Czekając na jednorożce

W domu mogę obserwować dwa modele czytelnicze. Starszy czyta głównie to, czego jeszcze nie czytał (nawet jak był całkiem mały, to preferował raczej nowe lektury), a Młodszy czyta chętniej to, co już zna i co oswojone, kilka razy to samo. Doskonale się te strategie uzupełniają — jedna odpowiada za pojawianie się na półkach ciągle nowych pozycji, dzięki drugiej książki nie obrastają w pajęczyny.  Ponieważ Piotrek akurat pochłania książki, które już czytał, albo książki, które ja już czytałam razem z Tymkiem, mogłam pobuszować po półce Starszego. Tak wyszło, że zaczęłam od „Czekając na jednorożce” — to książka nominowana w plebiscycie Lokomotywa. Absolutnie nie żałuję.

Beth Hautala, Czekając na jednorożce

Wzruszyłam się przy tej lekturze. Nawet bardzo — łzy same zaczęły mi płynąć po policzkach. Beth Hautala napisała piękną opowieść o śmierci, żałobie, radzeniu sobie z tęsknotą i szukaniu sił do dalszego życia. To opowieść pełna emocji, a jednocześnie ciszy — wiele tutaj dzieje się pomiędzy słowami albo bez słów.

Bohaterką jest dwunastoletnia Talia, która wyjeżdża z tatą do Arktyki. Jej tato jest naukowcem, bada walenie. Mama jakiś czas wcześniej zmarła na raka. Dziewczynka musi sobie poradzić nie tylko ze śmiercią jednego z rodziców, ale także z nieobecnością drugiego, bo jej tato jest ciągle zajęty. Talia ma wrażenie, że pomiędzy nią, a jej tatą wyrasta przepaść i cisza, pustka o kształcie matki.

„Czekając na jednorożce” to nie jest prosta lektura. Trudno czyta się o odchodzeniu, o emocjach dziecka i bólu dorosłego, który wie, że musi zostawić swoje dziecko. Beth Hautala potrafiła jednak smutek i żal zamienić w nadzieję i pokazać, że trzeba żyć dalej. Tal musi zmierzyć się z bólem i rozstaniem. Musi umieć porzucić swoje życzenia, w tym to największe o spotkaniu jednorożca, który spełnia życzenia i pozwoli jej pożegnać się z mamą. To przepiękna i mądra opowieść o etapach żałoby, o akceptacji bólu i tworzeniu w życiu miejsca na coś nowego. Na nowe uczucia, nowe emocje, nowych przyjaciół. Patrzenie w przeszłość jej nie zmieni, a sprawi, że życie przepłynie między palcami.

To jednocześnie opowieść o tym, że trzeba naprawdę przeżyć swoje życie, że mamy na nie wpływ, że warto szukać okazji, by je zmienić lub naprawić. Śmierć czy zagrożenie sprawiają, że widzimy, co w życiu liczy się naprawdę, co jest prawdziwe i co ma wartość. Czasami te najważniejsze rzeczy umykają nam w codziennej bieganinie. Warto się więc zatrzymać i pomyśleć, a lektura „Czekając na jednorożce” na pewno do myślenia skłania. To naprawdę mądra i ważna książka, także dla dorosłych.

 

