Lato z rabusiami

„Lato z rabusiami” Siri Kolu… Nie mogę przestać myśleć o tej książce. Starszy połknął, powiedział, że jest całkiem fajna i trochę dziwna. No jest. Nie jestem jednak pewna, czy dziwne były dla nas te same momenty. To zaskakująca lektura dla dorosłego, trochę niepokojąca, drażniąca, stawiająca pytania i pozostawiająca bez odpowiedzi. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się takiej zagwozdki, gdy zaczynałam ją czytać. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak autorka rozwinęła tę historię — po fińsku wyszło już sześć części przygód Rabusińskich.

Siri Kolu, Lato z rabusiami

To może od początku. „Lato z rabusiami” Siri Kolu (Wydawnictwo Tatarak) to, wydawałoby się, typowa powieść na wakacje. Bohaterką jest dziesięcioletnia Vilja, młodsza córka zamożnych rodziców, trochę nudnawa i nijaka, która pewnego dnia w drodze do babci, u której ma spędzić wakacje, zostaje porwana przez najdziwniejszą na świecie rodzinę Rabusińskich. Rabusińscy muszą rabować, nazwisko zobowiązuje.

W tym miejscu zaczyna się niesamowita przygoda Vilji, której znany i uporządkowany, dostatni i nudny świat nagle się zmienia. Okazuje się, że można jechać przed siebie bez celu, jeść rękami, spać w namiocie, myć się w zimnym jeziorze, rzucać nożem do tarczy — i świetnie się przy tym bawić. Trochę jak w „Podróży za jeden uśmiech” Adama Bahdaja, Vilja zostaje wrzucona w środowisko, którego początkowo nie rozumie. Odnajduje się w nim jednak dużo szybciej niż Duduś. Dla dziewczynki było to lato przełomowe. Jak mówi sama bohaterka na końcu książki:

„Już nigdy nie będę tą dziewczynką, która czeka wyłącznie na najbliższe próby chóru albo lekcje skrzypiec.”

Vilja poznaje świat, w którym pieniądze nie mają żadnego znaczenia. Świat, w którym żyje się z dnia na dzień, nie gromadzi się rzeczy i używa się ich w nietypowy sposób. Dziewczynka poznaje siebie. Odkrywa, że jest pomysłowa, rozsądna i opanowana, silna, ma własne zdanie i uparcie dąży do celu. Wakacje z Rabusińskimi pozwalają jej w pewien sposób dorosnąć i zrozumieć siebie. Przeżywa z niesamowitą rodziną mnóstwo przygód, wchodzi w zbójeckie społeczeństwo i zdobywa wiedzę niedostępną zwykłym dzieciom. Piraci drogowi zdarzają się częściej niż przypuszczacie, przynajmniej w Finlandii.

Dla Rabusińskich spotkanie z dziewczynką było równie ważne. Vilja wprowadziła w ich życie nowe spojrzenie, wybiła z rutyny, pozwoliła na nowo spojrzeć na rabusiostwo, a potem zaczęła powoli socjalizować.

To pierwsza warstwa. Zabawna, dobrze skonstruowana, przewrotna, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Letnia i radosna historia o dziewczynce, która spędziła najdziwniejsze i najwspanialsze wakacje swojego życia, włócząc się po kraju z najbardziej romantycznymi zbójcami na świecie.

Męczy mnie jednak tło tej historii. Przy dorosłej lekturze „Lato z rabusiami” pokazuje obraz społeczeństwa, na który nie mamy ochoty spoglądać. To może po kolei.

  1. Gdzie podziali się rodzice Vilji? Dlaczego tak słabo jej szukali? Przyjmuję koncept rodziny, która znika, ale w tej książce Vilja właściwie „przeniosła się” do innej rodziny. To tutaj czuła się potrzebna, to do Rabusińskich chciała wracać. Przerażał mnie jej brak emocjonalnych związków z prawdziwymi rodzicami. Budziło to mój bunt. Siri Kolu udało się stworzyć smutny obraz współczesnej rodziny: oschłej, niezaangażowanej emocjonalnie, bez poczucia więzi. Telefon, internet, hobby budzą więcej emocji niż dziecko, które lgnie tam, gdzie czuje się potrzebne i rozumiane. Cała narracja jest prowadzona z perspektywy Vilji, ale rodziców mi w tej książce brakowało (choć przyznaję, trochę ratuje sytuacje tato, który nagle pojawia się w okolicy). Spojrzenie dziesięciolatki na rodziców jest tutaj bardzo okrutne — naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną jest tak samo i jak postrzegają mnie moje dzieci.
  2. Rodzina Rabusińskich — anarchia w czystej postaci i — żeby było jasne — nie przeszkadza mi to. Żyją poza strukturami społecznymi, nie próbują się dopasować, choć ich brak dopasowania jest tak przejaskrawiony, że aż budzi niedowierzanie. Napadanie na innych nie jest fajne, choć przy pobieżnej lekturze takie może się wdawać. Rabusińscy nigdy nie zabierają za dużo, nie interesują ich pieniądze, biorą tylko to, co akurat jest im potrzebne. Bardzo to romantyczne i szalone. Wraz z poznawaniem historii rodziny pojawiły się jednak wątpliwości. Dla mnie opowieść o losach Dzikiego Kaarlo, jego żony i dzieci to historia choroby i uzależnienia, historia poświęcenia w imię ratowania męża i rodziny. Może przesadzam, ale tylko trochę. Kaarlo pracował w fabryce samochodów i bardzo kochał swoją pracę. Pewnego dnia okazało się, że zakłady zostaną przeniesione do jakiegoś innego kraju, bo tam jest taniej. Znacie takie przypadki? Kaarlo nie chciał pracować nigdzie indziej, więc po prostu pewnego dnia zabrał żonę i dzieci i zaczął prowadzić życie rozbójnika, goniąc za marzeniami. Rabusińscy nie starają się nikogo krzywdzić, nie są krwiożerczym bandytami, ale także nie rozumieją/nie pamiętają zasad obowiązujących w społeczeństwie, a na pieniądze mówią „mysie pierdy” i nie potrafią ich używać. Cała rodzina roztacza parasol ochronny nad Kaarlo, bo nie chcą, żeby był smutny.
  3. Vilja – dziesięciolatka, która nagle staje się odpowiedzialna za wszystkich. Przygoda dziewczynki jest fantastyczna, ale jej poczucie odpowiedzialności, przejęcie kontroli… Czy naprawdę dzieci muszą zbawiać świat i innych? Czy Vilja powinna przejąć odpowiedzialność za los rodziny? Za dorosłych?

