Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

Reklamy

Oj, Ella, Ella!

Byczymy się! Leżymy w wodzie. Albo na trawie. Obserwujemy łabędzie i kaczki. Matka przypomina lemura, bo wokół oczu ma śliczne jasne obwódki (lemury co prawda mają czarne, ale to szczegół). Piotrek zdobył na plecach dziwny wzorek — krem od słońca się wymył. Przeżyliśmy inwazję jętkopodobnych owadów. Trochę jesteśmy brudni i bardzo pogryzieni przez komary. Fajnie jest.

Obok łóżek jak zwykle leżą sterty książek, bo przecież wakacje bez książki się nie liczą. Starszy pojękuje, że za chwilę nie będzie miał czego czytać. Młodszy pochłonął po raz kolejny dwa tomy „Jędrka” (w jego przypadku najlepiej sprawdza się to, co już czytał). Ale niekwestionowaną królową tego wyjazdu pozostaje Ella. Przeczytaliśmy pierwszy tom jej przygód, a Matka do końca życia nie odpokutuje tego, że drugi został na stole w kuchni. Dziecię mi tego nigdy nie wybaczy (a przynajmniej do powrotu do domu). Tutaj nisko muszę się pokłonić Pani Iwonie Kiuru, która kiedyś przetłumaczyła tę książkę, a całkiem niedawno mi ją poleciła. Zajrzyjcie także na Moje fińskie fascynacje – bloga Pani Iwony, na którym opowiada o fińskiej literaturze dla dzieci. Warto.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele

Ella to tytułowa bohaterka książki „Ella i przyjaciele” Timo Parveli. Dwa tomy przygód Elli wydała Nasza Księgarnia jakiś czas temu, więc musicie poszukać tych książek w bibliotece – naprawdę warto, jeśli macie akurat ochotę się pośmiać. Działa na wszystkich — nawet na zbuntowanych dwunastolatków. Lepiej nie czytać przy jedzeniu, bo parsknięcia śmiechem po prostu nie da się powstrzymać.

O czym to jest? Hmm, zależy, kto czyta. To książka, którą trochę inaczej czytają dzieci, a trochę inaczej  dorośli. Jak wyczytałam w Wikipedii, Timo Parvela był nauczycielem. Wygląda na to, że w książce skorzystał z własnych doświadczeń — obiektem żartów są tutaj i dzieci, i ich ukochany nauczyciel. To może do rzeczy. Ella jest w pierwszej klasie. Ma pana nauczyciela. Pan był fajny, ale nagle tak jakby stał się trochę mniej fajny. Dzieci doszły do wniosku, że ktoś pana prześladuje, najpewniej szantażysta. Jak wiadomo (dzieciom), szantażyści są zwykle łysi i wysocy, za to truciciele niscy i pomarszczeni. Wystarczy się więc dobrze rozglądać, bo przecież nie można pozostawić pana bez pomocy. Cała historia zbudowana jest na różnicach w postrzeganiu świata przez dzieci i dorosłych. Dzieci są kreatywne, ciekawskie i pomysłowe (dzieci z klasy Elli są ciekawskie, pomysłowe i kreatywne do dwunastej potęgi), dorośli wolą uporządkowany świat, ale także wprowadzają chaos. Tę opozycję Timo Parvela rozgrywa bezbłędnie i doskonale balansuje na linii rozdzielającej powieść od kabaretu. Większość historii nadaje się na anegdotę, ale cała opowieść wydaje się prawdopodobna, choć oczywiście przejaskrawiona i wyolbrzymiona.

W książce znajdziemy kilka części opowiadających osobne historie. Bohaterem wszystkich jest Ella, jej przyjaciele z klasy oraz pan nauczyciel. Znajdziecie tutaj historię o szantażyście, opowieść o wizycie w teatrze (ja śmiałam się w innych momentach niż Piotrek) oraz relację z wycieczki klasowej, która sprawiła, że Tato Piotrka popłakał się ze śmiechu. To może próbka:

Pan będzie miał dziecko, przekaż dalej – szepnęła do mnie Hanna. […]

– Nic nie przekażę – odpowiedziałam. – Wiadomość i tak się po drodze pozmienia i wyjdzie z tego coś całkiem śmiesznego.

– Z czego wyjdzie coś śmiesznego? – spytał Tuukka, który stał przede mną.

– Z pana dziecka – wyjaśniłam.

– Pan będzie miał śmiesznego niemowlaka, podaj dalej – powiedział Tuukka do Sampy.

