Ach, jak wesoło bywa w Zatoce Pękatej Matyldy

Co jakiś czas Piotruś domaga się „Ronji, córki zbójnika” i „Braci Lwie Serce”. Bywa, że ma ochotę słuchać tych historii na okrągło, ale ostatnio po zakończeniu czytania poprosił o coś wesołego. Sięgnęłam więc po „Gofrowe serce” Marii Parr i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.

Gofrowe serce

Od razu wolę uprzedzić, że książka nie ma walorów uspokajających i nasennych, tak lubianych wieczorami przez rodziców. Słuchacze chichoczą, chichrają się, a chwilami wręcz zanoszą od śmiechu, choć są i takie momenty, że zamierają pod kołdrą i z napięciem czekają na dalszy ciąg. Im bliżej końca, tym robi się poważniej. 

Theobald Rodrik (rodzice potem żałowali, że tak go nazwali) Danielsen Yttergard, zwany przez rodzinę Kręciołkiem, mieszka w niewielkiej wiosce nad brzegiem zatoki zwanej Pękatą Matyldą. Jego najbliższą sąsiadką i najlepszą przyjaciółką jest Lena Lid. Nad zatoką mieszka także dziadziuś, rodzeństwo i rodzice Kręciołka oraz mama Leny. Jest jeszcze ciocia-babcia, wujek Tor i Izaak, lekarz — gdy ma się temperament Leny Lid, znajomość z lekarzem bardzo się przydaje.

Bohaterowie Marii Parr są blisko spowinowaceni z mieszkańcami Bullerbyn, choć jeszcze bliżej im do Lotty z ulicy Awanturników i do chłopca z pewnej zagrody ze Smalandii. Pokrewieństwo z Emilem zauważył nawet Piotruś. Kiedy tatuś Kręciołeczka krzyczał: Ty i Lena nigdy nie robicie tego samego dwa razy. Za każdym razem wymyślacie jakieś nowe wariactwo!, mój synek roześmiał się i stwierdził, że dobrze, że tato Kręciołka nie ma stolarni. Starszy westchnął za to znacząco, gdy brat Kręciołka stwierdza, że jego młodszy brat jest po prostu nienormalny. Każdy czytelnik znajdzie tutaj odrobinę z własnych doświadczeń.

Lena Lid to silna dziewczynka, która z oddaniem poznaje świat i nie lubi kompromisów. Jest bezpośrednia, nie boi się pytać i zawsze dąży do celu. Lena to chodzący wulkan ulegający emocjom. Kręciołek z zapałem jej towarzyszy, choć jest bardziej wycofany i bardziej refleksyjny. Zdarza się jednak, że to one jest główną sprężyną wydarzeń (cudowna opowieść o domu starców dla koni). Lena i Kręciołek to najlepsi przyjaciele, choć niewiele o tym mówią. 

Historia zaczyna się mocno: od kolejki linowej na wysokości pierwszego piętra i materaca z łóżka rodziców, a potem jest jeszcze lepiej. Czego tutaj nie ma: gnojówka i jałówka, poszukiwanie taty i kolędy na deptaku w środku lata, rozbijanie statku i próba stworzenia arki Noego, skoki na sankach i wielkie oblężenie. Wszystkie przygody wydają się jak najbardziej prawdopodobne — wyobraźnia dziewięciolatków bywa bezgraniczna. Mnie samą przeraża trochę liczba urazów i wstrząśnień mózgu, którym ulegają bohaterowie, ale cóż… Odpowiedzi na pytania same się nie znajdą, a doświadczenia same nie przeprowadzą. Od razu przyznaję: nie jestem tak wyrozumiała dla wyskoków moich synów i pewne pomysły tępię w zarodku (na przykład próbę wystrzelenia Młodszego z ogromnej procy — a jakże, były takie próby). Wolę także, jeśli obijają się z trochę mniejszym natężeniem.

„Gofrowe serce” to coś więcej niż tylko zestawienie zabawnych historyjek z życia dziewięciolatków i ich rodziców. Marii Parr udało się nakreślić wspaniałą, radosną, pełną wiary w ludzi, choć trochę staroświecką (tak w najlepszym stylu) opowieść o życiu i przyjaźni. Z powieściami Astrid Lindgren łączy tę książkę nie tylko pewien schemat opowieści (niewielka społeczność, otwarte, obdarzone wyobraźnią, kreatywne dzieci i cierpliwie towarzyszący im dorośli), ale także wiara w dobroć, beztroska i dziecięca naiwność. W życiu Kręciołka i Leny zdarzają się trudne i bolesne chwile, dzieci muszą zmierzyć się ze zmianami, na które ale pomagają im dorośli (cudowny dziadziuś), a i ich przyjaźń się wzmacnia i cementuje. Smutek przeplata się tutaj z radością, a bohaterowie stają się bliscy i dorosłym, i dziecięcym czytelnikom. Momentami wzruszenie chwytało mnie za gardło, a oczy Piotrusia robiły się coraz większe i większe. 

Warto poświęcić trochę czasu, by przez rok (w takich ramach czasowych zamyka się powieść) potowarzyszyć Kręciołkowi i Lenie i poczuć się, jak ogarnia nas, nawet zimą, prawdziwe lato. A przed nami lektura Tonji – już nie mogę się doczekać 🙂

Maria Parr, Gofrowe serce, il. Heleen Brulot, Dwie Siostry 2016

Reklamy

O ekonomii inaczej

Grzegorza Kasdepke przedstawiać nie trzeba. Daniel de Latour to rysownik doskonale znany wszystkim czytelnikom książek dla dzieci. Ryszarda Petru z działalnością literacką nikt raczej się nie kojarzy, ale każdy wie, że jest ekonomistą. Efektem wspólnej pracy tej trójki jest niezwykła, przezabawna i mądra książka o ekonomii — przeznaczona dla dzieci, choć niejeden dorosły może się z niej sporo dowiedzieć.

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela

Za ekonomią raczej nie przepadamy. Dorośli (jeśli nie są księgowymi lub ekonomistami) mają najczęściej ochotę jak najszybciej uciec, gdy słyszą o dywidendach, odsetkach czy hipotece (szczególnie jeśli mają kredyt). Często sami o finansach nie mówimy i nie uczymy o nich dzieci, choć powinniśmy. Jeśli nie wiecie, od czego zacząć, zajrzyjcie do tej książki.

