Polska w odsłonach

Narzekania, jak w Polsce jest źle, są powszechne. Łatwiej zachwycać się czymś, co cudze i inne. Trudniej zobaczyć to, co czasami mamy tuż pod nosem. Jeśli więc szukacie pomysłu, co pokazać dzieciom, by pokazać, że Polacy mają się czym pochwalić, zajrzyjcie do książki „Moja Polska” Katarzyny Sołtyk (Wilga).

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Przyznaję, że ta książka sprawia mi problem. Długo nie potrafiłam się do niej przekonać. Przeglądałam, podczytywałam, odkładałam na półkę i zastanawiałam się, co o niej napisać. Rozumiem i doceniam zamysł autorki, ale jednocześnie odrzuca mnie samo wykonanie. Ale może do rzeczy.

„moja Polska” to książka powstała z dumy — autorka napisała o tym we wstępie:

Ręka do góry, kto jest dumy z tego, że jest Polakiem! Sama podniosę pierwsza! (…) Na stronach tej książki znajdziecie dziesiątki, a nawet setki powodów do narodowej dumy — postacie, osiągnięcia, miejsca czy osobliwości.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

I te dwa zdania właściwie streszczają całą treść książki. Katarzyna Sołtyk zebrała w niej wszystko, co — jej zdaniem — może być powodem do dumy z Polski. Trochę w duchu „radujmy się” i ku pokrzepieniu serc. W efekcie powstał straszliwy miszmasz, przez który trudno mi się przebić. Znajdziecie tutaj bociana, żubra i Biebrzę. Bitwę pod Grunwaldem i wycinanki. Szopena i Kieślowskiego. Muzeum Polin i enigmę. Abakany i kopalnie soli.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

No wszystko po prostu! Na początku chaos mnie przerażał, a potem zaczęłam się nim z chłopakami bawić. Czytamy tę książkę trochę na zasadzie: a to znacie? znamy! No to idziemy dalej. Najbardziej brakuje mi w niej indeksu czy spisu nazwisk — ale może chodziło o niespodziankę? Ciągle nie rozumiem, dlaczego coś następuje po czymś innym. Najbardziej przypomina mi zwariowany pokaz slajdów, które ktoś ustawił, a potem zaczął losowo odtwarzać. I dlatego mamy Tatry, potem polskich zdobywców Himalajów, a tuż za nimi produkty made in Poland. Może chodziło właśnie o to, by nie było zbyt patetycznie? By nauczyć dzieci cieszyć się tym, co mamy i bawić polskością?

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Na pewno książka Katarzyny Sołtyk uświadamia, że ludzi i rzeczy, z których możemy być dumni, jest dużo. Wspaniałe jest to, że autorka sięga do czasów odległych i całkiem bliskich. Mamy tutaj Kościuszkę i Paderewskiego, Wałęsę, Mazowieckiego i Mickiewicz. Momentami brakuje mi refleksji historycznej — możemy się szczycić Malborkiem, ale w notce o zamku zabrakło mi informacji o burzliwej historii polsko-krzyżackiej. (Krzyżacy są oczywiście wspomniani, ale jakoś tak nieoczywiście). Książka kreuje pewien mit polskości, kraju płynącego mlekiem i miodem, pełnego życzliwych ludzi i wspaniałych miejsc. Trochę cukierkowaty obrazek i dla mnie odrobinę wybrakowany. Brakuje mi w tej książce pogłębienia i odrobiny ostrości. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Trudno mi zaakceptować chwalenie się liczbą sprawiedliwych wśród narodów świata bez wspominania o trudnej historii polsko-żydowskiej. Przy czytaniu nieodparcie miałam wrażenie, że to projekcja, pewien wyidealizowany model polskości, ucukrowana wersja świata. Nie wiem, czy duma wyklucza rzeczy smutne i czasami wstydliwe? Na pewno nie pasują one do modelu przyjętego przez autorkę, ale mnie niektóre braki rażą. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Można mieć do tej książki zastrzeżenia, ale na pewno znajdziecie w niej mnóstwo pomysłów, co pokazać dzieciom i czym możemy się chwalić. No bo może jeśli nie historia, to może jednak oscypek, skoczkowie i Biebrza? 

 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska, il. E. Moyski, Wilga 2018 

 

Reklamy

Kto to jest patriota?