Beth Hautala, Czekając na jednorożce, tł. Zuzanna Byczek, Biała Plama 2018

Reklamy

Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Polskie władczynie

O królach wiemy sporo. Jan Matejko utrwalił w naszych głowach poważne i chmurne wizerunki mężnych władców. W jego poczcie były chyba tylko cztery królowe. Pamiętamy o Jadwidze Andegaweńskiej, Dobrawie, o Marysieńce Sobieskiej. Czasami przy gotowaniu zupy może wspomnimy Bonę, gdy dziecko zapyta, co to włoszczyzna. A inne królowe? Przecież było ich wiele. Na szczęście przypomina nam je Anna Kaszuba-Dębska w „Poczcie królowych polskich”, wydanej przez Znak.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Piotrek po obejrzeniu tej książki zapytał, czy one naprawdę były takie piękne. Na ilustracjach Anny Kaszuby-Dębskiej są piękne, a przede wszystkim pełne życia. Są władcze, ale nie sztywne i królewskie. To nie są posągi. Uśmiechają się, pewnie zadowolone, że w końcu ktoś dopuścił je do głosu. Bo to nie jest opowieść o królowych — każda z nich sama jest narratorską swojej historii. To one opowiadają: o sobie i swoim królewskim losie.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Losy polskich władczyń zaczynamy poznawać od najstarszej znanej, choć legendarnej. Rzadko o niej myślimy jako o królowej, ale właśnie ona była pierwsza. Rzepicha, żona Piasta, matka Siemowita. Oddajmy jej głos.

Nie jestem żadną wykształconą kobietą. Można mnie uznać za prostą, może nawet za prostaczkę. Pisma nie znam, czytać nie umiem. Ale nigdy nie brzydziłam się pracą, w pocie czoła uprawiałam rolę. Zawsze twardo stąpałam po ziemi, nie chodziłam z głową w chmurach. Jestem uczciwa, umiem znajdować szczęście także w ubóstwie — tak mnie wychowali rodzice. (s. 8)

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Wypowiedzi są różne, tak jak różne są królowe. Niektóre bardziej poważne, inne bardziej swawolne, jedne mówią o swoim dzieciństwie, inne opowiadają o swoim życiu i planach. W książce znajdziecie 25 królowych, od Rzepichy po Marię Józefę, żonę Augusta III. Anna Kaszuba-Dębska potrafiła tchnąć życie w tych 25 portretów — dostaliśmy historie dumnych kobiet, które chciały i potrafiły zawalczyć o swoje. Dzięki pierwszoosobowej narracji nie są to klasyczne biografie, ale opowieści, którym można było nadać bardziej subiektywny charakter. Nawet Anna Jagiellonka, uznawana za typową nudziarę i starą panną, potrafi tutaj zaintrygować i pokazać inne oblicze.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Każde hasło-historia skonstruowane jest podobnie, choć jego treść bywa różna. Tytułem każdego opowiadania imię i przydomek królowej, pod którym mamy daty, kiedy zasiadała na polskim tronie. Dostajemy także dwie ilustracje, a właściwie jedną w dwóch ujęciach — portret i pełną sylwetkę królowej. Anna Kaszuba-Dębska w tło ilustracji wplotła motywy charakterystyczne dla danej postaci: czasami jest to herb, czasami wzory czy symbole kojarzące się z daną osobą, tak jak białe lilie na portrecie Kingi Arpadówny. Nie mogę się na te portrety napatrzeć, tak są pełne życia i odległe od typowego sposobu przedstawiania królowych.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich.

To ważna książka nie tylko dlatego, że przywraca naszej pamięci polskie władczynie, pozwala im wyjść z cienia i stanąć w pełnym świetle. Autorka pokazuje także prawdziwe oblicze bycia królową i sprawowania władzy. Nie są to biografie radosne. Piotrek ze zdumieniem coraz większym odkrywał, że królowa nie jest kimś, kto robi, co chce. Jeśli tak było, szybko przestawała być królową. W świecie władzy „ja” znika, liczy się dobro królestwa i rodu. Rzadko kiedy królowe miały „szczęśliwe” życie w potocznym rozumieniu. Były wydawane za mąż jako dzieci, planowano im życie od kołyski, odbierano im dzieci, były pionkami przestawianymi przez mężczyzn bawiących się w politykę — i często udowadniały, że wcale pionkami nie są i same potrafią sobą i innymi zarządzić.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Mieliśmy wspaniałe królowe, Anna Kaszuba-Dębska potrafi o nich wspaniale opowiedzieć. Naprawdę warto tych historii posłuchać.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich, Znak 2018

Czytamy komiks! — Trupie gadki

To będzie chyba jedna z najszybszych recenzji na blogu. Książka przywędrowała do nas przed kilkoma dniami. Piotrek znalazł ją pod choinką i przeczytał właściwie od razu. Zaczął tuż po Wigilii i ciężko go było zapędzić do spania. Skończył czytać pierwszego dnia świąt i natychmiast zaczął czytać jeszcze raz, a potem kolejny. Teraz książka leży na stoliku, a on podczytuje co ciekawsze historie, zadając przy okazji mnóstwo pytań o słynnych ludzi, o których istnieniu czasami nigdy wcześniej nie słyszałam. Wstyd po prostu.

