Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

Reklamy

List do króla

„List do króla” Tonke Dragt (Wydawnictwo Dwie Siostry) to jedna z takich książek, które na bardzo długo zapadają w pamięć. Piękna niebieska okładka przywołuje emocje i zachwyt towarzyszący czytaniu. Podczas lektury ma się wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i pięknym — piszę to z pełną odpowiedzialnością. U nas ta książka leży na półce tuż obok „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.

Tonke Dragt, List do króla

Nie przyznam się, ile czasu zbierałam się do recenzji tej książki. Zdecydowanie zbyt długo. Tymek dostał ją na urodziny w kwietniu i połknął jednym tchem. To bardzo dobra powieść dla młodzieży, mądra, piękna, wspaniale przetłumaczona. Gdy o niej myślę, ciągle mam w głowie dwa określenia: elegancka i szlachetna — to książka najwyższej próby pod względem edytorskim, treściowym i stylistycznym. Ilustracje autorki kojarzą mi się z rysunkami Ilon Wikland do „Braci Lwie Serce”. Tonke Dragt zaprasza czytelnika do bajkowego świata rycerzy, ale nie znajdziecie tutaj magii, potworów i cudów. Akcja dzieje się w wymyślonych krainach, w czasach zbliżonych do średniowiecza, gdy po drogach pędzili błędni rycerze, na zboczach gór budowano warowne zamki, a wędrówka wymagała hartu i odwagi.

Tonke Dragt, List do króla

Opowieść rozpoczyna się w królestwie potężnego i rozumnego Dagonauta. Raz na cztery lata odbywa się tutaj pasowanie na rycerzy — to wielka uroczystość. Wybrani młodzieńcy przechodzą wcześniej wiele prób, by dostąpić tego zaszczytu. Ostatnia z nich ma miejsce tuż przed pasowaniem — przez cały dzień i całą noc niczego nie jedzą ani nie piją, a noc spędzają na czuwaniu w kaplicy. Nie wolno im wtedy spać, rozmawiać ani reagować na odgłosy z zewnątrz. Ci, którzy nie wytrwają lub złamią zasady, nie zostaną pasowani na rycerza. W takich okolicznościach poznajemy szesnastoletniego Tiuriego, syna Tiuriego Walcznego, który razem z innymi giermkami przebywa w kaplicy. I nagle słyszy kogoś, kto prosi o pomoc.

Tonke Dragt, List do króla

Nie zdradzę wam wiele, gdy powiem, że Tiuri łamie zasady. Po pierwsze, dzieje się to na pierwszych stronach książki, po drugie, bez tego nie byłoby tej opowieści. Tiuri wyrusza w podróż, by pomóc komuś, kogo nawet nie zna, targany wątpliwościami, czy to, co robi, ma sens i jest zgodne z honorem rycerza, dręczony przeczuciem, że być może na zawsze zaprzepaścił swoje szanse na zostanie rycerzem, że zawiódł. Prośba nieznajomego, choć z pozoru łatwa do spełnienia, sprawia, że Tiuri niespodziewanie musi wyruszyć na długą wyprawę, która zaprowadzi go daleko od znanego mu świata. Opis podróży Tiuriego mieści się na ponad 500 stronach — książka podzielona jest na osiem części, a każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Wyprawę chłopca można także śledzić na mapie na wyklejce — czasami ta mapa bardzo się przydaje, by uświadomić sobie, jak daleko zapuścił się chłopiec, realizując misję ważną dla całego jego świata.

Tonke Dragt, List do króla

„List do króla” łączy kilka gatunków. To epos rycerski, kronika, powieść drogi i Bidungsroman. Tiure nie tylko poznaje nowe miejsca, ale przede wszystkim dojrzewa i sprawdza samego siebie. Dowiaduje się wiele o swoich motywach i reakcjach — musi także odpowiedzieć sobie na pytanie, co znaczy dla niego bycie rycerzem. Tonke Dragt odrywa kodeks i etos rycerski od walk i bitew, zadając pytanie, co on oznacza w codziennym życiu. W tej powieści ważna jest odpowiedzialność, przyjaźń, wierność, a kodeks rycerski służy do nawiązywania więzi i ma sprawiać, że troszczysz się o innych.

Świat Tiuriego jest bardzo męski — kobiety pojawiają się w tle. Przypisanie im jednak aktywnej roli byłoby złamaniem pewnej konwencji, w której utrzymana jest cała powieść — warto także pamiętać, że Tonke Dragt napisała ją w 1962 r. Być może kobiecy punkt widzenia jest widoczny w samej kompozycji powieści rycerskiej, w której właściwie nie ma walki i potyczek. Ech, nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę czytać tę książkę z Piotrkiem. To taka historia, która nie poddaje się modom i trendom — zawsze będzie budziła ciekawość i emocje. Warto znaleźć miejsce na półce na tę książkę.