No właśnie… Piotrek przyniósł takie pytanie ze szkoły i zaczęliśmy się zastanawiać. Kto to jest patriota? Dziecię uznało, że odpowiedź jest prosta… Trzeba bronić ojczyzny i za nią umrzeć. I już! Włosy mi się zjeżyły… A potem opadły, bo przypomniały mi się własne szkolne czasy, „Bagnet na broń”, „ze spuszczoną głową powoli wraca żołnierz z niemieckiej niewoli”, „Czerwone maki na Monte Cassino” i „Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem”. Pewnie moim rodzicom włos się jeżył tak samo jak mi… Nasza polska historia była trudna i krwawa, a teraz moja rola, by zacząć się z dzieckiem zastanawiać, kto jest patriotą dzisiaj. I co to znaczy bronić ojczyzny dzisiaj. I jak można ją chronić z szacunkiem dla innych. Ten trochę przydługi wstęp jest po to, by pokazać książkę, która bardzo pomaga rozmawiać o patriotyzmie i obowiązkach wobec ojczyzny.

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej (Czarna Owieczka) to jedna z lepszych książek dla dzieci poruszających temat patriotyzmu i miłości do ojczyzny we współczesnym świecie. Bardzo podoba mi się definicja patriotyzmu, którą tutaj znalazłam:

Patriota to ktoś taki, kto myśli nie tylko o sobie, ale też o innych, nie kłamie, potrafi słuchać, chce się rozwijać i stara się być dobry. 

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

To dopiero początek rozważań. Autorka prowadzi wywód w prosty, zrozumiały dla dzieci sposób. Jest tutaj sporo o tym, co było i dlaczego teraz używamy słowa „ojczyzna” rzadziej niż kiedyś.

Bohaterem książki jest mały Krzyś, który jeszcze nie wszystko rozumie i zadaje dużo pytań — chłopiec na każdym obrazku ubrany jest w koszulkę i majteczki, czego nijak nie mógł zrozumieć Piotrek. Bo niby dlaczego ten Krzyś chodzi w bieliźnie? Warstwa ilustracyjna „A ja jestem Polak mały” może się nie podobać, ale autorce udało się naprawdę dobrze pokazać dylematy współczesnego świata, zaznaczyć, jak różne brzmienia i znaczenia może mieć słowo „ojczyzna” i zadać sporo ważnych pytań. Chociażby takie, co się dzieje, gdy spotka się patriota z patriotą, a każdy z nich pochodzi z innego kraju. Zdarza się wam myśleć o patriotyzmie innych i jak ci inni mogą reagować na nasz patriotyzm?

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

Dobrze było porozmawiać o  tym, co to jest mała ojczyzna i czy ojczyzną może być cały świat. I co to właściwie znaczy. Eliza Piotrowska podrzuca bardzo sensowne odpowiedzi i stawia mądre pytania, które mogą zaskoczyć nie tylko dziecko. Aż dziw, że taka cieniutka książeczka może tak bardzo (pozytywnie) zamącić w głowie i otworzyć oczy. To bardzo nowoczesny i przemawiający do mnie model patriotyzmu, w którym jest miejsce na miłość do symboli, na pamięć o historii i szacunek dla innych oraz mądrą troskę o współczesność.

 

Eliza Piotrowska (tekst i ilustracje), A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały, Czarna Owieczka 2013

 

Mamoo! To jest o Pate!

Dziecko wpadło do kuchni podekscytowane. Mamo… Wiesz, to jest on! Od Elli! No pamiętasz! Znalazłem tę książkę na półce. I tam są wszyscy! I Ella też. Mamooo! Ale to jest śmieszne. To ten Pate od hokeja. No posłuchaj, przeczytam Ci fragment.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Piotr znalazł „Patego” na półce, na której położyłam nowe nabytki. Szukał czegoś do czytania, bo nieoczekiwanie moje Młodsze zamieniło się z dziecka, które woli, żeby mu czytać, w dziecko, które czyta samo (i nadal lubi, żeby mu czytać). Jego reakcja była niesamowita: popatrzył na książkę, przeczytał kawałek, a potem przybiegł w podskokach do kuchni. Od tej pory zdążył już przeczytać „Pate pisze bloga” dwa razy, ciągle zagląda do tej książki i od czasu do czasu czyta nam swoje ulubione fragmenty. Upewniał się także, czy ilustracje mnie śmieszą. Szczególnie pan ratownik. Mogę to przyznać oficjalnie — śmieszą. Rysunki to naprawdę mocny punkt tej książki i Piotrek spędził długie chwile, rozpracowując szczegóły i czytając podpisy.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Książka Timo Parveli, wydana przez Widnokrąg w serii „Bliskie dalekie sąsiedztwo” i brawurowo przetłumaczona przez Iwonę Kiuru, to swoisty samograj. Świetnie może zachęcić do czytania. Bohaterem jest Pate, który dostał od swojego nauczyciela zeszyt. Jego klasowy kolega Tukka uznał jednak, że zeszyt to zabytek i założył Patemu bloga. Miał być supertajny, ale jakimś cudem dowiedziały się o nim wszystkie dzieci z klasy: Ella, Sampa, Tina — cała ferajna znana nam z „Elli i przyjaciół„. Żeby zacząć czytać Patego, nie musicie znać Elli — dla Piotrka był to po prostu bonus i dodatkowy impuls do czytania. A jak już poznacie Patego, zrozumiecie, dlaczego tak bardzo zachwyciła Piotra „Ella”. W „Pate pisze bloga” Pate chyba ciągle jest w pierwszej klasie i ciągle jest tak samo niedopasowany do rzeczywistości. A może nawet bardziej?

