Lubicie duchy?

Piotruś bardzo lubi straszydła. Lubi duchy, strachy, yeti, wilkołaki, wampirki i zombiaki — książka z potworami od razu przyciąga jego zainteresowanie. Nie może być straszna (szukamy raczej przyjaznych straszydeł), ale bohaterski duch od razu wzbudza jego sympatię. Na przykład taki, jak Kostek.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka przywędrowała do nas z biblioteki. Teraz mam problem, bo dziecko odmawia oddania bibliotecznego egzemplarza, dopóki nie będzie miało własnej. „Mamo, muszę ją mieć, a najlepiej od razu kup wszystkie trzy części”. Tak zaczyna się książkoholizm.

Początki naszej znajomości z Kostkiem wcale jednak nie wyglądały tak różowo. Kostek, a właściwie Żywokost, to piesek Dusi, córki lordów Pepperów, właścicieli Pechowej Woli. Poznajemy go w chwili śmierci, gdy z żywego psa zamienia się w ducha. Kostek staje się duchem-pupilem — to najbardziej bohaterski, odważny i przywiązany do ludzi typ ducha. Pupil zrobi wszystko, by ochronić swojego pana i jego dom. Ta część lektury była dla nas najtrudniejsza. Piotruś z trudnością przełknął scenę śmierci psa i opisy rozpaczy Dusi. Dużo rozmawialiśmy, ale w naszym przypadku ten fragment zdecydowanie nie nadawał się do czytania przed snem. Nie jest drastyczny ani przerażający, po prostu Piotr potrzebował czasu i rozmowy, by uporać się z tematyką odchodzenia, starości i żalu po stracie wiernego zwierzęcego przyjaciela.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Po śmierci Kostek odkrył, że nie jest jedynym duchem w Pechowej Woli. Spotyka innych pupili — domostwo należy do Pepperów do wielu stuleci — gąsiora Gabriela, zająca Walentego, zwariowaną małpkę Orlando i chomika Marcina. Wszyscy są duchami, niektórzy już od wielu stuleci. Jest jeszcze pajęczyca pani Jones — czarny charakter wśród duchów. Pupile stworzyły S.O.S — Stowarzyszenie Opiekunów Spirytualnych (hi, hi, bardzo podoba mi się koncept tłumaczy), ale tak naprawdę niewiele muszą robić. Co prawda Pepperowie są ekscentryczni i bardzo biedni, ale swoim spirytualnym opiekunom nie sprawiają kłopotu. Czasami trzeba naprawić deskę do prasowania, innym razem wyłowić pilota do telewizora z pojemnika na chleb czy znaleźć klucze, które roztargniony lord Pepper położył w dziwnym miejscu. Duchy trochę się nudzą, choć niestrudzony Gabriel bardzo stara się zapewnić im rozrywkę (nie ma to jak dyskusja na temat wiekopomnego dzieła pt. Wielka księga nawozu). Wszystko jednak się zmienia, gdy na scenie pojawia się Nora Pacyna i Kryspin Ozgrozzo. Duchy będą miały pełne ręce, skrzydła i łapy roboty.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka Claire Barker rozkręca się powolutku. Początki wcale nie zapowiadają dramatycznego finału, gdy nagle wszystko zaczyna się dziać naraz. Sporo tutaj humoru: Pepperowie są naprawdę ekscentryczni, duchy zabawne, a walka z natrętami wywoływała u Piotrusia wybuchy śmiechu.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Fragmenty śmieszne przeplatają się z dramatycznymi i takimi, przy których młody czytelnik zamiera i — już teraz natychmiast — chce wiedzieć, co będzie dalej. To zgrabnie napisana opowieść o odwadze, odpowiedzialności, przyjaźni i wierności, która jest silniejsza niż śmierć. Mój syn nie może się doczekać, kiedy zaczniemy kolejną część. I cały czas się zastanawia, co autorka mogła wymyślić, skoro już pokonano wszystkich wrogów. Koniecznie musimy się tego dowiedzieć.

 

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata, il. Ross Collins, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina 2016

Reklamy

Welcome to Malta! Where are you from?

Znajomość języków obcych w dzisiejszych czasach to po prostu konieczność. Wszyscy to wiedzą, gorzej z realizacją. Wkuwanie słówek i form czasowników jest nudne, co tu ukrywać. Co gorsza, gdy nadchodzi czas rozmowy, te wyuczone słówka czasami nijak nie chcą się połączyć w sensowne zdania. I jak tu przekonać dziecko, że warto się uczyć? I że wcale nie musi to być nudne?

Jeśli chcecie trochę urozmaicić wkuwanie słówek i oswoić dziecko z realnymi sytuacjami, sięgnijcie po „Angielski. Move (mów) śmiało” (Wydawnictwo Edgard). Dorota Kondrat stworzyła nietypowy podręcznik do konwersacji, w którym czytelnik staje się jednym z bohaterów. Wyobraźcie więc sobie, że wygraliście wycieczkę i kurs językowy. Jedziecie? Pewnie że tak! A więc witajcie na Malcie! Welcome to Malta!