Im dłużej czytałam „Lato z rabusiami”, tym mniej wydawała się mi humorystyczna. Z tła wyłaniał się smutny i beznadziejny obraz społeczeństwa, w którym tak wiele się zmienia, że dorośli nie potrafią się odnaleźć i ukrywają za marzeniami albo technologią, a dzieci są przekonane, że nie są ważne i nic dla rodziców nie znaczą. Mają jednak instynkt i potrafią nakierować dorosłych na właściwy tor. Pozostaje pytanie o cenę, jaką za to zapłacą.

„Wakacje z rabusiami” to naprawdę ciekawa i dobrze napisana książka o przygodzie, na którą miałoby ochotę wiele dzieci. Fajnie jest jechać bez celu, kąpać się w jeziorze, budować bazy w krzakach, huśtać się na hamaku i krzyczeć radośnie z głębi serca. Dzieciom nie potrzebne są wcale „drogie” wakacje, wyjazdy na koniec świata i baseny z podgrzewaną wodą. Wystarczy trochę wody, parę patyków i obecność kogoś, dla kogo jest się ważnym. Przeczytajcie koniecznie „Lato z rabusiami”, a potem zafundujcie dzieciakom szalone wakacje (może bez napadania na innych). I dajcie znać, czy książka także w was zasiała niepokój.

Siri Kolu, Lato z rabusiami, il. Tuuli Juusela, tł. Iwona Kiuru, Tatarak 2018

Reklamy

A w szpitalu nocą….

Jakie książki dostają Wasze dzieci na koniec roku? Przyznaję, że widok „Pana Tadeusza”, nowelek Marii Konopnickiej, kolejnego albumu z zabytkami Mazowsza czy „Słownika chemicznego” sprawia, że zaczynam pluć jadem. Z mojego punktu widzenia, najlepszym sposobem zadbania, by dzieci dostały sensowne nagrody, to włączenie się w ich zakup. Zmęczeni końcem roku nauczyciele zwykle z radością przyjmują pomoc, dzieci dostają książki do czytania, a efekty bywają zdumiewające. Starszy zeznał, że jego koledzy zajrzeli do zeszłorocznej nagrody (u nas książki na wakacje dostaje cała klasa), a niektórzy nawet ją przeczytali.

A w tym roku… Co powiecie na grupę piątoklasistów, którzy prawie od razu po dostaniu nagrody zaczynają ją czytać? Widok kilku głów pochylonych nad książką na apelu kończącym rok szkolny to miód na serce. Tak działa „Gang godziny duchów” Davida Walliamsa (Mała Kurka).

David Walliams, Gang godziny duchów

W klasie na rozdaniu pozostałych świadectw usłyszałam, że książka zapowiada się świetnie i że wydaje się bardzo ciekawa, i jak to dobrze, że dostali coś do czytania, a nie do położenia na półkę. No! Tyle o nagrodach, czas zajrzeć do książki.

„Gang godziny duchów” to bardzo łagodna i bardzo wzruszająca książka Walliamsa (jak na Walliamsa oczywiście). Akcja powieści rozgrywa się w Londynie w bardzo dużym, bardzo starym i bardzo niedofinansowanym szpitalu (całkiem jak w Polsce), do którego trafia Tom, dwunastolatek uczący się w ekskluzywnej szkole. Chłopak oberwał w głowę piłką do krykieta, ale na pewno nie spodziewał się, że pobyt w szpitalu okaże się największą przygodą jego życia i okazją, by całkowicie je zmienić. W szpitalu tym bowiem (jak to możecie wyczytać na tylnej stronie okładki, niczego nie zdradzam), kiedy zegar wybija północ, a wszystkie (prawie) dzieci pogrążone są we śnie, zaczyna działać Gang Godziny Duchów. Absolutnie niesamowity, absolutnie nierzeczywisty i absolutnie fantastyczny gang, który ma tylko jeden cel — spełnianie marzeń małych pacjentów. Dla Gangu nie ma rzeczy niemożliwych — wyprawa na biegun, wyścigi samochodowe, kariera aktorska — wszystko da się zrobić.

David Walliams, Gang godziny duchów

Łatwo nie jest, bo personel szpitala to najgorszy, najbardziej paskudny i wredny personel na świecie. Gburowate pielęgniarki, niedouczeni i przestraszenie lekarze, myśląca tylko o budżecie dyrekcja. Nikt tutaj nie interesuje się pacjentami i nie zastanawia, czego pragną, a siostra przełożona oddziału pediatrycznego to psychopatka, która lubi dręczyć dzieci. Brrr… W złośliwości może ją przegonić jedynie dyrektor szkoły, do której uczęszcza Tom. Okazuje się jednak, że nawet w takich warunkach da się zrobić wiele, gdy działa się razem i ma kilku nieoczekiwanych sprzymierzeńców.

David Walliams, Gang godziny duchów

„Gang godziny duchów” to piękna książka o przyjaźni, o realizacji marzeń, o dotrzymywaniu obietnic i dążeniu do celu. David Walliams czasami zwodzi nas na manowce i wyprowadza w pole — nie każde pierwsze wrażenie jest słuszne i nie zawsze trzeba wierzyć oczom i uszom. Czasami trzeba poczuć i sprawdzić na własne oczy, jak coś działa. Pozostaje po tej książce przekonanie, że warto dążyć do realizacji marzeń i że da się w jedną noc przeżyć całe życie. Przy okazji spełniania marzeń jednej osoby, można przypadkiem uszczęśliwić inną, nawet jeśli jest to najstarsze dziecko świata, a wręcz zmienić cały szpital, choćby na chwilę. Tak, tak!

Czytałam tę książkę z chłopakami, czasami się śmiejąc, czasami krzywiąc, czasami wzruszając, z narastającym przekonaniem, że powinni przeczytać ją dorośli. Walliams wspaniale pokazał w niej pragnienia dzieci, te ukryte, często niewyrażone i nieuświadomione. Czasami tak łatwo je spełnić. Dorosłego też nie jest trudno uszczęśliwić, wystarczą podpłomyki poppadom i kilka innych dań (szczególnie gdy dorosły to Raj, ulubiony sklepikarz wszystkich dzieci).

