Emil

W Lönnenberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. (…) Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą rumianą twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek.

Mamo, to całkiem jak ja, wykrzyknął Tymek po wysłuchaniu tego fragmentu. Psoci też tak jak ja – dodał, gdy usłyszał dalszą część historii i zaczął się rozglądać za wazą. Na szczęście żadna waza nie stała w widocznym miejscu, bo natychmiast znalazłaby się na głowie mojego synka. Wylądował tam durszlak, który stwarza zdecydowanie mniej problemów. W tym momencie skończyliśmy czytanie Emila na jakiś czas, ponieważ nie mam stolarni, w której mogłabym za karę zamykać synka.

Nasze spotkania z Emilem rozpoczęliśmy od książki „Ach, ten Emil!” wydanej przez wydawnictwo Zakamarki (jedno z moich najbardziej lubianych wydawnictw publikujących książki dla dzieci – sądzę, że w ciemno można polecić wszystko, co wydają). Staram się unikać skrótów i przeróbek, ale tę książkę stworzyła sama Astrid Lindgren, która wybrała z pełnej wersji przygód Emila jego najzabawniejsze psoty i dostosowała formę opowiadania do wymagań młodszych czytelników.

    

 

Zaczęłam czytać Tymkowi Emila trochę za wcześnie i książka raczej go nudziła. Lubił za to oglądać ilustracje Björna Berga. Potem nastąpiło drugie spotkanie, kiedy to ja zrezygnowałam z lektury z powodów edukacyjnych. Po kilku miesiącach znowu zaczęliśmy czytać o rezolutnym chłopczyku ze Smalandii. Tym razem sięgnęłam do pełnej wersji jego przygód, która została opublikowana przez Politykę w ramach akcji „Cała Polska czyta dzieciom”.  

 

„Emil ze Smalandii” to opowieść o dzieciństwie i o świecie, którego już nie ma. Musiałam Tymkowi tłumaczyć, co to jest bryczka i parobek i dlaczego do Emila nie wezwano karetki pogotowia. Psoty Emila są jednak ponadczasowe, tak samo, jak jego ciekawość i chęć badania świata. W domu Emila panuje fantastyczna atmosfera, dzieci są szanowane, nie stosuje się kar cielesnych, a Emil jest zamykany w stolarni tylko po to, by przemyślał swój postępek i więcej go nie powtórzył. Tu trzeba zacytować Astrid Lindgren:
Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał coś nowego.
Książka tryska humorem, trudno nie śmiać się z przygód sprytnego chłopczyka. I trudno nie popatrzeć z uznaniem na własne dziecko, które zwykle sprawia jednak mniej problemów.

Przygody Emila opublikowały Zakamarki w książkach: „Ach, ten Emil”, „Emil i ciasto na kluski”, „Skąpy nie jestem, powiedział Emil” i „Mała Ida też chce psocić”. Większość przygód Emila można znaleźć także w wydanych przez Naszą Księgarnię w serii luksusowej „Przygodach Emila ze Smalandii”.

  
 

Przed nami dalsza część przygód aniołka ze Smalandii. Stolarnia by się przydała, bo moje nadzieje, że Tymek wyrośnie z chęci naśladowania Emila już prysnęły.

Reklamy

Czarno-białe

„Białego niedźwiedzia” Marcina Brykczyńskiego kupiłam przez przypadek. Wcześniej nie słyszałam o tej książce. Wstyd się przyznać, ale nazwisko „Brykczyński” także niewiele mi mówiło. Spodobał mi się pomysł umieszczenia drugiego wiersza „do góry nogami” i okładka, tak bardzo wyróżniająca się na tle innych: byle jakich i powielających jeden jedynie słuszny typ ilustracji i urody. Wiele o tej książce można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest tandetna.

 

Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. Tymkowi spodobał się pomysł odwracania książki do góry nogami. W końcu mógł to robić bezkarnie i nikt nie zwracał mu uwagi, że niewłaściwie trzyma książkę. Mógł ją trzymać jak chciał i zawsze było dobrze.
Oba wierszyki są wspaniałe. Wpadają w ucho, zapadają w pamięć, są zabawne i inteligentne. To przykład doskonałej, wypracowanej i niebanalnej literatury dla dzieci.
 
Biały niedźwiedź na krze siedział
I rozmyślał tydzień cały,
Czemu taki los niedźwiedzia,
że jest do znudzenia biały?

Doskonałym dopełnieniem są ilustracje Grażki Lange, które pokazują, jak z bieli wyłania się coś, a raczej ktoś…

Drugi wiersz, o krowie lekomance, to prawdziwy majstersztyk. Czytaliśmy go przez kilka dni, a mąż wprawił w osłupienie panią w aptece, wypytując ją, co to jest oxyterracyna i czy mogą ją zażywać krowy.
W moim prywatnym rankingu te dwa wiersze Pana Marcina Brykczyńskiego sąsiadują z wierszami Tuwima i Brzechwy, to naprawdę literatura dla dzieci najwyższych lotów.