 

Tonke Dragt, List do króla, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2017

 

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davis to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Davisa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Anatomia natury

Co ja poradzę na to, że lubię patrzeć? Moje dzieci też lubią, to pewnie zaraźliwe. Wysiada takie z samochodu i nagle słyszę: mamo, patrz, jaki piękny wieczór. Co z tego, że ciemno, zimno i późno, skoro piękne chmury kłębią się po niebie i księżyc tak zabawnie prześwituje przez gałęzie? Jest na co patrzeć. Tyle wokół liści, drzew, ptaków, kamieni… Piotrek z każdego spaceru wraca ze skarbami, których urodę dostrzega czasami tylko on. Szary kamyk w kształcie serca, zadziwiająco wygięty patyk, liść, którego czerwień przyciąga oczy, skorupka orzecha, guzik po przejściach. Więc gdy ktoś mówi, że w mieście nie ma niczego do oglądania (oprócz zabytków), to zwykle się dziwię. I cieszę się, że powstają takie książki, jak „Anatomia natury’ Julii Rothman (Entliczek). Książki, która narodziły się z ciekawości i patrzenia.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman podbiła mnie niesamowitą „Anatomią farmy„, która do tej pory ogromnie lubimy przeglądać. Było dla mnie oczywiste, że „Anatomia natury” też do nas trafi, choć odrobinę obawiałam się, czy przypadkiem nie przeżyję rozczarowania. Nic z tych rzeczy — zazdroszczę jedynie Amerykanom, że ktoś tak pięknie napisał o ich przyrodzie. Cudnie by było mieć taki przewodnik po polskiej naturze, w którym znalazłabym informacje o tym, co bliskie i na wyciągnięcie ręki. Nic straconego… Planujemy z Piotrkiem nasz własny przewodnik po tym, co nas interesuje — bo Julia Rothman naprawdę potrafi czytelnika zainspirować.

Julia Rothman, Anatomia natury

O czym to jest? Hmm… Jakby odpowiedzieć na to pytanie… Właściwie o wszystkim. O wszystkim, co w przyrodzie interesuje autorkę. Może warto posłuchać, co sama ma do powiedzenia:

Myślę o tym projekcie jako o MOJEJ książce przyrodniczej. Są tu informacje, które mnie interesowały, rzeczy, które chciałam narysować i namalować. Mimo że jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej, dało mi to możliwość zapoznania się z roślinami, zwierzętami, drzewami, owadami, opadami atmosferycznymi, rzeźbami terenu i akwenami, których nazwy chciałam znać, kiedy spotykałam je na swojej drodze. (s. 7)

Julia Rothman, Anatomia natury

Trzeba przyznać, że Julię Rothman bardzo wiele rzeczy interesuje. Ziemia i niebo, małe i duże rośliny, owady, zwierzęta, lasy, grzyby, ptaki. Rozdziałów jest siedem, a w każdym znajdziecie jeszcze co najmniej kilka podrozdziałów. Na początku autorka nakłoni was do popatrzenia pod nogi. A jak już dowiecie się wiele o minerałach, kataraktach, powstawaniu skał, skamieniałościach i krajobrazach, zachęci was do spojrzenia wysoko w górę. Może zobaczycie tęczę? Albo będziecie podziwiać krople deszczu? A może usłyszycie ostatnią letnią burzę? Lub przez lupę popatrzycie na pierwsze płatki śniegu? I będziecie mieli wiele pytań, a w książce Julii Rothman znajdziecie dużo odpowiedzi.

Julia Rothman, Anatomia natury

Nie trzeba czytać od początku. Można od końca albo od środka, albo w dowolnym miejscu. Piotrek rozpoczął oglądanie od rozdziału o mrówkach, a potem przeskoczył do pszczół (czemu mnie to nie zdziwiło?). Mnie zauroczyły strony przedstawiające drzewa, zachwyt nad kształtem liści, urodą porostów czy fakturą kory. Kiedy ostatnio patrzyliście uważnie na pnie drzew? Julia Rothman przekonuje, że warto.

Julia Rothman, Anatomia natury

Znajdziecie tutaj podpowiedzi, która roślina nadaje się do jedzenia i jak zbierać rośliny, by rosły w danym miejscu przez wiele lat. Dowiecie się,  jak różnorodne i przedziwne mogą być ptasie jaja i dzioby, zachwycicie się różnorodnością grzybów i wspaniałością wodnych istot. Lubię książki, które zmuszają do zatrzymania i skłaniają do tego, by uważnie rozejrzeć się wokoło, pokręcić głową, nadstawić ucha, a potem zacząć zadawać pytania.

„Anatomia natury” nie pretenduje do roli encyklopedii czy wyczerpującego kompendium, a jednak świetnie przybliża otaczający nas świat. Pokazuje, że można zacząć od małych kroków, od uważnego patrzenia wokoło i stawiania pytań. Wystarczy uważnie przejść się po parku, popatrzeć w niebo, pooglądać liście, a potem poszukać odpowiedzi, jaki ptak śpiewał w parku, na jakim drzewie rosną te wielkie strąki i czego szuka wiewiórka jesienią. Odpowiedzi na niektóre pytania są proste, inne będą wymagać sięgnięcia do sieci albo pogrzebania w książkach. W ten sposób uczymy dzieci, że ciekawość świata to furtka do poważnej nauki i wyczerpujących badań, a poznawanie może zacząć się od zachwytu fakturą kory czy kształtem łapy.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman, Anatomia natury

Książka Julii Rothman nie przytłacza ani nie przeraża. Mnóstwo tutaj ilustracji i krótkich tekstów. Można potraktować „Anatomię natury” jako wprowadzenie do nauk przyrodniczych, bo przecież czytelni dowie się z niej, co to jest bagno, torfowisko i step, jak wygląda delta i co to są niesporczaki. Wydaje mi się jednak, że takie podejście zubaża tę książkę. Wolę myśleć o niej jako o przewodniku po świecie przyrody, którego zadaniem jest pokazanie nam, że większość cudów mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy iść na spacer. Wybierzecie się z nami?