„Gangowi” w pewien sposób najbliżej do „Wielkiej ucieczki dziadka” — wzruszenie potrafi ścisnąć dorosłego za gardło, ale nie obawiajcie się, żadnej czułostkowości i ckliwości tu nie znajdziecie. To nie taka literatura. To niesamowite, że książka dla dzieci — wciągająca, zapraszająca do lektury, czasami balansująca na granicy dobrego smaku — zostawia po sobie tyle pytań, pomysłów na rozmowy i tematów do przemyślenia. To świetna antydydaktyczna pedagogika. Gorąco Was zachęcam.

I zobaczcie, jaka piękna jest stopka redakcyjna.

David Walliams, Gang godziny duchów

My czytamy teraz „Cwaną ciotuchnę”, którą Tymek uznał za jeszcze lepszą niż „Gang”. To jak, sięgniecie z nami do książki Williamsa?

David Walliams, Gang godziny duchów, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2018

Wielka książka z zadaniami

Bardzo lubimy prace Nikoli Kucharskiej, co zapewne już wiecie. Piotr przepada także za łamigłówkami, lubi rozwiązywać zagadki, szukać wyjścia z labiryntów i rozszyfrowywać tajemnicze wiadomości. Na wieść, że Nikola Kucharska przygotowała książkę z łamigłówkami dla wydawnictwa Greg, ucieszyliśmy się oboje. Zwykle na wakacyjne wyjazdy pakujemy kilka książek z zagadkami, bo może będzie padać, na wielki upał, na nudę, na burzę, na długie, letnie, leniwe, chłodne wieczory. Od razu więc zaczęliśmy się rozglądać po księgarniach. No i mamy! Książka wygląda świetnie: kolorowa, pełna humoru i naprawdę wielka — 9 rozdziałów i 247 stron zagadek.

Nikola Kucharska, Wielka księga zagadek i łamigłówek

Każdy znajdzie tutaj coś, co lubi. Piotr od razu zaczął oglądać rozdział z potworami i straszydłami. Szukanie właściwego nagrobka dla zagubionego zombie, wynajdywanie składników eliksirów czy odkrycie, który przebieraniec NAPRAWDĘ jest wampirem, okazało się fascynujące.

Nikola Kucharska, Wielka księga zagadek i łamigłówek

Nikola Kucharska, Wielka księga zagadek i łamigłówek

Nikola Kucharska, Wielka księga zagadek i łamigłówek

Nikola Kucharska przygotowała zadania o trzech poziomach trudności: łatwym, trudnym i supertrudnym. Zadania są bardzo zróżnicowane — znajdziecie tutaj labirynty, krypotografię, sudoku, obrazki do porównania i pokolorowania. Dziecko może wyszukiwać szczegóły, odgadywać zagadki na podstawie podpowiedzi, rysować zgodnie z instrukcjami, łączyć kropki… Zadań jest naprawdę dużo i nie mam wątpliwości, że każdy miłośnik zagadek znajdzie coś dla siebie. Łamigłówki w każdym rozdziale łączy motyw przewodni: zwierzęta, potwory i straszydła, piraci, kosmici, księżniczki i rycerze. Zagadki poukrywane są wszędzie, nawet na rozkładówkach.

Nikola Kucharska, Wielka księga zagadek i łamigłówek

„Wielka księga zagadek i łamigłówek” zachwyciła mnie starannością wykonania. Ilustracje i zagadki są dopracowane. Nie ma tutaj stron, których jedynym zadaniem jest zwiększanie objętości książki. Staranny wydruk i dobrej jakości papier sprawiają, że zabawa daje dużo radości. Do tego dochodzi przyjemność obcowania z czymś ładnym — ilustracje Nikoli Kucharskiej są dopracowane, przemyślane i budzą masę skojarzeń z innymi jej książkami. Od razu ma się ochotę po nie sięgnąć i sprawdzić, kogo przeniosła do labiryntów i wykreślanek. Z częścią zagadek bez problemu poradzą sobie małe dzieci, przy niektórych trzeba pogłówkować chwilę dłużej. Ośmiolatek nie nudzi się i nie narzeka, że to za proste. Świetna książka.

W tym roku na wakacje zabieramy tylko jedną książkę z zagadkami — ponad 200 stron powinno nam wystarczyć na cały wyjazd.

Nikola Kucharska, Wielka księga zagadek i łamigłówek, Greg 2018

Kefir w Kairze

Miało być całkiem o czymś innym, ale od dwóch dni Piotrek czyta „Kefir w Kairze”. Czyta sobie, Matce, Ojcu, Bratu, Babci i wszystkim dookoła. Czyta i chichocze. Czyta i się dziwi, i zadaje pytania. Nie się przeoczyć takiej fascynacji i przejść obok bez reakcji… Aaaa, wygląda na to, że rymowanie jest zaraźliwe.

20180617_134410-1

„Kefir w Kairze” Michała Rusinka (Wydawnictwo Znak) trochę oszukuje. Wszyscy ci, którzy w pełni i bez rezerwy uwierzyli w podtytuł „Rymowany przewodnik po miastach świata”, i spodziewali się zabytków, obyczajów i masy informacji geograficznych będą coraz szerzej otwierać oczy i z coraz większym zdumieniem (i mam nadzieję, coraz szerszym uśmiechem) zastanawiać się, o co chodzi. Jest to bowiem przewodnik napisany nie przez turystę, a przez limerystę — nie, nie jestem taka mądra i nie wymyśliłam tego słowa. Jak powiedział Michał Rusinek w wywiadzie turysta zwraca uwagę na miejsca, a limerysta na nazwy. I to właśnie one są tutaj najważniejsze.

Jak już pisałam, u nas zaczęło się od Buki i Bukaresztu:

20180617_134345

Piotrek nie był w stanie przestać się śmiać. A potem zalał nas pytaniami, czy Buka NAPRAWDĘ  przeprowadziła się do Bukaresztu. I było to tylko pierwsze z serii trudnych pytań.

Michał Rusinek bawi się nazwami. Bierze nazwę jakiegoś miasta na świecie i zaczyna zabawę słowami. Skojarzenia ma niezwykłe i czasami niesamowicie absurdalne. Nazwa jest tylko pretekstem — w wierszu mogą pojawić się odwołania do kultury danego kraju albo nie. Nie ma reguły, bo przecież nie o wiedzę geograficzną, a o zabawę językiem, wyobraźnię i grę w skojarzenia tutaj chodzi. I za nic ma autor późniejsze męki rodzica, do którego przychodzi dziecię i pyta: Mamo! A czy w Skopje NAPRAWDĘ  na słupach są napisy „Chłopje! Stój! Nie dotykaj, bo prąd kopje!” Są?! No sprawdź w Internecie!