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela

„Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to opowieść o panu Rysiu, który postanowił założyć Ogród Dziwnych Stworów Ekonomicznych. Zaczął oczywiście od maleńkiej inwestycji, którą trzeba było karmić i się opiekować. Potem zatrudnił Dozorcę i Biletera (dzięki czemu w okolicy zmniejszyło się bezrobocie), a w jego ogrodzie pojawiały się coraz to nowe stwory i potwory: ceny wyglądające jak kury siedzące na grzędzie, fiskus będący skrzyżowaniem psa z rekinem, zabawne manko. W ogrodzie ciągle się coś dzieje — czasami znienacka wyrasta piramida finansowa, a kiedy indziej wszystkimi zaczyna rządzić ustawa.

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela

Każda opowiastka opatrzona jest komentarzem, w którym w przyjazny sposób wyjaśniono, czym w zwykłym życiu są zabawne stwory. Wszystkie komentarze są umieszczona na kolorowym tle i otoczone kolorową ramką. Wyróżniono także najważniejsze zdania: naprawdę nie da się nie zrozumieć, o co chodzi. Zresztą przekonajcie się sami:

KONTO — to taki „adres” naszych pieniędzy w banku, składający się z dokładnie 26 cyfr. Pieniądze każdego człowieka mieszkają po innym „adresem”: każde konto ma inny numer. Na koncie zapisane jest, ile mamy pieniędzy. Jeśli chcemy kupić coś za te pieniądze, możemy z naszego konta przelać pieniądze na przykład na konto sklepu. Albo pójść do banku czy do bankomatu i wypłacić sobie część naszych oszczędności w postaci banknotów.

Wszystko jasne, prawda? W podobny sposób tłumaczone są bardziej skomplikowane terminy, takie jak PKB, cło, depozyt czy spekulacja.

Historia przedstawiona w książce jest dynamiczna, ogród się rozrasta, pojawia się konkurencja, pan Rysio postanawia więc założyć Cyrk z ekonomią, co staje się pretekstem do wprowadzenia masy nowych stworów i pojęć. 

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela

Moi chłopcy słuchali tej książki z dużym zainteresowaniem. Tymek czytał dokładnie wszystkie komentarze. Piotrka bardziej interesowała fabuła, więc często skracałam komentarz do jednego zdania — na pewno z Piotrusiem do tej lektury jeszcze wrócimy i wtedy będzie czas na bardziej szczegółowe informacje. Książka stoi na podręcznej półce, a dwie wstążki-zakładki pokazują te najbardziej ulubione stwory, choć sympatie Piotrka czasami się zmieniają. Trudno się dziwić: ilustracje Daniela de Latour są kolorowe, żywe i ciekawe. Warto popatrzeć, w co wyobraźnia rysownika przekształciła terminy i pojęcia straszące nas czasami z pierwszych stron gazet. Jego dziwadła są przyjazne, zwariowane i ciepłe, choć czasami groźne, jak fiskus czy bankructwo.

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela

Edukacja ekonomiczna staje się coraz ważniejsza. Często łapię się na tym, że nie potrafię chłopakom wytłumaczyć niektórych pojęć, choć teoretycznie wiem, co one znaczą. „Zaskórniaki” to niezastąpiona pomoc. Dzięki tej książce możemy w prosty i przyjazny sposób uczyć dzieci poruszania się po krainie portfela, którą w dzisiejszych czasach warto znać A przy okazji będziemy mieli wiele zabawy. Książka została wydana w 2014 r. przez Narodowe Centrum Kultury i szybko zniknęła. Na szczęście w 2016 r. wydało ją Wydawnictwo Zysk.

Grzegorz Kasdepke, Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela, Wydawnictwo Zysk 2016

Mamo, skąd oni są? Ci wszyscy uchodźcy…

Czasami chciałabym uciec przed trudnymi pytaniami moich synów. Wcale nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie, skąd biorą się uchodźcy, dlaczego muszą uciekać, czemu ich nikt nie chce przygarnąć, czego szukają. Mamo, a co by było, gdybyśmy my musieli uciekać? No właśnie, co wtedy? 

Przynieśliśmy z biblioteki dwie książki, które próbują temat uchodźców pokazać i rozbroić. Piękne książki, cudowne, ciemne baśnie, ważne lektury — naprawdę warto do nich zajrzeć, zastanowić się i porozmawiać. „Warto” to złe słowo, to lektura obowiązkowa.

Podróż

Francesca Sanna stworzyła swój przepiękny picture book na podstawie historii różnych ludzi, którzy musieli porzucić wszystko, co mieli, by poszukać bezpiecznego miejsca. Narratorem jest dziewczynka, która opowiada, jak zmieniło się jej życie, gdy nadeszła wojna. Mieszkała w mieście nad morzem, ale potem zapanował chaos i straciła ojca. Jej mama postanowiła zabrać dzieci i poszukać bezpieczniejszego miejsca.

Warto popatrzeć, jak zmieniają się kolejne karty, jak kolorowe obrazy zaczynają szarzeć i są zawłaszczane przez czarne plamy. Autorka świetnie operuje kolorem i metaforą — lektura trwa chwilę, ale trzeba uważnie przyjrzeć się ilustracjom, by zauważyć szczegóły i tkwiącą w nich siłę: dostrzec, jak wiele trzeba za sobą zostawić i jak wiele hartu musi mieć dorosły, by chronić swoje dzieci.

Podróż

Podróż

Podróż

Tę przepiękną książkę wydała ją Kultura Gniewu (seria „krótkie gatki”).

Drugą lekturą jest „Wędrówka Nabu” Jarosława Mikołajewskiego (ilustracje Joanna Rusinek, wydawnictwo Austeria).

Wędrówka Nabu

Nie wiemy dokładnie, skąd pochodzi Nabu. Żyła w miejscu, gdzie ciągle, nie wiadomo jak, płoną domy. Pewnego dnia Nabu postanawia uciec, poszukać kraju, gdzie są murowane domy, które nie mogą spłoną. A potem chce zabrać do swojego domu rodziców i brata. 

Wędrówka Nabu

Nabu szła sama, dziesięć dni i nocy. Rodzice iść nie chcieli i zabronili iść bratu. Nabu też zabronili, ale kiedy wiatr rozwiał gałęzie, z których tata zamierzał zbudować kolejny dom, uciekła z domu, którego nie było.

