkich kontynentach. Należymy do jednego gatunku, jesteśmy tacy sami mimo różnic kulturowych i etnicznych. Często koncentrujemy się właśnie na tych różnicach. Dlaczego tak się dzieje? Nikt nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Spróbujmy jednak zastanowić się, czy w pewnych okolicznościach i pod pewnymi warunkami nie moglibyśmy być po prostu ludźmi.

Miłego zastanawiania się pod lipą!

 

Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers, My i nasza historia, Wydawnictwo Tatarak 2017 

Sto pociech z Klarą

Klarę i jej braciszka poznaliśmy już jakiś czas temu i pokochaliśmy od razu, o czym pisałam tutaj. Ponieważ książkę „Ja i moja siostra Klara” znamy prawie na pamięć, Piotruś co jakiś czas wspominał, że chciałby poznać inne przygody rodzeństwa. W ten sposób trafiło do nas „Sto pociech z Klarą”, a Piotruś aż pojaśniał z radości.Narratorem ciągle jest braciszek. I znowu wyobraźnia i inwencja Klary zderza się ze spokojem i racjonalnym myśleniem jej brata. Klara chodzi do pierwszej klasy, tak jak Piotruś, a jej braciszek ma sześć lat, też tak jak Piotruś. Mój synek trochę kręcił nosem, bo nie do końca wiedział, kto jest taki jak on. W końcu zadowoliło go wyjaśnienie, że może mieć coś wspólnego i z siostrą, i z bratem.

Sto pociech z Klarą

Przygody Klary i jej brata wydały nam się mniej szalone (napisałam te słowa, a potem przypomniałam sobie opowieść o dziecku Klary i zaczęłam się zastanawiać, czy aby piszę prawdę). Może tak: te przygody nadal są szalone, ale my je postrzegamy już trochę inaczej, bo po lekturze pierwszej części wiemy, że rodzeństwo stać na wiele. 

Historia mogłaby być bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki (przed nami jeszcze lektura zbioru „Ja, Klara i zwierzaki”). Wszystko jest jak w życiu: rodzeństwo czasami się kłóci (rewelacyjna opowieść o przezwiskach i o tym, że zawsze trzeba być kwita, więc nie można pominąć przezwiska milczeniem), czasem sobie pomaga, a czasem wspólnie działa — na przykład wspólnie się modli, aby Pan Bóg zesłał Klarze dziecko:

Kochany Panie Boże, wyślij nam dzidziusia dla Klary. Ale takiego prawdziwego, bo Klara ma dość bawienia się lalkami. Zobaczysz, jacy będziemy wtedy grzeczni! Nie będziemy malować naszego jamnika Wąchacza, nie będziemy podjadać tortu dla gości No więc wyślij nam dzidziusia możliwie szybko. Bądź tak miły i pospiesz się, bo czekamy….

Sto pociech z Klarą

Piotruś z zachwytem zauważył, że braciszek i Klara obiecują nie popełniać psot znanych nam z wcześniejszej książki. To dzieci tego typu, co Emil ze Smalandii: nigdy nie łobuzują dwa razy w ten sam sposób, zawsze potrafią wymyślić coś nowego. W tej książce dzieciaki są odrobinę bardziej poważne, więcej się tutaj mówi o miłości i o marzeniach, więcej jest planów na przyszłość i prób uszczęśliwiania innych.

To świetna książka do wspólnego rodzinnego czytania. Chyba nie ma dziecka, które nie chciałoby posłuchać, jak inne dziecko wyrywa sobie ząb, jakie pożytki mogą płynąć z opanowania trudnej sztuki czytania i co można podarować bratu na urodziny. Rodzeństwo jest sympatyczne, zaradne i samowystarczalne. Na dodatek dzieci są bardzo samodzielne, co może być mobilizujące i dla dziecka, i dla rodzica — w końcu to my musimy dzieciom na tę samodzielność pozwolić i stworzyć na nią przestrzeń. 

