Lubicie słodycze?

Wyobrażacie sobie świat bez cukierków? Świat, w którym nagle wszystkie słodycze zostały zakazane, bo wielbiciel warzyw wprowadził prohibicję (wiem, trudne słowo) i zakazuje spożycia ciasteczek, batonów, żelków, gum, landrynek, czekolad i wszystkiego, co pociągająco słodkie i kaloryczne? Być może niektórzy dorośli nawet by nie zauważyli zmiany (hmm?). Dla dzieci byłaby to katastrofa. Efekty takiej zmiany mogłyby jednak zaskoczyć największych entuzjastów jarskiej diety, bo prohibicja chyba nigdy w historii nie doprowadziła do rozwiązania problemu. Witajcie w świecie Nelle Faulkner, nastoletniej detektyw i bohaterki „Słodyczy” Laviego Tidhara (Zysk, 2019).

 Lavie Tidhar, Słodycze

Nelle jest detektywem. Ma prawdziwe biuro w szopie w ogrodzie, uporządkowane archiwum i przestrzega procedur. Przyjmuje każdą sprawę, a jej motto to „Rób, co należy, bez względu na koszta”. Nelle żyje zgodnie z tym, co głosi jej motto: jest bezkompromisowa, prawa, dążąca za wszelką cenę do prawdy i ogromnie wyczulona na niesprawiedliwość społeczną.

Z historii wiadomo, że tam, gdzie wprowadzano prohibicję, pojawiali się przemytnicy. Każdy zakaz ma w sobie coś, co zachęca do jego łamania, a zabronione produkty nagle stają się bardzo cenne i pożądane, więc można na nich sporo zarobić. Tak samo stało się w miasteczku Nelle — powstały rywalizujące ze sobą grupy walczące o strefy wpływów. Niektórzy dorośli, jak się zresztą okazało w trakcie lektury, też mieli ochotę uszczknąć coś dla siebie i wykorzystać łatwą okazję do zbicia majątku. Nelle, która przyjęła zlecenie od jednego z przywódców gangów, znalazła się w samym centrum wydarzeń.

Lavie Tidhar, Słodycze

Akcja pędzi, Nelle uparcie i wbrew niebezpieczeństwom dąży do rozwiązania zagadki, która okazuje się bardzo skomplikowana. Dziewczynka odkrywa mroczne powiązania i sekrety dorosłych, który dla zysku nie zawahają się przed niczym. Młoda detektyw będzie musiała się naprawdę postarać, aby wyjść z tej przygody cało.

Lavie Tidhar, Słodycze

„Słodycze” Laviego Tidhara to nie tylko kryminał. Podczas lektury miałam wrażenie, że autor stara się wykorzystać schemat powieści detektywistycznej, by opowiedzieć dzieciom coś ważnego o świecie. Jak przystało na kryminał noir, bardzo czarnym świecie. Mamy tutaj i prohibicję, i przemyt, i machlojki dorosłych, i przekupionych polityków, i łamanie prawa, i skorumpowanych policjantów, i bezradność wymiaru sprawiedliwości… Naprawdę jest tego dużo. Momentami za dużo. W czasie lektury pojawia się mnóstwo wątków,  czasami ledwo zarysowanych, takie pęknięcia na twarzy świata. I jest ich coraz więcej, i więcej. To, co widzimy, okazuje się jedynie przykrywką, fasadą, makietą. Rzeczywistość Nelle nie jest prosta, a uporanie się z nią wymaga więcej wiedzy niż ma dziecko. Pod podszewką kryje się dość przerażający świat przestępczych powiązań, obłudy i obojętności. Przy lekturze nastawcie się więc na pytania, jak skonstruowany jest świat.