Nabu wędruje przed siebie, goniąc marzenie. Różne rzeczy napotyka po drodze: niewidzialne mury, o które jednak można sobie nabić guza, ostre druty kolczaste, których nie widać, a które ranią. I ludzi, dziwnych, drapieżnych, a czasami po prostu obojętnych.

Wędrówka Nabu

Wędrówka Nabu

Ilustracje Joanny Rusinek są magiczne i piękne, świetnie dopełniają tę prostą historię, która nie ocenia i nie nakazuje, po prostu pokazuje i stawia pytania. Ważne pytania, przed którymi chyba ani nam, ani naszym dzieciom nie uda się uciec. 

Francesca Sanna,  Podróż, Kultura Gniewu, seria krótkie gatki, 2016

Jarosław Mikołajewski, Wędrówka Nabu, Austeria 2016

W sklepie u taty Saida na ulicy Broca

Tymek lubi ciągle nowe historie. Piotruś zwykle po zakończeniu z radością krzyczy: jeszcze raz, ku utrapieniu i złości swojego brata. Jeśli więc Tymek mówi: tak, możemy, bo to jest fajne — a my proponujemy znaną mu książkę, to musi być ona naprawdę fajna.

Opowieści z ulicy Broca

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z „Opowieściami z ulicy Broca” Pierre’a Gripariego (już jako osoba dorosła i matka)… To było bardzo orzeźwiające — książka, która nie przypominała żadnej innej: zabawna, absurdalna, w dziecięcy sposób obrazoburcza (nikt inny, tak jak dzieci, nie potrafi zadawać trudnych pytań i podsumowywać świata). Byłam zachwycona i śmiałam się w głos, a w raz ze mną moje dzieci i mój mąż. Słuchaliśmy jej podczas jazdy samochodem w świetnej interpretacji Piotra Mustafy, a potem Tymek przyniósł ze szkoły kolejny audiobook.

Opowieści z ulicy Broca

We wstępie Pierre Gripari pisze, że bajki powstały przy współudziale dzieci i ja święcie w to wierzę — sam dorosły chyba nie byłby w stanie tego wymyślić. To nie jest książka, której autor puszcza oko do dorosłych. Historie są tak nieprawdopodobne i absurdalne, że ostatnio nawet Tymek śmiał się, że musiało w ich powstaniu musiało brać udział jakieś (przynajmniej jedno) dziecko.

No to od początku… Na ulicy Broca w Paryżu (taka ulica naprawdę istnieje, przynajmniej według Wikipedii)

Opowieści z ulicy Broca

jest sklep prowadzony przez Tatę Saida, szczęśliwego ojca czwórki dzieci. Do tego sklepu zaglądał czasami dziwny Pan Piotr. Jedynie dzieci od razu rozpoznały, że tak naprawdę jest starą czarownicą (dzieci mają oko do takich rzeczy) i szybko go oswoiły (bo tak się przecież robi ze starymi czarownicami, które wtedy stają się całkiem niegroźne — nie wiedzieliście?). Pan Piotr opowiadał dzieciom bajki, a potem zaproponował, by wymyślały je razem z nim. Tak powstały opowieści.

Na ulicy Broca dzieje się wiele różnych rzeczy. Czasami Nadię porywa stara czarownica (bo dowiedziała się, że może stać się młoda i piękna, gdy zje dziewczynkę o imieniu na N w sosie pomidorowym), czasami w piwnicy sklepu Taty Saida ukrywa się kłamliwa różowa świnka, która zjadła Gwiazdę Polarną (i nie chce jej oddać), a czasami trafia tam Czerwony Diabełek, który bardzo chce stać się dobry, tylko nie wie, od czego zacząć. Poznajemy historię zakochanej pary butów, zarozumiałej pani ziemniakowej, która chciała być frytką (bo nie wiedziała, że frytki się zjada), i czarownicy z szafy na szczotki. 

W opowieściach to, co prawdziwe, miesza się z tym, co zmyślone i dopowiedziane. Papież ma tutaj bezpośrednie połączenie telefoniczne z Najświętszą Panienką (ja uważam, że na taki pomysł mogło wpaść tylko dziecko). Zresztą sporo jest tutaj wątków boskich. Opis stworzenia świata przez małego boga, którego pilnuje mama bóg jest cudowny (sama musiałam odpowiadać na pytania, czy bóg ma mamę i gdzie ona jest), a diabełek pragnący czynić dobro jest w niebie egzaminowany przez Pana Boga, Pana Jezusa i Maryję (no a kto ma go w niebie egzaminować?). Rozbawiło mnie takie pomieszanie wątków i — dla mnie przynajmniej — dodaje to książce uroku (i jeszcze bardziej uprawdopodabnia informację ze wstępu, że w tworzeniu tej książki brały udział dzieci). Rozmowa Olbrzyma w Czerwonych Skarpetkach z chińskim czarownikiem rozśmieszyła mnie do łez. Chiński to bardzo prosty język, wszystko można w nim powiedzieć jednym zdaniem, tylko trzeba zmieniać intonację (też nie wiedzieliście?). Piotruś słuchał tych bajek jak urzeczony i musieliśmy ich odsłuchać od początku do końca (jedynie wstęp dla dorosłych trochę go znudził). Tymek nie zaprotestował ani razu, mimo że słuchał tej książki kolejny raz. Na ulicy Broca chyba rzeczywiście zakrzywia się czasoprzestrzeń.

Dzieci nie dziwią się niczemu, a ich świat zaludniają krasnoludy, ufoludki, anioły, zmory, duchy, czarownice i prądowacze (tak, tak, ciągle u nas mieszkają). Rodzice dzieci też zwykle nie dziwią się niczemu i pozwalają temu całemu towarzystwu szwendać się po mieszkaniu. Jeśli należycie do takich rodziców, to „Opowieści z ulicy Broca” powinny się wam podobać. Jestem bardzo ciekawa, czy rzeczywiście tak jest.