20180617_134108

W „Kefirze w Kairze” jest 53 utwory o miastach z różnych krańców świata i z każdego kontynentu (a także dwa spisy treści, zwykły i a tergo). Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są takie wiersze, przy których chichoczę. Są takie, które powalają mnie na kolana i wyrywają z gardła jęk zazdrości, że ktoś odkrył takie wspaniałe podobieństwa, ale i takie, które nie wywołują u mnie większych emocji. Nic nie szkodzi — doceniam kunszt słowa i zabawę językiem. To naprawdę świetna książka do czytania i śmiania się. I do nauki geografii właściwie też, bo przecież można zaznaczać na mapie te miejsca, o których Michał Rusinek napisał. A potem pozastanawiać się razem, jak tam jest. A jeśli nie uda nam się zwiedzić Limy, to może chociaż powinniśmy wpaść do Limanowej?

Gdy w Limie gęstość zaludnienia

Stała się wprost nie do zniesienia,

To wtedy część ludności Limy

Wywędrowała pewnej zimy

Do kraju całkiem nieznanego,

Polską (lub jakoś tak) zwanego.

Powstała tam osada nowa,

Nazwana przez nich — Lima-Nowa.

20180617_134012

„Kefir w Kairze” zilustrowała siostra autora, Joanna Rusinek. Bardzo zgrany do duet. Każda rozkładówka to jeden wiersz świetnie komponujący się z rysunkiem. Na kartach książki możecie nawet znaleźć jej autora (nie, to nie jest ta mumia z ilustracji poniżej).

20180617_134228

Lubię utwory Michała Rusinka. Wpadają w ucho, zapraszają do zabawy słowami, pobudzają wyobraźnię. I choć nie zawsze trafiają do mnie skojarzenia i humor autora, to rozumiem swojego syna, któremu trudno się od tej książki oderwać. To lektura, która prowokuje do rozmów o języku i skojarzeniach, do tłumaczenia znaczeń słów — nie ma takich dużo.

Michał Rusinek w wywiadzie, który podlinkowałam wyżej, powiedział, że wyjdzie zbiór jego poezji patriotycznej. Bardzo jestem ciekawa, jak poradził sobie z tak trudnym tematem.

Michał Rusinek, Kefir w Kairze, il. Joanna Rusinek, Znak 2018

Pszczoły

Świat ekscytuje się drugą książką Piotra Sochy („Drzewa” za chwilę zdominują blogosferę, bo każdy będzie chciał je mieć i się pochwalić), a ja z Piotrusiem z zapałem zapoznajemy się z jego „Pszczołami”. Dopiero teraz. A co!

Piotr Socha, Pszczoły

Dlaczego teraz? Oczywiście widzieliśmy książkę Piotra Sochy wcześniej, oglądaliśmy w księgarni i u przyjaciół pierwsze wydanie, ale wtedy jakoś przeszła przez echa. No tak, piękna! No tak, duża! Tak, tak, można obejrzeć i odłożyć na bok. Po prostu nie wywołała wtedy tego „ach!”, które sprawia, że natychmiast, już i od razu chce się mieć tę książkę na półce.

Minęło trochę czasu i Piotra zafascynowały owady społeczne. „Pszczoły” pojawiły się u nas ponownie i tym razem powaliły całą rodzinę na kolana. Że piękna, że ogromna, że ciekawa, że tyle informacji, że się nie spodziewałam, że mądra, że, że, że… No właśnie! Książka musi trafić na swój czas. A u nas teraz panuje moda na „Pszczoły”.

Piotr Socha, Pszczoły

Żeby w pełni docenić „Pszczoły”, trzeba spędzić nad tą książką trochę czasu, uważnie poprzyglądać się planszom i wczytać w tekst. Dopiero wtedy dociera do człowieka ogrom pracy, jaką wykonał Piotr Socha, i ogrom wiedzy, jaką z tej książki można zdobyć (tutaj trzeba się głęboko ukłonić przed autorem tekstu, Wojciechem Grajkowskim). A na dodatek wszystko jest napisane przyjaźnie, ale nie infantylnie. To nie jest książka dla maluchów. To książka dla każdego.

Piotr Socha, Pszczoły

Czego tutaj nie ma! Wszystko jest! I o pochodzeniu pszczół, i o tym, jak wyglądają, i o tym, jak robią miód, i o tym, jak tańczą. Aaaa…. I jeszcze mnóstwo o tym, jak i kiedy życie pszczół splotło się z życiem człowieka. Znajdziecie tutaj wiele interesujących informacji, ciekawostek i anegdot. Wiedzieliście, że pszczoła musi pokonać 150 tys. kilometrów, żeby powstał 1 kg miodu? Robi wrażenie, prawda?
Piotr Socha, Pszczoły

Bardzo zaimponował mi sposób zakomponowania tekstu i jego związek z ilustracjami. Lekturę „Pszczół” można traktować jako ćwiczenia na skupienie i uważność. Elementy niektórych ilustracji są ponumerowane — wyjaśnienie znajdziecie w tekście, ale nie po kolei. Nawet sobie nie wyobrażacie, z jaką uwagą Piotrek śledził notatkę o ulach, żeby dowiedzieć się, gdzie używane są poszczególne konstrukcje. I do tej pory przepytuje, czy wolałabym ul w kształcie niedźwiedzia, czy jednak Adama i Ewę.

Piotr Socha, Pszczoły

Pszczoły towarzyszyły już ludziom pierwotnym, są obecne na ilustracjach pochodzących ze starożytnego Egiptu, Grecy uważali go za pokarm bogów, a Napoleon uczynił pszczołę jednym z symboli swojego cesarstwa.  W „Pszczołach” zajdziecie wiele takich informacji. Czyta się to wszystko z narastającym zachwytem i coraz większą ciekawością. Świetna książka. Niech żyją pszczoły!

Piotr Socha, Pszczoły

No to biegnę szukać „Drzew” w małych księgarniach, a wszystkim, którzy jeszcze „Pszczół” nie oglądali, gorąco je polecam.

Piotr Socha, Pszczoły, op. tekstu Wojciech Grajkowski, Wydawnictwo Dwie Siostry 2015

Z czego się cieszyć?