Julia Rothman (pomoc: John Niekrasz), Anatomia natury, tł. Barbara Bocian, Wydawnictwo Entliczek 2018

 

Pszczoły miodne i niemiodne

Pszczoły są w modzie — i słusznie. Ciągle o nich słyszymy, możemy je nawet adoptować (na przykład tutaj — gorąco zachęcam), ale czy naprawdę wiemy dużo o ich życiu? No tak, wszystkim wiadomo, że pszczoły są pożyteczne, zapylają kwiaty i żyją w ulach… To jednak tylko część prawdy. W Polsce jest ok. 450 gatunków pszczół, a na świecie prawie 20 tys. Nie wszystkie produkują miód, zwyczaje żywieniowe niektórych mogą się wydawać odrażające, są takie, które preferują życie samotne lub zachowują się jak owadzie kukułki. Wszystko to wiem z książki Justyny Kierat, która w „Pszczołach miodnych i niemiodnych” zaprasza nas do fascynującego świata pszczół.

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Murarka, miesierka, kornutka, nożycówka, lepiarka, porobnica, spójnica — tak! zgadliście, to wszystko pszczoły. Wiele z nich możemy dostrzec w ogrodach i na łąkach. Patrzymy na nie, nie mając pojęcia, że ten „robaczek” zalicza się do pszczół i — tak samo, jak pszczoły miodne — wykonuje masę pożytecznej roboty. W książce Justyny Kierat przeczytacie o każdym z tych gatunków, a także o wielu innych.

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Autorka skonstruowała książkę bardzo przemyślnie. Z początkowych rozdziałów możemy się dowiedzieć, jak rozpoznać różne pszczoły, czym różnią się od much i os, jaką mają broń. Kolejne rozdziały objaśniają nam życie najbardziej znanego przedstawiciela tego gatunku, czyli pszczoły miodnej: jest trochę o ulu, o wosku, o plastrach, barciach, członkach pszczelej rodziny i o tym, jak powstaje miód. Uwaga, nie dotarliśmy nawet do połowy książki.

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Po prezentacji pszczół miodnych Justyna Kierat przedstawia innych fascynujących przedstawicieli pszczelej rodziny. W książce znajdziecie nasze ulubione kosmate trzmiele oraz mnóstwo informacji o pszczołach samotnicach. Ich odkrywcy wykazywali się ogromną inwencją, gdy wymyślali ich nazwy. Cześć nazw wskazuje na zwyczaje czy miejsce występowania owadów, a inne wydają się bardzo tajemnicze (każdy zgadnie, co robi murarka czy lepiarka, ale dlaczego miesierka nazywa się własnie tak?).

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Książka wydaje się cienka, ale zawiera ogrom wiedzy. Dowiecie się z niej, jak pszczoły widzą, co jedzą, jak ze sobą rozmawiają, jak długo żyją, jakich mają wrogów. To taka miniencyklopedia pszczół dla dzieci — mnie zaciekawiła w równym stopniu, co Piotrka. Uwierzcie, piszę i piszę, co znajdziecie w tej książce, a wcale nie wyczerpałam tematu.

Wszystkie teksty są napisane prostym, zrozumiałym językiem, ale przede wszystkim są naprawdę ciekawe. Widać w nich miłość do przyrody i chęć dzielenia się widzą i pasją z innymi. Justyna Kierat z wykształcenia jest biologiem — jej prace i blog poświęcony przyrodzie możecie znaleźć tutaj. To bardzo przemyślana książka — mam wrażenie, że każde dziecko, które dotrze do końcowych rozdziałów o tym, jak pomagać pszczołom, natychmiast zapragnie chociażby zbudować dla nich domek. I będzie doskonale wiedziało, jak bezpiecznie obserwować pszczoły — tak, żeby ich nie skrzywdzić. Piotr już zaplanował, jakie rośliny miododajne posiejemy w doniczkach wiosną, bo przecież to, że nie mamy ogrodu w niczym nie przeszkadza. A może przejdziemy się po mieście i w każdym dzikim miejscu wysiejemy barwne kwiaty? Ta książka otwiera oczy i serce na pszczoły.

Justyna Kierat (tekst i rysunki), Pszczoły miodne i niemiodne, Multico 2018

Zmory, dusioły i baje, czyli o słowiańskich demonach

Czytamy. Cały czas. Tymek jak zwykle pochłania książki – trudno nawet policzyć, ile połknął w wakacje. Piotrek studiuje mitologie, opisy chorób i podręczniki wulkanologii. Po raz kolejny czytamy „Baśniobiór”. I tylko matka nie ma czasu pisać. Dzisiaj pierwsza próba przełamania niemocy — będzie o książce, którą często przeglądamy z Piotrkiem, choć wcale nie jestem pewna, czy to lektura akurat dla niego.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

W naszym domu od dawna mieszkają chimery i centaury. Piotrek jako osoba doskonale znająca się na mitologiach wszelakich w pewnym momencie zaczął pytać o wierzenia Słowian i o czarodziejskie istoty, które zamieszkiwały ich domy i lasy. Wtedy to trafił do naszego domu „Bestiariusz słowiański” Pawła Zycha i Witolda Vargasa.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

Autorzy przekopali się przez ludowe bajki i baśnie, stare legendy i podania oraz przeczytali mnóstwo książek o wierzeniach, gusłach, obrzędach Słowian. W efekcie powstał imponujący katalog postaci — czasami dobrze nam znanych, jak rusałki, wodniki czy krasnoludki, a czasami obcych i zaskakujących.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