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Cała książka ma konstrukcję bloga, na którym Pate opisuje swoje przygody ze stryjem. Nie jest łatwo, gdy nagle dowiadujesz się, że masz stryja. Początki znajomości nie były udane, bo chłopiec pomylił stryja z ptakiem, a potem przez jakiś czas było tylko gorzej, choć trzeba przyznać, że Pate się starał. Trudno jednak dogadać się z kimś, kto nie przepada za dziećmi i skupia się głównie na oszczędzaniu czasu. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie. Inna perspektywa wprowadzona jest za pomocą komentarzy klasy (wszystkie dzieci kibicują Patemu i chętnie udzielają rad) oraz dialogów przytaczanych przez chłopca. Dzięki temu poznajemy punkt widzenia stryja, rodziców czy pewnej uroczej ratowniczki.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Dla dorosłego w pewnym momencie stało się oczywiste, w jakim kierunku zmierza akcja, ale ośmiolatkowi nic nie przeszkadzało. Timo Parvela zderza ze sobą rzeczywistość dziecka i dorosłego, sprytnie rozgrywając różnice w postrzeganiu świata. Wykorzystuje humor sytuacyjny i językowy — Pate odczytuje komunikaty dorosłych dosłownie, nie dostrzegając przenośni, sarkazmu czy ironii. Pate to kwintesencja dziecięcości — pojmuje świat prosto, jest kompletnie oderwany od rzeczywistości, maksymalnie angażuje się w to, co robi (jeśli to coś uznał za ważne i istotne), a psoci przy okazji i mimo woli.

Trudno mi było określić, ile Pate ma lat — nawet Piotrek zauważył, że chłopiec bardzo mało wie o świecie i wszystko odbiera bardzo dosłownie. Trochę mi to zgrzytało, bo spryt i samodzielność chłopca trochę kłóci się z jego naiwnym i bezkrytycznym postrzeganiem świata. Taki jednak model pisania przyjął Timo Parvela i jestem skłonna to zaakceptować, bo „Pate pisze bloga” to niesłychanie zabawna i wciągająca książka, która — co całkiem istotne dla mnie jako dla dorosłej i mniej odpornej osoby — nie sięga w nadmiarze po fizjologię i obrzydliwości. Podkreślam „w nadmiarze”, bo trochę skrzeku i innych obrzydliwości tu jednak znajdziecie. Akurat tyle, by dziecko wybuchnęło śmiechem i koniecznie chciało się dowiedzieć, co było dalej. No i koniecznie muszę teraz kupić drugą część Patego. To przecież oczywiste, jak uznał Piotrek.

 

Timo Parvela, Pate pisze bloga, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018

 

Co można kupić za pieniądze?

Nie, nie będzie o ekonomii. Dyskusja o pieniądzach, o tym, czy warto być bogatym i co można kupić za pieniądze rozgorzała przy śniadaniu w pewną sobotę. Piotrek właśnie skoczył czytać (samodzielnie) „Małego miliardera” Davida Walliamsa (Mała Kurka). Ciągle nie wiem, co mają w sobie książki tego autora, że tak pięknie otwierają na samodzielne czytanie.