 

Pierre Gripari, Opowieści z ulicy Broca, Nasza Księgarnia

 

PS. A dla osłody kawałek bajki, którą wymyślili moi chłopcy podczas spaceru po mokrym lesie (każdy miał mówić jedno zdanie): Daleko, daleko na morskiej plaży siedział sobie rybak i płakał, bo miał ogromnie długą brodę. Broda była tak długa, że ciągnęła się na kilometr. I wtedy wyszedł z wody rudy fryzjer z fryzurą afro i powiedział: chodź no tu. A rybak podbiegł, bo to dodało mu sił. I fryzjer ścinał włosy, a każdy włos się zamieniał w belkę. I z nieba strzelił piorun i zabrzmiał głos: nie będziesz ścinał tych włosów. Jedyną osobą, która próbowała w tę narrację wprowadzić odrobinę mniej absurdu była ich matka, która wyraźnie psuła chłopakom zabawę. 

Narysuj koło….

Wydawnictwa RM nie kojarzyłam z książkami dla dzieci. Lubię ich serie historyczne i albumy, ale książki dla dzieci? A tutaj niespodzianka: trafiła do nas wydana przez RM książka o rysowaniu „Narysuj koło. Narysujesz wszystko” z serii „Kolorowa edukacja”.

Narysuj koło

Mój młodszy syn wziął ją do rąk, a potem usiadł na podłodze i zaczął rysować. Najpierw dokładnie próbował odwzorować kolejne kroki, ale szybko poniosła go inwencja i zaczął tworzyć własne stwory i potworki. Piotruś rysuje dynamicznie, jego rysunki zmieniają się z minuty na minutę, razem z historią, która rozwija się w trakcie rysowania. Czasami efektem jest kompletnie zamazana kolorowa kartka, a synek opowiada o kolejnych etapach bitwy (bo zwykle są to bitwy), pokazując zakreślone fragmenty (i tutaj zaatakował go lodowy potwór, widzisz, jeszcze widać trochę niebieskiego, a potem on wypuścił dym, a potem…).

Wszystko zaczyna się od koła. W tej książce to podstawowy element rysunku, bez koła nie pójdziemy dalej. Nie oznacza to, że rysunek składa się z samych kół, to byłoby za proste. Koło zakreśla ramy, wskazuje kierunek, a potem trzeba do niego dorysować kolejne elementy, co wcale nie jest banalne. Mieliśmy z Piotrusiem dużo zabawy ze zgadywaniem, co wyszło z jego rysunków 🙂 Panda jakimś sposobem zamieniła się w szopa, byk szarżował na karatekę, a w tle czaił się szalony jeleń bez nóg. 

Narysuj koło

Goryl był już bardziej podobny do goryla, chociaż koniecznie musiał jeść fioletowego banana, bo takie rosną w zwariowanej dżungli.

Narysuj koło

Narysuj koło

W książce jest 50 propozycji rysunków, które można wykonać, zaczynając od zwykłego kółka. Są zwierzaki (pies, miś, panda, kangur, kaczka), są dziewczynki i syreny (ee, to nieciekawe – mogłam się takiego komentarza spodziewać), są samoloty i balony, ale przede wszystkim są złoczyńcy. Mamo rysujemy złoczyńców – zażądał mój młodszy syn. No to rysowaliśmy: człowieka lodu, pirata, szalonego naukowca, bandziora i grubasa rozbójnika. Może nie wszyscy noszą w książce akurat takie nazwy, ale co tam. Mieliśmy całe miasto złych. Najfajniej wyszedł troll.

Narysuj koło

Może nie wyglądał dokładnie tak, jak na wzorcowym obrazku, ale moim zdaniem był super.

Narysuj koło

Piotrusiowi nie starcza cierpliwości, by dokładnie wykończyć rysunki, pięknie je pomalować i zaznaczyć każdy szczegół. Szablony są dla niego inspiracją do swobodnej twórczości i kreowania własnych historii, ale tak właśnie powinno być. Widzę jednak, że jego kółka są coraz bardziej okrągłe, że zaczyna myśleć o tym, co warto narysować najpierw, a co później. Wzory z tej książki uczą uporządkowania i pokazują, że jedna figura może być osią spinającą cały rysunek. Ich odtworzenie wcale nie jest proste i może budzić frustrację – tutaj jest tak pięknie i pozornie prosto, a na naszej kartce wychodzą bazgroły, ale w końcu się udaje. A ręka i głowa cały czas pracują.  

Chris Hart, Narysuj koło. Narysujesz wszystko, Wydawnictwo RM 2016

Bardzo dziękuję Wydawnictwu RM za udostępnienie książki do recenzji.

Cholera, dżuma i żylaki

Jest taka jedna książka, z którą moje Młodsze od jakiegoś czasu się nie rozstaje. Zapakowało ją na majówkę (żeby wszystkim pokazać, jaka to fajna książka), śpi z nią pod poduszką, zastanawiało się, czy nie zabrać jej do przedszkola, ogląda z lubością kilka razy dziennie. I zwykle pada wtedy to samo pytanie: mamo, a ta choroba to jest śmiertelna? To, czy coś jest dla człowieka zabójcze, bardzo mojego synka nurtuje, cholera, dżuma i tyfus zdominowały jego wyobraźnię, a „Cholera i inne choroby” Łukasza Kaniewskiego (wydawnictwo Poradnia K) chyba właśnie z przytupem dostała się na naszą listę książek najlepszych. I nawet za bardzo się Piotrusiowi nie dziwię. 

Śliczna, różowa okładka w wyczuwalne palcami kropeczki (Piotruś miał mnóstwo pomysłów: że to bakterie albo odra, albo wysypka od ospy, albo… — okładka książki o chorobach musi się kojarzyć z chorobą, przecież to oczywiste), czarna czcionka tytułu, tylko sam tytuł jakby niepasuje. Taka różowa książka i taka tematyka? Ha, jak fajnie, różowa książka może być dla wszystkich, a nie tylko dla dziewczyn 🙂

Piotruś oglądający książkę

Książka jest fantastyczna, naprawdę. Podoba mi się w niej wszystko. Napisana „na poważnie”, ale bez zadęcia, z humorem. Rymowanki na początku każdego utworu rozbawiły kilkoro dorosłych do łez, a Piotruś czasami chce, żeby przeczytać mu tylko te krótkie wierszyki. Czy każdy okularnik nie podpisze się pod takim apelem (trzynastozgłoskowiec!)?

Wielbię was i kocham, okulary moje!

Bez was jestem bezradny, wszystkiego się boję

Czy was obraziłem? Czy byłem niemiły?