Adam Murphy, Trupie gadki

Hmm, właściwie można powiedzieć, że to wywiady z zombie, tylko takimi słynniejszymi. „Trupie gadki” mają konwencję talk show w wersji rysunkowej. Mamy gospodarza programu, w tej roli alter ego autora, czyli niejaki Adam Murphy. Historia ludzkości pełna jest ciekawych i intrygujących postaci, więc Adam postanowił zadać im pytanie, co sprawiało, że potrafili tyle zdziałać. Co z tego, że te osoby nie żyją? Przecież można je wszystkie odkopać! Zaczynamy!

Adam Murphy, Trupie gadki

Piotrek studiował mapę wykopalisk naprawdę dokładnie. Sprawdzał, kto kiedy żył, bawił się w wypatrywanie szczegółów. Jak sam mi powiedział, ta książka to nie tylko komiks, ale także łamigłówka, i to niesamowicie ciekawa. Zresztą określenia: fajne, ciekawe, interesujące, śmieszne, pojawiały się co chwila, gdy poprosiłam synka, by mi opowiedział, o czym TA KSIĄŻKA jest i dlaczego warto ją przeczytać. W skrócie mówiąc: o historii, tylko napisana tak, że czytelnik ciągle się uśmiecha, wcale się nie nudzi i ma ochotę dowiedzieć się więcej. Lista gości programu Adama Murphy’ego może onieśmielać, ale okazuje się, że to bardzo sympatyczne postacie, choć rozmowa z niektórymi może być dla prowadzącego groźna. Nie każdy wywiad kończy się happy endem.

Adam Murphy, Trupie gadki

Zasada  jest prosta: jedna postać, jedna strona komiksu. Dla niektórych postaci rysownik jest bardziej łaskawy i poświęca im dwie strony. Absolutnym wyjątkiem jest sześć żon Henryka VIII — tak się rozgadały, że zajęły aż cztery strony. Część postaci (w tym Maria Skłodowska-Curie, jedyna Polka w tym zestawieniu) zostały uhonorowane całostronicową ilustracją zawierającą ciekawostkę z ich życia. Jedna czy dwie strony to niewiele, by przedstawić swoje życie, więc bohaterowie wywiadów muszą się streszczać. W krótkiej formie udało się jednak zawrzeć naprawdę sporo informacji — a Piotrek wcale nie narzekał na małe literki.
Adam Murphy, Trupie gadki

Wiem, że konwencja wywiadów z zombie nie każdego może przekonywać, ale warto do tego komiksu zajrzeć i docenić nie tylko zamysł autora, ale także pracę tłumacza. Paweł Brzosko pięknie ogrywa zwroty i skojarzenia związane ze śmiercią, zombie i truposzami — nabierają one nowego sensu, przykuwają uwagę i bawią. Moje dzieci długo komentowały podtytuł „Historia nie tylko dla sztywniaków” i doszukiwały się kolejnych znaczeń. To komiks, który rozbudza ciekawość. Nawet jeśli osiągnięcia części bohaterów tej książki uciekną z głowy Piotrka, to będzie pamiętał przynajmniej pewne nazwiska i najważniejsze związane z nimi wydarzenia. To i tak sporo. A przy okazji utwierdzi się w przekonaniu, że historia jest niesamowicie ciekawa i świetnie można się przy niej bawić, choćby wyszukując zombiaki na plaży.

Adam Murphy, Trupie gadki

Dla zainteresowanych: Planeta komiksów ma w planach kolejne sezony.

