Bałagany i plamy

Pamiętacie moje zachwyty nad „Co się stało? Małe wypadki” Karoliny i Hansa Lijklemów? Książka cały czas nam się podoba, a teraz dołączyły do niej dwie kolejne: „Co się stało? Wielkie plamy” i „Co się stało? Straszny bałagan”, obie wydane przez Widnokrąg.Co się stało? Straszny bałagan

Co się stało? Wielkie plamy
W obu autorzy wykorzystują ten sam pomysł, co poprzednio, zestawiając zabawny rysunek (na miarę dziecięco-domowych katastrof) z dowcipnym komentarzem-pytaniem będącym czymś w rodzaju skróconej do maksimum opowieści o domowych (dziecięcych i nie tylko) przygodach. Wyobraźnia zaczyna pracować tak samo mocno, jak przy pierwszej części, choć w przypadku dwóch nowych książek nie było już efektu zaskoczenia. Takiego WOW!, jakie fajne, jakie inne, które wyrwało się matce i synowi przy okazji pierwszej części. Oboje z Piotrkiem doskonale wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać, ale odkrywanie katalogu zabawnych scenek zawartych na kartach książki było przyjemnością i wywoływało wybuchy śmiechu mojego syna, który zestawiał swoje doświadczenia i przeżycia z rysunkową historyjką.

Co się stało? Wielkie plamy

Co się stało? Straszny bałagan

Mam wrażenie, że w dwóch nowych częściach podpowiedzi, co się mogło stać, są trochę bardziej oczywiste niż w pierwszej, ale może być tak, że autorzy książek trafili po prostu w moje rodzinne doświadczenia — sami przyznają, że czerpią z codzienności. Zbite wazony i połamane linijki są codziennością, gdy ma się dwóch synów, a mogą być zaskoczeniem dla kogoś innego. Każde z pytań skłania jednak do zastanowienia się, co się stało i jak do tego doszło. I że czasami przyczyna bywa nieoczywista, a nasze zachowanie może mieć zaskakujące konsekwencje. A jeśli do tego dochodzi refleksja, że może dałoby się inaczej… Czasami Piotr wpadał na alternatywne rozwiązanie, a czasami lektura prowadziła  do niezbyt pedagogicznych odkryć — widzisz mamo, inni też grają w domu w piłkę, a ty się złościsz! Hmmm…

Co się stało? Straszny bałagan

Co się stało? Wielkie plamy

Piotrek miał tylko jedno, maleńkie zastrzeżenie. Dlaczego te wszystkie psoty zawsze robią dzieci, tatusiowie, dziadkowie lub wujkowie? Przecież mamy też psocą! I to niesprawiedliwe, że ich tutaj nie ma, bo przecież, pamiętasz, jak spaliłaś patelnię i zrobiło się strasznie dużo dymu? Albo jak spadła Ci taca na podłogę? (Tiaa, ciekawe, co jeszcze mi wypomni)Sprawiedliwość społeczna musi być! Dlatego mam ogromną prośbę do autorów o uwzględnienie w następnych książkach mam, babć i cioć. Nich też coś mają z życia.

U nas powstaje właśnie prywatna kronika Strasznych wypadków. A co! Nie zamierzamy jej publikować, więc mam nadzieję, że autorzy nie pozwą nas o plagiat 🙂

 

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Wielkie plamy, Widnokrąg 2018

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Straszny bałagan, Widnokrąg 2018

Reklamy

Zapachniało wakacjami…

Tak, tak, zapachniało wakacjami mimo listopada, paskudnej mżawki i wiatru, który szarpie gałęziami. U Dziadków spadły z drzew ostatnie liście, a zachwycone dzieci odkryły, gdzie zimuje jeż i podziwiały zwinną wiewiórkę, doskonale widoczną wśród nagich gałęzi. A ja położyłam przy łóżku książkę i zaglądam do niej co chwila, szukając słońca, łagodnego szumu wody i zapachu kwiatów. Nie spodziewałam się, że aż tak mną zawładnie, gdy brałam ją w bibliotece z półki dla dzieci.

Do góry brzuchem

„Brzuchem do góry” Urszuli Palusińskiej (Dwie Siostry 2017) przykuwa wzrok od razu. Jej okładka sprawia, że ma się ochotę potrząsnąć głową — coś jest nie tak. Nie chodzi nawet o ciekawie zakomponowany tytuł. Zaskoczyła nas przede wszystkim perspektywa — rzadko (chyba zbyt rzadko) zdarza nam się oglądać świat od dołu. Cała książka Urszuli Palusińskiej jest właśnie taka, jak okładka — pokazuje nam świat z pozycji leżącej i zaraża zachwytem nad swobodnym letnim leniuchowaniem bez winy i wstydu. Czy ktoś za tym nie tęskni?