Dimiter Inkiow, Sto pociech z Klarą, Tatarak 2012

Książki zbójeckie

Za każdym razem nie wiem, co mnie kusi, żeby im to czytać. Potem żałuję, ale jest już za późno. Efektów nie da się odwrócić, moje dzieci wchłonęły w siebie truciznę i szaleją po domu, a ja – po raz tysięczny – obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie będę im takich książek czytać. Od tej pory tylko książki dydaktyczne, nowelki, Orzeszkowa i Prus. Może lepiej bez „Antka”, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy. Skupimy się na bajeczkach z morałem i koniec! Po jakimś czasie zapominam, co sobie obiecałam.

Pierwszą książką, która wywarła taki wpływ na mojego Starszego, jeszcze wtedy jedynaka, były przygody Emila ze Smalandii. Po lekturze pewnego znamiennego fragmentu znalazłam dziecko przy kuchennej szafce, gdzie przymierzało wazę na zupę. Tak, tak, musiał sprawdzić, czy da się do wazy włożyć głowę. Nasza – na szczęście – była za mała. Od tamtej pory co jakiś czas pojawia się lektura, która działa tak mocno, że po prostu trzeba sprawdzić, czy da się to zrobić. I sprawdzają, z większym lub mniejszym natężeniem.

Może do rzeczy. Czytamy z Piotrusiem „Ja i moja siostra Klara” Dimitera Inkiowa (wydawnictwo Tatarak). Znacie?

Ja i moja siostra Klara

Szczerze mówiąc, to teraz Piotruś jej słucha, bo nie miałam siły na lekturę po raz sto trzydziesty któryś. Książka trafiła doskonale w gusta mojego młodszego syna, a starszy posłuchał jej i uznał, że to dla młodszych dzieci, co nie przeszkodziło mu testować pewnych zachowań na braciszku – ach, jakby było miło, gdyby Piotrek chciał płacić za przywilej noszenia Tymkowego plecaka.

Bohaterami tej książki jest dwójka rodzeństwa: chłopiec (narrator, czyli ja) i jego siostra Klara, trochę starsza, taka wczesna podstawówka. A to, co bohaterowie robią, u każdego rodzica powoduje przyrost siwych włosów, a u każdego dziecka wywołuje radosne błyski w oku (słucham i pluję sobie w brodę: ja naprawdę pozwoliłam im tego słuchać?). Hmm, testowanie, czy tort na cześć gości nie jest zatruty? Świetna zabawa! Walka ze złodziejem przez wieszanie wiadra wody nad drzwiami? Superpomysł – moje spytały, czy nie wybieram się przypadkiem do teatru! Przefarbowanie jamnika (na szczęście nie mamy) – ekstra! Nauka pływania w wannie? Smarowanie niemowlaka kremem przeciwzmarszczkowym? – da się zrobić! Chłopcy co chwila wybuchają śmiechem (Tymek też, choć oczywiście jest już „za stary” na takie lektury), a przesympatyczni i zwariowani bohaterowie książki rozrabiają dalej. Rozrabiają cudownie, w najlepszym stylu książkowych rozrabiaków i na dodatek tak bardzo prawdopodobnie – jako rodzic jestem w stanie wyobrazić sobie prawie każdą taką sytuację w rzeczywistości. To cudowna książka na smutek i chandrę – nie da się przy niej nie śmiać. Nie da się także nie lubić Klary i jej braciszka – tylko pamiętajcie, żeby ich nie mylić, to bardzo ważne.

Lektura obowiązkowa – tylko później trzeba przez jakiś czas uważnie obserwować, czy i jak zakiełkowały pomysły. Bo to, że zakiełkują jest więcej niż prawdopodobne. Teraz nie pozostaje mi nic więcej, jak znaleźć kolejne części – Piotrek już na nie czeka.

Dimiter Inkiow, Ja i moja siostra Klara, Tatarak 2008

A gdyby tak mieć 999 dzieci?