Kolejne postacie są przedstawiane w „Bestiariuszu” w porządku alfabetycznym: od aitwara, ducha domowego z Litwy, do straszliwych żmijów. Hasła są różnej długości — nie o każdej postaci udało się znaleźć tyle samo informacji. Zwykle dowiadujemy się, jak taka istota wyglądała, co robiła (choć w większości przypadków sprowadza się to do informacji, jak szkodziła ludziom), czasami także, jak można się było jej pozbyć. W niektórych przypadkach na dole strony autorzy przytaczają jakieś podanie czy legendę.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

Życie naszych słowiańskich przodków nie było łatwe — większość magicznych istot lubiła ludziom dokuczać i działać na ich szkodę. Niektóre pomagały, ale ceną za to była własna duża. Nieliczne towarzyszyły ludziom w codziennej pracy (ale zawsze najwięcej zależało od samego człowieka). Fascynuje podobieństwo niektórych istot wywodzących się z różnych zakątków Polski — pokazuje, że ludzie nie przemieszczali się zbyt często i zbyt daleko, ale wspólna im była wiara w nieznane i chęć szukania magicznych przyczyn wszystkich niepowodzeń — czy była to choroba, udar słoneczny, czy kąpiel w błocie po zakrapianej wyprawie do karczmy.

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański

W „Bestiariuszu” jest sporo okrucieństwa – opisane przez autorów postacie są złe, groźne i okrutne. Hasła napisane są jednak dość przejrzystym stylem, typowym dla słownika czy leksykonu. Ilustracje (a „Bestiariusz” jest bogato ilustrowany) są jednak bardzo niepokojące. Wszystkie postacie wydają się groźne i przerażające. Czasami w hasłach raziło mnie także użycie słowa „demon” jako odpowiednika ducha czy istoty magicznej. Miałam wrażenie, że ładunek emocjonalny i skojarzenia związane z tym słowem są dużo silniejsze i że nie pasuje ono jako określenie niektórych stworzeń.

Czy warto zajrzeć do „Bestiariusza”? Zdecydowanie tak. Świat słowiańskiej wyobraźni był bogaty i nie trzeba z niego rezygnować. Czy jest to książka dla młodszych dzieci? Raczej nie — mogą być przerażone, oglądając wszystkie zmory, cholery, harcuki, kocmołuchy, gniotki, licha i strzyki. Dla starszych nadaje się jak najbardziej — u nas furorę zrobiła „cycocha”, żelazna baba strzegąca sadów przed szabrownikami. Po lekturze „Bestiariusza” odkryłam, jak bardzo magiczne istoty i magiczna wyobraźnia odbiły się na naszym języku. Ciągle mówimy „do licha”, siedzimy cicho jak trusia i narzekamy na dolę — nie zdając sobie sprawy, że w języku przetrwały nazwy magicznych stworzeń. Warto zadbać o te wyrazy, żeby nasza przeszłość przemawiała do nas chociaż w ten sposób (nawet jeśli etymologia niektórych z nich nie jest do końca potwierdzona). A żeby wiedzieć, o które wyrazy chodzi, warto zajrzeć do „Bestiariusza”.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Wydawnictwa Bosz.

 

Witold Vargas, Paweł Zych, Bestiariusz słowiański. Cześć pierwsza i druga, Bosz 2018

Epidemie na upał

Kto powiedział, że w upalne dni można czytać tylko rzeczy lekkie i przyjemne? Po zwiedzeniu wystawy „Theatrum anatomicum” we Fromborku Piotrek wrócił do lektury „Chorych historii”. Przecież choroby i epidemie są fascynujące, szczególnie gdy się zobaczyło na własne oczy płuca palacza i fartuch lekarza dżumy.

Gosia Kulik, Tomek Zarnecki, Chore historie

To może najpierw o wystawie — jest zaskakująca. Dużo czaszek, szkieletów, preparatów, protez, strzykawek, ampułek i różnych innych utensyliów służących do leczenia lub udawania leczenia. Podczas zwiedzania przypomniały mi się książki Thorwalda i po raz kolejny poczułam ulgę, że żyję w czasach, gdy lekarze potrafią już dużo. Piotrek biegał zafascynowany od gabloty do gabloty, za nim biegała Pani pilnująca, pilnując, żeby nie dotykał nawet gabloty, za Panią biegała matka, próbując powstrzymać dziecko przed sięganiem po kości i ampułki. Do zabieganej matki co jakiś czas podchodziło zdegustowane lub rozchichotane Starsze, wykrzywiając się i komentując różne obrzydliwości. Nie wróżę Starszemu oszałamiającej kariery w dziedzinie nauk medycznych.

Na wystawie

Książka Gosi Kulik i Tomka Żarneckiego to zbiór informacji — bardzo ciekawie podanych — na temat kilkunastu najgroźniejszych chorób w dziejach ludzkości. Znajdziecie tutaj wiadomości nie tylko o wirusach i bakteriach, które pustoszyły świat dawnej, ale także o chorobach groźnych do dzisiaj. Obok cholery, dżumy i polio autorzy przedstawili grypę, malarię i AIDS.