Dorota Kondrat, Move śmiało

Na obóz językowy zjechali się ludzie z różnych krajów Europy. Spotkamy tutaj Adama ze Słowacji, Ingę z Łotwy, Johanna z Austrii, siostry z Chorwacji, bliźniaków z Hiszpanii. To nie jest jeszcze cała ekipa. Całą tą trochę rozbawioną, a trochę przestraszoną grupą będą zajmować się sympatyczni opiekunowie — Wendy i Ben. No to na początku: Let me introduce myself 🙂

Dorota Kondrat, Move śmiało

Nie ukrywajmy — to jest podręcznik do nauki i do konwersacji. Niestety, nie przeniesiemy się na Maltę. Wiedza podana jest jednak naprawdę bardzo przystępnie i jakoś łatwo wchodzi do głowy. Możemy się przecież pobawić z dzieckiem i ćwiczyć razem z nim. W każdym rozdziale znajdziemy dialogi, trochę gramatyki, przydatne zwroty, kilka ćwiczeń, które pozwolą utrwalić wiedzę. Autorka bardzo sensownie przemyślała całą książkę. Na początku rozdziału jest rozgrzewka — mózg też musi się rozbudzić.

Dorota Kondrat, Move śmiało

Czytelnik zdobywa odznaki, zdaje testy (progress tests) — jeśli zbierze odpowiednio dużo punktów może otworzyć kolejne komnaty w megalitycznej świątyni. Brzmi nieźle, nieprawdaż? Naprawdę widać staranie, by sprzedać wiedzę w formie, która nie odrzuca, nie nudzi, a bawi i zachęca do nauki. W czasie pobytu na Malcie przebywamy w hotelu, jeździmy na wycieczki, uprawiamy sport, zwiedzamy bazar, czyli cały czas ćwiczymy angielski, wykorzystujemy go w praktyce, tak jak na wczasach czy na wycieczce. Na dodatek dialogów możemy posłuchać — w książce znajdziemy łącza do strony z nagraniami. W trakcie nauki/zabawy pogadamy o pogodzie, dowiemy się, jak dojechać na lotnisko i kupić coś w sklepie — samo życie. Bawiłam się z Tymkiem przy tej książce naprawdę dobrze. Niestety, time to say goodbye 🙂

A może nie? Jeśli „Move śmiało” jest dla waszych dzieci za proste, bo już dawno wiedzą, jak kupić rybę na targu, bilet na samolot i lody na patyku, to zajrzyjcie do „What’s up?”, quizu karcianego, też wydanego zresztą przez Edgarda. No moi drodzy… To już nie przelewki. Ponad 600 wcale nieoczywistych zwrotów konwersacyjnych i sporo śmiechu.

Ten quiz przeznaczony jest zdecydowanie dla starszych. A raczej dla osób, które lepiej znają angielski. Początkujący szybko się mogą zniechęcić, ale znudzeni szkolnym angielskim (to wszytko jest za proste i wszystko umiem — znacie może taką śpiewkę?) na pewno odkryją w quizie słowa i zwroty, których nie znają.

Na razie bawimy się z Tymkiem w wycieczkę na Maltę, do quizu musi jeszcze trochę dorosnąć (a raczej douczyć się). Coś mi się zdaje, że do materiałów wydawanych przez Edgarda będziemy sięgać jeszcze nie raz. Jeśli planujecie wakacyjny wyjazd za granicą i obawiacie się, czy dzieci dogadają się w hotelu, to koniecznie sięgnijcie po „Move śmiało”. Do wakacji zdążycie się wszystkiego nauczyć.

 

Dorota Kondrat, Move śmiało, Edgard 2017

Benon Maliszewski, Rafał Szypulski, What’s up? Kieszonkowiec angielski, Edgard 2017

 

 

 

Pax, czyli pokój

Wróciliśmy z wyjazdu do Dziadków. Ulepiliśmy kilka bałwanów i jedną lamę, zbudowaliśmy pół igloo, podziwialiśmy bażanty, karmiliśmy sikorki. Piotr nurkował w śniegu, przekopywał się przez zaspy i co kilka kroków produkował na podwórku „orzełki”.

Przeczytaliśmy też kilka książek. Jedną z nich Tymek połknął pewnego poranka, a potem zapytał się, czy też byłam wzruszona. Musiałam przeczytać.

Sara Pennypacker, Pax

Na pewno zetknęliście się z tym tytułem. „Pax” Sary Pennypacker (Wydawnictwo IUVI) pojawiał się w różnych zestawieniach, zdobył kilka wyróżnień. Czasami porównywany jest do „Małego Księcia” (no przecież chłopiec i lis, więc jak nie porównywać?), choć nie sądzę, by miało to większy sens. To mądra książka, która spokojnie obroni się sama.

„Paxa” można czytać na wielu poziomach. Jest to powieść drogi, opowieść o przyjaźni i o odkrywaniu siebie, historia o odpowiedzialności, traktat o wojnie… Pewnie takich „dużych” tematów znalazłoby się jeszcze kilka. Wszystko zostało  opakowane w prostą i ujmującą historię Petera, chłopca po przejściach, i Paxa, lisa wychowanego przez Petera.

Początek tej opowieści jest naprawdę mocny. Scena rozstania chłopca i lisa działa na emocje i myślę, że dla młodszych dzieci może być bardzo trudna. Gdzieś pod skórą zaczynamy czuć niepokój, że coś jest nie tak, że jesteśmy postawieni przed pytaniami, na które chyba wolelibyśmy nie odpowiadać, że musimy „zobaczyć”, choć wolelibyśmy odwrócić wzrok. Pewien niepokój zostaje z nami do ostatniej strony, a autorka nie serwuje nam prostego happy endu.