Lavie Tidhar, Słodycze

„Słodycze” nie oferują prostego happy endu. Rozwiązanie zagadki nie przynosi katharsis, bo „źli” bohaterowie nie ponoszą tak naprawdę klęski. Wygląda na to, że odnajdują się w książkowym/naszym świecie lepiej niż bezkompromisowe osoby dążące do sprawiedliwości. Jedna z postaci mówi na końcu, że właśnie tak jest w życiu, że czasami złym udaje się ujść wolno. Ale nawet jeśli się udaje, to nie musimy się z tym godzić i uznawać, że tak powinno być. Być może w buncie Nelle przeciwko prawom rządzącym światu kryje się nadzieja, że prawa te stopniowo będą się zmieniać. Trochę szkoda, że temu buntowi nie kibicują dorośli. Smutna jest ich bezradność i zgoda na to, co się dzieje, niechęć do zadawania pytań i bierne akceptowanie zmian. Czasami wynika to z troski, czasami z obojętności — dość niechętnie przeglądałam się w tym lustrze. W „Słodyczach” dzieci mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu i szukać rozwiązań. Dorośli używają omówień, kręcą lub milczą. Mimo słodkiej tematyki to momentami bardzo gorzka książka.

Lavie Tidhar, Słodycze

Ilustracje Marka Beecha wyraźnie nawiązują do twórczości Tony’ego Rossa i Quentina Blake’a. Jest ich w książce całkiem sporo. Mojemu synowi szczególnie spodobała się mapa i krótka charakterystyka postaci na końcu. Dzięki niej można szybko (nawet przed lekturą) sprawdzić, z kim się będzie miało do czynienia podczas czytania.

Lavie Tidhar, Słodycze, il. Mark Beech, tł. A. Sylwanowicz, Zysk 2019

Zagadki detektywistyczne

Dopadło nas przeziębienie. Na na przeziębienie dobre są zagadki detektywistyczne i książki o piratach. O piratach będzie później, bo na pierwszy ogień poszły „Zagadki detektywistyczne” (Wydawnictwo Debit), znalezione na wystawie nowości w bibliotece. Dobrze się je rozwiązuje przy herbacie z cytryną i imbirem.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Zgodnie z tekstem na okładce, w książce znajdziemy 25 tajemniczych historyjek. Każda z ich stanowi zagadkę. Można bawić się samodzielnie, rodzinnie lub nawet zespołowo — w książce znajdziecie także propozycję zasad i punktacji przy tego typu zabawie. Będziecie jednak wtedy potrzebować większej liczby egzemplarzy.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Zabawne, trochę komiksowe historyki kryją w sobie jakąś tajemnicę. Zagadki są różne, od bardzo prostych po trudne. Do rozwiązania niektórych przyda się logiczne myślenie — trzeba się zastanowić, poskładać fakty w jedną całość, uważnie obejrzeć obrazki, znaleźć luki i poszlaki. Przy innych najbardziej pomocna będzie wyobraźnia, bo uczestnicy zabawy muszą wymyślić, co jest nie tak albo co jest nietypowego. W przypadku tych zagadek udało nam się znaleźć kilka rozwiązań, które nie zgadzały się z sugestiami autora, a nam wydawały się równie prawdopodobne. No cóż, widocznie mamy większą wyobraźnię niż on.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Odpowiedź jest ukryta na każdej stronie pod kolorową karteczką ze znakiem zapytania. Muszę przyznać, że bardzo ta odpowiedź kusi — chyba jednak wolałabym, aby znajdowała się gdzieś z tyłu. Piotrek zresztą zaglądał w to okienko machinalnie i z przyzwyczajenia, bo przecież okienka w książeczkach służą do tego, by za nie zaglądać.

Victor Escandell, Zagadki detektywistyczne

Bawiliśmy się nieźle, kilka zadań sprawiło nam trudność, przy niektórych przydała się kartka papieru i ołówek (bo jakoś łatwiej się myśli, rysując — szczególnie, gdy trzeba zgadnąć w jakiej kolejność biedny chłopina ma przewieźć przez rzekę psa, kurę i worek kukurydzy).