Gosia Kulik, Tomek Zarnecki, Chore historie

W każdym rozdziale znajdziecie informacje, jak wygląda dany mikrob, kto go odnalazł, co wywołuje, jak z nim walczono, ile ofiar pochłonął, dlaczego jest groźny. Są tutaj krótkie notki o lekarzach, którzy często z ogromnym poświęceniem walczyli z chorobą, o słynnych ofiarach bakcyla (np. Fryderyk Szopen w części dotyczącej gruźlicy), trudnej drodze do wynalezienia lekarstwa (którym często była szczepionka), a nawet o dziełach sztuki („Dżuma” czy „Czarodziejska góra”). Można powiedzieć, że wiedzę podano w pigułce, a nawet kilku pigułkach.

Gosia Kulik, Tomek Zarnecki, Chore historie

Zdecydowanie nie jest to lektura dla antyszczepionkowców, bo po przeczytaniu tej książki człowiek ma ochotę wstrzyknąć sobie wszystkie możliwe szczepionki. I to najlepiej jak najszybciej i na raz.

Niektóre informacje były dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wiedzieliście, że ubocznym efektem polowania na Osamę bin Ladena było zaprzepaszczenie akcji szczepień przeciwko polio w Afganistanie i Pakistanie? A podobno Światowa Organizacja Zdrowia była już całkiem bliska osiągnięcia celu, jakim jest całkowite wyeliminowanie tego wirusa, który występuje jedynie w kilku krajach.

Gosia Kulik, Tomek Zarnecki, Chore historie

Na początku Piotrek czytał książkę wybiórczo. Uznał, że o cholerze i grypie wie już sporo, więc zaczął od eboli i kiły, zasypując wszystkich wokoło informacjami i pytaniami. Nijak nie mógł zrozumieć, jaki kiła ma związek z Wenerą (no cóż, jako niepoprawny fan mitów wie, że to rzymskie imię Afrodyty). Wytłumaczenie tego, przyznaję, nie było proste.

Każdy rozdział to kilkanaście połączonych tematem krótkich notek. Niektóre ułożone są klasycznie, jedna po drugiej od góry do dołu. Inne pojawiają się nagle gdzieś z boku czy do góry nogami. Łączy je temat, ale nie wszystkie stanowią całość przyczynową-skutkową, więc można po nich skakać. Znajdziecie tutaj także komiksowe dymki i monologi. Autorzy sięgnęli do różnych kultur. Choroby nie odróżniają ludzi, ale czasami wolą jednych od drugich. Z książki dowiecie się, jak malaria wpłynęła na mitologię chińska, jak nazywa się indyjska bogini ospy i dlaczego uważa się, że Polacy są odporni na trąd. Dzięki takim ciekawostkom wiedza łatwo wchodzi do głowy.  W tle każdego rozdziału autorzy umieścili wizerunki groźnych bakterii i wirusów. Nie można ich niestety dostrzec gołym okiem, ale przynajmniej części da się pozbyć, myjąc ręce. I wiecie co, naprawdę nie doceniamy tego, że z kranu leci nam czysta woda.

Co w niej zostaje? Na pewno przekonanie, że trzeba walczyć z chorobami, myć ręce i się szczepić. Wiedza, że woda (i ubikacja) jest skarbem, z którego nie każdy na świecie ma możliwość korzystać. Świadomość, że szczepionki są wielkim osiągnięciem ludzkości. Szkoda, że nie mogę polecić tej książki niektórym dorosłym.

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Kocur Bury.

 

Gosia Kulik, Tomek Żarnecki, Chore historie, Kocur Bury 2017

Oj, Ella, Ella!

Byczymy się! Leżymy w wodzie. Albo na trawie. Obserwujemy łabędzie i kaczki. Matka przypomina lemura, bo wokół oczu ma śliczne jasne obwódki (lemury co prawda mają czarne, ale to szczegół). Piotrek zdobył na plecach dziwny wzorek — krem od słońca się wymył. Przeżyliśmy inwazję jętkopodobnych owadów. Trochę jesteśmy brudni i bardzo pogryzieni przez komary. Fajnie jest.

Obok łóżek jak zwykle leżą sterty książek, bo przecież wakacje bez książki się nie liczą. Starszy pojękuje, że za chwilę nie będzie miał czego czytać. Młodszy pochłonął po raz kolejny dwa tomy „Jędrka” (w jego przypadku najlepiej sprawdza się to, co już czytał). Ale niekwestionowaną królową tego wyjazdu pozostaje Ella. Przeczytaliśmy pierwszy tom jej przygód, a Matka do końca życia nie odpokutuje tego, że drugi został na stole w kuchni. Dziecię mi tego nigdy nie wybaczy (a przynajmniej do powrotu do domu). Tutaj nisko muszę się pokłonić Pani Iwonie Kiuru, która kiedyś przetłumaczyła tę książkę, a całkiem niedawno mi ją poleciła. Zajrzyjcie także na Moje fińskie fascynacje – bloga Pani Iwony, na którym opowiada o fińskiej literaturze dla dzieci. Warto.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele

Ella to tytułowa bohaterka książki „Ella i przyjaciele” Timo Parveli. Dwa tomy przygód Elli wydała Nasza Księgarnia jakiś czas temu, więc musicie poszukać tych książek w bibliotece – naprawdę warto, jeśli macie akurat ochotę się pośmiać. Działa na wszystkich — nawet na zbuntowanych dwunastolatków. Lepiej nie czytać przy jedzeniu, bo parsknięcia śmiechem po prostu nie da się powstrzymać.