– Pan wiezie w las śmierdzącego robaka – przekazał Samppa Tiinie.

– Pan niesie w torbie śpiącego prosiaka – szepnęła Tiina do Patego. (s. 85-86)

Jak widzicie, czasami historia zaczyna się od niewielkiej zmiany znaczenia.

Na tylnej okładce wydawca umieścił informację, że Ella i jej przyjaciele bardzo przypominają Mikołajka. Coś w tym jest — w tej historii dzieci także inaczej postrzegają rzeczywistość, nie rozumieją metafor i przenośni, samodzielnie wyjaśniają trudne słowa i doskonale się przy tym bawią (w innych momentach niż dorośli), a ich wyobraźnia nie zna granic. Ella nie jest jednak klonem Mikołajka — choć raczej dobrze by się razem bawili. Czasami tylko w trakcie lektury miałam wrażenie, że sensem życia dzieci jest prześladowanie dorosłych, a dorośli  niestety sami się o to proszą.

A teraz podsumowanie. „Ella” to świetna książka do rodzinnego czytani. Rozbawi i was, i dzieci, choć pewnie będziecie się śmiać w innych momentach. Autor czasami dyskretnie macha do dorosłych, ale dba o młodego czytelnika. Może i Timo Parvela zebrał w tej książce wszystkie zabawne momenty ze swojej nauczycielskiej kariery i jeszcze je podkoloryzował, ale wyszło lekko i zabawnie. Tymek długo opierał się przed tą lekturą. W końcu nasze wybuchy śmiechu (przeczytałam tę książkę Piotrkowi, potem Piotrek przeczytał ją swojemu Tacie, a potem przeczytał jeszcze raz, już tylko sobie) sprawiły, że postanowił spróbować. A potem przez jakiś czas z jego łóżka dochodziły śmiechy, chichoty, parsknięcia i porykiwania. Słychać było, że dobrze się bawi. Doskonała lektura na smutki. A przed nami jeszcze druga część, la, la, la… Może i dobrze, że zostawiłam ją w kuchni.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele, t. 1, tł. Iwona Kosmowska (Kiuru), Nasza Księgarnia 2008

Księżniczki i smoki

Gdy proponuję synowi książkę przyniesioną z biblioteki i w odpowiedzi słyszę: aa to? Już to przeczytałem, jest nieźle. A gdy na dodatek Młodsze proponuje, że przeczyta mi bajkę, bo jest fajna i na pewno mi się spodoba, jest naprawdę dobrze. W ten oto sposób poznałam „Księżniczki i smoki” Christiny Björk (Zakamarki). Piotruś zachęcał mnie do lektury: wiesz, te księżniczki są naprawdę fajne, mamo, takie współczesne i starożytne jednocześnie.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Księżniczek jest siedem. Po jednej na każdy dzień tygodnia, choć Piotrek, jak się okazało, połknął wszystkie historyjki na raz. Każda księżniczka ma piękne kwiatowe imię — jak na księżniczkę przystało. Na kartach książki spotykamy księżniczkę Petunię, Werbenę, Dalię, Czeremchę, Piwonię, Sasankę i Nasturcję. Jest także jeden mały książę, którego trzeba uratować. No i oczywiście pełno tu smoków: małych i dużych, groźnych i przyjacielskich, zielonych i czerwonych. Przecież to także książka o smokach.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Księżniczki są samodzielne i silne. Raczej marzą o byciu porwaną przez smoka (gdy słyszę o takim marzeniu, natychmiast przypomina mi się cudowna Henrietta Rozalinda Aurora) niż przez księcia, zdarza im się porwać smoka albo zdecydowanie pozbyć się potwora, który pozwolił sobie na za dużo (kto to widział, żeby smok wypijał całe wino poziomkowe taty króla?). Świetne bajki dla dziewczynek, które trzeba wybić z księżniczkowych stereotypów. Jak widać na przykładzie mojego syna, świetne bajki dla chłopców, bo ich także trzeba uczyć niestereotypowego patrzenia na dziewczynki. Bohaterki opowieści Christiny Björk to po prostu prawdziwe dziewczyny, które oprócz tego są księżniczkami — są pyskate, czasami niemiłe i nieposłuszne, odważne, pełne inwencji i energii. Radzą sobie same i nie potrzebują pomocy. Nawet gdy zagraża im smok. Zresztą to smoki mają chyba więcej  powodów do obaw.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Christina Björk, Księżniczki i smoki

Do tego piękne ilustracje Evy Eriksson — Piotrek rozpoznał kreskę autorki obrazków do Duni i Mattisa. To chyba właśnie ilustracje sprawiły, iż mój syn uznał księżniczki za starożytne. Mają korony (i czasami uczulenie na złoto), piękne suknie i pantofelki. Przede wszystkim są jednak dziewczęce, a nie lalkowate. Są dziećmi, a nie manekinami — bardzo lubię patrzeć na emocje widoczne na ilustracjach: zachwyt, radość, gniew, oburzenie. Smoki zresztą są tak samo wyraziste.