Właśnie skończyliśmy książkę (a raczej dwie), która co wieczór wprawiała nas (Piotrusia i mnie) w dobry nastrój i jednocześnie sprawiała, że nie mogliśmy skończyć czytać. Tak jakoś płynnie jedno opowiadanie przechodziło w drugie, że absolutnie nie mieliśmy ochoty przestać — ja czytać, Piotr słuchać. Dopiero zerknięcie na zegarek działało jak stoper. Poznajcie Cieszka.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka, Nowe ucieszki Cieszka

Cieszko to bohater dwóch książek Zdenka Svĕráka, człowieka-orkiestry. Jest reżyserem, aktorem, komikiem, scenarzystą oraz autorem książek — świetnych książek. Wydawnictwo Dwie Siostry wydało dwa tomy przygód synka ogrodnika „Ucieszki Cieszka” i „Nowe ucieszki Cieszka”, obie rewelacyjnie przetłumaczone przez Dorotę Dobrew i ciekawie zilustrowane przez Ewę Stiasny (ach, te wyklejki, trzeba je koniecznie przestudiować i dokładnie obejrzeć przed każdą lekturą).

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Cieszko tak naprawdę ma na imię Boguszek, ale ponieważ potrafi się cieszyć najlepiej na świecie imię „Cieszko” bardziej do niego pasuje.

Naprawdę trudno uwierzyć, z czego ten Cieszko potrafił się cieszyć. Na przykład kiedy poparzyły go pokrzywy. Inne dziecko na jego miejscu zaraz zaczęłoby płakać albo przynajmniej stanęłyby mu świeczki w oczach. A Cieszko, kiedy go ta pokrzywa smagnęła, co prawda powiedział: „Auu!”, bo takie „Auuu!” samo się człowiekowi wyrywa, ale zaraz potem oznajmił z przejęciem:

– Patrzcie! Jakie dziwne bąbelki mi wyskoczyły! Takich jeszcze nie miałem! (Ucieszki Cieszka, s. 6)

Tak, Cieszko naprawdę potrafi się cieszyć. I potrafi swoją radością zarażać innych.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Mały synek ogrodnika mieszka z rodzicami w pobliżu miasta w dużym gospodarstwie ogrodniczym. Nie chodzi jeszcze do szkoły, ma najlepszą przyjaciółkę Katarzynkę w okularkach i kochanego pieska Kwika. Ma także nieprzyjaciela — łobuzisko Hugo. Sami posłuchajcie, że to naprawdę nie jest taki zwykły chuligan.

Cieszko spojrzał w górę i zobaczył Hugona. Tutaj musimy powiedzieć, co to za ptaszek. A więc przede wszystkim nie jest to żaden ptaszek, tylko kawał kołka. Ale nie wyobrażajcie sobie czasem żadnego zgrabnego patyczka. Kiedy mówię: Hugo to kołek, chcę przez to powiedzieć, że jest w wieku, kiedy ma się rozumu tyle co kołek, oraz że z niego niewychowany łobuz, kłamczuch i zawistnik. Mógłbym też napisać, że ładny z niego kwiatek, ale lepiej nie, bo jeszcze moglibyście wyobrazić go sobie jako niezapominajkę, a wtedy bylibyście w strasznym błędzie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy na niego mówić: łobuzisko Hugo. (Ucieszki Cieszka, s. 18)

Na szczęście zwykle triumfuje sprawiedliwość i łobuzisko Hugo dostaje to, na co zasługuje.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka są… zwyczajne, wydawałoby się — dostępne na wyciągnięcie ręki, przynajmniej dla tych dzieci, które mają szansę pobiegać po podwórku i pobuszować w krzakach. Zdenĕk Svĕrák ma niesamowite oko, potrafi oczami Cieszka zachwycić się codziennością. Świat jest pełen cudów, wystarczy się tylko rozejrzeć i dostrzec to, co nam ucieka, co przestaliśmy dostrzegać, bo takie zwyczajne i nijakie. Cieszka raduje wszystko: przylot motyli, przeganianie szpaków z truskawek, deszcz, wyprawa na targ, śnieg i lód, i wiatr, i mgła. Świętuje urodziny psa (rewelacyjna opowieść o tym, jak chłopiec kupował winko dla psa), rozmawia z ogrodniczymi sprzętami, uśmiecha się do świata, pomaga rodzicom, czasami psoci (ale za to z jakim polotem). Niesamowicie jest pomysłowy i zaradny, bo też nikt mu nie mówi ciągle: nie rusz, zostaw, nie wolno.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Fascynujący jest język tej książki. Tutaj wtrącenie: nie wiem, jak zrobiła to Dorota Dobrew, ale tłumaczenie jest rewelacyjne. W żadnym momencie lektury nie czułam, że to tłumaczenie. Zdenĕk Svĕrák bawi się znaczeniem słów i związków frazeologicznych, prowadzi z młodym czytelnikiem grę na znaczenia. I brzmi to doskonale po polsku, nie słychać fałszu, nie czuć, że coś zostało naciągnięte, przeinaczone. Nie czuć także wysiłku tłumacza — jest lekkość i zabawa. To wspaniała książka, która daje ogromną przyjemność obcowania z pięknym językiem i inteligentnym tekstem. Tłumaczce należą się ogromne brawa.

Zresztą posłuchajcie sami:

Mamusia wyjrzała przez pięciopalczasty wizjer  powiedziała:

– Ojejku! Wszyscy święci okładają się poduszkami!

To było coś w sam raz dla Cieszka. Skoczył na równe nogi i zawołał:

– Hura! Bójka! Idziemy popatrzeć!

Ledwie mamusia zdołała zawiązać mu na szyi szalik i wcisnąć na głowę ciepłą czapkę, a już stał za progiem. I aż musiał zmrużyć oczy, bo wszędzie wokół była śnieżnobiała biel. Wszystko zniknęło pod śniegiem. A śnieg ciągle prószył i przykrywał wszystko, na co natrafił. Tam, gdzie wczoraj były różne rzeczy, dzisiaj wznosiły się białe górki. 

– Gdzie oni są, tatusiu? – zapytał Cieszko i ciekawsko wyjrzał przez zaśnieżony płot.

– Kto?

– Wszyscy święci. Nie widzę ich. (Nowe ucieszki Cieszka, s. 122)

Zdenek Sverak, Nowe ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka to rewelacyjna lektura: ciepła, mądra, zabawna, wciągająca i pełna radości. Doskonała do czytania w dzień i wieczorem, do lektury w klasie i w domu, na plaży i przy kominku. Po prostu trzeba Cieszka znać. I uczyć się od niego cieszyć każdym dniem.