O czym to jest? Hmm, zależy, kto czyta. To książka, którą trochę inaczej czytają dzieci, a trochę inaczej  dorośli. Jak wyczytałam w Wikipedii, Timo Parvela był nauczycielem. Wygląda na to, że w książce skorzystał z własnych doświadczeń — obiektem żartów są tutaj i dzieci, i ich ukochany nauczyciel. To może do rzeczy. Ella jest w pierwszej klasie. Ma pana nauczyciela. Pan był fajny, ale nagle tak jakby stał się trochę mniej fajny. Dzieci doszły do wniosku, że ktoś pana prześladuje, najpewniej szantażysta. Jak wiadomo (dzieciom), szantażyści są zwykle łysi i wysocy, za to truciciele niscy i pomarszczeni. Wystarczy się więc dobrze rozglądać, bo przecież nie można pozostawić pana bez pomocy. Cała historia zbudowana jest na różnicach w postrzeganiu świata przez dzieci i dorosłych. Dzieci są kreatywne, ciekawskie i pomysłowe (dzieci z klasy Elli są ciekawskie, pomysłowe i kreatywne do dwunastej potęgi), dorośli wolą uporządkowany świat, ale także wprowadzają chaos. Tę opozycję Timo Parvela rozgrywa bezbłędnie i doskonale balansuje na linii rozdzielającej powieść od kabaretu. Większość historii nadaje się na anegdotę, ale cała opowieść wydaje się prawdopodobna, choć oczywiście przejaskrawiona i wyolbrzymiona.

W książce znajdziemy kilka części opowiadających osobne historie. Bohaterem wszystkich jest Ella, jej przyjaciele z klasy oraz pan nauczyciel. Znajdziecie tutaj historię o szantażyście, opowieść o wizycie w teatrze (ja śmiałam się w innych momentach niż Piotrek) oraz relację z wycieczki klasowej, która sprawiła, że Tato Piotrka popłakał się ze śmiechu. To może próbka:

Pan będzie miał dziecko, przekaż dalej – szepnęła do mnie Hanna. […]

– Nic nie przekażę – odpowiedziałam. – Wiadomość i tak się po drodze pozmienia i wyjdzie z tego coś całkiem śmiesznego.

– Z czego wyjdzie coś śmiesznego? – spytał Tuukka, który stał przede mną.

– Z pana dziecka – wyjaśniłam.

– Pan będzie miał śmiesznego niemowlaka, podaj dalej – powiedział Tuukka do Sampy.

– Pan wiezie w las śmierdzącego robaka – przekazał Samppa Tiinie.

– Pan niesie w torbie śpiącego prosiaka – szepnęła Tiina do Patego. (s. 85-86)

Jak widzicie, czasami historia zaczyna się od niewielkiej zmiany znaczenia.

Na tylnej okładce wydawca umieścił informację, że Ella i jej przyjaciele bardzo przypominają Mikołajka. Coś w tym jest — w tej historii dzieci także inaczej postrzegają rzeczywistość, nie rozumieją metafor i przenośni, samodzielnie wyjaśniają trudne słowa i doskonale się przy tym bawią (w innych momentach niż dorośli), a ich wyobraźnia nie zna granic. Ella nie jest jednak klonem Mikołajka — choć raczej dobrze by się razem bawili. Czasami tylko w trakcie lektury miałam wrażenie, że sensem życia dzieci jest prześladowanie dorosłych, a dorośli  niestety sami się o to proszą.

A teraz podsumowanie. „Ella” to świetna książka do rodzinnego czytani. Rozbawi i was, i dzieci, choć pewnie będziecie się śmiać w innych momentach. Autor czasami dyskretnie macha do dorosłych, ale dba o młodego czytelnika. Może i Timo Parvela zebrał w tej książce wszystkie zabawne momenty ze swojej nauczycielskiej kariery i jeszcze je podkoloryzował, ale wyszło lekko i zabawnie. Tymek długo opierał się przed tą lekturą. W końcu nasze wybuchy śmiechu (przeczytałam tę książkę Piotrkowi, potem Piotrek przeczytał ją swojemu Tacie, a potem przeczytał jeszcze raz, już tylko sobie) sprawiły, że postanowił spróbować. A potem przez jakiś czas z jego łóżka dochodziły śmiechy, chichoty, parsknięcia i porykiwania. Słychać było, że dobrze się bawi. Doskonała lektura na smutki. A przed nami jeszcze druga część, la, la, la… Może i dobrze, że zostawiłam ją w kuchni.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele, t. 1, tł. Iwona Kosmowska (Kiuru), Nasza Księgarnia 2008

Uważajcie na ciotuchny!

Wygląda na to, że lipiec upływa pod znakiem Davida Walliamsa. I to nie tylko nam, ale także dzieciom z najbliższej rodziny. Trwają dyskusje, czy ciekawsza jest „Godzina duchów„, „Cwana ciotuchna„, czy raczej „Mały miliarder”. Zdania są podzielone — jeden bardziej docenia szybką akcję, druga stawia na ciekawszych bohaterów, a trzeci najbardziej lubi duchy.  Przed nami kolejne książki Walliamsa, a więc — tam tara dam! — poznajcie cwaną ciotuchnę. I od razu zacznijcie się modlić, żebyście nigdy takiej nie spotkali.

David Walliams, Cwana ciotuchna

Akcja książki Walliamsa wyjątkowo toczy się w czasach bardziej odległych w wielkim i trochę zapuszczonym dworze Saxby Hall. Posiadłość ma wszystko, co powinna mieć prawdziwa angielska posiadłość ziemska: jest dwór i szklarnia, staw i garaż, i wielki ogród otoczony murem.