Sara Pennypacker, Pax

Narracja prowadzona jest z dwóch punktów widzenia: w niektórych rozdziałach widzimy świat oczami Paxa, uczącego się na nowo, jak być dzikim i jak przetrwać. W tych fragmentach widać fascynację Sary Pennypacker światem dzikich zwierząt i jej wiedzę o lisach. „Pax” to nie jest książka przyrodnicza, ale Sara Pennypacker ma chyba podobną wrażliwość na naturę, co Peter Wohlleben. Jej zwierzęta czują, porozumiewają się, współczują, cierpią — są jednak zwierzętami, a nie tylko odbiciem ludzkich cech. Inne rozdziały opowiadają historię Petera. Chłopiec ciągle nie uporał się z poczuciem winy za coś, czego nie zrobił, i ucieka przed emocjami, szczególnie mocno boi się złości. Tęskni, cierpi, wstydzi się. Jego wędrówka „do Paxa” będzie także wędrówką ku dorosłości i dojrzałości. Pomoże mu w tym Vola, okaleczona dziwaczka mieszkająca na odludziu. A on pomoże jej.

Ech, pewnie wszystko, co piszę brzmi dziwacznie, ale bardzo staram się nie zdradzić Wam całej historii. Sama warstwa fabularna jest dość prosta, ale dużo dzieje się pomiędzy. Są w tej powieści fragmenty, które wbijają w krzesło. Vola cierpi na zespół stresu pourazowego, została okaleczona w czasie poprzedniej wojny. Opis tego, jak wracała do życia, jest naprawdę przejmujący. Chwilami miałam wrażenie, że wszystkiego jest w tej książce „za dużo”, ale jednocześnie właśnie zderzenie ludzi (i zwierząt) po przejściach sprawiło, że po lekturze „Paxa” ma się ochotę pomilczeć, a potem porozmawiać. Mocno zarysowane postacie Petera i Voli oraz Paxa zapadają w pamięć. Poboczni bohaterowie są tylko naszkicowani kilkoma kreskami, widzimy ich zachowania i nawyki, a lisy są dużo bardziej wyraziste niż ludzie.

Sara Pennypacker, Pax

 

Zastanawiałam się z Tymkiem, czy „Pax” nadawałby się na lekturę szkolną. Ech, ile tutaj tematów. Choćby taka odpowiedzialność — która odpowiedzialność jest ważniejsza? Za ojczyznę? Za dziecko? Za bezbronną istotę, która nam zaufała i którą wyrwaliśmy z jej środowiska? To może drugie pytanie. Jaka jest cena wojny? I dlaczego tak niechętnie o niej mówimy? Czy wojna to choroba? Można rozmawiać i rozmawiać. Tymek uznał, że książka może i by się nadawała, ale jest smutna. A nikt nie chce smutnych książek. Chyba boimy się smutku. U Sary Pennypacker ten smutek niesie jednak nadzieję. Bo na szczęście czasami jabłko pada bardzo daleko od jabłoni.

„Pax” został zilustrowany przez Jona Klassena (pamiętacie „Gdzie jest moja czapeczka?). Obrazki przykuwają wzrok i naprawdę szkoda, że nie ma ich więcej.

 

Sara Pennypacker, Pax, il. Jon Klassen, tł. Dorota Dziewońska, IUVI 2016

Porozmawiajmy o… samochodach

Macie w domu fanów czterech kółek? Wasze dziecko marzy, że wymyśli najlepszy samochód na świecie? W takim razie ta książka jest dla Was! A może lubicie historie o wynalazkach i ciekawostki, jak powstały różne otaczające nas rzeczy? W tej książce znajdziecie takie informacje. Może jednak najbardziej fascynuje Was moda? Tak, jest też coś o tym. Jednym słowem, to książka dla wszystkich. I piszę to z pełną odpowiedzialnością, mimo iż „oczywistym” odbiorcą docelowym są chłopcy. To bardzo ciekawa książka o historii motoryzacji, która bez problemu powinna zainteresować dziewczynki.

Michał Leśniewski, Ale auta

 „Ale auta. Odjazdowe historie samochodowe” Michała Leśniewskiego ze wspaniałymi ilustracjami Macieja Szymanowicza to przede wszystkim opowieść czy raczej opowieści o samochodach, i to tych dawniejszych. Autor zaczyna swoją gawędę w 1769 roku, kiedy to Joseph Cugnot zaprezentował pierwszy pojazd napędzany silnikiem parowym. Próba nie była zbyt udana, ale właśnie wtedy zaczęła się historia motoryzacji!

Michał Leśniewski, Ale auta

Kolejni wynalazcy testowali różne pomysły ze zmiennym szczęściem. Na karatach książki poznajemy historię Karla Benza i jego żony, która udowodniła światu, że wynalazek męża umożliwia pokonanie naprawdę dużych odległości. Spotykamy się z Panem Dunlopem, którego tak bardzo irytowały koleiny, jakie zostawiał na ścieżce rowerek jego syna, że aż wynalazł pompowane opony. Towarzyszymy druhowi Jerzemu Jelińskiemu, który latach dwudziestych postanowił objechać samochodem cały świat i w ten sposób rozsławić Polskę. Michał Leśniewski opowiada o wielu barwnych postaciach i robi to niesamowicie ciekawie, aż chce się czytać i słuchać.