Zdenĕk Svĕrák, Ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2013

Zdenĕk Svĕrák, Nowe ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2017

Przez las

„Przez las” Emily Carroll (Wydawnictwo Entliczek) leży u nas na stole w kuchni. Czyli w miejscu, gdzie zwykle składowane są najpotrzebniejsze rzeczy synów — książki, które właśnie czytają i oglądają, rysunki, nad którymi pracują, łamigłówki, stosy papierów, kredki, nożyczki i kleje. Wszystko. Dobrze, że mamy duży stół. I na szczycie wszystkiego leży „Przez las” — bo nie można przestać jej oglądać, zachwycać się i zastanawiać. Czasami można jeszcze znaleźć tę książkę na kanapie lub na parapecie. Zwykle jednak widać ją w Piotrowej dłoni, choć wcale nie dla Młodszego była przeznaczona.

Emily Carroll, Przez las

Ta niesamowicie zilustrowana książka to właściwie komiks-horror. W środku znajdziecie kilka niedopowiedzianych i bardzo nastrojowych historii, pełnych szelestów, szmerów i lęków. Fabuła zahacza o nieocenzurowane wersje baśni braci Grimm, mnie kojarzy się także z opowieściami Neila Gaimana i powieścią gotycką. Wszystkie opowieści mają niejednoznaczne i otwarte zakończenia — to od czytelnika zależy, co wybierze i którą ścieżką podąży, jak dokończy opowieść. Książka przeznaczona jest raczej dla młodzieży i dorosłych.

Emily Carroll, Przez las

Jak to się stało, że trafiła w ręce Piotrusia? To proste — zrozumie mnie ktoś, kto ma w domu buntującego się nastolatka. Tymek zerknął i rzucił do kąta, a Piotruś dojrzał. Dojrzał i nie mógł nie zajrzeć. Jak już zajrzał, to wsiąkł i nie mógł przestać czytać. Wtedy to miał miejsce monolog, który przejdzie do historii naszej rodziny: Nie patrz na mnie teraz, bo zaraz mi zabierzesz tę książkę. Bo pewnie powiesz, że się boję i że to nie dla mnie. A to jest dla mnie, bo ja się wcale nie boję, choć te ilustracje tobie będą się wydawać straszne. A one wcale nie są straszne. To znaczy są trochę straszne, ale nie tak bardzo straszne. I ja się nie boję, no może troszeczkę. Ale to jest takie ciekawe i ja muszę to przeczytać, rozumiesz. A ty pewnie będziesz chciała mi zabrać, jak będziesz patrzyć. I powiesz, że to straszne. A to raczej takie smutne. No dobra, trochę straszne też, ale bardziej smutne. Nie patrz na mnie, nie będę się bał.

Emily Carroll, Przez las

Długo trwała ta przemowa, a ja nie miałam serca zabrać dziecku książki z ręki. Przeczytał ją od deski do deski, z rumieńcami na policzkach. A potem jeszcze raz. Później przeczytał ją babci (Babciu, przeczytam ci taki kryminał o zombie), i tacie. I sobie samemu. Do szkoły nie pozwoliłam zanieść. Najzabawniejsze jest to, że potem przeczytał ją Tymek, bo udzieliło mu się podniecenie brata. Przeczytał i docenił: niejednoznaczność zakończeń, narastające poczucie zagrożenia, nastrój (lęk pochodzi z nas, uznał mój syn, bo książka tylko sugeruje, a my dopowiadamy resztę — mądre mam czasami dziecko, nie?).

Emily Carroll, Przez las
Książka jest niesamowita. Wydano ją z pietyzmem — samo dotykanie okładki, która łączy kilka rodzajów faktur papieru, to radość dla zmysłów i ogromna przyjemność. Plansze Emily Carroll , dopieszczone, wspaniale łączące kolory, by spotęgować nastrój, można oglądać bez końca. Głębokie czernie przełamane bielą, intensywny błękit, czerwone plamy. Artystka doskonale wie, co chce osiągnąć i jak to zrobić.

Emily Carroll, Przez las

Emily Carroll, Przez las

Główną rolę w „Przez las” odgrywają ilustracje. To one najsilniej budują nastrój. Tekst jednak doskonale z nimi współgra, nie pełni jedynie roli służebnej. Nie jest wypełniaczem — dopowiada to, czego na planszach nie dało się pokazać. Po lekturze zostaje w nas jakiś niepokój, lęk, czasami niechęć do obejrzenia się za siebie lub sięgnięcia po coś w ciemność. Doskonała pożywka dla wyobraźni. Autorka znakomicie ogrywa ludzkie pierwotne lęki i strachy — przed ciemnością, lasem, tym, co inne i nieznane — a jednocześnie zaprasza na wędrówkę, której trudno się oprzeć.

Emily Carroll, Przez las

Warto się zastanowić, zanim podsuniecie tę książkę młodszy dzieciom, ale gorąco zachęcam, by do „Przez las” zajrzeć. Warto towarzyszyć dziecku i obserwować jego reakcje. Można ją podsunąć wielbicielom komiksów. To zresztą książka dla każdego, kto ceni dobrą ilustrację i dopracowany pomysł. Nie lubię się bać, ale dla tej książki jestem w stanie przezwyciężyć swoje lęki.

 

Te ładniejsze ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Entliczek.

 

Emily Carroll, Przez las, tł. Marta Bręgiel-Benedyk, Entliczek 2016

Bałagany i plamy

Pamiętacie moje zachwyty nad „Co się stało? Małe wypadki” Karoliny i Hansa Lijklemów? Książka cały czas nam się podoba, a teraz dołączyły do niej dwie kolejne: „Co się stało? Wielkie plamy” i „Co się stało? Straszny bałagan”, obie wydane przez Widnokrąg.Co się stało? Straszny bałagan

Co się stało? Wielkie plamy
W obu autorzy wykorzystują ten sam pomysł, co poprzednio, zestawiając zabawny rysunek (na miarę dziecięco-domowych katastrof) z dowcipnym komentarzem-pytaniem będącym czymś w rodzaju skróconej do maksimum opowieści o domowych (dziecięcych i nie tylko) przygodach. Wyobraźnia zaczyna pracować tak samo mocno, jak przy pierwszej części, choć w przypadku dwóch nowych książek nie było już efektu zaskoczenia. Takiego WOW!, jakie fajne, jakie inne, które wyrwało się matce i synowi przy okazji pierwszej części. Oboje z Piotrkiem doskonale wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać, ale odkrywanie katalogu zabawnych scenek zawartych na kartach książki było przyjemnością i wywoływało wybuchy śmiechu mojego syna, który zestawiał swoje doświadczenia i przeżycia z rysunkową historyjką.