Adam Murphy, Trupie gadki. Sezon 1, tł. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów 2016

Mitologia i labirynty

Wiem, wiem, wszyscy już widzieli. Każdy miał w ręku. Na każdym blogu już było. Co ja poradzę, że jakoś mi trudno ostatnio znaleźć czas na pisanie? Ale o tej książce muszę napisać — i to nie tylko dlatego, że wpasowuje się w mitologiczną pasję Młodszego. Po prostu jest wspaniała i piękna — rację mieli ci wszyscy, co tak pisali. Wcale nie jest dla małych dzieci, a osoby o słabszym błędniku zaczyna na jej widok boleć głowa. Poznajcie „Nić Ariadny” Jana Bajtlika.

Piotr czyta Nić Ariadny

„Nić Ariadny” poraża. Naprawdę. To bardzo przemyślana opowieść o greckiej mitologii oferująca dużo więcej niż piękne labirynty. Labirynt to tylko pretekst i gra w skojarzenia. Zagadki są jednak jak najbardziej realne. Z każdego labiryntu zawsze jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Droga zwodzi na manowce, zakręca i łudzi. Czasami wydaje się, że już blisko, że za chwilę uda nam się przejść dalej. Nie wierzcie, to złudzenie. Będziecie przez te labirynty podróżować długo, poznając przy okazji greckich bogów i herosów, pałacowe freski i potwory zaludniające wyobraźnię starożytnych. Przyda się nić Ariadny, a czasami pomoże wiedza. Każdą rozkładówkę można oglądać długo, błądząc z ogromną przyjemnością. Samo przejście przez labirynt staje się wtedy dużo mniej istotne.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Piotrek spędził masę czasu przy ilustracjach, które na pierwszy rzut oka wydawały się statyczne. Długo zastanawiał się nad historią Syzyfa, badał kadry, pozycje i warianty — na pozór monotonna strona zafascynowała go na długo, wcale nie dlatego, że nie potrafił znaleźć wyjścia.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik stworzył pełną, barwną i niesamowicie wciągającą opowieść o starożytnym świecie. Znajdziecie tutaj genealogię greckich bogów i herosów, a także wiele mitów i opowieści ważnych dla europejskiej kultury. Autor książki powoli wprowadza czytelnika w dawny świat. Uważny czytelnik-oglądacz dowie się, jak Grecy postrzegali świat, jak mieszkali, tańczyli i świętowali. Jan Bajtlik prowadzi nas przez świat najbardziej znanych mitów (spotykamy tutaj m.in. Prometeusza, Minotaura, Jazona, Heraklesa, Syzyfa czy Edypa). Poznajemy także Wojnę Trojańską i dowiadujemy się, jak Odyseusz wracał do domu.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Na końcu książki zebrano trochę przydatnych informacji — to pomoc dla tych, którzy mitologię pamiętają tylko ze szkoły. Przy każdej rozkładówce znajduje się podpowiedź, na której stronie szukać potrzebnych informacji. One naprawdę się przydają, bo nie tylko dziecko ma ochotę dowiedzieć się, dlaczego Tyfona uwięziono w Etnie. Nie wierzę także, że młodego czytelnika nie zainteresują mityczne bestie: Meduza, smok tebański, tryton, sfinks czy hydra lernejska — w tej książce znajdziecie ich dużo, dużo więcej.

Zachwycam się jak inni? No to co? To książka, która uwiedzie dorosłego tak samo, jak dziecko. Równie dużo czasu potrafi spędzić przy niej rodzic, dziadek, co dziecko. Do „Nici Ariadny” na pewno będziemy często wracać. Dla mnie konwencja labiryntu to tylko pretekst i zabawa, która prowadzi nas przez starożytny świat pokazany tak ciekawie, że nie ma się wcale ochoty szukać z niego wyjścia.