Rozmarzyłam się, wspominając hamak, dmuchawce na wietrze, motyle i słońce lśniące w liściach gruszy. Urszuli Palusińskiej udało się zakląć lato na kartkach książki, choć na jej ilustracjach nie znajdziecie feerii barw, sporo na nich także czerni. Fabuła nie jest skomplikowana: dziecko wędruje po podwórku i okolicy i widzi ludzi, którzy właśnie znaleźli chwilę tylko dla siebie: wujka czytającego gazetę, listonosza roznoszącego listy, ciocię, Karola, Emilię czy Euzebka (to chyba ulubiona plansza Piotrka). Najpierw widzimy bohatera z góry, by potem zobaczyć świat z fascynującej, leżącej perspektywy.

Brzuchem do góry

Brzuchem do góry

Nie wiem, jak to Urszula Palusińska zrobiła, ale dla mnie ta książka to esencja lata, lato w pigułce, doskonały lek na jesienne chłody. Tyle w niej słońca, pogody, spokoju, upału zaczarowanego w każdym źdźble trawy narysowanym czarnym tuszem, każdej plamie słonecznego blasku prześwitującej przez kapelusz czy dziurawy dach. Autorka książki rewelacyjnie operuje plamą i kreską, jej obrazy są czasami rozmyte — czyż nie jest tak, gdy próbujemy patrzeć prosto w słońce?

Brzuchem do góry

 Brzuchem do góry

To także książka o uważności, pielęgnowaniu chwili, pełna zachwytu nad „tu i teraz”, nad rzeczami zwykłymi: tańcem ciem w świetle latarki, kłębami dymu unoszącego się nad ogniskiem, światłem gwiazd odbitych w jeziorze.

Brzuchem do góry Brzuchem do góry

Zazdroszczę autorce umiejętności zachwytu i dostrzegania piękna w rzeczach zwykłych. I bardzo się cieszę, że wyciągnęłam tę książkę z bibliotecznej półki — lata nie wrócimy, ale jesienią też można poleżeć na podłodze i popatrzeć na sufit, szukając historii zaklętych w cieniach, zatrzymać się w parku i podpatrywać gawrony szukające orzechów czy podziwiać chmury na niebie. Bardzo jestem wdzięczna za tę lekcję uważności. Dobrze jest czasami poleżeć brzuchem do góry.

Urszula Palusińska otrzymała za tę książkę nagrodę Chen Bochui w kategorii „Najlepsza książka obrazkowa roku” na Międzynarodowych Targach Książki Dziecięcej w Szanghaju. Jury miało doskonały gust.

Urszula Palusińska, Brzuchem do góry, Dwie Siostry 2017

Co się stało?

„Co się stało? Małe wypadki” Karoliny i Hansa Lijklemów to pierwszy tom serii „Co się stało?” planowanej przez Wydawnictwo Widnokrąg. Książka sprawiła nam wiele radości i świetnie się przy niej z Piotrusiem bawiliśmy, a przy okazji udało się przemycić trochę mądrości. Niby dość wcześnie dowiadujemy się (nawet jako dzieci), że każdej akcji towarzyszy reakcja, ale nie zawsze udaje się nam (dorosłym też) przewidzieć wszystkie konsekwencje naszych działań. A poza tym dorosłym jest łatwiej, a dzieci muszą się pewnych rzeczy nauczyć — i czasami zdecydowanie wolę, gdy robią to z książek.

Co się stało? Małe wypadki

„Co się stało? Małe wypadki” to zbiór kilku króciutkich rysunkowych historyjek, a właściwie dialogów. Za każdym razem pada to samo, ważne pytanie: „Co ci się stało?” oraz wcale nieoczywista odpowiedź. Rysunek obok podpowiada, co się stało, ale jednocześnie można wymyślać mnóstwo opowieści, jak do tego doszło. 

Co się stało? Małe wypadki

Chyba największy urok tej książeczki kryje się właśnie w nieoczywistych odpowiedziach. W wyobraźni pojawia się od razu historia dziecka, które biega, skacze, eksperymentuje, sprawdza swoje możliwości. Czasami świetnie się bawi, a czasami coś mu się przydarza, ale ważniejsza jest duma z osiągnięcia niż ból spowodowany (drobnym lub poważniejszym) urazem. 

Co się stało? Małe wypadki

Niektóre odpowiedzi wywoływały u Piotrusia salwy śmiechu (Tatuś powiesił mi śliczny obrazek nad łóżkiem), inne sprawiały, że zaczynał się zastanawiać i dumać, co się mogło przydarzyć. Jego wyobraźnia nie znała granic, a ja mam nadzieję, że w łebku zostanie mu świadomość, że pewne zabawy mogą kończyć się różnie. Wymyślaliśmy też historie alternatywne — co by można było zrobić, żeby nie było złamanej ręki czy stłuczonego kolana. Przecież cukierki z szafki można zdobyć na wiele różnych sposobów. Bardzo fajna książeczka dla małych eksploratorów.