W przypadku starszych dzieci książka jest jednorazowa, bo raczej zapamiętają wszystkie rozwiązania. Można do niej wrócić także po jakimś czasie, żeby się sprawdzić. Piotrek zagląda do niej kilkakrotnie, bo lub oglądać obrazki i snuć historie. Snucie historii też dobrze wypływa na przeziębienie.

 

Victor Escandell, Ana Gallo, Zagadki detektywistyczne, tł. Karolina Jaszecka, Debit 2017

 

 

Karamba i Hubert

W ekspresowym tempie przeczytaliśmy kilka (tych cieńszych) książek, które Mikołaj zostawił pod choinką. No bo ile można jeść i patrzeć się przez okno, jak pada deszcz? Co prawda Młodszemu (razem z Zuzią) udało się na Dziadkowym podwórku wybudować system jezior, a przy wjeździe  wykopać dużą dziurę, bo przecież górnicy zawsze kopią dziury, ale i tak sporo czytaliśmy. I teraz mam problem, bo Młodszy pała chęcią poznania dalszych przygód Dyrektora Karamby. Może jakieś wydawnictwo się zlituje i wyda inne książki Åsy Rosén po polsku?

Cyrk Karamba

Jak wyczytałam w Wikipedii i Goodreads, Åsa Rosén to przede wszystkim ilustratorka. „Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia” (Czarna owieczka, 2014) to jej debiut literacki — bardzo moim zdaniem udany. To kolejny szwedzki kryminał dla dzieci, bez dziecięcych bohaterów, który sprawił, że Piotr postanowił (chyba) zostać detektywem.

Akcja książki dzieje się w cyrku, którym kieruje uroczy dyrektor Karamba. Bardzo stara się wyglądać i mówić, jak cudzoziemiec, bo przecież tak wypada. Dyrektor Karamba uwielbia stare kryminały. Jego najlepszym przyjacielem jest gadająca i bardzo inteligenta myszka, Hubert. Cyrk Karamba jest słynny na cały świat właściwie z jednego powodu: pracuje w nim Cayenne, połykaczka ognia, której kunszt zadziwia wszystkich. Pewnego dnia ktoś kradnie wszystkie sprzęty Cayenne i to dopiero początek kłopotów. Dyrektor Karamba zaczyna prowadzić śledztwo.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén bardzo sprawnie tworzy historię i dawkuje napięcie. Dyrektor jest zabawny i gapiowaty. Ma jednak szczęście do przyjaciół, a Hubert to wyjątkowo mądra mysz. Cayenne jest cudowna: to typ punkówy z irokezem na głowie. Jest narwana, szybka i ma wspaniały motor z przyczepką. Zestawienie nowoczesnej, zbuntowanej dziewczyny i staroświeckiego dyrektora o nawoskowanych wąsach zagrało cudownie. Piotrek był pod wrażeniem i Cayenne ogromnie mu się spodobała.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

„Tajemnica połykaczki ognia” to sprawnie napisany kryminał dla dzieci. Intryga nie jest może zbyt skomplikowana, ale jest tutaj i tajemnica, i kara, i humor. Czyta się szybko, a duże litery sprawiają, że książka nie odrzuca młodszych czytaczy. Åsa Rosén nie powiela schematów znanych z Lassego i Mai czy „Biura detekstywistycznego nr 2”. W jej książce dorośli grają główne role — to oni muszą szukać śladów i wyciągać wnioski. A czasami zastawiać pułapki — oczywiście w cyrku. Kto okradł Cayenne? Młodzi amatorzy kryminałów nie powinni być zawiedzeni.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén napisała trzy książki o przygodach Dyrektora Karamby — jak nikt ich nie wyda, wypada nauczyć się szwedzkiego.