Michał Leśniewski, Ale auta

Oprócz opowieści o ludziach znajdziemy w tej książce ciekawostki o rzeczach i historie samych samochodów (np. Forda T, malucha czy Warszawy). Dla mnie fascynujące było czytanie o tym, jak kierowcy sygnalizowali zamiar skrętu czy zawracania, jak powstały znaki drogowe. Pierwsi kierowcy samochodów musieli wozić ze sobą mnóstwo sprzętu — mogli liczyć tylko na siebie, a w samochodach mogło popsuć się wiele. Cały rozdział poświęcony jest strojom dla automobilistów. Nosili specjalne czapki i maski, szuby i rękawiczki, które z czasem stawały się coraz bardziej subtelne i zaczęły pełnić także funkcje dekoracyjne. Moda szybko wkroczyła do świata motoryzacji.

Michał Leśniewski, Ale auta

Naprawdę warto zajrzeć do książki Michała Leśniewskiego. Gorąco polecam! A jeśli nie interesują wam samochody, to zajrzyjcie do tej książki dla ilustracji Macieja Szymanowicza. Trudno się od nich oderwać.

 

Michał Leśniewski, Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe, il. Maciej Szymanowicz, ArtEgmont 2017

 

Smocza straż

No i co ja mogę powiedzieć nowego? Mój syn na pytanie, jak mu się podobało, odparł: no mamo, przecież to Brandon Mull. I wszystko jasne, prawda?

Brandon Mull gwarantuje solidną dawkę przygód i silne emocje. Zgrabnie skonstruowana akcja, bohaterowie, z którymi można się utożsamić, prosty język, ciekawe postacie poboczne i mamy doskonały przepis na książkę, od której trudno się oderwać. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier w naszej rodzinie — wypatrywał tej książki nie tylko Tymek, ale także Olek i Gabryś, mój bratanek i siostrzeniec. A potem licytowali się, kto najszybciej przeczyta. No i padło oczywiście pytanie, kiedy następna część?

Brandon Mull, Smocza straż

Książki Brandona Mulla to świetny pomysł, jeśli macie w rodzinie dziecko, które chcecie zachęcić do czytania. Jego przygodówki powinny spodobać się jedenastolatkom i młodzieży, przygody rodzeństwa Sorensonów zafascynowały też niejednego dorosłego. „Smocza straż” to kontynuacja serii „Baśniobór” — warto do niej zajrzeć zanim zaczniecie czytać tę książkę. Jaśniejsze staną się na pewno słowa Stana Sorensona:

Szczerze mówiąc, znowu nie wiem, co począć. Moja odpowiedzialność jest oczywista. Ale jak daleko jestem gotów się posunąć? Ile potrafię zaryzykować? Czy uczciwie będzie dać im wybór? I czy to w ogóle wybór, skoro wiem, co zdecydują?

Dwa pokolenia: Dziadkowie i Wnuki połączone jedną misją — ochronić przed ludźmi azyle magicznych stworzeń i ochronić ludzi przez magicznymi istotami. W „Baśnioborze” rodzeństwo Kendra i Seth dowiedziało się, jakie zadania wykonują ich tajemniczy Dziadkowie, uczyło się nowych obowiązków i oczywiście ratowało świat. Wydawało się, że po zwycięstwie nad demonami nastaną spokojne i nudne (to słowa Setha) lata. Pojawiło się jednak nowe zagrożenie — smoki, które po latach niewoli i uwięzienia w azylach, zapragnęły znowu zakosztować wolności.

Brandon Mull, Smocza straż

Brandon Mull zgrabnie wykorzystał świat stworzony w „Baśnioborze”, by wykreować nową serię. Spotykamy Kendrę i Setha tuż po zakończeniu przygód opisanych w „Kluczach do więzienia demonów”. Dziadkowie mają nadzieję, że nastaną spokojne czasy, Kendra próbuje uporać się z własnymi uczuciami, Seth się nudzi. To właśnie on przyjmuje nadchodzącą burzę z największym entuzjazmem (a to nowina!). Akcja powieści toczy się głównie w Gadziej Opoce, a wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Ani Seth, ani czytelnik nie mają czasu na nudę.

Brandon Mull, Smocza straż

W „Smoczej straży” spotykamy część postaci znanych nam z „Baśnioboru” oraz wiele innych magicznych stworzeń, które chcą lub muszą współpracować z ludźmi. Moją dorosłą sympatię zdobył nypsik Calvin, Maleńki Bohater. Może dlatego, że trochę przypominał mi Ryczypiska z Narnii, tak samo zabawnie dumy i odważny, mimo swojego niewielkiego wzrostu. Brandon Mull wprowadził także do książki „zwykłych ludzi” nieświadomych istnienia drugiego, magicznego świata. Ciekawa jestem, czy będzie rozwijał ten wątek, czy Knox pozostanie w pamięci jedynie jako narzędzie wykorzystane przez Setha do osiągnięcia celu. Zresztą ten wątek wydaje mi się najbardziej nośny z perspektywy rodzica. Całkiem dobrze nam się rozmawiało z Tymkiem, czy tego typu postępowanie jest etyczne i czy rzeczywiście nie było innego wyjścia. Oraz czy cel uświęca środki i czy nie za często korzystamy z tego argumentu. Niezła dyskusja, jak na zgrabnie napisaną przygodówkę dla dzieci.

