Rycerzem być, po rycersku żyć…

Nietrudno się zorientować, że moi chłopcy kochają rycerzy, miecze, bitwy i zbroje. Lubią zbrojownie i muzea, chętnie chodzą na warsztaty historyczne, z zapałem oglądają i czytają książki.

Rycerzem być

Tymek lubi książki historyczne. Piotruś marzy, by kiedyś móc zostać rycerzem (zwykłym albo Jedi), więc książka o tym, że można być rycerzem nawet dzisiaj i co to właściwie znaczy, wydała się dla niego stworzona.

Rycerzem być

„Rycerzem być” Zofii Staneckiej to mądra opowieść dla przedszkolaków i młodszych szkolniaków. Bohaterem książki jest Marcel, sympatyczny pierwszoklasista, który zadaje mnóstwo pytań i chce zostać rycerzem. Poznajemy także jego rodzinę: tatę Grzegorza, mamę Maję, która nosi w brzuchu siostrę Marcela, dziadka Mariana, babcię Zytę i przyjaciół: Gracjana, Polę i Julię.

Rycerzem być

Każdy rozdział to osobna historyjka z życia Marcela. Czasami spotykamy go w kinie, czasami na meczu. Razem z chłopcem idziemy na wesele i nocujemy u dziadków. Te scenki ze zwykłego życia stały się dla Zofii Staneckiej pretekstem, by pokazać, jakie obowiązki i zasady powinny obowiązywać współczesnego rycerza. 

Rycerzem być

Nie jest łatwo! Piotruś chwilami nie mógł uwierzyć… Zasady są niby proste, ale… Współczesny rycerz powinien dzielnie wstawać rano do szkoły (Piotruś wyprostował się dumnie: ja nigdy nie marudzę, że nie chcę wstać), regularnie ćwiczyć i się uczyć, ubierać się w zbroję odpowiednią do okazji i pamiętać o szczoteczce do zębów, gdy wybiera się do babci. To tylko niektóre rycerskie powinności. Po każdym rozdziale najważniejsze zasady są zebrane na zabawnym rysunku Marty Ruszkowskiej. Zofia Stanecka nie unika także trudnych pytań: czy rycerz może się bać? Czy chłopcom wypada płakać? Dlaczego czasami wolno się głośno zachowywać, a czasami nie wolno? 

Jeśli wasze dzieci lubią rycerzy (a nawet wtedy, gdy nie lubią), zajrzyjcie do tej książki. To naprawdę ciekawe i niezbyt moralizatorskie wprowadzenie do zasad dobrego wychowania. Chciałabym, żeby Piotruś je zapamiętał, bo dobre wychowanie upraszcza życie i sprawia, że innym jest z nami łatwiej, a nam z innymi.

Zofia Stanecka, Rycerzem być, il. Marta Ruszkowska, Literacki Egmont 2016

Reklamy

Co czytaliśmy ostatniego dnia starego roku? — zamiast podsumowań

Nie będzie u nas podsumowań 🙂 Rok był bogaty i obfity, książki przelewały się po naszych półkach i po półkach w miejskiej bibliotece. Były takie, które wzbudzały zachwyt, takie, które rozczarowały, i takie, które do tej pory leżą na półce i czekają na dobry moment, żeby — mam nadzieję — zachwycić. Są też takie, o których marzymy.

Tymek uznał, że przeczytał mnóstwo fajnych książek, i cieszy się już na następne (no, dostałem tyle książek, że do urodzin powinno wystarczyć). Stary rok pożegnał lekturą „Zwiadowców”. Przepraszam, recenzji na blogu nie będzie, chyba że syn zechce napisać. Najnowszy tom serii („Zwiadowcy. Wczesne lata. Bitwa na wrzosowiskach”) mnie znużył i zaczęłam ziewać przy pięćdziesiątej stronie. Tymek i Oleś, mój bratanek, uważają, że to genialna seria, a ja się nie znam i mam się nie wypowiadać, bo pewnie jestem za stara i nie rozumiem. Pewnie jestem 🙂 Przetestujcie „Zwiadowców” na swoich dzieciach, na pewno im nie zaszkodzi, a może zaczną czytać i zechcą sprawdzić, co jeszcze fascynującego można znaleźć w książkach.