 

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Małe wypadki, Widnokrąg 2017

 

My i nasza historia

Wakacje to dobry moment na czytanie różnych książek, nie tylko lekkich i przyjemnych. Dobrze się dyskutuje i rozmyśla na kocu pod drzewem — szczególnie, gdy przeczytana książka fascynuje, a „My i nasza historia” Yvana Pommaux i Christophe’a Ylla-Somersa (Wydawnictwo Tatarak) wciąga czytelnika od pierwszych stron. To znakomita lektura do wspólnego czytania i oglądania dla całej rodziny — krótkiemu, zwięzłemu tekstowi towarzyszą piękne, intrygujące ilustracje, które można bardzo długo przeglądać. 

My i nasza historia

„My i nasza historia” trochę przypomina „Rzekę czasu” Petera Goesa — również prowadzi przez historię ludzkości od samego początku, gdy gdzieś kiedyś w pomroce dziejów powstało stworzenie chodzące na dwóch nogach.

My i nasza historia

Opowieść płynie, ale nie znajdziecie w niej słynnych i dobrze znanych nazwisk. Przez całą opowieść nie pada żadne imię, bo bohaterem tej książki są po prostu ludzie — zwykli i prości, bogaci i biedni, wymyślający wynalazki i handlujący z różnymi krajami, awanturnicy i domatorzy.

My i nasza historia

Autorzy prowadzą nas przez różne kraje i kontynenty, by pokazać to, co nas łączy i jak doszło do tego, że staliśmy się tak różni. To fascynująca podróż. Yvan Pommaux i Christophe Ylla-Somers podkreślają wspólne ludzkie idee i fascynacje: tak wcześnie zaczęliśmy tworzyć sztukę, tak wielu myślicieli z różnych stron świata głosiło podobne idee. Pokazują także, dlaczego różne kraje i kultury rozwijały się inaczej — trudniej stworzyć wyrafinowaną cywilizację tam, gdzie przeżycie każdego dnia stanowi wyzwanie.

My i nasza historia

Książka nie skupia się tylko na Europie — to jej wielka wartość. Mali i Wyspa Wielkanocna są w tej książce równie ważne, co Celtowie, Chiny i Grecy. Ważny nie jest ślad, jaki poszczególne kultury wycisnęły na historii ludzkości, ale sam fakt, że wszyscy należymy do wielkiej ludzkiej rodziny, która gnana ciekawością i poszukiwaniem dobrego miejsca do życia zaludniła cały świat. Rozwijaliśmy się w różny sposób, ale ciągle łączy nas marzenie o dobrym życiu i chęć znalezienia bezpiecznego miejsca na Ziemi.

My i nasza historia

Dopiero na samym końcu książki znajdujemy krótkie zestawienie słynnych postaci — osób, które tworzyły naszą historię, a nie tylko jej ulegały. Są tam ludzie z różnych kultur i kontynentów, kobiety i mężczyźni, władcy i artyści, naukowcy i myśliciele. Część nazwisk nie była mi znana i uświadomiła, jak mało wiemy o innych i ich historii. Nie wiemy, ale możemy się dowiedzieć, bo ta książka niesamowicie rozbudza ciekawość i zachęca do zadawania pytań, także tych trudnych. 

My i nasza historia

Minusy? Właściwie nie ma — mogłabym się przyczepić jedynie do okładki, która nie zapowiada aż tak ciekawej lektury. Chłopcy zastanawiali się, czy to historia strojów lub obyczajów, ale po przejrzeniu kilku stron całkowicie wsiąkli w tę książkę. A na koniec cytat:

Wszyscy wywodzimy się od homo sapiens, mamy tych samych przodków, którzy wyruszyli z Afryki sto pięćdziesiąt tysięcy lat temu i rozproszyli się po wszystkich kontynentach. Należymy do jednego gatunku, jesteśmy tacy sami mimo różnic kulturowych i etnicznych. Często koncentrujemy się właśnie na tych różnicach. Dlaczego tak się dzieje? Nikt nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Spróbujmy jednak zastanowić się, czy w pewnych okolicznościach i pod pewnymi warunkami nie moglibyśmy być po prostu ludźmi.

Miłego zastanawiania się pod lipą!

 

Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers, My i nasza historia, Wydawnictwo Tatarak 2017 

Jestem miasto. Warszawa

Dzisiaj będzie o pożytkach z grzebania w koszach z książkami w supermarketach. Wiem, wiem — książki najlepiej kupować w małych księgarniach. Takie rozwiązanie ma jednak kilka wad: nie zawsze taka księgarnia jest blisko domu, bywają bardzo złe małe księgarnie, a ceny oferowanych w nich książek czasami zbijają z nóg. Uwielbiam klimatyczne księgarnie, ale większość książek kupuję przez Internet. W koszach grzebię namiętnie, bo w stertach kolorowej bylejakości można znaleźć tam prawdziwe skarby sprzed kilku lat i to za cenę, o której w chwili wydania mogłabym tylko pomarzyć. Nie samymi nowościami żyje człowiek (a dziecku zwykle jest wszystko jedno, aby było ciekawe), a w koszach zdarza mi się trafiać na zachwycające książki, o których nic a nic nie wiedziałem (wiem, wstyd). O jednej z nich chciałabym opowiedzieć, bo zachwyca i mnie, i moje Młodsze (a Tymek też do niej zerknął).