Niedawno znajomy zarzucił mi, że czytam z Piotrusiem nieodpowiednie książki: za dorosłe, za poważne, a w ogóle to on nic z tego nie rozumie, a ja się nad nim znęcam. Potwór, nie matka. Wysłuchałam grzecznie, ale mam wrażenie, że mój synek rozumie całkiem dużo, a książki testujemy i odrzucamy, gdy okazuje się, że Piotruś nie potrafi się na nich skupić lub kompletnie go nie interesują. Dużo potem rozmawiamy – nie sądzę, by moje dziecko domagało się ponownych lektur „Lwa, czarownicy i starej szafy” tylko dlatego, żeby w końcu zrozumieć, o co tam chodzi 🙂

Dzisiaj będzie jednak o prostej książeczce, która ogromnie Piotrusiowi przypadła do gustu i nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

999 kijanek

Wyobrażaliście sobie kiedyś, jak to jest, gdy ma się naprawdę dużo dzieci? Nie czworo, pięcioro czy sześcioro, ale 999? Właśnie tylu żabek dorobiła się pewna miła żabia para zamieszkująca mały staw. Trudno się dziwić, że w stawie zrobiło się ciasno, a rodzice postanowili poszukać innego mieszkania. Bezpieczne przeprowadzenie z jednego miejsca do drugiego takiej gromadki dzieci, które na dodatek nie mają ochoty być posłuszne, to prawdziwe wyzwanie.

Historia oczywiście kończy się dobrze, a Piotrusiowi podobała się bardzo – oglądał, liczył kijanki, zastanawiał się, jakie jeszcze niebezpieczeństwa mogły im grozić, projektował domy dla żabich rodzin, dumał, czy ludzie też mogliby mieć tyle dzieci. Popróbujcie wytłumaczyć pięciolatkowi, że ludzie nie mogą mieć tyle dzieci, co żaby – ja poniosłam sromotną klęskę, bo Piotruś uznał, że przecież „na pewno jakoś by się dało”. Bardzo podobały mu się ilustracje: proste i czytelne, skłaniające wręcz do naśladowania – Piotrek zamalował żabkami całe stosy kartek. Tekst jest krótki i zabawny – bardzo fajna lektura dla młodszych dzieci.

Cooo?

Tak naprawdę to będzie wpis o radości z odkrycia dobrze zaopatrzonej biblioteki 🙂 Zapisaliśmy się z Tymkiem do kolejnej i okazało się, że są w niej chyba wszystkie pozycje, jakie chciałam mu przeczytać (i które namiętnie przeglądam w księgarniach). Wyszliśmy obładowani i pobiegliśmy do domu. I pewnie ja byłam bardziej podekscytowana niż mój synek. A lista tego, co jeszcze chcemy wypożyczyć, jest naprawdę długa. Niech żyją Panie Bibliotekarki, które dbają, by na półkach było coś więcej niż disnejowskie wersje klasyki!

Na początek będzie o przezabawnej i wspaniale ilustrowanej książeczce wydanej przez wydawnictwo Tatarak. Książce o wnuczku i o babci, która zrobi dla niego wszystko.

 

To historia pewnego Patryka i jego babci, autorstwa Kate Lum, z ilustracjami Adriana Johnsona. Tekstu nie jest wiele, za to dużo barwnych i wyrazistych ilustracji. Babcia wygląda jak powinna wyglądać babcia: jest dość duża, nosi kamizelkę, torebeczkę i butki na obcasikach, a na głowie ma loki (stawiam na trwałą). Patryk odwiedza babcię i ma zostać u niej na noc. Tylko że wieczorem okazuje się, że Patryk nie ma łóżka. Cóż więc robi prawdziwa babcia? Oczywiście bierze siekierę i pędzi po drzewo do najbliższego lasu. A potem robi łóżko, dla babci to przecież pestka. Tymek zafascynowany oglądał obrazek, na którym przedstawiono babcię goniącą do lasu z siekierą w jednej i torebeczką w drugiej ręce. I dokładnie śledził, co też babcia robiła, by zbudować łóżko. Nie myślcie sobie, że to był jedyny problem. Później okazało się, że Patryk nie ma także poduszki, kocyka i misia. Dzielna babcia poradziła sobie ze wszystkimi przeszkodami, no może z wyjątkiem jednej 🙂