Åsa Rosén (tekst i ilustracje), Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia, tł. Iwona Jędrejewska, Czarna Owieczka 2014

Operacja cyrk, czyli Horst dla dzieci po raz kolejny

Czytamy kryminały. Na dobrą intrygę kryminalną nigdy za wcześnie… Zaczęliśmy oczywiście od Lassego i Mai, ale przygody dwójki z Valleby chwilowo nam się przejadły. Poszukując nowych tropów, trafiliśmy na Biuro Detektywistyczne nr 2, czyli serię Jørna Liera Horsta przeznaczoną dla młodszych czytelników, wydawaną w Polsce przez Media Rodzina. Gdyby ktoś miał ochotę na serię Horsta dla trochę starszych czytelników, to pisałam o niej tutaj.

Operacja cyrk

Czytamy wspólnie — Piotruś czyta te krótsze fragmenty, gdy tekstu trochę mniej, bo cała strona zadrukowana literkami wciąż jeszcze trochę go przeraża. W lekturze na pewno pomaga duża czcionka — jakoś łatwiej wtedy zapanować nad rozbrykanymi literami i nie przeskakiwać wierszy. „Operacja cyrk” to dobra książka dla dziecka, które już czyta, ale jeszcze nie jest pewne swoich umiejętności. Duże litery, barwne ilustracje, wciągająca fabuła — to wszystko sprawia, że może to być pierwsza samodzielnie przeczytana „prawdziwa” książka.

Operacja cyrk

Nie wiem, czy nazwa serii świadomie nawiązuje do Lassego i Mai, ale schemat fabularny jest bardzo podobny. Bohaterami jest dwójka przyjaciół, Tiril i Olivier, którym towarzyszy pies Otto. Ich przygody dzieją się w małym mieście — Elvestad. Na wyklejce książki możemy obejrzeć panoramę miasteczka. Dzieci lubią jednak czytać podobne książki (zresztą autorzy „dorosłych” kryminałów też stosują podobne rozwiązania fabularne), a Tiril i Olivier rozwiązują całkiem inne zagadki kryminalne niż Lasse i Maja. Odmienna jest także kreska Hansa Jørgena Sandnesa. Wszystkie ilustracje są pełne szczegółów i bardzo kolorowe — będą się podobać dzieciom, którym nie przypadły do gustu stonowane, szare obrazki Heleny Willis z książek o Lassem i Mai.

Operacja cyrk

W „Operacji cyrk” Tiril i Olivier muszą rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży, do której doszło, gdy przez miasteczko przechodziła parada cyrkowa. Tym razem złodziej włamał się do dziadka Franza i ukradł cenną figurkę niedźwiadka. Tropy są różne, ale dwójka przyjaciół, sprytnie łącząc fakty, potrafi odróżnić prawdę od kłamstwa. Horst bardzo inteligentnie prowadzi intrygę (też mi nowina!), tak że dziecko może samo próbować rozwiązać zagadkę. To świetna nauka logicznego myślenia — czytając, mamy do dyspozycji te same tropy, co Tiril i Olivier. A że dzieci jak zwykle są sprytniejsze i bardziej inteligentne niż dorośli — no cóż, tak bywa i w realnym życiu. Czego tutaj nie ma — są kolekcjonerze i bajki, fantastyczne popisy cyrkowe, zasadzki i dramatyczny pościg… Piotrek nie mógł zasnąć, dopóki nie dowiedzieliśmy się, czy złapią złodzieja. 

Na końcu czeka na czytelnika superniespodzianka. Hans Jørgen Sandnes poukrywał na ilustracjach przedmioty, które trzeba odnaleźć. Wiadomo, detektyw musi mieć dobre oko. Bonusem są także króciutkie, ale bardzo inspirujące i napisane dla dzieci biografie twórców książki. To na pewno nie jest nasze ostatnie spotkanie z Tiril i Olivierem — Piotruś sprawdził, że do przeczytania zostało mu aż osiem wcześniejszych części! Tiril i Olivier na pewno na dłużej zagoszczą na naszych półkach.