Jestem miasto. Warszawa

„Jestem miasto. Warszawa” to dzieło Marianny Oklejak, której ilustracje bardzo, bardzo lubimy (no gdzie jest kolejna część ciężarówki?). Według informacji z bloga Pani Marianny, książka powstała w 2012 r. i została wydana przez Czułego Barbarzyńcę. Mignęła mi wtedy przez chwilę, bo została wyróżniona przez polską sekcję IBBY. Mignęła i przepadła, a teraz kusiła z supermarketowego kosza. Trafiło do nas wydanie sygnowane przez Wydawnictwo Wilga.

„Jestem miasto. Warszawa” to wspaniały picture book poświęcony Warszawie, a narysowany z wielką miłością. Piotruś z zachwytem i radością ogląda karty, studiuje, czyta nieliczne napisy, których autorką jest Aleksandra Szkoda, a jego uwielbienie dla tej książki cały czas rośnie. A więc zaczynajmy opowieść….

Dawno, dawno temu, w praczasach była sobie knieja. 

Jestem miasto. Warszawa

W lasach mieszkali radośni ludzie, wesołe zwierzęta i całe tłumy magicznych stworzeń. Wyobraźcie sobie, z jaką radością mój Synek wyszukiwał na tej pradawnej ilustracji Warsa i Sawę, wodnika, diabełka z wierzby (u nas jest to Rokita i już!) oraz wiele innych postaci, które Piotrusiowi kojarzą się z baśniami i legendami. Historia dzieje się na naszych oczach, a stare przeplata się z nowym.

Jestem miasto. Warszawa

Na kolejnej karcie przeskakujemy kilka wieków. Jesteśmy w czasach wolnych elekcji. Sobieski buduje dla Marysieńki Marie Mont, na polach Woli szlachta wybiera króla, a Szwedzi walczą pod Białołęką z okrzykiem „Ikea” na ustach. Warszawa wydaje się taka malutka, a Góra Gnojowa taka duża. (Musiałam koniecznie sprawdzić, kto wpadł na pomysł wyrzucania śmieci tuż obok królewskiego zamku, bo Piotrusia ta góra zafascynowała).

Jestem miasto. Warszawa

Groch z kapustą? Może troszeczkę. Marianna Oklejak miesza lata (te sąsiadujące ze sobą) i co chwila zmienia skalę. Jej Warszawa rośnie i maleje, w zależności od potrzeb rysowniczki, ale — wiecie co? — w niczym to nie przeszkadza. To po prostu książka do wędrowania, najlepiej co jakiś czas w towarzystwie dorosłego, który wyjaśni, wytłumaczy, podpowie i razem się pośmieje. Ilustracje można oglądać z góry, z dołu, z boku… Za każdym razem odkrywa się coś ciekawego, interesującego, innego.

Marianna Oklejak prowadzi nas przez lata ważne dla Warszawy. Razem z nią wędrujemy po Warszawie przez czasy burzliwe…

Jestem miasto. Warszawa

…podziwiamy odrodzoną w dwudziestoleciu międzywojennym…

Jestem miasto. Warszawa

…czujemy ścisk w sercu, gdy widzimy, jak walczy…

Jestem miasto. Warszawa

Mamo, to chyba jedyny obrazek, na którym nie ma żadnego żartu, stwierdził Piotruś, który bardzo dokładnie studiował ilustrację poświęconą Powstaniu…

Potem jest już łatwiej. Towarzyszymy stolicy przy odbudowie, przechodzimy przez szary stan wojenny i wkraczamy do miasta, które znamy…. Ruchliwego, światowego, pełnego życia. Książka Marianny Oklejak jest pełna czaru i dowcipu. Śledziliśmy losy polskiego diabła Rokity, tropiliśmy niedźwiedzia, szukaliśmy łosi. Na pełnych szczegółów ilustracjach kryje się mnóstwo żarcików, zabawnych historyjek i anegdot. Mnóstwo tutaj humoru, który rozbawi dorosłego, „czytającego” te ilustracje trochę inaczej, czasami bardziej nostalgicznie niż dziecko.

Jestem miasto. Warszawa

Jeśli zobaczycie książkę Marianny Oklejak na półce w supermarkecie, zabierzcie ją stamtąd bez zwłoki i wrzućcie do swojego koszyka. I sięgnijcie po nią na półce w księgarni, jeśli gdzieś się jakimś cudem ostała. Nie da się z niej nauczyć topografii Warszawy (ale od tego są mapy), za to dowiecie się, dlaczego to miasto tak bardzo wrosło w polską historię. To książka do wspólnego oglądania dla wielu pokoleń i doskonały pretekst, by do Warszawy się wybrać, chociażby po to, by sprawdzić, jak dzisiaj wygląda Góra Gnojowa.