 

Jan Bajtlik, Nić Ariadny. Mity i labirynty, Dwie Siostry 2018

Zwierzęta, które znikają

„Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych” (Nasza Księgarnia) trochę oszukuje… W bardzo pozytywnym sensie, ale nie dajcie się zwieść pozorom. To wcale nie jest książka tylko dla najmłodszych, choć wielki format, wspaniałe ilustracje Nikoli Kucharskiej i sympatyczne ptaszydło na okładce tak sugerują. To nie tylko album o dinozaurach, mamutach i tygrysach szablozębnych. Oczywiście każdy wielbiciel wymarłych gadów, słoni i kotów, niezależnie od wieku, ogromnie się z tej pozycji ucieszy i znajdzie w niej coś ciekawego, ale ta książka oferuje znacznie więcej. To doskonale zakomponowany i skłaniający do myślenia przewodnik, który uświadamia, jak bardzo człowiek ingeruje w środowisko. To przez nas gatunki znikają z powierzchni naszej planety w zastraszającym tempie na naszych oczach. I tylko my możemy ten trend zatrzymać.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Zwierzęta, które zniknęły” to książka dla młodszych i starszych. Warto wspomnieć, że to dzieło kilku osób. Nikola Kucharska firmuje całość i odpowiada za szatę graficzną, ale testy napisały inne osoby: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek. Katarzyna Gładysz i Paweł Łaczek odpowiadają także za opracowanie naukowe całości. Dzięki wspólnej pracy powstał atlas, który nie tylko zachwyca warstwą graficzną, ale zawiera naprawdę dużo ciekawych i mądrze skomponowanych informacji.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Atlas stworzeń wymarłych” może zainteresować dzieci w każdym wieku. Młodsi skupią się na warstwie obrazkowej. Z wypiekami na twarzy będą oglądać postozuchy, edafozaury, pterodaktyle, mamuty, niedźwiedzie jaskiniowe, smilodony i inne fascynujące zwierzęta, które — czasami na szczęście dla nas — nie przechadzają się już po łąkach i lasach. Ilustracje stworzone przez Nikolę Kucharską zapadają w pamięć i kuszą szczegółami.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To świetna książka do oglądania. Znajdziecie w niej mnóstwo gatunków — również tych mniej znanych — oraz wiele odniesień do Polski i znajdowanych na naszych terenach skamieniałości. Fajnie jest wiedzieć, że z Czatkowic pod Krakowem pochodzi najstarsza na świecie żaba, która wcale nie potrafiła skakać, choć na nazwie czatkobatrach można połamać sobie język. Tam samo zresztą, jak na innych: procynozuch, oligokifus czy dsungaripterous — spróbujcie je szybko przeczytać. Ja miałam problem, Piotrek też. Można się razem pośmiać i poćwiczyć język.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść o zwierzętach zaczyna się w czasach prehistorycznych. Na początku książki znajdziecie drzewo genealogiczne zwierząt — i będziecie mieli szansę sprawdzić, jak wyglądała ich ewolucja. „Zwierzęta, które zniknęły” zapraszają czytelnika do podróży w przeszłość. Wędrówka zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu. Zaczynamy ją przed milionami lat, gdy pojawiły się pierwsze płazy, a potem gady.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść sunie przez wieki, a czytelnik ma szansę zobaczyć, jak zmieniała się fauna ziemi. Wielkie giganty zostały stopniowo zmienione przez mniejsze giganty. Przy okazji dowiadujemy się trochę o anatomii dinozaurów, paleontologach, budowie gadziego jaja, poznajmy miejsca, w których znaleziono najwięcej skamielin i dowiadujemy się, jakie naukowcy mają teorie na temat wymierania. Informacji znajdziecie w tej książce naprawdę dużo. Zostały napisane przyjaznym językiem, widać, że autorzy starali się przekazać wiadomości jak najprościej i zrozumiale. Każdy termin jest wyjaśniany, dlatego warto przeglądać strony po kolei. Jeśli napotkacie niezrozumiałe określenie — u nas były to synapsydy (czyli gady ssakokształtne) — to jest ogromna szansa, że zostało ono wyjaśnione we wcześniejszej partii tekstu.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Wędrówka w poszukiwaniu wymarłych gatunków stopniowo prowadzi nas do czasów bardziej współczesnych. Pojawiają się daty, które można sobie wyobrazić: 1445 rok — to wtedy wyginęły ostatnie moa, 1627 — wtedy padł ostatni tur. Daty stają się coraz bliższe naszym czasom, a czytelnikowi robi się mniej wygodnie. Tak niedawno zniknęły z ziemi tygrysy balijskie, wilki Ezo, tarpany, zebry kwagga czy gołębie wędrowne. Nikola Kucharska nie skupia się bowiem tylko na wielkich gatunkach. W książce poznamy także wymarłe ptaki i owady, stworzenia małe i duże, lądowe i morskie. Całkiem niefajnie robi się, gdy przejdziemy na dwie ostatnie rozkładówki. Na pierwszej z nich autorka książki pokazała gatunki, które zniknęły całkiem niedawno — w latach 1925-2012.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To oznacza, że przez jeszcze chwilę temu mogliśmy je oglądać. Na ostatniej stronie mamy gatunki, które jeszcze istnieją, ale są skrajnie zagrożone, znikają na naszych oczach. Znikają, bo my ludzie jesteśmy najbardziej inwazyjnym gatunkiem na Ziemi. Zabieramy innym gatunkom siedliska i niszczymy je, sprawiamy, że zmienia się klimat, sprowadzamy nowe gatunki, a wraz z nimi zagrożenia, z którymi gatunki rodzime nie mogą sobie poradzić. „Atlas stworzeń wymarłych” to książka, która pokazuje, że gatunki wymierają cały czas. Czasami z przyczyn naturalnych, ale niestety współcześnie najczęściej z powodu działań człowieka. Ten atlas uświadamia, że jeśli chcemy zachować zwierzęta, musimy zacząć działać. Na dużą i na małą skalę. Warto coś zrobić, aby atlasy zwierząt, które już zniknęły — nawet tak piękne, jak ten przewodnik — przestały robić się coraz grubsze. Nie przywrócimy do życia dinozaurów czy mamutów, ale możemy zadbać, by orangutany czy kozice miały gdzie żyć.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To naprawdę fantastyczna książka, która rozbudza ciekawość i zmusza do zastanowienia się, co dalej. To jak, może warto zacząć chociażby od segregacji śmieci?