David Walliams, Cwana ciotuchna

Służących trochę brakuje, ale z jeden się znajdzie — ekscentrycznością mógłby za to obdzielić cały pułk. Czym jednak byłby pałac bez tajemnicy i zbrodni z dawnych lat? W tym dworze tajemnicy nie zabraknie, będzie też nawet duch. Wchodzicie?

David Walliams, Cwana ciotuchna

W dworze budzi się jedenastoletnia Stella, córka właścicieli posiadłości. Ku swojemu zaskoczeniu spostrzega, że jest owinięta bandażami jak mumia. Gorsze są jednak wieści, które przynosi jej ciotka, siostra ojca. A najgorsza jest sama Ciotka Alberta, starsza dama (hmm, to określenie chyba nie za bardzo do niej pasuje) w pumpach i myśliwskiej czapce, z oswojoną bawarską sową górską na ramieniu i fajką w ustach. Taki wstęp zapowiada dużo przygód, wiele zwrotów akcji i mnóstwo niebezpieczeństw.

Jak zwykle u Walliamsa, dorośli nie są za fajni, a ciotkę Albertę śmiało możecie wpisać na listę najbardziej paskudnych, cynicznych, przerażających i złowieszczych postaci w literaturze. Dobrze, że Stella ma dużo siły. I dobrze, że znajduje zupełnie nieoczekiwanego sprzymierzeńca, którego tylko dzieci mogą dostrzec i docenić. Mimo nieoczekiwanej pomocy ciotka Alberta pozostaje groźnym przeciwnikiem i dziewczynka będzie musiała naprawdę się postarać, żeby ocalić siebie i dom, a przy okazji rozwiązać kilka kryminalnych zagadek. Mam nadzieję, że ten krótki opis was zaintrygował, bo nie mam ochoty zdradzać niczego więcej. Sami przeczytajcie, jak potoczyła się ta historia. Możecie też pooglądać rysunki Tony’ego Rossa — trudno mi wyobrazić sobie książki Walliamsa zilustrowane przez kogoś innego.

Tymek połknął książkę jednym tchem i ogromnie mu się podobała. Wszystko mu się podobało: kryminalna zagadka, demoniczna ciotka, zabawny poradnik hodowcy sów, szalony lokaj. Przy tej książce nie można się nudzić. Stella ma mało czasu na działanie, ale i tak dziecko łyka tę książkę znacznie szybciej. U nas wystarczyło kilka godzin — i wcale za oknem nie padał deszcz. Walliams napisał brawurową książkę łączącą kilka gatunków, a przy okazji sprzedał dzieciom trochę historii i tematów do przemyśleń, a nawet Wagnera. Podobno nadchodzi fala upałów — „Cwana ciotuchna” świetnie się nadaje do czytania w cieniu pod drzewem i w słońcu na plaży. Skusi najbardziej opornych, uwierzcie.

 

David Walliams, Cwana ciotuchna, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

 

Lato z rabusiami

„Lato z rabusiami” Siri Kolu… Nie mogę przestać myśleć o tej książce. Starszy połknął, powiedział, że jest całkiem fajna i trochę dziwna. No jest. Nie jestem jednak pewna, czy dziwne były dla nas te same momenty. To zaskakująca lektura dla dorosłego, trochę niepokojąca, drażniąca, stawiająca pytania i pozostawiająca bez odpowiedzi. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się takiej zagwozdki, gdy zaczynałam ją czytać. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak autorka rozwinęła tę historię — po fińsku wyszło już sześć części przygód Rabusińskich.

Siri Kolu, Lato z rabusiami

To może od początku. „Lato z rabusiami” Siri Kolu (Wydawnictwo Tatarak) to, wydawałoby się, typowa powieść na wakacje. Bohaterką jest dziesięcioletnia Vilja, młodsza córka zamożnych rodziców, trochę nudnawa i nijaka, która pewnego dnia w drodze do babci, u której ma spędzić wakacje, zostaje porwana przez najdziwniejszą na świecie rodzinę Rabusińskich. Rabusińscy muszą rabować, nazwisko zobowiązuje.

W tym miejscu zaczyna się niesamowita przygoda Vilji, której znany i uporządkowany, dostatni i nudny świat nagle się zmienia. Okazuje się, że można jechać przed siebie bez celu, jeść rękami, spać w namiocie, myć się w zimnym jeziorze, rzucać nożem do tarczy — i świetnie się przy tym bawić. Trochę jak w „Podróży za jeden uśmiech” Adama Bahdaja, Vilja zostaje wrzucona w środowisko, którego początkowo nie rozumie. Odnajduje się w nim jednak dużo szybciej niż Duduś. Dla dziewczynki było to lato przełomowe. Jak mówi sama bohaterka na końcu książki:

„Już nigdy nie będę tą dziewczynką, która czeka wyłącznie na najbliższe próby chóru albo lekcje skrzypiec.”

Vilja poznaje świat, w którym pieniądze nie mają żadnego znaczenia. Świat, w którym żyje się z dnia na dzień, nie gromadzi się rzeczy i używa się ich w nietypowy sposób. Dziewczynka poznaje siebie. Odkrywa, że jest pomysłowa, rozsądna i opanowana, silna, ma własne zdanie i uparcie dąży do celu. Wakacje z Rabusińskimi pozwalają jej w pewien sposób dorosnąć i zrozumieć siebie. Przeżywa z niesamowitą rodziną mnóstwo przygód, wchodzi w zbójeckie społeczeństwo i zdobywa wiedzę niedostępną zwykłym dzieciom. Piraci drogowi zdarzają się częściej niż przypuszczacie, przynajmniej w Finlandii.