Brandon Mull zapowiada, że „Smocza straż” będzie składała się z pięciu tomów. No cóż, pozostaje czekać na kolejne — ciekawa jestem na ile Mullowi uda się wykreować nowy świat, który nie będzie jedynie nowymi przygodami Kendry i Setha w znanej już scenerii „Baśnioboru”. „Smocza straż” to udane wprowadzenie — zaostrza apetyt i sprawia, że czytelnik ma ochotę na więcej.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Brandona Mulla: http://brandonmull.com/category/dragonwatch/

 

Brandon Mull, Smocza straż, il. Brandon Dorman, tł. Rafał Lisowski, Wilga 2017

 

 

Kacper i Emma

Najpierw był film. Cała klasa Piotrusia poszła do kina na „Magiczne święta Kacpra i Emmy”. Po powrocie ze szkoły Piotruś mówił i mówił, i mówił, i mówił. Cały czas o filmie. O tym, jaki jest fajny, mimo że z aktorami. I że chciałby mieć takich przyjaciół jak Kacper i Emma. Że wszystko mu się podobało, że chciałby zobaczyć inne filmy. To trwało kilka dni, aż w końcu ojca tknęło i postanowił sprawdzić, czy aby nie ma książki. Okazało się, że „Karsten og Petra” Tora Åge Bringsværda to seria bardzo popularna w Norwegii. Matce udało się w Polsce znaleźć tylko jedną książkę „Kacper i Emma — najlepsi przyjaciele”  (Czarna Owieczka). Piotruś znalazł ją pod choinką.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Tak prawdę mówiąc, to mój syn jest już trochę za duży na tę książkę. Kacper i Emma mają po cztery lata, poznają się w przedszkolu, dla obojga jest to nowe miejsce. W tomie zebrano trzy pierwsze historie z serii — jedna jest o Kacprze, jedna o Emmie i jedna o nich obojgu. Nawet trochę żałowałam, że ta książka nie trafiła do nas wcześniej, bo jako przygotowanie do przedszkola sprawdza się rewelacyjnie.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Piotr wcale nie uważa, że jest na opowieści o Kacprze i Emmie za duży, choć chciałby wiedzieć, jak im się wiedzie w szkole. To jedna z niewielu książek, którą mój syn przeczytał od razu od deski do deski. Zajęło mu to tylko chwilę, bo tekstu nie jest dużo. A jak skończył, natychmiast zaczął czytać od początku.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Powiedziałabym, że ta książka jest bardzo skandynawska w umiejętności pokazywania dziecięcych uczuć i rozterek. Tor Åge Bringsværd prostym językiem pokazał lęk przed rozstaniem, strach przed  nowym miejscem, początki przyjaźni, radość z odnalezienia w przedszkolu kogoś, kogo się lubi. To zwykłe sytuacje, tak czasami banalne dla dorosłego, i tak trudne dla dziecka. Trzy  historyjki, które aż proszą się o rozmowę: o nieśmiałości, o lęku, o bliskości. Świetne.

Bardzo jestem ciekawa, jak rozwija się ta seria i jak zmienia się wraz z dorastaniem Kacpra i Emmy, bo to jedna z najlepszych książek o początkach przedszkola, jakie spotkałam. Naprawdę warto do niej zajrzeć, tym bardziej że kosztuje teraz w wydawnictwie mniej niż 10 zł.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

 

Tor Åge Bringsværd, Kacper i Emma — najlepsi przyjaciele, il. Anne G. Holt, tł. P. Horbowicz, Czarna Owieczka 2014

 

Zapraszamy do Raju

Wiem, wiem, powinno być podsumowanie roku 🙂 Ale nie będzie, choć ten rok był obfity w lektury. Mam za to dla Was propozycję lekturową na Nowy Rok — i wcale nie chodzi o książkę, która przed chwilą pojawiła się w księgarniach.

Też macie wrażenie, że ulegliśmy kultowi nowości i gonimy za świeżynkami? Książki znikają z księgarskich półek i z naszej pamięci, jedna goni drugą, a każda jest cudowna, fantastyczna, godna podziwu, wspaniała i po prostu trzeba ją mieć? Nawet nie przeczytać, ale mieć. Bardzo się cieszę, że wychodzi tyle ciekawych książek dla dzieci, ale mam kilka „ale”. Po pierwsze, nie da się tego wszystkiego przeczytać, a nawet czasami obejrzeć i dotknąć. Po drugie, w natłoku „tych najlepszych, które każdy musi mieć” giną czasami książki naprawdę ważne i wartościowe, które warto przeczytać, a może i o nich potem pomyśleć. Po trzecie, coraz rzadziej sięgamy do książek już przeczytanych, bo stos „nowych” zatrważająco szybko rośnie. I chyba zaczyna nam brakować czasu na przemyślenie tych wszystkich nowych lektur. Przyznaję, że nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Może nie trzeba sobie radzić? Może to po prostu znak naszych czasów, że coraz bardziej przyspieszamy, nawet w lekturach? Nie wiem, ale życzę Wam i sobie w Nowym Roku dobrych, niespiesznych i mądrych lektur, takich, które zostaną z Nami na długo.

A teraz obiecana książka, a raczej dwie. Zapraszamy na osiedle Raj.

Przygody w Raju

Zakamarki zaczęły wydawać przygody Zlatka i Bezy w 2014 r. Wyszło pięć części, dwie pierwsze trafiły do Piotrusia w Mikołajowym worku.  Ich autorką jest Moni Nilsson, która stworzyła także postać Tsatsikiego — na pewno go znacie. „Przygody w Raju” są przeznaczone dla młodszych czytelników, dużo tutaj obrazków, mało tekstu, ale za jest to tekst, na który warto zwrócić uwagę.