Czemu żeście przede mną znowu się ukryły?

Taka cudowna inwokacja rozpoczyna opowieść o wadach wzroku. Piotrusia bardzo zaintrygował wierszyk towarzyszący wykładowi o depresji:

Czarne jest czarne i białe jest czarne

Wszystko jest marne i pachnie nieładnie

Smutno jest na dnie

Długo oglądał czarne strony, uważnie słuchał wyjaśnień. Widać było, że przetrawia informację, że ktoś może być cały czas smutny, tak smutny, że nawet słońce wydaje mu się czarne. A potem długo dyskutował o ranach i strupkach.

Piotruś oglądający książkę

Na sześćdziesięciu kilku stronach udało się zmieścić masę ciekawych inoformacji o różnych dolegliwościach nękających człowieka. Jest trochę o pasożytach (wszy, owsiki i tasiemiec), trochę o chorobach (od migreny przez ADHD, złamanie i hipochondrię po cholerę i żylaki), trochę o wirusach i bakteriach. To naprawdę rzetelna wiedza, przy której ani dorosły, ani dziecko się nie wynudzą. Informacje są podane ciekawie, z odniesieniami do historii. Dużo tutaj obrazowych porównań ułatwiających zrozumienie niełatwych czasami procesów — cała narracja jest bardzo plastyczna, bo przecież dużo łatwiej zrozumieć, co to jest wstrząśnienie mózgu, gdy wyobrazimy sobie słoik, w którym nagle, po uderzeniu, miesza się piasek i woda. Poszczególne rozdziały są krótkie i dobrze przemyślane — po lekturze miałam wrażenie, że niczego w nich nie brakuje, że wiedzy jest akurat tyle, ile dziecko potrafi przyjąć. Świetnym uzupełnieniem tekstu są nowoczesne ilustracje Karoliny Kotowskiej — jest projekty pobudzają wyobraźnię, nie są dosłowne, widać w nich zabawę konwencją. 

Tymek na początku marudził, że to paskudne i obrzydliwe, że przecież nikt nie chce czytać o chorobach (tutaj zaśmiewałam się w duchu, bo przypomniały mi się różne „obrzydliwe” fascynacje starszego syna), ale potem uznał, że to całkiem ciekawe. A wierszyk o owsikach będzie chyba hitem szkolnego korytarza:

Pani Owsikowa chyłkiem

W ciemną noc wypełza tyłkiem

Aby między pośladkami

Jaja znosić tysiącami

Swoją drogą, wiedzieliście, że samica owsika składa jednorazowo dziesięć tysięcy jaj?

Łukasz Kaniewski, Cholera i inne choroby, Poradnia K 2016

Wiosną czytamy o wiośnie

Wiosna nie sprzyja pisaniu na blogu, przynajmniej u nas. Tyle jest rzeczy do zrobienia, że wieczorem marzę tylko o wygodnym fotelu. Chłopcy pochłaniają kolejne książki, Piotruś uparcie próbuje zgłębić tajniki czytania, stosik książek wartych polecenia rośnie…. 

Wiosną postanowiliśmy poczytać o wiośnie i nie tylko. Powodów było kilka, kolejność przypadkowa. Po pierwsze, straszną miałam ochotę w końcu wziąć do ręki „O rety! Przyroda” Tomasza Samojlika. Po drugie, chciałam chłopcom kupić książkę do wspólnego oglądania, żeby była jedna na dwóch. Po trzecie, Piotruś zażądał, żebym w końcu zaczęła mu opowiadać o świecie (i ten zarzut sprawił, że stanęłam jak wryta na chodniku. Dziecko zarzuciło mi, że generalnie w ogóle nie opowiadam mu o świecie, ze szczególnym uwzględnieniem żarłacza białego, mamutów i historii drugiej wojny światowej). Pomyślałam, że mogę zacząć od przyrody, a niech stracę, i w ten sposób kolejna książka wielkości małego stolika trafiła do naszego domu.

O rety! Przyroda

Prawie wszystko się udało, może z wyjątkiem opowiadania o świecie. Trudno mi się opowiada o żarłaczu białym, Zeusie i asasynach w tym samym zdaniu. Muszę jeszcze poćwiczyć. A na dodatek mój młodszy wpadł na pomysł, żebym zaczęła mu opowiadać o świecie i historii „od początku”.

Chłopcy spędzili przy „O rety! Przyroda” dobrych kilka godzin. Z uwagą oglądali obrazki i nawet udało im się za często nie kłócić. Zdecydowanie lubią inne plansze (no weź, przekręć już tę kartkę), ale dialogi miejskich gołębi obu doprowadziły do śmiechu. Piotruś na spacerze dopytuje, który z okolicznych gołębi jest największym chojrakiem i jakie są w naszej okolicy strefy rażenia. Na razie najbardziej przypadła mu do gustu malutka sóweczka z planszy „Pełnia lata w lesie liściastym”. Mamo, ona tak śmiesznie wszystkiego nie cierpi!

O rety! Przyroda. Lato

Oglądaliśmy potem zdjęcia sóweczki i filmy o sóweczce. 

Wiem, że zachwytów nad tą książką było już bardzo dużo, ale naprawdę można się pozachwycać. Wielkie, kolorowe plansze, dużo szczegółów, ciekawy pomysł, by pokazać, że jedna pora roku składa się z wielu różnych okresów. Naprawdę chce się do tej książki zaglądać. Świetne jest rozróżnienie na różne środowiska, bo przecież inaczej wygląda wczesna wiosna w lesie liściastym, a inaczej w iglastym (czyli w borze), co innego dzieje się na łące, inaczej przyroda zachowuje się w górach czy na bagnach. Tak, tak, każde w tych środowisk ma swoją „własną” planszę.

A skoro mowa o wiośnie, to może popatrzcie na wiosnę (wczesną) na bagnach:

O rety! Przyroda - wiosna na bagnach

Tymek przejrzał tę książkę dużo uważniej niż Piotruś, choć też głównie skupiał się na zabawnych dialogach. To zresztą doskonały sposób na poznawanie nowych gatunków. Bawiliśmy się już w liczenie żubrów, szukanie świstaka Zdzisia, Piotruś turlał się po podłodze, gdy usłyszał dialog pewnego pluszcza z robaczkami („Hej! Są tu jakieś owady? – Nie ma!”). A chyba najbardziej się zdumiał, gdy odkrył, że czerwone robaczki na chodniku to chrząszcze kowale bezskrzydłe. To one mają nazwę?