Marianna Oklejak, Jestem miasto. Warszawa, tekst Aleksandra Szkoda, Wydawnictwo Wilga

W poszukiwaniu małego misia

Dzisiaj będzie o książce Benjamina Chauda, wydanej już dość dawno przez Dwie Siostry. Piotruś, zafascynowany książkami do wyszukiwania, wypatrzył ją na półce w bibliotece i od razu rozpoznał, że wyszła ona spod ręki tego samego pana, który namalował „Yeti” i „Nie odrobiłem lekcji” — trzeba przyznać, że ma oko. 

Misiowa piosenka

„Misiowa piosenka” to śliczna, cudownie narysowana opowieść o Tatusiu Misiu, który szuka swojego niesfornego synka. Syneczka, który wyszedł z domu, wywabiony przez bzyk pszczółki, w poszukiwaniu miodu. Bo jak wiadomo, małe misie bardzo lubią miód.

Misiowa piosenka

Mały miś, a za nim duży niedźwiedź trafili do ogromnego miasta, bo właśnie tam mieściła się pasieka, do której zmierzała pszczółka. Jak wyczytałam na stronach Dwóch Sióstr, Beniamina Chauda zainspirowała historia słynnej pasieki na dachu opery paryskiej. A skoro jest tam pasieka, to czemu do Paryża nie miałyby trafić prawdziwe niedźwiedzie zwabione zapachem miodu?

Misiowa piosenka

Na ulicach Paryża/miasta kłębi się tłum ludzi w niedźwiedzich czapkach i niedźwiedzich futrach — prawdziwy niedźwiedź łatwo może zniknąć w tłumie. Ale w końcu niedźwiedź trafia do opery i zaczyna się prawdziwa zabawa!

Misiowa piosenka

Bardzo dobrze się przy tej książce bawiliśmy. Tekstu jest tutaj niedużo — w sam raz dla małego czytacza — a zabawy mnóstwo. Nie ma tutaj osobnych zadań czy wskazówek, ale obrazki są niesamowicie szczegółowe i wyszukiwanie na nich kolejnych śmiesznych scenek to świetna zabawa. To książka, która może zainteresować i bardzo małego wielbiciela literatury i trochę starszego czytacza. Warto do niej zajrzeć.

 

Benjamin Chaud, Misiowa piosenka, Dwie Siostry 2013

Hej! W góry, w góry…

Leży cały czas na stole, a ja przeglądam ją przynajmniej raz dziennie i nie dowierzam. Oglądam ją z zachwytem, wącham, kartkuję i patrzę z zazdrością na Tymka. I kombinuję, jakby tu mu ją zwinąć na trochę. Na stałe zabierać nie chcę, bo niech się dziecko kształci, ale ja też bym chciała. Poczytać, pobawić się, porysować. Uwielbiałam ćwiczenia z geografii w podstawówce. Rany, co ja bym dała, żeby mieć taką książkę, gdy miałam naście lat! Piotrusia też urzekła, więc oboje podpatrujemy i kopiujemy ćwiczenia, bo Tymek zazdrośnie strzeże książki.

W góry

Piotr Karski stworzył dzieło imponujące i niesamowite. Wyobraźcie sobie 224 strony do malowania, rysowania, zastanawiania się i główkowania. Temat przewodni to oczywiście góry, ale „W góry” to coś więcej niż jeszcze jedna książka z zadaniami. Wciąga dziecko od razu, a przy okazji przekazuje masę wiedzy, która sama wskakuje do głowy. Ta książka może służyć do zabawy w weekend i pomóc w przygotowaniu do sprawdzaniu z przyrody (przetestowane!). Wiedza, jaką zawarł w niej Piotr Karski, imponuje i wzbudza szacunek. Po prostu chce się przy tej książce siedzieć i się uczyć… tfu… znaczy bawić.

Zadania zabawne, na przykład takie:

W  góry

W góry

sąsiadują z ilustracjami, które wymagają pogłówkowania i pozastanawiania się. W głowie pozostają poziomice, dziewięćsiły, erozja i lód firnowy. Serio, Tymek bawił się tą książką, przygotowując się do sprawdzianu. Znalazło się w niej wszystko: cieki wodne, wyznaczanie kierunków, określania wysokości pagórka i biegu rzeki 🙂 A narzekania, że przyroda jest nudna, zniknęły, jak ręką odjął.