Przygody w Raju. Najlepsi przyjaciele

Nie wiem, jak Moni Nilsson to robi, ale jej prosty tekst jest prosty, a jednocześnie pełny, mądry, bogaty…. Możecie sobie wpisać różne przymiotniki. Moni Nilsson opowiada o świecie z perspektywy dzieci, ale nie jest to tylko świat dzieci. To współczesny świat z mnóstwem odcieni. Posłuchajcie tylko:

Piłka leży tuż przy nodze Zlatka. Wszyscy gapią się na niego. Ella i Aya zatrzymują swoje rowery. Hassan i Hasse przerywają grę. Śruba przestaje kląć i szukać w koszu puszek. Fatima wychyla się z balkonu. Tatuażysta wychodzi ze swojego studia. Jego tatuaże lśnią w słońcu . Zapada cisza.
W kilku krótkich zdaniach Moni Nilsson potrafiła pokazać świat osiedla Raj: różnorodny i różnokulturowy. Zlatan nie ma tutaj prostego życia — nie lubi i nie potrafi grać w piłkę, a to prawdziwe przekleństwo dla chłopca, którego ojciec i bracia kochają futbol. Świadectwem tej miłości są chociażby imiona: Diego, Ronaldo i Zlatan. Na szczęście na osiedle wprowadza się Beza. Ona i Zlatko zaczynają stanowić nierozłączną parę.

Przygody w Raju. Anioły, ciastka i wypadające zęby

Te cieniutkie, bogato ilustrowane przez Elin Lindell książeczki opowiadają o codziennym życiu: o przyjaźni, rodzinie, akceptacji, wrażliwości, rodzeństwie. Czasami są to sprawy bardzo ważne, czasami błahe. Widać tutaj dziecięcą wyobraźnię i wiarę w magię — cudowna jest opowieść o kupowaniu ciastek. Codzienność siedmiolatka to odkrywanie swoich uczuć, uczenie się, że inni też czują, dowiadywanie się, jak należy postępować, ale także przekraczanie granic czy delikatne mijanie się z prawdą (nie mylić z oszukiwaniem). Piotruś i moja bratanica połknęli te książeczki od razu i natychmiast zapragnęli dalszych części. Szwedzka rzeczywistość Zlatka i Bezy okazała się bardzo bliska polskiej: u nas też można spotkać ludzi grzebiących w śmietniku, na osiedlach grasują chuligani, a miła pani Ela w osiedlowym sklepiku potrafi dołożyć lizaka do zamówienia, całkiem jak Ali. I chyba każde dziecko chciałoby zanurzyć dłonie w niebie.

Opowieści o przygodach Bezy i Zlatka na osiedlu Raj warto podsunąć dzieciom. To może być fajna lektura na dobry początek Nowego Roku. Wszystkiego Dobrego!

 

Moni Nilsson, Najlepsi przyjaciele, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Moni Nilsson, Anioły, ciastka i wypadające zęby, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Karamba i Hubert

W ekspresowym tempie przeczytaliśmy kilka (tych cieńszych) książek, które Mikołaj zostawił pod choinką. No bo ile można jeść i patrzeć się przez okno, jak pada deszcz? Co prawda Młodszemu (razem z Zuzią) udało się na Dziadkowym podwórku wybudować system jezior, a przy wjeździe  wykopać dużą dziurę, bo przecież górnicy zawsze kopią dziury, ale i tak sporo czytaliśmy. I teraz mam problem, bo Młodszy pała chęcią poznania dalszych przygód Dyrektora Karamby. Może jakieś wydawnictwo się zlituje i wyda inne książki Åsy Rosén po polsku?

Cyrk Karamba

Jak wyczytałam w Wikipedii i Goodreads, Åsa Rosén to przede wszystkim ilustratorka. „Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia” (Czarna owieczka, 2014) to jej debiut literacki — bardzo moim zdaniem udany. To kolejny szwedzki kryminał dla dzieci, bez dziecięcych bohaterów, który sprawił, że Piotr postanowił (chyba) zostać detektywem.

Akcja książki dzieje się w cyrku, którym kieruje uroczy dyrektor Karamba. Bardzo stara się wyglądać i mówić, jak cudzoziemiec, bo przecież tak wypada. Dyrektor Karamba uwielbia stare kryminały. Jego najlepszym przyjacielem jest gadająca i bardzo inteligenta myszka, Hubert. Cyrk Karamba jest słynny na cały świat właściwie z jednego powodu: pracuje w nim Cayenne, połykaczka ognia, której kunszt zadziwia wszystkich. Pewnego dnia ktoś kradnie wszystkie sprzęty Cayenne i to dopiero początek kłopotów. Dyrektor Karamba zaczyna prowadzić śledztwo.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén bardzo sprawnie tworzy historię i dawkuje napięcie. Dyrektor jest zabawny i gapiowaty. Ma jednak szczęście do przyjaciół, a Hubert to wyjątkowo mądra mysz. Cayenne jest cudowna: to typ punkówy z irokezem na głowie. Jest narwana, szybka i ma wspaniały motor z przyczepką. Zestawienie nowoczesnej, zbuntowanej dziewczyny i staroświeckiego dyrektora o nawoskowanych wąsach zagrało cudownie. Piotrek był pod wrażeniem i Cayenne ogromnie mu się spodobała.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