 

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych, teksty: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs, Paweł Łaczek, Nasza Księgarnia 2018

 

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Drzewo kłamstw

„Drzewo kłamstw” Frances Hardinge to książka teoretycznie dla nastolatków, ale przeczytałam ją jednym tchem. Chyba tym razem zdołałam wyprzedzić nawet Tymka. To doskonale napisana historia dziewczyny, która urodziła się nie w porę — pragnie się uczyć, badać świat, zajmować się nauką, ale społeczeństwo przewidziało dla niej całkiem inną rolę. Wiecie, w epoce wiktoriańskiej kobieta mogła zostać żoną albo matką. Ta powieść świetnie wpisuje się w nurt literatury o silnych kobietach — takich, które nie bały się przyznać przed sobą, do czego dążą i szukać sposobów na realizację celów. Nie mogłam się od tej opowieści oderwać.

Frances Hardinge, Drzewo kłamstw

Faith czuje, że jest inna. Nie potrafi się odnaleźć wśród innych, nie pasuje już do dzieci. Stoi pomiędzy — już właściwie nie dziecko, ale jeszcze nie dorosła. Rodzice zmieniają jej status w zależności od potrzeby — raz ma być odpowiedzialna i rozsądna, innym razem nie wolno jej pewnych rzeczy robić, bo przecież jest jeszcze dzieckiem. Pewnie dzisiejsze nastolatki też by się rozpoznały w tym opisie. Problem Faith jest jednak jeszcze głębszy — czuje, że musi ukrywać swoje pasje, swoją inteligencję, że nie jest przez nikogo rozumiana, a jej pęd do wiedzy jest postrzegany jako niestosowne dziwactwo. Ani jej matka, ani ojciec nie akceptują jej zdolności. Jeszcze wyrośnie na dziwadło.  Przecież dziewczynki takie nie są, nieprawdaż? Dziewczynki się bawią, haftują, grzecznie bawią i miło uśmiechają. W głowie kołacze mi cytat z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austin:

Wszystkie (młode damy) malują na drewnie, haftują parawaniki przed kominki i szydełkują woreczki na pieniądze. Nie znam chyba panny, która by tego wszystkiego nie umiała. (…) Kobieta powinna posiąść dogłębnie muzykę, śpiew, rysunek, taniec i języki nowożytne, dopiero wówczas zasługuje na nazwę posiadającej kunszta. Poza tym w jej sposobie bycia, chodzeniu, w brzmieniu głosu powinno być coś, bez czego nie może w pełni zasługiwać na to określenie. (s. 43-44, Jane Austin, Duma i uprzedzenie, tł. A. Przedpełska-Trzeciakowska, Prószyński i S-ka 2002)

Faith pociągają zdecydowanie inne kunszta. Ma ochoty pozachowywać się niestosownie. I bardzo ją męczy, że w towarzystwie czarujących pań nie można rozmawiać o niczym poważnym (czytaj: ciekawym).

Czegoż w tej książce nie ma! Jest intryga i kryminał, i wspaniały opis wiktoriańskiego społeczeństwa, i geologia, i Darwin, i paleontologia. Znajdziecie tutaj plotkę i oszustwo, walkę z teorią ewolucji, zemstę i metafizykę. Na tym tle Frances Hardinge osadziła historię dorastającej dziewczynki, wychowywanej w bardzo zimnej rodzinie, która próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa, a przy okazji musi zmierzyć się z wieloma innymi tajemnicami. Odkryje także prawdy, które niekoniecznie podobałyby się mężczyzną — m.in. taką, że te czarujące, niewinne i głupiutkie kobiety potrafią nimi bez skrupułów manipulować. „Drzewo kłamstw” to opowieść o dorastaniu i o pojawianiu się świadomości, że dorosłość oznacza także konieczność podejmowania wyborów i ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny i słowa. Faith musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce zaryzykować i czy jest gotowa przyjąć konsekwencje swojego wyboru.

Autorka świetnie sportretowała małą społeczność, która niechętnie dzieli się sekretami. Faith jest bardzo spostrzegawcza i inteligentna. Potrafi wtopić się w tło i pozostać niewidzialna — przecież dzieci powinny być niewidoczne i ciche (czasami wzdycham z żalem, że moje dzieci nie wiedzą, że takie powinny być). Ta umiejętność bardzo pomoże jej w śledztwie. Poszukiwania dziewczynki zaprowadzą ją także na krawędź świata nadnaturalnego — do korzeni prawdy i kłamstwa. Bo właściwie, co to jest prawda i do czego wykorzystujemy kłamstwo? I czy potrafimy się bez niego obyć? Świetna powieść. No i niesamowicie podoba mi się jej okładka.

 

Frances Hardinge, Drzewo kłamstw, tł. Krzysztof Mazurek, Czarna Owca 2017

List do króla

„List do króla” Tonke Dragt (Wydawnictwo Dwie Siostry) to jedna z takich książek, które na bardzo długo zapadają w pamięć. Piękna niebieska okładka przywołuje emocje i zachwyt towarzyszący czytaniu. Podczas lektury ma się wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i pięknym — piszę to z pełną odpowiedzialnością. U nas ta książka leży na półce tuż obok „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.