Christina Björk, Księżniczki i smoki

 

Teraz nie możemy dojść z Piotrkiem do porozumienia. Jemu najbardziej podoba się bajka o księżniczce Czeremsze i smoku z telewizora, który bardzo lubił poziomkowe wino. Ja waham się między opowieścią o księżniczce Dalii, co porwała smoka, a historią Werbeny. Dajcie znać, która bajka najbardziej przypadała Wam do gustu.

Christina Björk, Księżniczki i smoki, il. Eva Eriksson, tł. Agnieszka Stróżyk, Zakamarki 2011

Kacper i Emma

Najpierw był film. Cała klasa Piotrusia poszła do kina na „Magiczne święta Kacpra i Emmy”. Po powrocie ze szkoły Piotruś mówił i mówił, i mówił, i mówił. Cały czas o filmie. O tym, jaki jest fajny, mimo że z aktorami. I że chciałby mieć takich przyjaciół jak Kacper i Emma. Że wszystko mu się podobało, że chciałby zobaczyć inne filmy. To trwało kilka dni, aż w końcu ojca tknęło i postanowił sprawdzić, czy aby nie ma książki. Okazało się, że „Karsten og Petra” Tora Åge Bringsværda to seria bardzo popularna w Norwegii. Matce udało się w Polsce znaleźć tylko jedną książkę „Kacper i Emma — najlepsi przyjaciele”  (Czarna Owieczka). Piotruś znalazł ją pod choinką.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Tak prawdę mówiąc, to mój syn jest już trochę za duży na tę książkę. Kacper i Emma mają po cztery lata, poznają się w przedszkolu, dla obojga jest to nowe miejsce. W tomie zebrano trzy pierwsze historie z serii — jedna jest o Kacprze, jedna o Emmie i jedna o nich obojgu. Nawet trochę żałowałam, że ta książka nie trafiła do nas wcześniej, bo jako przygotowanie do przedszkola sprawdza się rewelacyjnie.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Piotr wcale nie uważa, że jest na opowieści o Kacprze i Emmie za duży, choć chciałby wiedzieć, jak im się wiedzie w szkole. To jedna z niewielu książek, którą mój syn przeczytał od razu od deski do deski. Zajęło mu to tylko chwilę, bo tekstu nie jest dużo. A jak skończył, natychmiast zaczął czytać od początku.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Powiedziałabym, że ta książka jest bardzo skandynawska w umiejętności pokazywania dziecięcych uczuć i rozterek. Tor Åge Bringsværd prostym językiem pokazał lęk przed rozstaniem, strach przed  nowym miejscem, początki przyjaźni, radość z odnalezienia w przedszkolu kogoś, kogo się lubi. To zwykłe sytuacje, tak czasami banalne dla dorosłego, i tak trudne dla dziecka. Trzy  historyjki, które aż proszą się o rozmowę: o nieśmiałości, o lęku, o bliskości. Świetne.

Bardzo jestem ciekawa, jak rozwija się ta seria i jak zmienia się wraz z dorastaniem Kacpra i Emmy, bo to jedna z najlepszych książek o początkach przedszkola, jakie spotkałam. Naprawdę warto do niej zajrzeć, tym bardziej że kosztuje teraz w wydawnictwie mniej niż 10 zł.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

 

Tor Åge Bringsværd, Kacper i Emma — najlepsi przyjaciele, il. Anne G. Holt, tł. P. Horbowicz, Czarna Owieczka 2014

 

Zapraszamy do Raju

Wiem, wiem, powinno być podsumowanie roku 🙂 Ale nie będzie, choć ten rok był obfity w lektury. Mam za to dla Was propozycję lekturową na Nowy Rok — i wcale nie chodzi o książkę, która przed chwilą pojawiła się w księgarniach.