Henrietta Rozalinda Aurora

Henrietta Rozalinda Aurora – cóż za cudowne imię dla księżniczki.

Henrietta-Rozalinda-Aurora pozwoliła służącemu nalać sobie filiżankę czekolady, dodała do niej cztery łyżeczki cukru i dwie łyżki bitej śmietany, po czym upiła łyk, czekając, aż napięcie wzrośnie.

Uwielbiam tę książkę. Najchętniej przepisałabym fragment po fragmencie. To jedna z tych książek, które można czytać w każdym wieku. Sprawia równie dużo radości rodzicowi, który ją czyta, jak i dziecku, które jej słucha. Podoba mi się w niej wszystko: język, zabawne ilustracje Vereny Ballhaus, zabawa formą, odwrócenie schematów. Po prostu wszystko….

Henrietta Rozalina Aurora to bohaterka powieści Paula Maara „W głębokim ciemnym lesie…” wydanej przez Naszą Księgarnię.

Nie jest to główna bohaterka powieści, ale bez niej nic by się nie wydarzyło. Opis stosunków na królewskim dworze, rozmowy z królem i królową. Coś cudownego. To po prostu trzeba przeczytać.
Tymek słuchał tej książki i odbierał ją inaczej. Dla niego była to po prostu zabawna i wciągająca historia. Na tyle interesująca, że budził się rano ze słowami: Mamo, może sprawdzimy, co się stało u Henrietty Rozalindy Aurory?
Czyż można nie bawić się świetnie przy książce, w której księżniczka pragnie być porwana przez potwora, a księstwa są malutkie jak łazienkowy dywanik. Poniższy dialog za każdym razem wywołuje w synach ataki śmiechu.
— Ja cie nie moge. — Po czym wskazał jeszcze raz na siebie i wybełkotał: — Zacerowany! Odceruj!
Księżniczka ostatkiem sił powściągała książęcą irytację.
— Sam sobie zaceruj! Nie będę cerować! — powiedziała cierpko. A teraz marsz na skraj lasu…

Powieść Paula Maara to także doskonały wstęp do rozmowy o stereotypach, o różnym postrzeganiu świata i o tym, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. I o tym, że trzeba ponosić konsekwencje swoich decyzji i zachowań.Będziemy czytać tę książkę jeszcze wiele razy. I za każdym razem mój synek będzie odbierał ją inaczej. I uczył się czegoś nowego. A ja jeszcze wiele razy będę miała okazję do dobrej zabawy.

Bajarka opowiada

Podobno ludziom najbardziej podoba się to, co już znają i co widzieli.
Ludziom, ale chyba nie trzylatkom…

Tymek zwykle zaczyna swoją prośbę o bajkę słowami: tylko ma być długa, nieznana i pełna niebezpieczeństw. I jak tu takiemu dogodzić?

Czasami udaje się przemycić starą bajkę, synek daje się wciągnąć w historię Czerwonego Kapturka czy dzielnego Tomcia Palucha. Często jednak próba się nie udaje i słychać gromki protest: przecież to już znam, a miała być nowa i pełna niebezpieczeństw. Najgorszy problem to te niebezpieczeństwa. Mają być smoki, rycerze, olbrzymy, bazyliszki i fisie oraz bleblały. Od biedy złe wiedźmy i czarownice.

Na szczęście jakiś czas temu wydawnictwo Zysk i s-ka wznowiło zbiór baśni „Bajarka opowiada” w znakomitym opracowaniu Marii Niklewiczowej i z cudownymi ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś.

 

To są właściwie bajki do opowiadania, do czego zachęca i tytuł, i autorka. Na końcu książki Pani Maria Niklewiczowa dodała rozdział „Jak opowiadać bajki”, w którym wyjaśnia, czym różni się bajka czytana i bajka opowiadana. Przyznaję, że czasami, zmęczona, wolę przeczytać niż opowiadać – i już samo to świadczy, że czytanie jest prostsze. Mój synek woli, gdy bajki są opowiadane i często prosi: ale nie czytaj, tylko tak mów, tylko buzią.
W zbiorze „Bajarka opowiada” wybór bajek jest przeogromny. Są tu baśnie z całego świata: tadżyckie, żydowskie, jakuckie, polskie, czeskie, indyjskie. Jest w czym wybierać. Dodatkowym ułatwieniem dla rodziców jest spis treści, w którym autorka podzieliła bajki na bardzo łatwe, łatwe, trudniejsze i trudne. Bajki z kategorii „bardzo łatwe” nadają się nawet dla najmłodszych dzieci — wiadomo, że nie będzie w nich żadnych drastycznych motywów. I masa bajek pełnych niebezpieczeństw, doskonałych dla trzylatka, który lubi się pobać, przytulony do rodziców.Ilustracje, choć czarno-białe, są bardzo piękne. Działają na wyobraźnię. Tymek, gdy ogląda tę książkę, zawsze żałuje, że nie ma ich więcej i że nie są kolorowe, tak jak te na skrzydełkach okładki. Stanowią furtkę dla wyobraźni, wskazówkę, dzięki której łatwiej wyobrazić sobie wyczarowany słowami świat.