O rety! Przyroda - zima

To świetna książka dla dzieci, które dopiero poznają pory roku po tej lekturze raczej na pewno będą pamiętać, czym różni się zima od lata. Ja sama przeglądałam książkę Tomasza Samojlika z poczuciem, że powstała ona z autentycznej pasji i miłości. Widać, że autor tekstu i rysunków zna się na tym, o czym pisze. Pomysł, by dodać książce trochę komiksowego charakteru i ożywić zwierzęta jest świetny. U babci Piotrek ma zamiar szukać zająca i polnej rzeżuchy, a latem pewnie będziemy rozglądać się w lesie za wędrującymi gąsienicami. Tymek uznał, że fajnie się tę książkę ogląda i dobrze by było, żeby wszystkie książki o przyrodzie były takie wesołe.

Dzisiaj odkryłam, że wydawnictwo Multico wydało także blok „O rety! Zabawy małych przyrodników”. Ciekawe, czy chłopcy przełkną tylko jeden egzemplarz.

Tomasz Samojlik, O rety! Przyroda, Multico 2016

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Multico.

Śledzimy geniusza zła

Każdy już chyba słyszał o tej książce, było o niej głośno, wiele osób ją wychwalało i komplementowało. Piotrek dostał ją kilka dni temu — i zniknął na trzy godziny. 3 godziny tkwił przy stole: oglądał, komentował, machał rękami i wymyślał własne zabawy. I to wcale nie były jedyne trzy godziny tego dnia — przygody detektywa Pierre’a wciągnęły go na bardzo długo.

Detektyw Pierre

Historia jest prosta i pewnie wszystkim dobrze już znana: w Operyżu ginie z muzeum tajemniczy Kamień Chaosu, który ma moc zamieniania wszystkiego w labirynt. Odzyskać go musi Detektyw Pierre, najlepszy specjalista w dziedzinie labiryntów. Jego przeciwnikiem jest okryty złą sławą złodziej-widmo, Pan X. Pokonanie labiryntów to tylko jedno z zadań, po drodze na detektywa czeka bowiem wiele innych wyzwań i niespodzianek.

Mój młodszy synek nie miał na początku ochoty na zabawę zaproponowaną przez autorów książki. Chciał ją po prostu obejrzeć — i studiował z ogromną uwagą i skrupulatnością. Nie pominął żadnej strony, choć widać było, że niektóre ilustracje fascynują go bardziej. „Niesamowity dwór” kontemplował z wyraźnym zachwytem: ile tu duchów i potworów, bałabyś się żyć w takim pałacu?

Detektyw Pierre - Niesamowity dwór

O, Frankenstein, o zielona łapa, o duch, o rycerz, o pająk, oooo.….. Okrzyki Piotrka przyciągnęły Tymka, który zaczął krążyć dokoła i zaglądać przez ramię wyraźnie zaciekawiony. Książka wydała mu się fajna i chętnie by ją podebrał, ale młodszy brat właśnie zabrał się za rozwiązywanie labiryntów i nie miał ochoty się dzielić. Przecież to JEGO książka i teraz ON będzie rozwiązywał zagadkę kradzieży. I wszystko SAM znajdzie.

Przez chwilę awantura wisiała w powietrzu, bo Piotrek upierał się, że może się bawić tą książką tak, jak chce, a Tymek próbował go przekonać, że KONIECZNIE trzeba iść po kolei, ale na szczęście Starszy przypomniał sobie, że przecież robi coś bardzo ciekawego i może poczekać. A Piotruś rozwiązywał wszystkie labirynty (trochę oszukiwał).

Detektyw Pierre - Bardzo wesołe miasteczko

W końcu jednak się zmęczył i postanowił…. pobawić się w inne labirynty, po których można mazać kredką. I wtedy książkę przejął Tymek. Podszedł do zadania metodycznie: strona po stronie, zadanie po zadaniu, szczegół po szczególe. — To wcale nie jest takie proste.. — stwierdził po jakimś czasie.

Tymek 1

Wieczorem Piotrek odmówił położenia się do łóżka. Detektyw Pierre spał razem z nim, pieczołowicie ułożony pod poduszką, żeby można było do niego zajrzeć zaraz po przebudzeniu. Rano obaj chłopcy, zamiast szykować się do szkoły i przedszkola, szukali kapelusza wśród balonów i umawiali się, czego będą wypatrywać po powrocie. Tak jest już od kliku dni. Pierwsza fascynacja minęła, ale książka ciągle leży w zasięgu ręki i co chwila któryś z nich do niej zagląda. Coś mi się zdaje, że poszukiwania skradzionego Kamienia Chaosu jeszcze przez jakiś czas będą zajmować moje dzieci. Na razie prowadzą długie dyskusje, która strona jest najfajniejsza i dlaczego latanie balonem jest gorsze od podróżowania statkiem albo na odwrót.

Hiro Kamigaki, IC4DESIGN, Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu, Nasza Księgarnia 2016

Marzy mi się… — o Leśmianie raz jeszcze

Marzy mi się piękne wydanie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Z cudownymi ilustracjami, które pozwoliłyby poczuć klimat i zapach mitycznej Arabii, które wciągałyby w głąb siebie, tak samo mocno jak tekst Leśmiana. Już kiedyś zachwycałam się „Baśnią o rumaku zaklętym” z magicznymi rysunkami Józefa Wilkonia, a teraz marzy mi się cały zbiór. Ech, jak miło by było czytać taką książkę z chłopcami.

W dzieciństwie „Klechdy sezamowe” były jedną z moich ulubionych lektur. Na półce stało wydanie z ilustracjami Jana Lenicy — nie za bardzo mi się podobały.

Klechdy sezamowe

Z Synkami zaczęłam je czytać ostrożnie, bo to trochę straszne baśnie. Nie są uładzone, pojawia się w nich zło i okrucieństwo, przerażają i ludzkim działaniem, i atmosferą, która czasami jest gęsta, horrorowata — tak jak podczas wędrówki na Górę-Cmentarnicę w baśni o Parysadzie. Zaczyna się łagodnie, a potem jest coraz straszniej i mroczniej.