„Tajemnica połykaczki ognia” to sprawnie napisany kryminał dla dzieci. Intryga nie jest może zbyt skomplikowana, ale jest tutaj i tajemnica, i kara, i humor. Czyta się szybko, a duże litery sprawiają, że książka nie odrzuca młodszych czytaczy. Åsa Rosén nie powiela schematów znanych z Lassego i Mai czy „Biura detekstywistycznego nr 2”. W jej książce dorośli grają główne role — to oni muszą szukać śladów i wyciągać wnioski. A czasami zastawiać pułapki — oczywiście w cyrku. Kto okradł Cayenne? Młodzi amatorzy kryminałów nie powinni być zawiedzeni.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén napisała trzy książki o przygodach Dyrektora Karamby — jak nikt ich nie wyda, wypada nauczyć się szwedzkiego.

Åsa Rosén (tekst i ilustracje), Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia, tł. Iwona Jędrejewska, Czarna Owieczka 2014

Gdzie kupić vetustas?

Vetustas! To będzie chyba moje znienawidzone słowo… Nijak nie mogę go zapamiętać, co chwila przekręcam, a wtedy dziecię moje, bardzo oburzone, poprawia z powagą: vetustas, mamo, vetustas. Gorzej, że bardzo zapragnęło go zrobić, więc jakby ktoś gdzieś widział bezpański fotoplastykon, to chętnie przygarnę.

Pan Kardan i przygoda z vetustasem

„Pan Kardan i przygoda z vetustasem” Justyny Bednarek (Wydawnictwo Bajka) bardzo Piotrusia zainteresowała. Nie obyło się jednak bez mnóstwa pytań i wątpliwości, bo tekst opowieści jest aż gęsty od zdarzeń i wspomnień i mój synek czasami gubił się w powodzi faktów. Zdarzało nam się czytać niektóre fragmenty dwukrotnie, a potem je dodatkowo objaśniać, żeby siedmiolatek mógł sobie historię ułożyć po swojemu. Teraz pisze list do Pani Justyny Bednarek, żeby wymóc na niej obietnicę, że będzie kolejna część. Ja się cieszę, że nie zamierza hodować kur.

To może odrobinę wprowadzenia. Pan Kardan to wynalazca i ekscentryk, który za wszelką cenę chce dostać się do Księgi Rekordów Guinnessa. Próbował na różne sposoby, ale jakoś nigdy mu się nie udało. Teraz ma nadzieję, że cel pomoże mu osiągnąć vetustas, przedziwne urządzenie, które potrafi tak dużo, że aż strach… — dzięki niemu można porozmawiać z dziadkiem i zajrzeć do morza pełnego dinozaurów. To tylko maleńki przykład, bo urządzenie, choć przypomina kupę złomu, potrafi dużo więcej. Powiedźcie sami, czy nie chcielibyście mieć takiego cuda w ogródku? Panu Kardanowi bardzo pomaga w pracy mały sąsiad, Michałek, oraz dwie kury rasy sussex (rasa w tym przypadku jest bardzo ważna) o wdzięcznych imionach Watson i Sherlock. Dla pełnego obrazu warto napisać, że jest jeszcze kot Młotek vel Puszek oraz przebiegły deweloper Błażej Bałamut. No i nie wolno zapominać o niewyraźnym Panu Kazimierzu…Pan Kardan i przygoda z vetustasem

Skomplikowane? Trochę tak, bo Justyna Bednarek pomieszała w książce kilka wątków i historii. Przygody przeplatają się ze wspomnieniami i refleksjami, właściwie każdego bohatera poznajemy teraz i kiedyś. To także historia o zmianach, zapominaniu przy dorastaniu, życiu, miłości, łapaniu chwili i traceniu czasu. Czasami autorka wspomina o tym wszystkim mimochodem i przy okazji, czasami dla mnie wykład bywał zbyt łopatologiczny, ale siedmiolatek domagał się dalszych wyjaśnień. Piotruś chyba najbardziej przeżywał właśnie migawki z przeszłości, gdy okazywało się, że ktoś stracił swoją szansę lub wybrał drogę, która sprowadziła go na manowce. A poza tym uznał, że rzeczy się wcale nie gubią, tylko ktoś je podbiera od razu w momencie zgubienia. Jak przeczytacie książkę, to dajcie znać, czy zgadzacie się z tą teorią.

Czytaliśmy tę książkę razem, bo tekstu na stronie jest dużo i taka zbita ściana liter przerażała mojego syna. Podczytywał na głos fragmenty, uważnie czytał tytuły, ale nie miał ochoty przebijać się samodzielnie przez kolejne strony. Przydała się pomoc mamy.
Pan Kardan i przygoda z vetustasem

Nie myślcie jednak, że to bardzo poważna książka. Na pewno nie raz zaczniecie się śmiać, a przynajmniej uśmiechać. A potem wasze dzieci będą z powagą dyskutować o inteligencji kur (rasy sussex) i pożytkach płynących z posiadania kota. Od razu uprzedzam, że nie znajdziecie tutaj odwołań do rzeczywistej nauki i praw rządzących naturą. Vetustas nie podlega zwykłym prawom fizyki, ale nie o to tutaj chodzi. Opowieść o Waldemarze Kardanie to świetna rozrywka. Dzięki książce Justyny Bednarek spędzicie miło kilka wieczorów i pewnie będziecie mieli ochotę na więcej.  Zakończenie sugeruje, że „Pan Kardan i przygoda z vetustasem” to dopiero początek przygody czytelników z Panem Kardanem. Czy komuś jeszcze koniec kojarzył się z „Facetami w czerni”?