Też macie wrażenie, że ulegliśmy kultowi nowości i gonimy za świeżynkami? Książki znikają z księgarskich półek i z naszej pamięci, jedna goni drugą, a każda jest cudowna, fantastyczna, godna podziwu, wspaniała i po prostu trzeba ją mieć? Nawet nie przeczytać, ale mieć. Bardzo się cieszę, że wychodzi tyle ciekawych książek dla dzieci, ale mam kilka „ale”. Po pierwsze, nie da się tego wszystkiego przeczytać, a nawet czasami obejrzeć i dotknąć. Po drugie, w natłoku „tych najlepszych, które każdy musi mieć” giną czasami książki naprawdę ważne i wartościowe, które warto przeczytać, a może i o nich potem pomyśleć. Po trzecie, coraz rzadziej sięgamy do książek już przeczytanych, bo stos „nowych” zatrważająco szybko rośnie. I chyba zaczyna nam brakować czasu na przemyślenie tych wszystkich nowych lektur. Przyznaję, że nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Może nie trzeba sobie radzić? Może to po prostu znak naszych czasów, że coraz bardziej przyspieszamy, nawet w lekturach? Nie wiem, ale życzę Wam i sobie w Nowym Roku dobrych, niespiesznych i mądrych lektur, takich, które zostaną z Nami na długo.

A teraz obiecana książka, a raczej dwie. Zapraszamy na osiedle Raj.

Przygody w Raju

Zakamarki zaczęły wydawać przygody Zlatka i Bezy w 2014 r. Wyszło pięć części, dwie pierwsze trafiły do Piotrusia w Mikołajowym worku.  Ich autorką jest Moni Nilsson, która stworzyła także postać Tsatsikiego — na pewno go znacie. „Przygody w Raju” są przeznaczone dla młodszych czytelników, dużo tutaj obrazków, mało tekstu, ale za jest to tekst, na który warto zwrócić uwagę.

Przygody w Raju. Najlepsi przyjaciele

Nie wiem, jak Moni Nilsson to robi, ale jej prosty tekst jest prosty, a jednocześnie pełny, mądry, bogaty…. Możecie sobie wpisać różne przymiotniki. Moni Nilsson opowiada o świecie z perspektywy dzieci, ale nie jest to tylko świat dzieci. To współczesny świat z mnóstwem odcieni. Posłuchajcie tylko:

Piłka leży tuż przy nodze Zlatka. Wszyscy gapią się na niego. Ella i Aya zatrzymują swoje rowery. Hassan i Hasse przerywają grę. Śruba przestaje kląć i szukać w koszu puszek. Fatima wychyla się z balkonu. Tatuażysta wychodzi ze swojego studia. Jego tatuaże lśnią w słońcu . Zapada cisza.
W kilku krótkich zdaniach Moni Nilsson potrafiła pokazać świat osiedla Raj: różnorodny i różnokulturowy. Zlatan nie ma tutaj prostego życia — nie lubi i nie potrafi grać w piłkę, a to prawdziwe przekleństwo dla chłopca, którego ojciec i bracia kochają futbol. Świadectwem tej miłości są chociażby imiona: Diego, Ronaldo i Zlatan. Na szczęście na osiedle wprowadza się Beza. Ona i Zlatko zaczynają stanowić nierozłączną parę.

Przygody w Raju. Anioły, ciastka i wypadające zęby

Te cieniutkie, bogato ilustrowane przez Elin Lindell książeczki opowiadają o codziennym życiu: o przyjaźni, rodzinie, akceptacji, wrażliwości, rodzeństwie. Czasami są to sprawy bardzo ważne, czasami błahe. Widać tutaj dziecięcą wyobraźnię i wiarę w magię — cudowna jest opowieść o kupowaniu ciastek. Codzienność siedmiolatka to odkrywanie swoich uczuć, uczenie się, że inni też czują, dowiadywanie się, jak należy postępować, ale także przekraczanie granic czy delikatne mijanie się z prawdą (nie mylić z oszukiwaniem). Piotruś i moja bratanica połknęli te książeczki od razu i natychmiast zapragnęli dalszych części. Szwedzka rzeczywistość Zlatka i Bezy okazała się bardzo bliska polskiej: u nas też można spotkać ludzi grzebiących w śmietniku, na osiedlach grasują chuligani, a miła pani Ela w osiedlowym sklepiku potrafi dołożyć lizaka do zamówienia, całkiem jak Ali. I chyba każde dziecko chciałoby zanurzyć dłonie w niebie.

Opowieści o przygodach Bezy i Zlatka na osiedlu Raj warto podsunąć dzieciom. To może być fajna lektura na dobry początek Nowego Roku. Wszystkiego Dobrego!