W góry

W góry

W góry

To książka, którą mogą się bawić dzieci w różnym wieku. Tymek sam zaproponował, że niektóre ćwiczenia rozwiąże ołówkiem, żeby potem Piotruś mógł spróbować swoich sił. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele sportów, fanki mody (ech, kto by nie chciał zaprojektować parzenicy), przyrodnicy i wszyscy ciekawscy. Nie mówię o czytelnikach oczywistych, czyli wielbicielach gór 🙂 Dzięki tej książce można skoczyć z góry na spadochronie, dowiedzieć się, jak się robi oscypki i szczegółowo zaplanować wyprawę, nawet na chwilę nie ruszając się z krzesła. Mój Starszy po początkowej nieufności (jakieś to dziwne) uznał, że należy do niej podejść metodycznie i rozwiązywać strona po stronie. I nawet nie narzeka, że musi rysować. Fajnie jest patrzeć, jak budzi się jego fascynacja, a ręka sama wyciąga się po mapy i atlasy.

Jest tutaj także jedno zadania, które zauroczyło Piotrusia. Na zacieniowanej ołówkiem kartce, trzeba gumką stworzyć jaskinię.

W góry

Biała kartka kusi, ale cóż — książka należy do Tymka. Co tam przeszkody — Piotruś stworzył już kilka swoich jaskiń, a że fascynacja mitologią nadal trwa, w każdej mieszkają Minyady (bo gdzie mają mieszkać księżniczki zamienione w nietoperze?)

W góry

W góry

Jeśli kochacie góry i macie dzieci, to musicie tę książkę mieć. Szczerze mówiąc, brak dzieci w niczym nie przeszkadza, przecież kształcić się można przez całe życie. A ta książka zapewnia zabawę na wiele długich wieczorów.

Piotr Karski, W góry, Dwie Siostry 2016

Marchewko Niebieska, skradłaś Piotrka dni…

Miało być o czymś innym, ale musi być o marchewce, bo Piotr by mi chyba nie wybaczył. „W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki” to książka, którą ogląda naprzemiennie z „Mitami greckimi dla dzieci” Nikoli Kucharskiej. Obie leżą na parapecie, żeby nie trzeba było ich szukać w czeluściach półek — tak się jakoś dziwnie złożyło, że u nas w domu parapety są opanowane przez stosy książek do lektury na już 😉

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

„W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki” Sébastiena Telleschiego to książka do wyszukiwania. Na dokładnie zamalowanych planszach trzeba znaleźć maleńką Niebieską Marchewkę, przedmiot pożądania całego plemienia szalonych królików. Nie jest to łatwe zadanie — na początku cała nasza rodzina klęczała zgodnie przed planszą, skanując ją dokładnie od prawej strony do lewej i od góry do dołu. Okrzyk „ja już widzę” wywoływał grymas na twarzach pozostałych, a potem (czasami) słychać było błagalne prośby: „daj jakąś wskazówkę”.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Wraz z królikami podróżujemy przez wieki. Szaleństwo zaczęło się już w czasach prehistorycznych, gdy zabłąkani myśliwi natrafili na cudowną małą niebieską marchewkę. Co tam królikowce, królikozaury i królikogrysy — małe króliki dostały kompletnego świra i udały się w pogoń za Niebieską Marchewką. Niezbyt one są mądre, uznał Piotruś, po raz kolejny znajdując króliczy obiekt pożądania. Nie widzą tego, czego szukają. Pod tym względem króliki bywają całkiem ludzkie.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Królicza wizja starożytnego Egiptu czy Rzymu bywa zaskakująca i zabawna. Ilustracje w tej książce są niesamowicie szczegółowe, zagmatwane, mnóstwo się na nich dzieje, więc zabawa trwa długo, nawet po odkryciu Niebieskiej Marchewki na każdej planszy. Na obrazkach jest tyle zabawnych szczegółów, frapujących rozwiązań i intrygujących zagadek (mamo, jak myślisz, gdzie popłynęłaby woda, gdyby wyciągnąć ten korek? albo mamo, ciekawe, czy na każdym obrazku jest toaleta), że można się im przyglądać i przyglądać. Zresztą na końcu książki znajduje się spis najważniejszych postaci z króliczego stada, więc można zacząć wyszukiwanie od początku i sprawdzać, czy rzeczywiście na każdej planszy jest kucharz Królikopsipsikol Senior, Audrey Królikodietka czy Ramon Królikolos. Piotr zapałał sympatią do Gawa Kirafega, królika pierwotnego zagubionego w czasie. Gaw przestraszył się żarówki, a Piotruś ciągle nie może zrozumieć, jak żarówka mogła się znaleźć w jaskini królików pierwotnych.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Moje Młodsze nie ma do tej książki żadnych zastrzeżeń, kocha ją miłością wielką i upewnia się tylko, czy aby nie trzeba jej będzie oddać kiedyś do biblioteki. Ja osobiście wolałabym, żeby opowieść towarzysząca poszukiwaniom królików napisana była trochę lżejszym stylem. To tekst sprawia, że zastanawiam się, dla kogo książka jest przeznaczona: Tymek rzucił na tekst okiem, obejrzał obrazki, znalazł marchewkę — i już. Piotrusia historyjki nie ciągną. Książkę ogląda co chwila, bawi się ilustracjami, a ich studiowanie sprawia mu nieustającą przyjemność. Za to tekst przeczytaliśmy raz i to nie do końca, bo Synek uznał, że do niczego nie jest mu potrzebny. Trochę szkoda. Narracja jednak rzeczywiście się rwie, a na niektórych króliczych nazwach można sobie połamać język. Dla mnie „W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki” to wspaniała książka do zabawy, wyszukiwania i snucia opowieści, choć niekoniecznie do czytania (tak serio mówiąc, pierwsze trzy zalety naprawdę wystarczą). Jeśli Wasze dzieci lubią oglądać szczegółowe obrazki i badać zagmatwane ilustracje, to historia królików powinna im się spodobać.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Sébastien Telleschi, W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki, Nasza Księgarnia 2017 