Piotruś pożegnał stary rok razem z królem Gromorykiem i serią Czytam i główkuję Egmontu. Zagadki z tomu „Król Gromoryk i niezwykła zbroja”, książeczki autorstwa Wojciecha Widłaka, są dla Piotra dużo za proste, ale za bardzo polubiliśmy zabawnego króla i przemądrzałego kota Gadułę, żeby do nich nie zajrzeć.

Król Gromoryk

Tym razem rozpadła się na kawałki jedna z królewskich zbroi. Król Gromoryk pucuje je samodzielnie, ale przy składaniu bardzo pomagał uczynny Gaduła. Wyszło jak zwykle, czyli inaczej, ale też dobrze.

Król Gromoryk

Naszą przygodę z królem Gromorykiem zaczęliśmy od serii „Liczę sobie”. Piotruś z zachwytem słuchał i oglądał, jak król gotował jajko na miękko. Do tej pory jest to jedna z jego ukochanych historii i co jakiś czas próbuje czytać ją sam. Mamy nadzieję, że może kiedyś wyjdzie zbiorczy tom opowieści o zabawnym królu i jego gadającym kocie. 

Wydawca uznał, że zagadki w książce „Król Gromoryk i niezwykła zbroja” są przeznaczone dla dzieci czteroletnich i starszych, ale moim zdaniem trzylatek spokojnie sobie z nimi poradzi. Sam tekst jest trudniejszy i Piotrusiowi przydała się pomoc mamy, bo synek zdecydowanie preferuje książki z mniejszą ilością liter na stronie.

Na Gromoryku nie skończyliśmy zabawy i zabraliśmy się za „Fredka i koło fortuny” Zofii Staneckiej.

Fredek

To zabawna opowieść o Fryderyku Epsilonie Dwudziestym, następcy tronu planety Pedanteria (na Ziemi nazywanym po prostu Fredkiem), który przypadkowo spadł na wysypisko i trafił do domu Jagody, Marka i Wacka. Wspólnie mieli przeżyć masę przygód.

Fredek

Historia bardzo nam się spodobała i Piotruś już ma zamiar szukać następnych części. Zagadki były trochę trudniejsze, ale bez przesady, pięciolatek i sześciolatek poradzą sobie z nimi bez problemu.

Seria jest ciekawa i dopracowana, tak jak inne serie Egmontu dla dzieci (Czytam sobie, Liczę sobie). Cieszę się, że wydawnictwo namówiło do współpracy tak wielu pisarzy i ilustratorów. Dzięki temu książki są różnorodne i każdy może znaleźć coś dla siebie. Piotruś zachwycił się komiksem o Jonku, Jonce i Kleksie. Bez problemu można dobrać tematykę i warstwę graficzną do wrażliwości i gustu dziecka.

W „Czytam i główkuję” bardzo spodobał mi się pomysł wychodzenia poza książkę. Niektóre zadania sprawiają, że dziecko musi rozejrzeć się po domu i zastanowić (mamo, ile ja mam butów? a ile to par?). A  na końcu na dzielnego czytelnika czeka krótka biografia jakiejś słynnej osoby (tak samo jak w „Liczę sobie”) i oczywiście dyplom. 

Król Gromoryk

Dla mnie to jedna z ciekawszych propozycji dla dzieci. Seria „Czytam i główkuję” obejmuje książki Wojciecha Widłaka, Zofii Staneckiej i Rafała Witka. 

A co będziemy czytać w Nowym Roku? Stosik książek do przeczytania „już” jest dość wysoki i mam nadzieję, że chociaż o kilku uda mi się na blogu napisać. Mam też nadzieję, że będziecie do nas zaglądać. 

Życzę sobie i Wam szczęśliwego, zaczytanego Nowego Roku i samych wspaniałych lektur! 