Nieustraszony Bachman wstąpił na ścieżkę-złotobrzeżkę i tą ścieżką jął się wspinać pod górę. Wspinał się i wspinał, szedł i szedł coraz wyżej, coraz chyżej, aż wreszcie ścieżka- -złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną. Mrok nocny już zapadł. Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie! Martwo i pusto i straszno i bezludnie. Pomimo mroku nocnego dojrzał Bachman po obu stronach drogi nieruchome posągi  — kamienne dziwolągi. Byli to rycerze żywi, w martwy kamień zaklęci. Chcieli dotrzeć do szczytu Góry-Cmentarnicy, aby zdobyć trzy dziwy, trzy cuda — lecz nie dotarli: za siebie się obejrzeli — i w posągi skamienieli. […] Szedł dalej śmiało i odważnie. Dotąd nie słyszał żadnych głosów i nie spotkał żadnych strachów. Aż tu nagle poczuł, że się coś za nim porusza… O mało się nie obejrzał za siebie, lecz natychmiast przypomniał sobie radę derwisza, więc uśmiechnął się i szedł dalej. Coś się znów za nim poruszyło i zbliżyło się z tyłu do jego stóp… Zdawało się Bachmanowi, że ktoś niewidzialny schwyci go nagle za stopy… Szedł jednak dalej, nie oglądając się za siebie. W tej chwili posłyszał za sobą Szept i Wrzask.

Ech, pan Leśmian. Jego baśnie lśnią i migocą. Oplątują melodią języka, wciągają w głąb, czarują. Żadna baśń o żywej wodzie i zaczarowanej górze nie pochłonęła nas tak mocno, jak „Baśń o pięknej Parysadzie i ptaku Bulbulezarze”. Dla mnie to wzorzec baśni.

Daleko, daleko, za górą, za rzeką, za zielonym borem, za modrym jeziorem, w pobliżu rozstaju, w sąsiedztwie ruczaju stał niegdyś pałac, a obok pałacu — ogród, a obok ogrodu — droga, która prowadziła nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. W tym pałacu mieszkało dwóch braci: Bachman i Perwic, wraz z siostrą Parysadą. Parysada była tak piękna, że sama zawsze dziwiła się swojej urodzie. Oczy miała pełne zdziwienia, a usta pełne śmiechu. Śmiała się nieustannie. Nigdy łza nie zabłysła w jej oczach. Nie umiała płakać.

Za każdym razem, gdy czytam opowieść o Parysadzie, zadziwia mnie bogactwo polskiego języka. Jak pięknie, jak różnorodnie, jak migotliwie można po polsku opowiadać, jak cudownie może się opowieść mienić i snuć. Chyba nikt oprócz Leśmiana nie opanował żonglerki słowami w takim stopniu:

Parysada wróciła do pałacu. Żądza posiadania trzech dziwów tak ją opętała i tak niecierpliwiła, że nie mogła sobie dać rady. Biegała po pokoju z kąta w kąt, tam i z powrotem. Zmęczona bieganiem, siadła na krześle. Znużona siedzeniem na krześle, podbiegła do okna i siadła na oknie. Zniecierpliwiona siedzeniem na oknie, podbiegła do stołu i siadła na stole. Właśnie w tej chwili dwaj bracia Parysady wrócili z polowania. Obydwaj zdziwieni spojrzeli na Parysadę. — Siostro moja kochana! — zawołał Bachman. — Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś. — Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie — odparła Parysada. — A któż ci kazał siedzieć na oknie? — spytał Perwic. — Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle — odrzekła Parysada. — Czemuż nie chciałaś siedzieć na krześle? — rzekł zdziwiony Bachman. — Nie tylko na krześle, ale na żadnym miejscu usiedzieć nie mogę! Nudzę się i nudzę. Niecierpliwię się i niecierpliwie. Smucę się i smucę! Gdybym umiała płakać, tak bym się głośno rozpłakała, że musielibyście uszy zatykać i z pałacu co tchu zmykać! Jestem nieszczęśliwa, nieszczęśliwa, nieszczęśliwa!

Czytamy tę baśń często, najczęściej na życzenie Piotrusia. Gdy ma dosyć różnych opowieści i historii, pyta, czy przeczytam mu bajkę, taką którą lubi najbardziej. Tych najbardziej ulubionych jest kilka, może kilkanaście, ale prawie zawsze pojawia się wśród nich baśń o Parysadzie, o „Rybaku i Geniuszu” i o „Ali-Babie i czterdziestu rozbójnikach” — właśnie w wersji z „Klechd sezamowych”.

Bałam się opowieści o Ali-Babie ze względu na jej okrucieństwo, czytałam ją chłopakom powoli i stopniowo. Och, jak rozbawiła ich Leśmianowska wizja rozbójników:

Tętent koński wciąż się zbliżał. Ziemia drżała i grzmiała od tego tętentu, a echo niosło go po lesie. Wreszcie z gęstwiny leśnej wynurzyła się jedna morda końska, za nią druga i trzecia… Po chwili kilkudziesięciu jeźdźców wpadło na polanę. Wszyscy byli brodaci i wąsaci. Wszyscy byli zbrojni w miecze, siekiery i łuki. Wszyscy, pochyleni na koniach, strasznie i groźnie mruczeli pod wąsami: — Jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu! Ten zaś, co jechał na przedzie, jeszcze straszniej i jeszcze groźniej pomrukiwał: — Jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów!…

Mamo, a po co oni tak mówili? I jak tu odpowiedzieć, że po to, by opowieść grzmiała i tętniła. Że właśnie po to, by język zagrał, by przed oczami pojawiły się brodate i wąsate twarze, a w uszach zabrzmiał dźwięk kopyt i zbójeckie pomrukiwanie?  A może nie warto niczego wyjaśniać tylko czytać dalej i stanąć w olśnieniu razem z Ali-Babą?