Opowiadanie bajek to sztuka, dziecko od razu wyczuje fałsz i brak zaangażowania. Ale ile daje frajdy… W sierpniu opowiadaliśmy bajki, maszerując nad morze i w drodze powrotnej. Słuchały wszystkie dzieci, te trzyletnie i te starsze. Droga przestawała się dłużyć. A potem zaczynaliśmy się bawić we wspólne opowiadanie bajek: każdy po zdaniu. Do tej pory jest to jedna z ulubionych zabaw mojego synka, szczególnie gdy siedzimy razem przy stole. Warto opowiadać bajki i warto zajrzeć do „Bajarki”.

Geografia dla trzylatka

Tymek wrócił z przedszkola naelektryzowany. Tak jak zwykle… A po tak długiej przerwie może nawet bardziej niż zwykle. Biegał, skakał, turlał się, przewracał, budował roboty, złościł się, tupał… Zazdroszczę mu energii i tego, jak niewiele czasu potrzebuje, aby się zregenerować.

W końcu wylądował przy półce z książkami i zaczął oglądać: jedną za drugą. Ostatnio fascynują go atlasy, wytycza na nich przedziwne szlaki, określa trasy, miesza kierunki. Droga może prowadzić przez morze, góry, wyspy. Gdzie tylko przesunie się palec albo na mapie znajduje się coś ciekawego. Hiszpania może sąsiadować z Polską, a trasa wycieczki prowadzić przez biegun północny. Świat stoi otworem przed trzylatkiem. Logika i wiedza kapitulują przed beztroską i radością wymieniania nazw, które jeszcze nic nie znaczą.

Atlasy dla dzieci są fascynujące: kolorowe, z wieloma ilustracjami. Tymek uwielbia „Mój pierwszy atlas obrazkowy”, wydany przez Firmę Księgarską Oleksiejuk.

 

Mapy uzupełnione są kolorowymi obrazkami, na których widać ludzi, budowle, zwierzęta, maszyny. Mój synek zapamiętał, że w Indiach grają w krykieta, a w Europie w piłkę nożną. Na każdej stronie jest zagadka: trzeba poszukać miejsca oznaczonego gwiazdką. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Kazanłyku w Bułgarii uprawia się róże na perfumy, a czerwona skała w Australii to Uluru. Przewodnikiem po atlasie jest sympatyczny pingwinek. Książka jest zszywana, mam więc nadzieję, że szybko się nie rozpadnie. I – co ważne — można ją swobodnie rozłożyć, nie giną informacje wydrukowane na styku stron.Tak jest niestety w drugim atlasie, równie ciekawym, choć przeznaczonym dla trochę starszych dzieci. „Atlas świata dla dzieci. Czy wiesz… co, gdzie, jak” Ewy Miedzińskiej, wydany przez wydawnictwo Publicat.

 

Na każdej stronie są dymki z informacjami, zdjęcia przyrody, rysunki. Wszystko to sprawia trochę chaotyczne wrażenie. Dziwi dobór kolorów, które są niby jaskrawe, a jednak bure — pewnie to wina druku i jakości papieru. Podstawowym problemem jest jednak sposób sklejania stron: zginęły fragmenty map i nazw, kontynenty mają dziwaczne kształty. Na styku stron powstał gigantyczny rów tektoniczny, czarna dziura. To duży mankament.

Zamiast wstępu

Ktoś mnie ostatnio spytał, dlaczego zaczęłam pisać tego bloga.

Powodów jest kilka. Zawsze lubiłam czytać, od maleńkości właściwie. Z czułością wspominam moje pierwsze lektury. Książki do tej pory są dla mnie najlepszym towarzyszem.

Gdy urodziłam dziecko, przeraziłam się tym, co znalazłam w księgarniach. Na półkach często leżała tandeta, okrojone bajki w wersji minutowej. A ja chciałam synkowi pokazywać piękno słowa, chciałam, żeby obraz i tekst się uzupełniały, żeby znał różne ilustracje, żeby nie był zdominowany przez jeden kanon piękna… Długo można by pisać.

Potem postanowiłam, że chcę zapamiętać reakcje i wrażenia Tymka. To, w jaki sposób reaguje na książki, jak książki wpływają na jego zachowanie i słownictwo. To są rzeczy ulotne, dużo już mi umknęło, więc pomyślałam, że zacznę pisać, aby zapamiętać.

To ma być blog o czytaniu razem z synkiem. Będę starała się pisać o książkach, które zrobiły wrażenie na nas obojgu. I o książkach, do których Tymek niechętnie zagląda — mimo iż ja uważam, że są wartościowe. A może i o takich, o których ja najwyższego zdania nie mam, ale mój synek jest nimi zachwycony.

To ma być blog o czytaniu z dzieckiem. I może trochę o uczeniu się otwartości na lekturę od dziecka.
Dla mnie będzie to też odskocznia od pracy, którą lubię, ale którą często jestem po prostu zmęczona.