Wojciech Widłak, Król Gromoryk i niezwykła zbroja, il. Ewa Poklewska-Koziełło, Egmont 2016

Zofia Stanecka, Fredek i koło fortuny, il. Marta Szudyga, Egmont 2016

Polski folklor dla dużych i małych

„Cuda Wianki. Polski folklor dla dużych i małych” Marianny Oklejak przydźwigałam z biblioteki. Mamy taką wspaniałą bibliotekę, w której Panie Bibliotekarki dbają, by na półkach szybko pojawiały się nowości i nagradzane książki. „Cuda Wianki” po prostu leżały na półce i kusiły, żeby je obejrzeć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądałam je już kilka razy, za pierwszym razem w pośpiechu, potem spokojniej, zachwycając się kolorem, kompozycją, doborem motywów. To piękna, bardzo przemyślana książka, po którą dziecko raczej samo nie sięgnie…

Żeby wszystko było jasne: zakochałam się w tej książce. Jest cudowna. Nie mogę się od niej oderwać, ale chłopców muszę do niej zaganiać i zachęcać. Za każdym razem, gdy ją przeglądam, myślę sobie, jak ważny w tym przypadku jest rodzic, który podsunie ją dziecku, zachęci do zajrzenia do środka. Nasze dzieci lepiej znają zwyczaje afrykańskie czy indiańskie niż dawne polskie. A teraz można powiedzieć: popatrz, to Polska właśnie. Taka kolorowa, różnorodna, rozśpiewana, zakręcona i fajna. Taka była – a może ciągle jest? Mam wrażenie, że ta książka – chyba nawet w większym stopniu niż inne książki autorskie – wymaga aktywnej współpracy dorosłego z dzieckiem, rozmowy, wspólnego oglądania, badania, pytania, zachwycania się. Ciągam swoich synów po muzeach i skansenach, ale u Marianny Oklejak folklor po prostu żyje i tętni energią, nie jest nudny, jest intrygujący i przyciągający jak magnez.

Chłopcy podeszli z rezerwą, popatrzyli, powiedzieli, że raczej ładne i że obejrzą. Koronki, stroiki i inne buciki ich nie zainteresowały (przecież chłopcy nie interesują się modą – taki archaiczny pogląd prezentują jeszcze moi synowie). Na początku zafascynowały ich przebierańcy. Z narastającym zdumieniem i zadziwieniem oglądali kolędników. I słychać było żal, że prawdziwych kolędników już nie ma, że czasami widać diabła i anioła, a oni by chcieli zobaczyć turonia i gwiazdę kolędniczą, i śmierć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądaliśmy tę książkę z Babcią – dała się namówić i opowiedziała, jak życie na podlaskiej wsi wyglądało tuż po wojnie, a chłopcy słuchali. Niektóre zwyczaje znają w wersji okrojonej: Dziadkowie ciągle urządzają im wojny na pisanki w wielkanocny poranek (sami muszą te pisanki pomalować), w Niedzielę Palmową budzę ich palemką, tak jak mnie budziła prababcia, którą ledwo pamiętam (ale palma bije, nie zabije pamiętam), ale większość brzmi dla nich jak piękna bajka z dawnych lat.

Potem śledziliśmy historię ukrytą na ilustracjach i wycinankach. Podpowiedziałam im tylko, że opowieści są dwie: jedna wesoła, a druga smutna, zamotane ze sobą i się przenikające. I zaczęło się poszukiwanie: mamo, to zagadka. Pewnie, że zagadka: pełna koloru, czarująca wzorami, różnorodnością, radością życia i poszukiwaniem piękna. Jak bardzo ludzie musieli być spragnieni piękna i koloru, jak bardzo musieli być wyczuleni na harmonię barw i kształtów, że udało im się tak pięknie wszystko dobrać, tak cudownie zgrać.

Teraz czekam, aż przyjdzie paczka z naszą własną książką. Niech wycinankowy konik poskacze po naszej półce. Tymek stwierdził, że kolory i wzory w tej książce są piękniejsze niż na ubraniach w skansenie. I właśnie tak ma być. Wielkie podziękowania należą się wydawnictwu Egmont za to, że wydało książkę, która przerabia folklor na baśń i pokazuje, jak pięknie można się nim cieszyć do dziś.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Marianna Oklejak, Cuda Wianki, Wydawnictwo Egmont, 2015

Lato z Muminkami

Tymek nie zakochał się w Muminkach. Nudziły go, szybko zaczynał ziewać, kręcić się, podskakiwać. Trochę było mi żal, ale cóż, gusta bywają różne.