Wiosna, wiosna, wioooooosnaaaaaa

No wiem, jest już od jakiegoś czasu… I co z tego? Pogoda nie rozpieszcza, praca absorbuje, wszystko w biegu. A wyjazd na majówkę sprawił, że nagle odkryłam, jak bardzo zmienił się cały świat. Jest zielono, zimno, ale zielono, cieplej i zielono. Co roku na wiosnę przeżywam to samo zadziwienie, jak różnorodna może być zieleń, jak mroczna, jak jaskrawa, jak jasna, jak świetlista, jak…. Synowie nie do końca mnie rozumieją: zamiast się gapić, trzeba biegać, wrzeszczeć, skakać, wdrapywać się na drzewa, patrzeć na robale, buszować w krzakach, sprawdzać, co nowego wyrosło, czyli robić to wszystko, czego nie dało się robić (a przynajmniej nie za długo) przez zimowe miesiące.

W tym roku w odkrywaniu wiosny towarzyszyły nam „Dzieci korzeni” Sibylle von Olfers, wydane przez wydawnictwo Przygotowalnia. Na stronach wydawnictwa można podejrzeć, jak książka wygląda w środku. Moje zdjęcia robił Tymek :-). A ponieważ bohaterami wiosny w ogrodzie Dziadków okazały się smardze, to pierwsze zdjęcie będzie ze smardzem. Chłopcy zastanawiali się nawet, które z dzieci korzeni zafundowało im tak wspaniałą niespodziankę.

Dzieci korzeni

Na początku warto powiedzieć, że ta książka jest po prostu piękna. Cieszy oczy i cieszy dłonie. Śliczna, aksamitna w dotyku okładka, płócienny grzbiet, kremowy papier pięknie współgrający z brązową czcionką. To przepięknie wydana książka, choć gdzieś w głębi duszy zamarzyło mi się wydanie na grubych kartkach, które nie przestraszyłoby się nawet bardzo małych rączek. Opowieść o dzieciach korzeni świetnie nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

Dzieci korzeni

Głęboko pod ziemią, gdzieś wśród korzeni, późną zimą budzą się dzieci — niezwykłe dzieci Matki Ziemi. Po długim zimowym odpoczynku mają pełne ręce roboty. Muszą uszyć nowe wiosenne szaty, wypucować żuki i chrząszcze, przygotować się na przyjście wiosny. A potem wychodzą na powierzchnię i wtedy świat rozkwita. Wszystko się budzi. Wiosnę i lato dzieci korzeni spędzają na łąkach, w lasach i na polach. Bawią się, pomagają, psocą. Jesień przepłasza je pod ziemię, gdzie układają się do snu, by spać do kolejnej wiosny.

Prosta opowieść Sibylle von Olfers pokazuje kolejność pór roku, ale jednocześnie sięga do naszych marzeń i do bajkowego świata skrzatów, elfów i innych magicznych stworzeń, dzięki którym wszystko w przyrodzie wzrasta i rozkwita. Czyż wiosna nie jest magiczna? Jak łatwo wyobrazić sobie rzesze maleńkich ludzików krzątających się wśród traw i drzew, pucujących liście, prostujących kwiaty, pomagających pąkom rozkwitnąć. Kto by nie chciał zobaczyć wśród liści maleńkich istotek, posłuchać ich śpiewu i śmiechu? 

Sibylle von Olfers stworzyła także magiczne ilustracje. Mają już 110 lat,  ale się nie zestarzały. Wydają się witrażowe, secesyjne, są po prostu śliczne i bardzo lubię je oglądać. Pięknie pokazują zmiany pół roku i podkreślają naturalny podział tej książki. Gdy wiersz opowiada o przygotowaniach dzieci do wyjścia, ilustracje zajmują całą stronę. Potem przypominają okna, przez które można podejrzeć wiosnę, lato i jesień. Piękne okna, ujęte w roślinne ornamenty. Zafascynowała mnie w tej książce symbolika korzeni, tego, czego nie widać, a na czym wszystko się opiera, korzeni, z których wszystko powstaje. Dbajmy o korzenie.