David Walliams, Mały miliarder

„Mały miliarder” to historia najbogatszego dziecka na świecie, które może mieć wszystko, o czym tylko zamarzy. Józek Burak nie musi sobie niczego wyobrażać, bo ma wszystko:

  • 100-calowy plazmowy telewizor HD z płaskim ekranem w każdym pokoju
  • 500 par markowych adidasów
  • tor wyścigowy w ogrodzie
  • japońskiego psa-robota
  • wózek golfowy z tablicą rejestracyjną „BURAK 2” do poruszania się po terenie posiadłości
  • zjeżdżalnię wodną prowadzącą z jego sypialni wprost do basenu olimpijskiego
  • wszystkie gry komputerowe świata
  • kino IMAX 3D w piwnicy
  • krokodyla
  • osobistą masażystkę
  • podziemną dziesięciometrową kręgielnię
  • stół do gry w snookera
  • maszynę do popcornu
  • tor dla deskorolek
  • jeszcze jednego krokodyla
  • kieszonkowe w wysokości 100 tysięcy funtów tygodniowo
  • kolejkę górską na tyłach domu
  • profesjonalne studio nagrań na strychu
  • prywatne sesje treningowe z piłkarska reprezentacją Anglii
  • akwarium z prawdziwym rekinem (Mały miliarder, s. 10-11)

Józek ma wszystko. A jak nawet czegoś nie ma, to natychmiast może to mieć. Dlaczego więc wydaje się być najnieszczęśliwszym dzieckiem na świecie? I tak bardzo pragnie się nie wyróżniać?

David Walliams, Mały miliarder

To opowieść o przyjaźni, pieniądzach, tolerancji i akceptacji napisana w stylu Walliamsa, więc sporo tutaj fizjologii, przekraczania granic dobrego smaku i niewybrednych żartów. Piotrek czasami się śmiał, ale uznał, że to bardzo poważna książka. I nie mógł się od niej oderwać. Nie będę wam streszczać historii Józka. Skończyło się dobrze, w opinii Piotrka, choć być może nie każdy dorosły by się z nim zgodził. Można powiedzieć, że to brawurowo napisana opowieść o tym, co najważniejsze. Dla mnie fascynujące było to, że dziecko po zakończeniu czytania bardzo dużo myślało i bardzo dużo rozmawiało — bardzo poważnie. Między innymi o tym:

  • czy da się kupić przyjaźń za pieniądze?
  • a co z miłością?
  • czego się boisz, jak masz dużo pieniędzy?
  • i na co można je wydać, jak już się je ma?
  • i czy da się stracić wszystkie pieniądze, jakie się ma?
  • i co potem?
  • a jak właściwie zarobić takie pieniądze?
  • i czy da się za pieniądze kupić spokój?
  • a co to znaczy, że pieniądze ułatwiają życie?
  • jak działa agencja ochrony?
  • czy naprawdę warto mieć wszystko?

Nie, wcale się na tym nie skończyło. Rozmawialiśmy jeszcze długo. Piotrek w końcu uznał, że jak się ma wszystko, to człowiekowi musi być bardzo smutno, bo nie ma żadnych marzeń. Ciągle macie wątpliwości, czy warto czytać Walliamsa?

 

David Walliams, Mały miliarder, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

Drzewo kłamstw

„Drzewo kłamstw” Frances Hardinge to książka teoretycznie dla nastolatków, ale przeczytałam ją jednym tchem. Chyba tym razem zdołałam wyprzedzić nawet Tymka. To doskonale napisana historia dziewczyny, która urodziła się nie w porę — pragnie się uczyć, badać świat, zajmować się nauką, ale społeczeństwo przewidziało dla niej całkiem inną rolę. Wiecie, w epoce wiktoriańskiej kobieta mogła zostać żoną albo matką. Ta powieść świetnie wpisuje się w nurt literatury o silnych kobietach — takich, które nie bały się przyznać przed sobą, do czego dążą i szukać sposobów na realizację celów. Nie mogłam się od tej opowieści oderwać.

Frances Hardinge, Drzewo kłamstw

Faith czuje, że jest inna. Nie potrafi się odnaleźć wśród innych, nie pasuje już do dzieci. Stoi pomiędzy — już właściwie nie dziecko, ale jeszcze nie dorosła. Rodzice zmieniają jej status w zależności od potrzeby — raz ma być odpowiedzialna i rozsądna, innym razem nie wolno jej pewnych rzeczy robić, bo przecież jest jeszcze dzieckiem. Pewnie dzisiejsze nastolatki też by się rozpoznały w tym opisie. Problem Faith jest jednak jeszcze głębszy — czuje, że musi ukrywać swoje pasje, swoją inteligencję, że nie jest przez nikogo rozumiana, a jej pęd do wiedzy jest postrzegany jako niestosowne dziwactwo. Ani jej matka, ani ojciec nie akceptują jej zdolności. Jeszcze wyrośnie na dziwadło.  Przecież dziewczynki takie nie są, nieprawdaż? Dziewczynki się bawią, haftują, grzecznie bawią i miło uśmiechają. W głowie kołacze mi cytat z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austin:

Wszystkie (młode damy) malują na drewnie, haftują parawaniki przed kominki i szydełkują woreczki na pieniądze. Nie znam chyba panny, która by tego wszystkiego nie umiała. (…) Kobieta powinna posiąść dogłębnie muzykę, śpiew, rysunek, taniec i języki nowożytne, dopiero wówczas zasługuje na nazwę posiadającej kunszta. Poza tym w jej sposobie bycia, chodzeniu, w brzmieniu głosu powinno być coś, bez czego nie może w pełni zasługiwać na to określenie. (s. 43-44, Jane Austin, Duma i uprzedzenie, tł. A. Przedpełska-Trzeciakowska, Prószyński i S-ka 2002)

Faith pociągają zdecydowanie inne kunszta. Ma ochoty pozachowywać się niestosownie. I bardzo ją męczy, że w towarzystwie czarujących pań nie można rozmawiać o niczym poważnym (czytaj: ciekawym).

Czegoż w tej książce nie ma! Jest intryga i kryminał, i wspaniały opis wiktoriańskiego społeczeństwa, i geologia, i Darwin, i paleontologia. Znajdziecie tutaj plotkę i oszustwo, walkę z teorią ewolucji, zemstę i metafizykę. Na tym tle Frances Hardinge osadziła historię dorastającej dziewczynki, wychowywanej w bardzo zimnej rodzinie, która próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa, a przy okazji musi zmierzyć się z wieloma innymi tajemnicami. Odkryje także prawdy, które niekoniecznie podobałyby się mężczyzną — m.in. taką, że te czarujące, niewinne i głupiutkie kobiety potrafią nimi bez skrupułów manipulować. „Drzewo kłamstw” to opowieść o dorastaniu i o pojawianiu się świadomości, że dorosłość oznacza także konieczność podejmowania wyborów i ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny i słowa. Faith musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce zaryzykować i czy jest gotowa przyjąć konsekwencje swojego wyboru.

Autorka świetnie sportretowała małą społeczność, która niechętnie dzieli się sekretami. Faith jest bardzo spostrzegawcza i inteligentna. Potrafi wtopić się w tło i pozostać niewidzialna — przecież dzieci powinny być niewidoczne i ciche (czasami wzdycham z żalem, że moje dzieci nie wiedzą, że takie powinny być). Ta umiejętność bardzo pomoże jej w śledztwie. Poszukiwania dziewczynki zaprowadzą ją także na krawędź świata nadnaturalnego — do korzeni prawdy i kłamstwa. Bo właściwie, co to jest prawda i do czego wykorzystujemy kłamstwo? I czy potrafimy się bez niego obyć? Świetna powieść. No i niesamowicie podoba mi się jej okładka.

 

Frances Hardinge, Drzewo kłamstw, tł. Krzysztof Mazurek, Czarna Owca 2017

Czy to pies, czy to bies?

Wiecie, jak odróżnić psa i leśnego demona? Jeśli nie, to łatwo możecie się dowiedzieć. Wystarczy, że zajrzycie do książki „Czy to pies, czy to bies, czyli zbiór słowiańskich stworów” napisanej przez Łukasza Loskota, a zilustrowanej przez Kamilę Loskot (Wydawnictwo OVO).

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Bardzo mi się ta książka podoba. Ze stonowanej okładki (jest bardziej szara niż na moim zdjęciu) spogląda na nas sympatyczny stwór, częściowo ukryty za pniem drzewa. To bies — nie dajcie się zwieść jego sympatycznej buźce, nie warto robić z nim interesów. Kreska Kamili Loskot jest nowoczesna, a jednocześnie niesamowicie porusza wyobraźnię. Jej ilustracje są baśniowe, ale gdzieś w tle czai się nostalgia. A może tylko ja dośpiewuję sobie tęsknotę za światem, któremu pozwalamy odejść?

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Dawno już nie widziałam książki, która zaczyna się wierszowanym wstępem. Ten wstęp przypomniał mi dzieciństwo i wiersze Janiny Porazińskiej — jej „Psotki i śmieszki” kojarzą mi się z dzieciństwem i sięganiem do ludowej wyobraźni. Od razu miałam dobry nastrój. Sami posłuchajcie:

Różne są cuda na świecie

Niektórych jednak nie widać

Skrzat koniom grzywy zaplecie

Rusałka nawarzy mu piwa

W głębokich borach i łanach

Mieszkają mityczny stwory

Czasami umilą nam życie

Czasami nauczą pokory

Po takim wstępie po prostu chce się zajrzeć dalej.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Spotkacie w tej książce dwanaście baśniowych stworów ze słowiańskich bajek i legend. Dowiecie się, jak psoci strzyga, czego strzegą plonki, kogo lubi licho. Nie są to wyłącznie dobre postacie, bo przecież w legendach i baśniach tych dobrych wcale nie ma za dużo. Większości z nich lepiej nie spotykać. Łukasz Loskot o każdej z nich napisał z sympatią. Dawne czasy przeplatają się tutaj ze współczesnością, bo dlaczegoż to południca nie miałaby od czasu do czasu skorzystać z solarium? Opowieści napisane są prostym, bardzo ładnym językiem — nie jest to bajka, ale ale daleko temu opisowi do suchego hasła z leksykonu. Na przykład takie latawce „żyją przytwierdzone ognistymi okowami do sklepienia nieba. Nikt ostatecznie nie może stwierdzić, czy są to istoty dobre, czy też złe i dlaczego tkwią uwięzione w taki sposób. Faktem jest, że od początku czasu z wysokości obserwują nasze życie. Kiedy Latawcowi wpadnie w oko jakaś wytworna dama czy wiejska dziewka, zrywa swoje łańcuchy i spada na ziemię. Zamienia się w przepięknego chłopca, któremu żadna dziewczyna nie może się oprzeć”. (s. 56) Mimo takiego wstępu, potem okazuje się, że jedna sprytna się znalazła. Narracja łączy elementy stare, ludowe z bardzo nowoczesnym sposobem opowiadania, przez co tekst jest zrozumiały, przystępny, a przede wszystkim rozbudza ciekawość. Po tej lekturze ma się ochotę na więcej — czytelnika aż korci, żeby zajrzeć do starych baśni i poszukać opowieści, które przytacza autor.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Książka jest wyrazem ciekawości mitologią słowiańską. Autorzy nie poprzestają na kilku faktach. Starają się tchnąć w baśniowe postacie nowe życie, osadzić je we współczesnym świecie, pokazać, że świetnie pasują do nowoczesnej wyobraźni. A w słowniku dziecka pojawiają się nagle chmurniki, zmory, utopce i domowniki, fantazja karmi się nowymi-starymi historiami, a stare baśnie zyskują nowe życie. Nie wiem, czy wolę tę książkę oglądać, czy czytać, bo ilustracje są naprawdę świetne — tracą na moich zdjęciach, bo po pierwsze, jak sami wiecie, nie umiem robić zdjęć, a po drugie, książka została wydrukowana na kredowym papierze, więc wszystko się na fotografii błyszczy. Ale i tak warto ją mieć, jeśli macie ochotę przybliżyć dzieciom słowiański świat wyobraźni.

Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies, il. Kamila Loskot, Wydawnictwo OVO 2017

Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

List do króla

„List do króla” Tonke Dragt (Wydawnictwo Dwie Siostry) to jedna z takich książek, które na bardzo długo zapadają w pamięć. Piękna niebieska okładka przywołuje emocje i zachwyt towarzyszący czytaniu. Podczas lektury ma się wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i pięknym — piszę to z pełną odpowiedzialnością. U nas ta książka leży na półce tuż obok „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.

Tonke Dragt, List do króla

Nie przyznam się, ile czasu zbierałam się do recenzji tej książki. Zdecydowanie zbyt długo. Tymek dostał ją na urodziny w kwietniu i połknął jednym tchem. To bardzo dobra powieść dla młodzieży, mądra, piękna, wspaniale przetłumaczona. Gdy o niej myślę, ciągle mam w głowie dwa określenia: elegancka i szlachetna — to książka najwyższej próby pod względem edytorskim, treściowym i stylistycznym. Ilustracje autorki kojarzą mi się z rysunkami Ilon Wikland do „Braci Lwie Serce”. Tonke Dragt zaprasza czytelnika do bajkowego świata rycerzy, ale nie znajdziecie tutaj magii, potworów i cudów. Akcja dzieje się w wymyślonych krainach, w czasach zbliżonych do średniowiecza, gdy po drogach pędzili błędni rycerze, na zboczach gór budowano warowne zamki, a wędrówka wymagała hartu i odwagi.

Tonke Dragt, List do króla

Opowieść rozpoczyna się w królestwie potężnego i rozumnego Dagonauta. Raz na cztery lata odbywa się tutaj pasowanie na rycerzy — to wielka uroczystość. Wybrani młodzieńcy przechodzą wcześniej wiele prób, by dostąpić tego zaszczytu. Ostatnia z nich ma miejsce tuż przed pasowaniem — przez cały dzień i całą noc niczego nie jedzą ani nie piją, a noc spędzają na czuwaniu w kaplicy. Nie wolno im wtedy spać, rozmawiać ani reagować na odgłosy z zewnątrz. Ci, którzy nie wytrwają lub złamią zasady, nie zostaną pasowani na rycerza. W takich okolicznościach poznajemy szesnastoletniego Tiuriego, syna Tiuriego Walcznego, który razem z innymi giermkami przebywa w kaplicy. I nagle słyszy kogoś, kto prosi o pomoc.