Za to Piotruś… Najpierw wielokrotnie czytaliśmy książeczki z serii „Muminki” wydane przez Egmont. Trochę mało muminkowe, bo napisane przez innych autorów niż Tove Jansson.

Muminek detektyw

Muminki i niespodzianka

 

Okładki powyżej to dwie ulubione książki Piotrusia z tej serii. I muszę przyznać, że szczególnie „Muminki i niespodzianka” są pełne uroku. To książeczka o psikusach Małej Mi, która ma „naprawdę psotny dzień”. Piotrusiowi do tej pory podobają się jej kawały i chętnie słucha o żarcie, który spłatali jej pozostali mieszkańcy domu. W książce tej jest śliczny obrazek pokazujący marzenia Małej Mi.

Muminki i niespodzianka

Piotruś bardzo lubi go oglądać i zwykle długo zastanawia się, czy chciałby dostać takie prezenty i czy byłyby fajne. Najbardziej zastanawia go siekiera oraz natura Małej Mi – dlaczego dziewczyna może chcieć takie rzeczy. Fajnie, że są takie dziewczyny…

W książce „Muminek detektyw” mieszkańcy domu muszą zmierzyć się z kryminalną zagadką: ktoś kradnie jabłka Tatusia Muminka. Do dzieła zabiera się jego synek, który podchodzi do zadania bardzo poważnie i przeprowadza kompleksowe dochodzenie w poszukiwaniu złodzieja. Piotrusiowi historyjka podoba się bardzo i chyba sam miałby ochotę na śledztwo, ale nasze jabłka nie chcą znikać w tajemniczych okolicznościach.

Z tej serii czytaliśmy także „Wyprawę odkrywców”, „Muminki w cyrku”, „Śnieżny poranek Muminka” i „Muminka w lesie” (w tym przypadku można się trochę pobać, bo Muminek spotyka Bukę). Wszystkie książeczki są przyzwoicie napisane, ładnie zilustrowane i ciekawe – w sam raz dla przedszkolaka.

Przyznaję, że miałam dosyć wałkowania przygód, które można traktować jedynie jako dodatek i postanowiłam wrzucić Piotrusia na głęboką wodę. Zaczęliśmy czytać „W Dolinie Muminków” i – ku mojemu zdumieniu – mój syn nie mógł się od niej oderwać. Wszystko było superciekawe: zaczarowane obłoczki, Hatifnatowie i Paszczaki, Migotek, Topik i Topcia. Po lekturze pokazaliśmy mu film i okazało się, że wszystko pamięta: ale tak nie było, teraz powinni…. Niestety, tak mu się podobało, że nie chce słuchać o żadnych innych przygodach Muminków, więc chyba jestem na razie skazana na czytanie jednego tomu. A najzabawniejsze jest to, że Tymek postanowił go przeczytać. Bo, po pierwsze, „chyba jest to ciekawe, jak tak przypadkiem posłuchał”, a – po drugie – Piotrek może znać tylko te książki, które on zna. Hmm, nie ma jak starsze i młodsze rodzeństwo. I niech żyją Muminki.

Jak zaczęliśmy czytać…

Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że przez prawie rok nie zaglądałam do bloga. I nawet nie zauważyłam, że minęło tyle czasu. Czytelniczo trochę nam się pozmieniało. Piotr domaga się coraz poważniejszych lektur, a każda książka musi być przeczytana co najmniej dwa razy pod rząd. A Tymek zaczął czytać…

Oj, prosto nie było. Wydawało mi się, że dziecko, od małego wychowane wśród książek, a nawet — przyznaję bez bicia i z pewnym wstydem — na książkach, w sensie dosłownym, bo książki potrafią u nas zalegać wszędzie, będzie czytało szybko, samo i bez protestów. A tu niespodzianka. Początkowo Tymek w ogóle nie był zainteresowany czytaniem. Argumentował, że pewnie wtedy przestaniemy mu czytać, a on woli czytać z kimś niż sam, że samodzielne czytanie jest nudne, że mu się mylą literki, a w ogóle to on woli liczyć.