Co się stało? Wielkie plamy

Co się stało? Straszny bałagan

Mam wrażenie, że w dwóch nowych częściach podpowiedzi, co się mogło stać, są trochę bardziej oczywiste niż w pierwszej, ale może być tak, że autorzy książek trafili po prostu w moje rodzinne doświadczenia — sami przyznają, że czerpią z codzienności. Zbite wazony i połamane linijki są codziennością, gdy ma się dwóch synów, a mogą być zaskoczeniem dla kogoś innego. Każde z pytań skłania jednak do zastanowienia się, co się stało i jak do tego doszło. I że czasami przyczyna bywa nieoczywista, a nasze zachowanie może mieć zaskakujące konsekwencje. A jeśli do tego dochodzi refleksja, że może dałoby się inaczej… Czasami Piotr wpadał na alternatywne rozwiązanie, a czasami lektura prowadziła  do niezbyt pedagogicznych odkryć — widzisz mamo, inni też grają w domu w piłkę, a ty się złościsz! Hmmm…

Co się stało? Straszny bałagan

Co się stało? Wielkie plamy

Piotrek miał tylko jedno, maleńkie zastrzeżenie. Dlaczego te wszystkie psoty zawsze robią dzieci, tatusiowie, dziadkowie lub wujkowie? Przecież mamy też psocą! I to niesprawiedliwe, że ich tutaj nie ma, bo przecież, pamiętasz, jak spaliłaś patelnię i zrobiło się strasznie dużo dymu? Albo jak spadła Ci taca na podłogę? (Tiaa, ciekawe, co jeszcze mi wypomni)Sprawiedliwość społeczna musi być! Dlatego mam ogromną prośbę do autorów o uwzględnienie w następnych książkach mam, babć i cioć. Nich też coś mają z życia.

U nas powstaje właśnie prywatna kronika Strasznych wypadków. A co! Nie zamierzamy jej publikować, więc mam nadzieję, że autorzy nie pozwą nas o plagiat 🙂

 

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Wielkie plamy, Widnokrąg 2018

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Straszny bałagan, Widnokrąg 2018

Wielka księga robali

Piotrek kocha robale. Marzy o własnym pajączku, choćby maleńkim, i z radością wita w łazience każdego gościa o kilku odnóżach. Prywatne mrowisko to by było dopiero coś. W ogrodzie dziadków pracowicie wynajduje mrówcze ścieżki, śledząc z zacięciem zabiegane owady i tropiąc ich tajemnice. Do każdego odkrycia dorabia historię. O mrówczej wojnie, o wielkim martwym żuku, o ataku czerwonych gryzących mrówek, o zagubionym pędraku. Jego zachwyt wzbudza odkrycie gniazda skorków w starej szufladzie. Z radością przyjąłby atak termitów lub przemarsz mrówek legionistek — najlepiej, gdyby przy tej okazji zjadły jakiegoś konia. W domu przewraca się mnóstwo książek o owadach — szczególnie tych społecznych, bo zwyczaje mrówek, pszczół, termitów, szerszeni, os, trzmieli (na pewno o jakichś zapomniałam) są po prostu fascynujące. Zgadzacie się? Jeśli tak, to zajrzyjcie z nami do „Wielkiej księgi robali” Yuvala Zommera (Wydawnictwo Wilga).

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Nasze pierwsze zetknięcie z tą książką nie było zbyt udane, przyznam od razu. „Wielka księga robali” jest duża i piękna, ale nie zalewa ogromem wiedzy. Jest tutaj sporo informacji, ale nie tak dużo, jak się spodziewałam. Przeznaczona jest dla dzieci, które dopiero odkrywają fascynujący mikroświat. Te, które z wypiekami na twarzy obejrzały „Mikrokosmos”, a po nocach studiują atlasy owadów, mogą poczuć się rozczarowane…. bo po prostu nie jest to książka dla nich!

„Wielka księga owadów” zafascynuje jednak każdego, kto na widok pająka zaczyna histerycznie krzyczeć. A także tego, kto myli mrówkę z termitem i uważa ćmę za nieudanego motyla. Tato Piotrusia uświadomił mi, że „normalni” rodzice (to znaczy tacy, którzy nie wysłuchują codziennie informacji o zwyczajach żywieniowych mrówek, nie uzupełniają co jakiś czas wielkiego rysunku mrowiska, nie wiedzą, co robi królowa pszczół po wykluciu, i w żaden sposób nie kojarzą Aleksandra Macedońskiego z miodem) mogę być zaskoczeni niektórymi informacjami z książki. Fakt, mogą.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Może na początek spis treści, który doskonale współgra z tematyką książki. Miło obcować z czymś tak przemyślanym pod względem edytorskim i tłumaczeniowym. W środku „Wielkiej księgi robali” bzyczy 18 rozdziałów o robalach (od biedronek po pająki i dżdżownice). Uwaga: nie mylić robali z owadami, bo to nie to samo. Na początku lektury znajdziecie rozdział, w których wszystko zostało dokładnie wyjaśnione na drzewie rodowym robali. Oprócz informacji o rodzajach robali dostajemy w pigułce informacje o ich zwyczajach żywieniowych, jak je najłatwiej podglądać, gdzie mieszkają, jak się rodzą — to wiedza bardzo przydatna, bo ułatwia powstrzymanie pierwotnych odruchów gonienia i zgniatania wszystkiego, co lata i ma odnóża.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Rozkładówki nie są przeładowane wiedzą. Większość przestrzeni zajmuje rysunek owadów — można z niego wywnioskować, co lubią i gdzie żyją. Każda ilustracja została uzupełniona kilkoma krótkimi informacjami o najbardziej charakterystycznych cechach danego gatunku. Dodatkowo na prawie każdej rozkładówce dziecko znajdzie zadanie do wykonania. Najczęściej trzeba kogoś/coś znaleźć — siedmio- czy ośmiolatek nie powinien mieć z tym problemów, ale — przyznajcie sami — które dziecko nie lubi takich zadań?