 

Moni Nilsson, Najlepsi przyjaciele, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Moni Nilsson, Anioły, ciastka i wypadające zęby, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Karamba i Hubert

W ekspresowym tempie przeczytaliśmy kilka (tych cieńszych) książek, które Mikołaj zostawił pod choinką. No bo ile można jeść i patrzeć się przez okno, jak pada deszcz? Co prawda Młodszemu (razem z Zuzią) udało się na Dziadkowym podwórku wybudować system jezior, a przy wjeździe  wykopać dużą dziurę, bo przecież górnicy zawsze kopią dziury, ale i tak sporo czytaliśmy. I teraz mam problem, bo Młodszy pała chęcią poznania dalszych przygód Dyrektora Karamby. Może jakieś wydawnictwo się zlituje i wyda inne książki Åsy Rosén po polsku?

Cyrk Karamba

Jak wyczytałam w Wikipedii i Goodreads, Åsa Rosén to przede wszystkim ilustratorka. „Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia” (Czarna owieczka, 2014) to jej debiut literacki — bardzo moim zdaniem udany. To kolejny szwedzki kryminał dla dzieci, bez dziecięcych bohaterów, który sprawił, że Piotr postanowił (chyba) zostać detektywem.

Akcja książki dzieje się w cyrku, którym kieruje uroczy dyrektor Karamba. Bardzo stara się wyglądać i mówić, jak cudzoziemiec, bo przecież tak wypada. Dyrektor Karamba uwielbia stare kryminały. Jego najlepszym przyjacielem jest gadająca i bardzo inteligenta myszka, Hubert. Cyrk Karamba jest słynny na cały świat właściwie z jednego powodu: pracuje w nim Cayenne, połykaczka ognia, której kunszt zadziwia wszystkich. Pewnego dnia ktoś kradnie wszystkie sprzęty Cayenne i to dopiero początek kłopotów. Dyrektor Karamba zaczyna prowadzić śledztwo.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén bardzo sprawnie tworzy historię i dawkuje napięcie. Dyrektor jest zabawny i gapiowaty. Ma jednak szczęście do przyjaciół, a Hubert to wyjątkowo mądra mysz. Cayenne jest cudowna: to typ punkówy z irokezem na głowie. Jest narwana, szybka i ma wspaniały motor z przyczepką. Zestawienie nowoczesnej, zbuntowanej dziewczyny i staroświeckiego dyrektora o nawoskowanych wąsach zagrało cudownie. Piotrek był pod wrażeniem i Cayenne ogromnie mu się spodobała.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

„Tajemnica połykaczki ognia” to sprawnie napisany kryminał dla dzieci. Intryga nie jest może zbyt skomplikowana, ale jest tutaj i tajemnica, i kara, i humor. Czyta się szybko, a duże litery sprawiają, że książka nie odrzuca młodszych czytaczy. Åsa Rosén nie powiela schematów znanych z Lassego i Mai czy „Biura detekstywistycznego nr 2”. W jej książce dorośli grają główne role — to oni muszą szukać śladów i wyciągać wnioski. A czasami zastawiać pułapki — oczywiście w cyrku. Kto okradł Cayenne? Młodzi amatorzy kryminałów nie powinni być zawiedzeni.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén napisała trzy książki o przygodach Dyrektora Karamby — jak nikt ich nie wyda, wypada nauczyć się szwedzkiego.

Åsa Rosén (tekst i ilustracje), Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia, tł. Iwona Jędrejewska, Czarna Owieczka 2014

Zabawy z Mattisem

Piotruś bardzo poleca czytanie Mattisa. Bo jest fajny i już… I nie ma za dużo tekstu na stronie, i szybko się czyta, i po prostu jest fajny, rozumiecie? I nie należy zadawać głupich pytań  i zastanawiać się za dużo, czemu warto zajrzeć do Mattisa. Jak ktoś tego nie rozumie, to nie jest za mądry. Czytajcie więc „Mattisa i jego przygody w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie” Rose i Samueala Lagercrantzów (Wydawnictwo Zakamarki) — ktoś oprze się takiej rekomendacji?

Mattis_Okładka

Mattis trafił do naszego domu na fali zainteresowania Dunią. Matką bardziej kierowała ciekawość, jak dziecko zareaguje na szkołę pokazywaną z perspektywy chłopca, bo Dunia wywoływała pewien sprzeciw (ee, to raczej dla dziewczyn). Efekt przekroczył oczekiwania, bo Piotruś się w Mattisie zakochał — a po zakończeniu lektury napisał list do Mikołaja i poprosił o wszystkie przygody Duni, bo przecież tam pewnie będzie też coś o Mattisie.

Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie

Rose Lagercrantz napisała książkę, która naprawdę pokazuje świat z perspektywy dziecka, świat, w którym bardzo dużo się dzieje — choć nie zawsze dorośli wszystko rozumieją, a na pewno dziecko nie ma ochoty za dużo o nim opowiadać. Bo i po co? Przygody Mattisa jak mało która książka rozwiązywała język mojego syna. Nagle Piotrek zaczynał opowiadać o szkole, o kolegach, o tym, że czasami też kogoś nie lubi albo że coś jest bardzo trudne lub właśnie stało się łatwiejsze. Nie wiem, czy „Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie” będą działać tak samo na każdego, ale na pewno warto spróbować i nie burzyć się, gdy dziecko przerywa lekturę.

Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie

Opowieści o świecie Mattisa są krótkie. Na stronie nie ma za dużo tekstu, więc Piotrek nie uciekał przed literkami, które go przerażały (mamo, to nie dla mnie, tak tu dużo liter — zdarza mi się usłyszeć taki tekst). Książkę o Mattisie przeczytaliśmy błyskawicznie i mój syn świetnie odnajdywał się w sytuacjach opisanych przez Rose Lagercrantz. Bo przygody Mattisa są zwyczajne: kogoś nie lubi, czasem nie ma ochoty iść do szkoły, cieszy się, gdy znajduje przyjaciela, lubią panią. Niezwykłe rzeczy, które przydarzają się Mattisowi, są takie „zwykłe”: Beni Bandzior zrzuca mu bryłę lodu na głowę, pani źle się czuje w szkole, ktoś skręca nogę, Mattis może nocować u kolegi… Tak prosto i zwyczajnie, a jednocześnie tak niezwykle, bo w książce jest mowa nie tylko o tym, co się dzieje, ale także o tym, co się czuje — że można się bać, że życie w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie może być przerażające, że mały człowiek czasami jest samotny. Rose Lagercrantz potrafi pisać o emocjach i uczuciach. A na dodatek tak cudnie pisze o rodzicach 🙂

Piotruś uważa, że „Przygody Mattisa” to najlepsza książka, jaką chłopcom może przynieść Mikołaj. Sprawdzicie?

 

Rose i Samuel Lagercrantz, Mattis i jego przygody w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie, Zakamarki 2017

Świat według Duni

Jest już późno, ale Dunia nie może zasnąć. Niektórzy, żeby zasnąć, liczą owce, ale nie ona! Dunia liczy, ile razy była szczęśliwa.

Moje szczęśliwe życie

Dunię poznaliśmy całkiem niedawno. Historia przyjaźni Duni i Fridy to świetna opowieść dla początkującego czytacza: prosty, wyraźny tekst, który nie przeraża objętością, ładna kreska Evy Eriksson, wszystko zakomponowane tak, by zachęcić do lektury. Piotruś uznał, że to książka raczej dla dziewczyn — no cóż, jak się jest małym chłopcem czasami trudno docenić opowieść o dziewczęcej przyjaźni, nawet tak piękną i pogodną jak „Moje szczęśliwe życie”. Nie oznacza to jednak, że odłożyliśmy książkę na półkę — po prostu synka bardziej interesowali chłopcy, więc pewnie do naszego domu trafi opowieść o Mattisie (jak już trafi, to na pewno o niej opowiem).

Moje szczęśliwe życie

„Moje szczęśliwe życie” Rose Lagercrantz (Zakamarki) gorąco jednak wszystkim polecam — mimo pewnych oporów Piotrusia. Warto do niej zajrzeć, bo to jedna z lepszych książek o emocjach dla dzieci. Autorka nie próbuje moralizować, nie ma tutaj filozofii, po prostu pisze o uczuciach w sposób, w którym rozpozna się każde dziecko. I nie są to tylko „dobre” emocje — dzięki tej książce możemy oswoić strach przed rozstaniem, złość, smutek, a przede wszystkim porozmawiać, co to znaczy szczęście.