No więc ja przerażona, że może dziecko mi wyrośnie jakieś inne i nieczytające zaczęłam się rozglądać za czymś, co może pomóc i zachęcić. I znalazłam serię Egmontu „Czytam sobie”. Najpierw kupiliśmy „Sekret ponurego zamku” Wojciecha Widłaka. I okazało się, że pojedyncze zdania to jest to. Tymek zaczął je skrupulatnie odcyfrowywać, zacinając się na co dłuższych wyrazach. Dyplom na końcu i możliwość wyboru naklejki to także świetna motywacja.

Wojciech Widłak, Sekret ponurego zamku

Nie kupowaliśmy już więcej książek z poziomu pierwszego, bo mój synek uznał, że dla niego są za proste. Potem trafiły do nas jeszcze inne książki z serii Czytam sobie: „Tadek i spółka” Joanny Olech (rewelacyjna, to była pierwsza książka, którą Tymek czytał sam z siebie), „Skarb Arubaby” Małgorzaty Strzałkowskiej, „Pułapka na ktosia” Ewy Nowak i „Tytus – superpies” Joanny Olech. Przyznaję: u nas Joanna Olech rządzi…

Skarb Arubaby, Małgorzata Strzałkowska    Tadek i spółka, Joanna Olech

Tytus - superpies, Joanna Olech    Pułapka na ktosia, Ewa Nowak

Seria bardzo mi się podoba, choć moje preferencje były nieco inne niż mojego syna. Teksty są krótkie, dobrze napisane, zabawne, rewelacyjnie uzupełnione przez niebanalne ilustracje. Najlepiej, przynajmniej w naszym przypadku, sprawdziły się książki z poziomu 2. Nie były za trudne, zachęciły do czytania, pokazały, że można szybko przeczytać CAŁĄ książkę. Skłaniały do lektury lepiej niż „Opowieści krasnoludka Bajkodłubka” Małgorzaty Strzałkowskiej, które mój starszy uznał za nieco nudnawe. A książki z poziomu 3 – no cóż, Tymek po prostu zaczął czytać. A skoro zaczął czytać, to uznał, że lektury też może sobie dobierać. Tak więc zaczęliśmy i skończyliśmy na „Pułapce na ktosia”, a potem mój syn przeczytał komiks o Gwiezdnych Wojnach 🙂

Olivia

Olivia to mała świnka wymyślona i narysowana przez Iana Falconera, a wydana w Polsce przez Egmont.

 

Bardzo ładnie narysowana: czarno-białe rysunki ubarwione plamami czerwieni. Bardzo mi się spodobały. Tymek studiował je długo, bo rzeczywiście można je oglądać i oglądać. Choćby to, jak Olivia się ubiera:

 

Długo zastanawialiśmy się, co Olivia na siebie włoży, czemu ubiera się właśnie tak i dlaczego pewne rzeczy do siebie nie pasują. A mi przypomniało się, jak kiedyś tuż przed wyjściem do przedszkola, zastaliśmy Tymka rozebranego do pasa przed komodą, bo postanowił się przebrać.

Zabawne rysunki i króciutkie teksty doskonale się uzupełniają. Świnka jest ciekawska, pewna siebie, rozmarzona. W książeczce „Olivia” dopiero ją poznajemy: ma brata, który we wszystkim ją naśladuje, lubi śpiewać i tańczyć, lubi budować zamki z piasku i świetnie jej to wychodzi. Ta świnka nie ma kompleksów. Nie chce spać, gdy nadchodzi pora drzemki, bo przecież wcale nie  jest zmęczona. A najbardziej rozbawił mnie fragment o czytaniu na dobranoc, gdy Olivia przyszła do mamy ze stosem książek i zaczęły pertraktować. Jak bardzo przypominała wtedy mojego synka: mamo, jeszcze te trzy książki. No to chociaż te dwie… A może pięć?

Mam nadzieję, że to nie ostatnie nasze spotkanie z sympatyczną świnką.

Więcej informacji o Olivii można znaleźć tutaj i tutaj.