Dla Rabusińskich spotkanie z dziewczynką było równie ważne. Vilja wprowadziła w ich życie nowe spojrzenie, wybiła z rutyny, pozwoliła na nowo spojrzeć na rabusiostwo, a potem zaczęła powoli socjalizować.

To pierwsza warstwa. Zabawna, dobrze skonstruowana, przewrotna, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Letnia i radosna historia o dziewczynce, która spędziła najdziwniejsze i najwspanialsze wakacje swojego życia, włócząc się po kraju z najbardziej romantycznymi zbójcami na świecie.

Męczy mnie jednak tło tej historii. Przy dorosłej lekturze „Lato z rabusiami” pokazuje obraz społeczeństwa, na który nie mamy ochoty spoglądać. To może po kolei.

  1. Gdzie podziali się rodzice Vilji? Dlaczego tak słabo jej szukali? Przyjmuję koncept rodziny, która znika, ale w tej książce Vilja właściwie „przeniosła się” do innej rodziny. To tutaj czuła się potrzebna, to do Rabusińskich chciała wracać. Przerażał mnie jej brak emocjonalnych związków z prawdziwymi rodzicami. Budziło to mój bunt. Siri Kolu udało się stworzyć smutny obraz współczesnej rodziny: oschłej, niezaangażowanej emocjonalnie, bez poczucia więzi. Telefon, internet, hobby budzą więcej emocji niż dziecko, które lgnie tam, gdzie czuje się potrzebne i rozumiane. Cała narracja jest prowadzona z perspektywy Vilji, ale rodziców mi w tej książce brakowało (choć przyznaję, trochę ratuje sytuacje tato, który nagle pojawia się w okolicy). Spojrzenie dziesięciolatki na rodziców jest tutaj bardzo okrutne — naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną jest tak samo i jak postrzegają mnie moje dzieci.
  2. Rodzina Rabusińskich — anarchia w czystej postaci i — żeby było jasne — nie przeszkadza mi to. Żyją poza strukturami społecznymi, nie próbują się dopasować, choć ich brak dopasowania jest tak przejaskrawiony, że aż budzi niedowierzanie. Napadanie na innych nie jest fajne, choć przy pobieżnej lekturze takie może się wdawać. Rabusińscy nigdy nie zabierają za dużo, nie interesują ich pieniądze, biorą tylko to, co akurat jest im potrzebne. Bardzo to romantyczne i szalone. Nie zmienia to jednak faktu, że okradają innych. Nikt nie chce być okradany. Wraz z poznawaniem historii rodziny pojawiły się kolejne wątpliwości. Dla mnie opowieść o losach Dzikiego Kaarlo, jego żony i dzieci to historia choroby i uzależnienia, historia poświęcenia w imię ratowania męża i rodziny. Może przesadzam, ale tylko trochę. Kaarlo pracował w fabryce samochodów i bardzo kochał swoją pracę. Pewnego dnia okazało się, że zakłady zostaną przeniesione do jakiegoś innego kraju, bo tam jest taniej. Znacie takie przypadki? Kaarlo nie chciał pracować nigdzie indziej, więc po prostu pewnego dnia zabrał żonę i dzieci i zaczął prowadzić życie rozbójnika, goniąc za marzeniami. Rabusińscy nie starają się nikogo krzywdzić, nie są krwiożerczym bandytami, ale także nie rozumieją/nie pamiętają zasad obowiązujących w społeczeństwie, a na pieniądze mówią „mysie pierdy” i nie potrafią ich używać. Cała rodzina roztacza parasol ochronny nad Kaarlo, bo nie chcą, żeby był smutny.
  3. Vilja – dziesięciolatka, która nagle staje się odpowiedzialna za wszystkich. Przygoda dziewczynki jest fantastyczna, ale jej poczucie odpowiedzialności, przejęcie kontroli… Czy naprawdę dzieci muszą zbawiać świat i innych? Czy Vilja powinna przejąć odpowiedzialność za los rodziny? Za dorosłych?

Im dłużej czytałam „Lato z rabusiami”, tym mniej wydawała się mi humorystyczna. Z tła wyłaniał się smutny i beznadziejny obraz społeczeństwa, w którym tak wiele się zmienia, że dorośli nie potrafią się odnaleźć i ukrywają za marzeniami albo technologią, a dzieci są przekonane, że nie są ważne i nic dla rodziców nie znaczą. Mają jednak instynkt i potrafią nakierować dorosłych na właściwy tor. Pozostaje pytanie o cenę, jaką za to zapłacą.

„Wakacje z rabusiami” to naprawdę ciekawa i dobrze napisana książka o przygodzie, na którą miałoby ochotę wiele dzieci. Fajnie jest jechać bez celu, kąpać się w jeziorze, budować bazy w krzakach, huśtać się na hamaku i krzyczeć radośnie z głębi serca. Dzieciom nie potrzebne są wcale „drogie” wakacje, wyjazdy na koniec świata i baseny z podgrzewaną wodą. Wystarczy trochę wody, parę patyków i obecność kogoś, dla kogo jest się ważnym. Przeczytajcie koniecznie „Lato z rabusiami”, a potem zafundujcie dzieciakom szalone wakacje (może bez napadania na innych). I dajcie znać, czy książka także w was zasiała niepokój.

Siri Kolu, Lato z rabusiami, il. Tuuli Juusela, tł. Iwona Kiuru, Tatarak 2018