Moje szczęśliwe życie

To świetna lektura dla pierwszoklasistów i przedszkolaków przygotowujących się do szkolnego debiutu — Dunia zaczyna właśnie chodzić do szkoły. Rose Lagercrantz świetnie uchwyciła emocje, które towarzyszą dziecku: lęk, ekscytację, niepewność, radość. „Moje szczęśliwe życie” pomoże dziecku oswoić nową sytuację, a pierwszak rozpozna tutaj swoje lęki i będzie potrafił je nazwać. Ech, to byłaby świetna lektura dla pierwszej lub drugiej klasy — nie za długa, ciekawa, nawiązująca do codziennego życia. Można z dziećmi rozmawiać i rozmawiać: o szczęściu, o wstydzie, o wybijaniu zębów, o tym, co wolno i czego nie wolno, o smutku. To ważna książka, która chwilami jest po prostu bardzo zabawna i świetnie się czyta. 

Gdy myślę o Duni, przychodzi mi na myśl Ania z Zielonego Wzgórza i Polyanna. Nie przerażajcie się, styl tych książek jest całkiem inny, są pisane dla całkiem innego odbiorcy. „Moje szczęśliwe życie” to dobrze napisana książka dla współczesnego dziecka. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Dunia jest spokrewniona i z Anią, i z Polyanną (choć jest dużo mniej irytująca). Tak jak one, kolekcjonuje dobre momenty, chwile szczęścia, choć przecież jej życie (tak samo jak tamtych bohaterek) wcale nie jest proste: wychowuje ją tata, mama zmarła, gdy była malutka, jej przyjaciółka wyjeżdża. Na swój dziecinny sposób dziewczynka stara się brać z życia to, co dobre, kolorowe, ciepłe. Warto się tego od niej nauczyć. Koniecznie popatrzcie także uważnie na rysunki Evy Eriksson — mina taty kupującego chomika jest po prostu bezcenna.

Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Zakamarki.

Rose Lagercrantz, Moje szczęśliwe życie, tł. Marta Dybula, il. Eva Eriksson, Zakamarki 2012

Operacja cyrk, czyli Horst dla dzieci po raz kolejny

Czytamy kryminały. Na dobrą intrygę kryminalną nigdy za wcześnie… Zaczęliśmy oczywiście od Lassego i Mai, ale przygody dwójki z Valleby chwilowo nam się przejadły. Poszukując nowych tropów, trafiliśmy na Biuro Detektywistyczne nr 2, czyli serię Jørna Liera Horsta przeznaczoną dla młodszych czytelników, wydawaną w Polsce przez Media Rodzina. Gdyby ktoś miał ochotę na serię Horsta dla trochę starszych czytelników, to pisałam o niej tutaj.

Operacja cyrk

Czytamy wspólnie — Piotruś czyta te krótsze fragmenty, gdy tekstu trochę mniej, bo cała strona zadrukowana literkami wciąż jeszcze trochę go przeraża. W lekturze na pewno pomaga duża czcionka — jakoś łatwiej wtedy zapanować nad rozbrykanymi literami i nie przeskakiwać wierszy. „Operacja cyrk” to dobra książka dla dziecka, które już czyta, ale jeszcze nie jest pewne swoich umiejętności. Duże litery, barwne ilustracje, wciągająca fabuła — to wszystko sprawia, że może to być pierwsza samodzielnie przeczytana „prawdziwa” książka.

Operacja cyrk

Nie wiem, czy nazwa serii świadomie nawiązuje do Lassego i Mai, ale schemat fabularny jest bardzo podobny. Bohaterami jest dwójka przyjaciół, Tiril i Olivier, którym towarzyszy pies Otto. Ich przygody dzieją się w małym mieście — Elvestad. Na wyklejce książki możemy obejrzeć panoramę miasteczka. Dzieci lubią jednak czytać podobne książki (zresztą autorzy „dorosłych” kryminałów też stosują podobne rozwiązania fabularne), a Tiril i Olivier rozwiązują całkiem inne zagadki kryminalne niż Lasse i Maja. Odmienna jest także kreska Hansa Jørgena Sandnesa. Wszystkie ilustracje są pełne szczegółów i bardzo kolorowe — będą się podobać dzieciom, którym nie przypadły do gustu stonowane, szare obrazki Heleny Willis z książek o Lassem i Mai.

Operacja cyrk

W „Operacji cyrk” Tiril i Olivier muszą rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży, do której doszło, gdy przez miasteczko przechodziła parada cyrkowa. Tym razem złodziej włamał się do dziadka Franza i ukradł cenną figurkę niedźwiadka. Tropy są różne, ale dwójka przyjaciół, sprytnie łącząc fakty, potrafi odróżnić prawdę od kłamstwa. Horst bardzo inteligentnie prowadzi intrygę (też mi nowina!), tak że dziecko może samo próbować rozwiązać zagadkę. To świetna nauka logicznego myślenia — czytając, mamy do dyspozycji te same tropy, co Tiril i Olivier. A że dzieci jak zwykle są sprytniejsze i bardziej inteligentne niż dorośli — no cóż, tak bywa i w realnym życiu. Czego tutaj nie ma — są kolekcjonerze i bajki, fantastyczne popisy cyrkowe, zasadzki i dramatyczny pościg… Piotrek nie mógł zasnąć, dopóki nie dowiedzieliśmy się, czy złapią złodzieja. 