Co za cuda, co za dziwy ujrzał Ali-Baba we wnętrzu zaklętej jaskini! Ujrzał kufry, napełnione dukatami; ujrzał całe stosy kamieni drogocennych; ujrzał drzewa koralowe i olbrzymie pnie zielonego malachitu. Ale to wszystko żyło i poruszało się nieustannie. Brylanty same przesypywały się z brzękiem i szmerem z jednej szkatuły do drugiej. Turkusy, niby krówki boże, zręcznie i zwinnie wpełzały na drzewa koralowe i sfruwały potem z gałązki na gałązkę. Rubiny razem z topazami kręciły się i wirowały po ziemi w jakimś dziwnym rubinowo-topazowym tańcu. Dukaty, dzwoniąc w kufrach, bawiły się nawzajem w orła i reszkę: same podrzucały się w górę i same spadały do swoich kufrów, ukazując orła albo reszkę. Olbrzymie zaś pnie zielonego malachitu mówiły do siebie basem: — Jaka szkoda, że i my nie możemy się bawić w orła i reszkę albo wirować po ziemi w tańcu rubinowo-topazowym, albo na kształt turkusów wpełzać na drzewa koralowe, albo wreszcie przesypywać się z brzękiem i szmerem ze szkatuły do szkatuły, jak brylanty! Możemy za to wywrócić się i toczyć po ziemi, niby beczki. I pnie malachitowe, wywróciwszy się z trudem, potoczyły się natychmiast po ziemi, niby beczki.

„Klechdy sezamowe” to dla mnie klasyka, którą po prostu trzeba znać. Nie ma ładnego wydania, ale baśnie są dostępne w wersji elektronicznej. Można je za darmo pobrać stąd i dać się wciągnąć w czarodziejski świat. Nie warto czekać z ich lekturą zbyt długo, ale najpierw trzeba samemu je przeczytać. Każdy rodzic najlepiej będzie wiedział, czy jego dziecko wytrzyma tak długą opowieść i czy nie przerażą go strachy i duchy. Zbyt wczesna lektura może do Leśmiana zrazić, a to byłaby niepowetowana strata.

Bolesław Leśmian, Klechdy sezamowe, wolnelektury.pl

Wędrówki z dziadkiem po Nikiszowcu

Książkę „Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Nikiszowcu wędrowali” – czyli „Ô tym, kiej Maciek Szpyrka cuzamen ze starzikiym wandrowali po Nikiszu” zdobyliśmy w konkursie organizowanym na FB przez wydawnictwo BIS. Bardzo się z tego cieszę, bo książkę przeoczyłam, a okazała się bardzo, bardzo interesującą lekturą.

Jak Maciek

Piotruś prosił o tę lekturę już kilka razy – no przeczytaj mi o tym Maćku i o tym dziadku.

Może najpierw o samej historii… Magdalena Zarębska napisała prostą i piękną opowieść o miłości, do ludzi i do miejsca. Ciągle szukam właściwego określenia, żeby w żaden sposób tej książki nie skrzywdzić i nie zubożyć. Wydaje mi się po prostu prawdziwa, szlachetna w prostocie, tak jakby trafiła w samo sedno tego, co w relacjach międzyludzkich najważniejsze. Mogę sobie wyobrazić dorosłego Maćka, który patrzy na swoje zdjęcie z dziadkami i snuje tę opowieść. Dla mnie z tej książki bije tęsknota za przeszłością i światem, który minął, a w którym ludzie mieli dla siebie czas. I ten czas bliskości polegającej po prostu na byciu razem, na rozmowach i wspólnych zajęciach został zaklęty na kartach tej opowieści o spacerze dziadka i wnuczka po Nikiszowcu.

Dla chłopaków była to trochę bardziej egzotyczna historia. Nie mają dziadka górnika, więc opowieść o kopalni, fedrowaniu i o dobrym duchu Skarbniku była dla nich bardzo ciekawa. Równie interesujące były jednak wzmianki o tym, jak wygląda dom dziadków. No bo kto jeszcze waży w kuchni składniki na wadze z szalkami? W niewielu domach zostały w kuchniach piece na węgiel. Węglarka to dla Tymka wagon na węgiel.

Nikiszowiec

To ja śmiałam się podczas lektury, że w domu mojej Babci, a ich Prababci stał kiedyś podobny kredens i taka sama waga. Bardzo żałowali, że nie spotkali mojego Dziadka, a ich Pradziadka, który także hodował gołębie – choć nie pozwalał wnuczkom ich karmić. Widoczne dziadkowie z familioków mieli podobne zainteresowania, co dziadkowie z Podlasia. Mam wrażenie, że opowieść o Nikiszowcu broniłaby się sama, nawet gdyby nie była przetłumaczona na śląski.

To tłumaczenie sprawia jednak, że książka jest absolutnym ewenementem i aż chce się prosić o jeszcze. Drogie Wydawnictwo BIS może być tak serię? Marzy mi się opowieść po kaszubsku, po poznańsku, ale by było fajnie! Tłumaczenie tej historii na śląski to strzał w dziesiątkę. Sami posłuchajcie:

Na ścionach a szajderach wszysiscko sie zwyrto. Je sam epne larmo a butel. Bestóż fes ważne som sztajgry. Dowajom pozor na bergmonow, a czasym podpowiedzom, kiej nojlepiyj onaczyc arbajt. – Jezderkusie, jo by sie cykoł fedrować na grubie. Sam je ćmok a oszkliwie!

(A po polsku: Na ścianach i chodnikach wszystko jest w ruchu. Panuje tam wielki hałas i zgiełk. Dlatego tak ważni są sztygarzy. Pilnują bezpieczeństwa górników, a czasem podpowiadają, jak najlepiej wykonać pracę. – Ja bym się bał pracować w kopalni. Ciemno tam i strasznie!)

Nie jest to właściwy zapis gwary, bo w edytorze nie mam odpowiednich czcionek. Robi wrażenie, prawda? Tymek był totalnie zaskoczony, bo nie spodziewał się, że język, którym mówi się w pewnym regionie Polski, jest tak odmienny. Rozbawił go farorz, starka i brify. Spędził nad książką długie chwile, czytając na głos i próbując wymawiać niektóre słowa, tak jak podpowiada tłumacz na śląski, Bernard Kurzawa. A potem szukaliśmy w sieci przykładów różnych gwar i dialektów. U mnie ta książka będzie stała na tej samej półce, co „Cuda Wianki”. Pod względem estetycznym są całkowicie odmienne, ale doskonale się uzupełniają, bo pokazują cudowną różnorodność: motywów, wzorów, kolorów – a także języków (niezależnie od tego, czy nazwiemy je gwarami, dialektami czy językami właśnie).

Prosimy o więcej 🙂

Magdalena Zarębska, Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Nikiszowcu wędrowali, Wydawnictwo BIS 2013