Tonke Dragt, List do króla

Nie przyznam się, ile czasu zbierałam się do recenzji tej książki. Zdecydowanie zbyt długo. Tymek dostał ją na urodziny w kwietniu i połknął jednym tchem. To bardzo dobra powieść dla młodzieży, mądra, piękna, wspaniale przetłumaczona. Gdy o niej myślę, ciągle mam w głowie dwa określenia: elegancka i szlachetna — to książka najwyższej próby pod względem edytorskim, treściowym i stylistycznym. Ilustracje autorki kojarzą mi się z rysunkami Ilon Wikland do „Braci Lwie Serce”. Tonke Dragt zaprasza czytelnika do bajkowego świata rycerzy, ale nie znajdziecie tutaj magii, potworów i cudów. Akcja dzieje się w wymyślonych krainach, w czasach zbliżonych do średniowiecza, gdy po drogach pędzili błędni rycerze, na zboczach gór budowano warowne zamki, a wędrówka wymagała hartu i odwagi.

Tonke Dragt, List do króla

Opowieść rozpoczyna się w królestwie potężnego i rozumnego Dagonauta. Raz na cztery lata odbywa się tutaj pasowanie na rycerzy — to wielka uroczystość. Wybrani młodzieńcy przechodzą wcześniej wiele prób, by dostąpić tego zaszczytu. Ostatnia z nich ma miejsce tuż przed pasowaniem — przez cały dzień i całą noc niczego nie jedzą ani nie piją, a noc spędzają na czuwaniu w kaplicy. Nie wolno im wtedy spać, rozmawiać ani reagować na odgłosy z zewnątrz. Ci, którzy nie wytrwają lub złamią zasady, nie zostaną pasowani na rycerza. W takich okolicznościach poznajemy szesnastoletniego Tiuriego, syna Tiuriego Walcznego, który razem z innymi giermkami przebywa w kaplicy. I nagle słyszy kogoś, kto prosi o pomoc.

Tonke Dragt, List do króla

Nie zdradzę wam wiele, gdy powiem, że Tiuri łamie zasady. Po pierwsze, dzieje się to na pierwszych stronach książki, po drugie, bez tego nie byłoby tej opowieści. Tiuri wyrusza w podróż, by pomóc komuś, kogo nawet nie zna, targany wątpliwościami, czy to, co robi, ma sens i jest zgodne z honorem rycerza, dręczony przeczuciem, że być może na zawsze zaprzepaścił swoje szanse na zostanie rycerzem, że zawiódł. Prośba nieznajomego, choć z pozoru łatwa do spełnienia, sprawia, że Tiuri niespodziewanie musi wyruszyć na długą wyprawę, która zaprowadzi go daleko od znanego mu świata. Opis podróży Tiuriego mieści się na ponad 500 stronach — książka podzielona jest na osiem części, a każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Wyprawę chłopca można także śledzić na mapie na wyklejce — czasami ta mapa bardzo się przydaje, by uświadomić sobie, jak daleko zapuścił się chłopiec, realizując misję ważną dla całego jego świata.

Tonke Dragt, List do króla

„List do króla” łączy kilka gatunków. To epos rycerski, kronika, powieść drogi i Bidungsroman. Tiure nie tylko poznaje nowe miejsca, ale przede wszystkim dojrzewa i sprawdza samego siebie. Dowiaduje się wiele o swoich motywach i reakcjach — musi także odpowiedzieć sobie na pytanie, co znaczy dla niego bycie rycerzem. Tonke Dragt odrywa kodeks i etos rycerski od walk i bitew, zadając pytanie, co on oznacza w codziennym życiu. W tej powieści ważna jest odpowiedzialność, przyjaźń, wierność, a kodeks rycerski służy do nawiązywania więzi i ma sprawiać, że troszczysz się o innych.

Świat Tiuriego jest bardzo męski — kobiety pojawiają się w tle. Przypisanie im jednak aktywnej roli byłoby złamaniem pewnej konwencji, w której utrzymana jest cała powieść — warto także pamiętać, że Tonke Dragt napisała ją w 1962 r. Być może kobiecy punkt widzenia jest widoczny w samej kompozycji powieści rycerskiej, w której właściwie nie ma walki i potyczek. Ech, nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę czytać tę książkę z Piotrkiem. To taka historia, która nie poddaje się modom i trendom — zawsze będzie budziła ciekawość i emocje. Warto znaleźć miejsce na półce na tę książkę.

 

Tonke Dragt, List do króla, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2017