Na końcu czeka na czytelnika superniespodzianka. Hans Jørgen Sandnes poukrywał na ilustracjach przedmioty, które trzeba odnaleźć. Wiadomo, detektyw musi mieć dobre oko. Bonusem są także króciutkie, ale bardzo inspirujące i napisane dla dzieci biografie twórców książki. To na pewno nie jest nasze ostatnie spotkanie z Tiril i Olivierem — Piotruś sprawdził, że do przeczytania zostało mu aż osiem wcześniejszych części! Tiril i Olivier na pewno na dłużej zagoszczą na naszych półkach.

Jørn Lier Horst, Operacja cyrk, il. Hans Jorgen Sandnes, tł. K. Tunkiel, Media Rodzina 2017

8+2 i Anton z Ameryki

Kiedy jest nam bardzo źle, na dworze pada deszcz i wszystko wydaje się beznadziejne, lubimy wracać do przygód ośmiorga dzieci z książek Anne-Cath. Vestly. Czytamy o Tacie, Mamie, Babci, dzieciach, Rurku i ciężarówce i robi nam się jakoś lepiej i lżej. Jeśli więc nie znacie tej historii, to czym prędzej poszukajcie tych książek — okazja jest dobra, bo całkiem niedawno Dwie Siostry wydały kolejną część: „8+2 i Anton z Ameryki”.

8+2 i Anton z Ameryki

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, co to jest, krótkie streszczenie. Seria opowiada o pewnej rodzinie — nietypowej, bo bardzo licznej. Do rodziny zalicza się ośmioro dzieci, Tato, Mama, ciężarówka, którą Tato zarabia na życie, Babcia… To bardzo otwarta, ciepła rodzina, która otula swoim ciepłem wszystkich samotnych i nieszczęśliwych. W pierwszej części cała ferajna żyje w malutkim mieszkanku w Oslo (ciężarówka nocuje pod domem), a potem dziwnym zrządzeniem losu trafia do domku w lesie. Na blogu o ich przygodach możecie przeczytać tutaj i tutaj.

8+2 i Anton z Ameryki

W tomie „8+2 i Anton z Ameryki” dzieci już na dobre rozgościły się w domku w lesie. Kochają swój dom, swoje podwórko, drogę przez las… Pewnego dnia do ich domu — i to akurat wtedy, gdy rodzice wybrali się na bardzo ważną uroczystość, 25-lecie orkiestry kierowców ciężarówek — zawitał gość, dla którego chatka w lesie była jeszcze cenniejsza. Pamiętacie staruszków, od których Tato kupił domek? W tym tomie po raz kolejny wracamy do nich, bo gość z Ameryki to ich syn, który niechcący przewrócił całe święta rodziny do góry nogami.

8+2 i Anton z Ameryki

Skończyło się jak zwykle dobrze, ale Piotruś z wypiekami na twarzy słuchał o przygodach rodzeństwa, o Morciszku (tradycyjnie wybraliśmy tę formę imienia najmłodszego dziecka), który pokochał prosiaki i chciał nauczyć dom latać, o niespodziance, jaką zostawił rodzinie Anton. Z całej serii bije niesamowite ciepło i życzliwość do świata. Trudno wyobrazić sobie taką Norwegię, ale na pewno chciałby mieć za sąsiadów tę cudowną rodzinę, mimo iż dzieci — jak to dzieci — czasami sprawiają kłopoty. Lubimy także bardzo ilustracje Marianny Oklejak, która jak nikt potrafi oddać zwariowane życie ośmiorga dzieci, a jej obrazek z kierowcami ciężarówek bardzo kojarzy mi się z atletami z Tuwimowskiej „Lokomotywy”. Zajrzyjcie do tych książek konieczne — u nas cała seria świetnie się sprawdza jako wieczorna lektura przed snem, i to przez cały rok, a nie tylko w okolicach świąt. 

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry.

Anne-Cath Vestly, 8+2 i Anton z Ameryki, il. Marianna Oklejak, Dwie Siostry 2017