Tonke Dragt, List do króla

Nie zdradzę wam wiele, gdy powiem, że Tiuri łamie zasady. Po pierwsze, dzieje się to na pierwszych stronach książki, po drugie, bez tego nie byłoby tej opowieści. Tiuri wyrusza w podróż, by pomóc komuś, kogo nawet nie zna, targany wątpliwościami, czy to, co robi, ma sens i jest zgodne z honorem rycerza, dręczony przeczuciem, że być może na zawsze zaprzepaścił swoje szanse na zostanie rycerzem, że zawiódł. Prośba nieznajomego, choć z pozoru łatwa do spełnienia, sprawia, że Tiuri niespodziewanie musi wyruszyć na długą wyprawę, która zaprowadzi go daleko od znanego mu świata. Opis podróży Tiuriego mieści się na ponad 500 stronach — książka podzielona jest na osiem części, a każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Wyprawę chłopca można także śledzić na mapie na wyklejce — czasami ta mapa bardzo się przydaje, by uświadomić sobie, jak daleko zapuścił się chłopiec, realizując misję ważną dla całego jego świata.

Tonke Dragt, List do króla

„List do króla” łączy kilka gatunków. To epos rycerski, kronika, powieść drogi i Bidungsroman. Tiure nie tylko poznaje nowe miejsca, ale przede wszystkim dojrzewa i sprawdza samego siebie. Dowiaduje się wiele o swoich motywach i reakcjach — musi także odpowiedzieć sobie na pytanie, co znaczy dla niego bycie rycerzem. Tonke Dragt odrywa kodeks i etos rycerski od walk i bitew, zadając pytanie, co on oznacza w codziennym życiu. W tej powieści ważna jest odpowiedzialność, przyjaźń, wierność, a kodeks rycerski służy do nawiązywania więzi i ma sprawiać, że troszczysz się o innych.

Świat Tiuriego jest bardzo męski — kobiety pojawiają się w tle. Przypisanie im jednak aktywnej roli byłoby złamaniem pewnej konwencji, w której utrzymana jest cała powieść — warto także pamiętać, że Tonke Dragt napisała ją w 1962 r. Być może kobiecy punkt widzenia jest widoczny w samej kompozycji powieści rycerskiej, w której właściwie nie ma walki i potyczek. Ech, nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę czytać tę książkę z Piotrkiem. To taka historia, która nie poddaje się modom i trendom — zawsze będzie budziła ciekawość i emocje. Warto znaleźć miejsce na półce na tę książkę.

 

Tonke Dragt, List do króla, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2017

 

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Anatomia natury

Co ja poradzę na to, że lubię patrzeć? Moje dzieci też lubią, to pewnie zaraźliwe. Wysiada takie z samochodu i nagle słyszę: mamo, patrz, jaki piękny wieczór. Co z tego, że ciemno, zimno i późno, skoro piękne chmury kłębią się po niebie i księżyc tak zabawnie prześwituje przez gałęzie? Jest na co patrzeć. Tyle wokół liści, drzew, ptaków, kamieni… Piotrek z każdego spaceru wraca ze skarbami, których urodę dostrzega czasami tylko on. Szary kamyk w kształcie serca, zadziwiająco wygięty patyk, liść, którego czerwień przyciąga oczy, skorupka orzecha, guzik po przejściach. Więc gdy ktoś mówi, że w mieście nie ma niczego do oglądania (oprócz zabytków), to zwykle się dziwię. I cieszę się, że powstają takie książki, jak „Anatomia natury’ Julii Rothman (Entliczek). Książki, która narodziły się z ciekawości i patrzenia.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman podbiła mnie niesamowitą „Anatomią farmy„, która do tej pory ogromnie lubimy przeglądać. Było dla mnie oczywiste, że „Anatomia natury” też do nas trafi, choć odrobinę obawiałam się, czy przypadkiem nie przeżyję rozczarowania. Nic z tych rzeczy — zazdroszczę jedynie Amerykanom, że ktoś tak pięknie napisał o ich przyrodzie. Cudnie by było mieć taki przewodnik po polskiej naturze, w którym znalazłabym informacje o tym, co bliskie i na wyciągnięcie ręki. Nic straconego… Planujemy z Piotrkiem nasz własny przewodnik po tym, co nas interesuje — bo Julia Rothman naprawdę potrafi czytelnika zainspirować.