Naprawdę zabawna i dobrze napisana książka. I jest o czym porozmawiać – Tymek natychmiast zauważył, że Patryk tak naprawdę wcale nie chce spać. Nie był jednak pewny, czy jego babcia także potrafiłaby zrobić łóżko. Historia bardzo mu się podobała. Słuchał i śmiał się na głos. Co chwila powtarzał: to chyba nie możliwe, przecież miała za mało czasu… Ech, można pomarzyć o babci idealnej.

 

Wilczek

Mamo, a o Wilczku już napisałaś — spytał mój syn, gdy dowiedział się, że piszę bloga o książkach dla dzieci. Przecież Wilczek jest fajny… A potem zaczął wymieniać inne książki, o których powinnam napisać. Chyba masz kropkę, stwierdził w końcu. Przez chwilę patrzyłam na niego zdumiona, a potem przypomniałam sobie rozmowę Tymka podczas budowania zamku z klocków: „Tato, jak zbudujemy dach? No nie wiem, synku, jestem w kropce”.
No więc mam kropkę, a właściwie nie mam, bo muszę przecież napisać o Wilczku.

 

Wilczek (Tatarak, 2007) to bohater książki Gerdy Wagener wspaniale zilustrowanej przez Józefa Wilkonia. Ilustracje są tutaj bardzo ważne, stanowią doskonałe dopełnienie tekstu. Na początku zresztą Tymka zaciekawiły głównie ilustracje. Nie chciał słuchać opowieści o Wilczku, chciał tę książkę oglądać.Wilczek jest inny niż reszta rodzeństwa: lubi szczaw, bawi się z zającami, a do wody wchodzi nie po to, by łapać pstrągi, ale po to, by robić tęczę. Nikt się go nie boi, nawet Mysz. Mysz postanawia Wilczkowi pomóc i przynosi mu podarunki od swoich przyjaciół, dzięki którym Wilczek ma być straszny i groźny: pasiaste futro od tygrysa, kolce od jeża, kły od lwa. Ha, ha, zaśmiewał się Tymek, przecież on wcale nie wygląda groźnie. A potem nagle spoważniał i stwierdził: mamo, to przecież znaczy, że ta Mysz nie bała się ani lwa, ani tygrysa, no nie? Mądre mam dziecko :-)„Wilczek” to opowieść o różnicach i o akceptacji. Mądra bajka, a o ilustracjach można by mówić i mówić. Są pełne magii, wiele rzeczy jest tylko zasugerowanych plamą lub kreską. Naprawdę świetne. Chyba lepsze niż tekst, który przy pierwszym czytaniu wydał mi się trochę niedokończony. Teraz, po wielu lekturach, wydaje mi się kompletny i „taki, jaki trzeba”, ale ogromnym atutem tej książki są ilustracje. Sądzę, że bez nich albo z innymi obrazkami „Wilczek” mógłby wydawać się jedną z wielu książek o odmienności, wcale nie aż tak wyjątkową.

A na marginesie: uwielbiam słowotwórstwo mojego synka. I nie mogę wyjść ze zdumienia, jak twórczo i wspaniale przetwarza frazeologizmy i jak śmiele sobie poczyna z gramatyką. Zdanie „mamo, no wechodź już do tego sezama” (bawiliśmy się w grotołazów) weszło chyba do rodzinnego słownika. Tak samo jak zwrot „iść łeb za łeb”. A na dodatek Tymek zaczyna prowadzić rozważania językowe: mamo, lama to zawsze pani, prawda. Dlaczego? Bo zobacz, ta mama i ta lama, a wielbłąd to zawsze pan, prawda? I jest tak dumy ze swoich odkryć, że trudno mu wyjaśnić, że może być inaczej. Aż żałuję, że tak dużo mi umyka i tak wiele zapominam.