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Autorzy książki — Yuval Zommer korzystał z pomocy specjalistki od owadów, Barbary Taylor — zatroszczyli się o informacje, które nie są oczywiste i skłaniają do dalszych poszukiwań. Wiedzieliście, że wije są starsze niż dinozaury, a pająki mają 48 kolan? Aż ma się ochotę pogrzebać w książkach i w sieci, by to sprawdzić. Na wieść o tym, że naukowcy wysłali biedronki w kosmos, mój młodszy syn przybiegł zaaferowany z pytaniem, czy przeżyły. A jak już zaprzyjaźnicie się z owadami, zaakceptujecie komary i zaczniecie z sympatią myśleć o karaluchach, zostanie wam zbudowanie stołówek dla owadów.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

„Wielka księga robali” dużo obiecuje. I można powiedzieć, że spełnia te obietnice, o ile trafi we właściwe ręce. Na okładce pojawia się informacja, że dzięki tej książce poznacie wszystkie rodzaje fruwających, biegających i żądlących owadów z różnych stron świata. Rodzaje może i tak, gatunki już nie. Dowiecie się jednak sporo i możecie być zaskoczeni — o ile wcześniej robalami się nie interesowaliście. Warto ją podsunąć dzieciom, które boją się owadów lub bezmyślnie je zabijają — na pewno pomoże wytłumaczyć, co robią pszczoły i dlaczego nie wolno pastwić się nad owadami. Nad niczym zresztą nie wolno. Wielkim plusem tej książki jest indeks — nie tylko ułatwia wyszukiwanie informacji, ale przede wszystkim sprawia, że dziecko może dowiedzieć się, jak wygląda książka popularnonaukowa w wersji light. A potem możecie już zacząć liczyć niebieskie muszki (są na każdej stronie).

A tak wyglądał plakat mojego syna na szkolny festiwal talentów.

Piotr, plakat

Yuval Zommer, Wielka księga robali, tł. Michał Brodacki, Wilga 2017

 

Przyklejamy!

Piotrek bardzo lubi naklejać, przyklejać i tworzyć obrazkowe historyjki. Pasja do przyklejania pojawiła już dawno temu i nie znikła z wiekiem, ale okazało się, że mało jest fajnych naklejek albo matka za mało się stara. Raczej to drugie, bo kiedy trafiły do nas „Góry” Justyny Styszyńskiej, dziecko się zakochało. I teraz nieustannie słyszę żale, że naklejek jest za mało — na szczęście można je odklejać i przyklejać wiele razy.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Po raz pierwszy widzę syna, który z uwagą ogląda każdą naklejkę i każdą stronę, rozważając, gdzie warto ją nakleić. Może krajobraz nocny? A może jednak nad jeziorem? Ale jeszcze to zwierzę przydałoby się zimą, więc trzeba dokładnie policzyć, ile rysiów, niedźwiedzi czy saren zostało.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

To kolejna naklejkowa książka Justyny Styszyńskiej wydana przez Widnokrąg, ale pierwsza, która do nas trafiła. W niewielkim, poręcznym kołonotatniku znajdziecie sporo ciekawych informacji o górach. Dziecko dowie się, co to jest szczyt, przełącz i dolina. Krajobrazy są trochę magiczne, kuszące pustką rozkładówek, zachęcające do spojrzenia w głąb i zabawą perspektywą. Gdzie przykleić nornika? Ten jest większy, więc musi być bliżej, a tego malutkiego — tutaj w kąciku.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Po krótkim wprowadzeniu o górach zaczyna się to, co dla nas najważniejsze, czyli opowieści o ich dzikich mieszkańcach. W książeczce znajdziecie informacje o kozicy, rysiu, świstaku, myszołowie, sarnie, łasicy, niedźwiedziu, pomurniku, wydrze, orle i norniku. Jak już wszystko przeczytacie i dowiecie się, co jada pomurnik i kiedy niedźwiedź traci swój łagodny charakter, będziecie mogli zabrać się do pracy. Dzięki kołonotatnikowej konstrukcji książki naklejki można z łatwością wyciąć — przecież przekręcanie kartek co chwila jest strasznie męczące.  Co by tu zrobić? Pięć pustych rozkładówek na końcu książki kusi, by zapełnić je mieszkańcami. Może tak scena u wodopoju?

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Piotruś uznał, że wszystkie te zwierzęta przyszły w odwiedziny do wydry Marianny — bohaterowie „Pafnucego” wciąż żyją w pamięci 🙂 Rysia na wszelki wypadek Młodszy umieścił po drugiej stronie jeziora, żeby mu głupie myśli nie przyszły do głowy. Przy okazji kolejnej ilustracji prowadziliśmy długie rozmowy o pomurnikach — po co im w górach takie czerwone skrzydła. Jeszcze nie znaleźliśmy przekonującego wyjaśnienia, choć hipotez mieliśmy mnóstwo.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

A jak komuś szybko nudzą się scenki rodzajowe (Piotrkowi się nigdy nie nudzą,  bo do każdej można opowiedzieć zajmującą historię), to może przejść do SF. Na stronie sąsiadującej z opisem zwierzęcia znajdziecie barwne plamy — można je uzupełnić tak, aby powstała głowa opisywanego zwierzęcia, ale równie dobrze może powstać ryś z rogami czy prawdziwy świstakowy niedźwiedź. Ogranicza Was tylko wyobraźnia (i liczba naklejek). Ale przecież można je odkleić i przykleić na nowo w innym miejscu, a potem znowu gdzie indziej, choć tak bardzo szkoda odklejać. Czasami zwierzęta mają ochotę skryć się w cieniu góry, a czasem powędrować po śniegu — a wtedy koniecznie, ale to koniecznie należy dorysować im ślady.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Piotrek już sprawdził (przy użyciu starszego brata ;-)), jakie książki przygotowała Justyna Styszyńska i uznał, że powinnam kupić mu wszystkie — przecież będzie Dzień Dziecka, a potem imieniny, koniec roku szkolnego, Dzień Matki, Boże Ciało. Coś się wymyśli. I szkoda, że nie pojedziemy w tym roku w góry, bo przecież jest tam tak pięknie — właśnie tak, jak na ilustracjach Justyny Styszyńskiej. Wzrok zatrzymuje się na jednym szczycie, potem na następnym i następnym. Mamo, a jak fajnie będzie pomieszać te naklejki… Bo przecież biedronki żyją też w górach… Hmm, przestaję mieć pewność, że na Boże Ciało nie daje się dzieciom prezentów 🙂

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy, Widnokrąg 2018