Julia Rothman, Anatomia natury

O czym to jest? Hmm… Jakby odpowiedzieć na to pytanie… Właściwie o wszystkim. O wszystkim, co w przyrodzie interesuje autorkę. Może warto posłuchać, co sama ma do powiedzenia:

Myślę o tym projekcie jako o MOJEJ książce przyrodniczej. Są tu informacje, które mnie interesowały, rzeczy, które chciałam narysować i namalować. Mimo że jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej, dało mi to możliwość zapoznania się z roślinami, zwierzętami, drzewami, owadami, opadami atmosferycznymi, rzeźbami terenu i akwenami, których nazwy chciałam znać, kiedy spotykałam je na swojej drodze. (s. 7)

Julia Rothman, Anatomia natury

Trzeba przyznać, że Julię Rothman bardzo wiele rzeczy interesuje. Ziemia i niebo, małe i duże rośliny, owady, zwierzęta, lasy, grzyby, ptaki. Rozdziałów jest siedem, a w każdym znajdziecie jeszcze co najmniej kilka podrozdziałów. Na początku autorka nakłoni was do popatrzenia pod nogi. A jak już dowiecie się wiele o minerałach, kataraktach, powstawaniu skał, skamieniałościach i krajobrazach, zachęci was do spojrzenia wysoko w górę. Może zobaczycie tęczę? Albo będziecie podziwiać krople deszczu? A może usłyszycie ostatnią letnią burzę? Lub przez lupę popatrzycie na pierwsze płatki śniegu? I będziecie mieli wiele pytań, a w książce Julii Rothman znajdziecie dużo odpowiedzi.

Julia Rothman, Anatomia natury

Nie trzeba czytać od początku. Można od końca albo od środka, albo w dowolnym miejscu. Piotrek rozpoczął oglądanie od rozdziału o mrówkach, a potem przeskoczył do pszczół (czemu mnie to nie zdziwiło?). Mnie zauroczyły strony przedstawiające drzewa, zachwyt nad kształtem liści, urodą porostów czy fakturą kory. Kiedy ostatnio patrzyliście uważnie na pnie drzew? Julia Rothman przekonuje, że warto.

Julia Rothman, Anatomia natury

Znajdziecie tutaj podpowiedzi, która roślina nadaje się do jedzenia i jak zbierać rośliny, by rosły w danym miejscu przez wiele lat. Dowiecie się,  jak różnorodne i przedziwne mogą być ptasie jaja i dzioby, zachwycicie się różnorodnością grzybów i wspaniałością wodnych istot. Lubię książki, które zmuszają do zatrzymania i skłaniają do tego, by uważnie rozejrzeć się wokoło, pokręcić głową, nadstawić ucha, a potem zacząć zadawać pytania.

„Anatomia natury” nie pretenduje do roli encyklopedii czy wyczerpującego kompendium, a jednak świetnie przybliża otaczający nas świat. Pokazuje, że można zacząć od małych kroków, od uważnego patrzenia wokoło i stawiania pytań. Wystarczy uważnie przejść się po parku, popatrzeć w niebo, pooglądać liście, a potem poszukać odpowiedzi, jaki ptak śpiewał w parku, na jakim drzewie rosną te wielkie strąki i czego szuka wiewiórka jesienią. Odpowiedzi na niektóre pytania są proste, inne będą wymagać sięgnięcia do sieci albo pogrzebania w książkach. W ten sposób uczymy dzieci, że ciekawość świata to furtka do poważnej nauki i wyczerpujących badań, a poznawanie może zacząć się od zachwytu fakturą kory czy kształtem łapy.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman, Anatomia natury

Książka Julii Rothman nie przytłacza ani nie przeraża. Mnóstwo tutaj ilustracji i krótkich tekstów. Można potraktować „Anatomię natury” jako wprowadzenie do nauk przyrodniczych, bo przecież czytelni dowie się z niej, co to jest bagno, torfowisko i step, jak wygląda delta i co to są niesporczaki. Wydaje mi się jednak, że takie podejście zubaża tę książkę. Wolę myśleć o niej jako o przewodniku po świecie przyrody, którego zadaniem jest pokazanie nam, że większość cudów mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy iść na spacer. Wybierzecie się z nami?

Julia Rothman (pomoc: John Niekrasz), Anatomia natury, tł. Barbara Bocian, Wydawnictwo Entliczek 2018