Dzieci korzeni

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia 2016

Wiosną czytamy o wiośnie

Wiosna nie sprzyja pisaniu na blogu, przynajmniej u nas. Tyle jest rzeczy do zrobienia, że wieczorem marzę tylko o wygodnym fotelu. Chłopcy pochłaniają kolejne książki, Piotruś uparcie próbuje zgłębić tajniki czytania, stosik książek wartych polecenia rośnie…. 

Wiosną postanowiliśmy poczytać o wiośnie i nie tylko. Powodów było kilka, kolejność przypadkowa. Po pierwsze, straszną miałam ochotę w końcu wziąć do ręki „O rety! Przyroda” Tomasza Samojlika. Po drugie, chciałam chłopcom kupić książkę do wspólnego oglądania, żeby była jedna na dwóch. Po trzecie, Piotruś zażądał, żebym w końcu zaczęła mu opowiadać o świecie (i ten zarzut sprawił, że stanęłam jak wryta na chodniku. Dziecko zarzuciło mi, że generalnie w ogóle nie opowiadam mu o świecie, ze szczególnym uwzględnieniem żarłacza białego, mamutów i historii drugiej wojny światowej). Pomyślałam, że mogę zacząć od przyrody, a niech stracę, i w ten sposób kolejna książka wielkości małego stolika trafiła do naszego domu.

O rety! Przyroda

Prawie wszystko się udało, może z wyjątkiem opowiadania o świecie. Trudno mi się opowiada o żarłaczu białym, Zeusie i asasynach w tym samym zdaniu. Muszę jeszcze poćwiczyć. A na dodatek mój młodszy wpadł na pomysł, żebym zaczęła mu opowiadać o świecie i historii „od początku”.

Chłopcy spędzili przy „O rety! Przyroda” dobrych kilka godzin. Z uwagą oglądali obrazki i nawet udało im się za często nie kłócić. Zdecydowanie lubią inne plansze (no weź, przekręć już tę kartkę), ale dialogi miejskich gołębi obu doprowadziły do śmiechu. Piotruś na spacerze dopytuje, który z okolicznych gołębi jest największym chojrakiem i jakie są w naszej okolicy strefy rażenia. Na razie najbardziej przypadła mu do gustu malutka sóweczka z planszy „Pełnia lata w lesie liściastym”. Mamo, ona tak śmiesznie wszystkiego nie cierpi!

O rety! Przyroda. Lato

Oglądaliśmy potem zdjęcia sóweczki i filmy o sóweczce. 

Wiem, że zachwytów nad tą książką było już bardzo dużo, ale naprawdę można się pozachwycać. Wielkie, kolorowe plansze, dużo szczegółów, ciekawy pomysł, by pokazać, że jedna pora roku składa się z wielu różnych okresów. Naprawdę chce się do tej książki zaglądać. Świetne jest rozróżnienie na różne środowiska, bo przecież inaczej wygląda wczesna wiosna w lesie liściastym, a inaczej w iglastym (czyli w borze), co innego dzieje się na łące, inaczej przyroda zachowuje się w górach czy na bagnach. Tak, tak, każde w tych środowisk ma swoją „własną” planszę.

A skoro mowa o wiośnie, to może popatrzcie na wiosnę (wczesną) na bagnach:

O rety! Przyroda - wiosna na bagnach

Tymek przejrzał tę książkę dużo uważniej niż Piotruś, choć też głównie skupiał się na zabawnych dialogach. To zresztą doskonały sposób na poznawanie nowych gatunków. Bawiliśmy się już w liczenie żubrów, szukanie świstaka Zdzisia, Piotruś turlał się po podłodze, gdy usłyszał dialog pewnego pluszcza z robaczkami („Hej! Są tu jakieś owady? – Nie ma!”). A chyba najbardziej się zdumiał, gdy odkrył, że czerwone robaczki na chodniku to chrząszcze kowale bezskrzydłe. To one mają nazwę?

O rety! Przyroda - zima

To świetna książka dla dzieci, które dopiero poznają pory roku po tej lekturze raczej na pewno będą pamiętać, czym różni się zima od lata. Ja sama przeglądałam książkę Tomasza Samojlika z poczuciem, że powstała ona z autentycznej pasji i miłości. Widać, że autor tekstu i rysunków zna się na tym, o czym pisze. Pomysł, by dodać książce trochę komiksowego charakteru i ożywić zwierzęta jest świetny. U babci Piotrek ma zamiar szukać zająca i polnej rzeżuchy, a latem pewnie będziemy rozglądać się w lesie za wędrującymi gąsienicami. Tymek uznał, że fajnie się tę książkę ogląda i dobrze by było, żeby wszystkie książki o przyrodzie były takie wesołe.

Dzisiaj odkryłam, że wydawnictwo Multico wydało także blok „O rety! Zabawy małych przyrodników”. Ciekawe, czy chłopcy przełkną tylko jeden egzemplarz.

Tomasz Samojlik, O rety! Przyroda, Multico 2016

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Multico.