Pan Kardan i przygoda z vetustasem

Nie można pisać o tej książce i nie wspomnieć o świetnych ilustracjach Adama Pękalskiego. Warto zajrzeć do „Pana Kardana” choćby tylko dla nich. Bardzo fajna lektura dla chłopców i dziewczynek.

 

Justyna Bednarek, Pan Kardan i przygoda z vetustasem, il. Adam Pękalski, Bajka 2017

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Pewnie powinnam pisać o Świętach, Mikołaju i reniferach, o książkach, które wprowadzają w atmosferę Bożego Narodzenia… Tylko że trochę mi się nie chce, bo wszyscy o tym piszą i pokazują śliczne stosiki 🙂 No i może także dlatego, że mało czytamy w tym roku o świętach, Mikołaju i reniferach, raczej o przygodach, labiryntach, autach, tajemnicach i jamnikach. Kilka książek na raz, tak jakoś wyszło. Więc zamiast o Mikołaju, posłuchajcie o zwykłym chłopcu, Bartku Kłopotku.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Książka Kasi Nawratek zdobyła w tym roku Koziołka, nagrodę przyznawaną przez Bibliotekę w Oświęcimiu. Sięgałam więc po tę pozycję z dość dużymi oczekiwaniami, ale i z niepokojem. Wygrała z „Teatrem niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego, którą uważam za książkę bardzo dobrą, więc poprzeczka wisiała wysoko.

„Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek” to całkiem zwyczajna historia Bartka mieszkającego w zwykłym bloku. Układ rodzinny chłopca jest inny, ale chyba coraz bardziej powszechny: jest mama i jej partner Piotrek, jest tato i jego nowa partnerka, Aneta. No i jest Kresek — jamnik będący największym przyjacielem i powiernikiem. Gdzieś w tle przewija się szkoła, koledzy i koleżanki, sąsiedzi, bezdomni, ogródki działkowe i sklepy. W całym tym uniwersum najbardziej niezwykły jest Bartek. Jego ogromna, wręcz rozbuchana wyobraźnia to jednocześnie ratunek i przekleństwo. Chłopiec ucieka przed problemami w nierealny świat, a to, co wymyślone, jest dla niego równie rzeczywiste i prawdziwe. Granica się zaciera, a Bartkowe hasło „wiem to na pewno”, którym kończy prawie każdą wypowiedź, sprawia, że trudno mu uwierzyć, nawet wtedy, gdy wszystko, co mówi, jest prawdą. Zresztą Bartek raczej nie kłamie, on po prostu wymyśla historie i natychmiast zaczyna w nie wierzyć.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Trudno mu się dziwić. Bartka poznajemy w momencie przełomowym, kiedy okazuje się, że będzie miał siostrę. Niestety, tato i  jego partnerka nie potrafią dobrze poradzić sobie z tą sytuacją (szerze mówiąc, radzą sobie koszmarnie, za dużo znam „z życia” podobnych historii, by zarzucać Kasi Nawratek przesadę, choć trochę raził mnie czarno-biały schemat). Odmienność chłopca przeszkadza mu w szkole, zawadza w domu. Czas dorosnąć, tylko że Bartek dorastać nie chce, bo nie potrafi i chyba nie chce dostosować się do reguł dorosłego świata. Bartek widzi dużo, więc świetnie dostrzega także jego absurdy. Problemy tłumaczy sobie po swojemu (cudnie namalowane Kopalnia i Administracja), ale je widzi — często więcej niż niejeden dorosły.

Trudno mi się pisze o tej książce. Kasia Nawratek namalowała fragment dziecięcego życia, bardzo pokomplikowany przez dorosłych. Bartek to dziecko, które musi poradzić sobie z rozwodem rodziców, przemocą w szkole, niesprawiedliwością dorosłych, czyjąś bezdomnością, strachem przed katastrofą budowlaną, pierwszym zauroczeniem. Zmaga się z kłopotami, które mogłyby przywalić niejednego dorosłego. To bardzo poruszająca lektura, o której trudno przestać myśleć. Mój Starszy pochłonął ją błyskawicznie i powiedział, że warto, choć to trochę smutne, czasami dziwne, ale i wzruszające. „Dziwny był ten Bartek mamo, ale mi go szkoda, nie miał lekko”. Ja mam skojarzenia i z „Teatrem niewidzialnych dzieci„, i z „Tonją z Glimmerdalen„.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Kasia Nawratek nie oferuje czytelnikowi łatwych rozwiązań. Bartek nie jest prostym bohaterem: jest inny, dziwny, zakręcony. Trudno się z nim dogadać i przeniknąć do jego świata. Problemy, z którym się boryka, nie znikają. Pewne rzeczy udaje się wyjaśnić, życie toczy się dalej, tak po prostu — i trzeba się w nim odnaleźć. Bo właśnie takie jest życie, czasami fajne, czasami trudne, czasami niezrozumiałe. Różne. Pewne problemy znikają dopiero wtedy, gdy uporają się z nimi dorośli — dlatego warto, by także dorośli sięgnęli po tę książkę. Naprawdę warto.

 

Kasia Nawratek, Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek, il. Ola Szmida, Ezop 2016