Jørn Lier Horst, Operacja cyrk, il. Hans Jorgen Sandnes, tł. K. Tunkiel, Media Rodzina 2017

Joachim Lis. Detektyw dyplomowany

Po lekturze przygód Maurycego i Ogryzka Piotruś ma ochotę głównie na książki o detektywach i rabusiach. Lassego i Maję znamy całkiem nieźle, więc padło na historię Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego z Modrzejowa.

Joachim Lis

Książkę Ingemara Fjella (bardzo tajemniczy autor, trudno o nim cokolwiek znaleźć w sieci) wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie ilustracji”. Zilustrowała ją Teresa Wilbik, uczennica Jana Marcina Szancera. Bardzo lubię jej ilustracje, z dzieciństwa pamiętam „Jasia i Małgosię”, „Liść kapusty na pociechę” i Osiołka Gapę — choć dopiero teraz zorientowałam się, że wszystkie te książki ilustrowała właśnie Teresa Wilbik. Ilustracje do „Joachima Lisa. Detektywa dyplomowanego” są świetne: delikatne, czarno-białe. Dla mnie: angielskie i jak ze starego kryminału. Gdy je oglądam, przypominam sobie książki Agaty Christie i Conan Doyle’a — nic na to nie poradzę, po prostu tak mam 🙂

Joachim Lis

Joachim Lis mieszka w Modrzejowie, małym miasteczku zagubionym w lesie, tak małym, że nie ma go na żadnej mapie. Zamieszkują je wyłącznie zwierzęta. Joachim wykształcił się na szewca, tak jak jego ojciec i dziadek. Pewnego dnia uznał jednak, że życie szewca mu nie odpowiada i postanowił coś zmienić. Skończył z celującą oceną Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych, zmienił warsztat na biuro i oczekiwał na klientów. A traf chciał, że w tym samym czasie z domu kupca Bonifacego Borsuka zniknęło dziesięć słoików malinowych konfitur. Z czasem okazało się, że sprawcą tajemniczych kradzieży (bo na konfiturach się nie skończyło) jest Świszczący X (poczuliście ten dreszcz? — takiego imienia nie może nosić byle rabuś).

Joachim Lis

Historia Joachima wciągnęła Piotrusia bez granic. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej i kiedy w końcu Joachim złapie rabusia. Słuchał z wypiekami na twarzy i niepokojem w oczach. W kącie pokoju urządził swoje własne biuro detektywistyczne: są tam kredki, nożyczki, trochę krzywo przyciętych karteczek, herbatniki i butelka wody (na wszelki wypadek). No i oczywiście dwie lupy oraz latarka. Na kartce widnieje szyld: Biuro Piotra. Tam mój synek od kilku dni czeka na klientów gotowych zlecić mu rozwiązanie nietypowej sprawy kryminalnej. Na razie co prawda szukał tylko zagubionych korali mamy oraz próbował rozwikłać zagadkę znikających samochodzików, ale ciągle wierzy, że pojawi się jakaś PRAWDZIWA sprawa. Dobrze, że wzorem Joachima nie kazał sobie sprawić kraciastej peleryny i nie zażądał fajki.

Joachim Lis

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry

 

Ingemar Fjell, Joachim Lis, Wydawnictwo Dwie Siostry 2008

CLUE, czyli Cecilia, Leo, Une i pies Egon

Bardzo lubimy wymianki książkowe. Nie zawsze udaje nam się na nie dotrzeć, ale spotkania Półek do spółki przyciągają jak magnes. Chłopcy przebierają książki— czasami decyzja, co zanieść tym razem, bywa trudna, ale tak bardzo lubią się wymieniać, że coraz chętniej wyciągają z domowych półek te pozycje, z których już wyrośli lub które znają prawie na pamięć (choć bywają i takie propozycje: mamo, to ty oddaj jakąś swoją, a weźmiemy książkę dla mnie!). Na jednej z wymianek trafiły do nas dwie książki z serii „Clue”, wydanej przez Smak Słowa, i Tymek wsiąkł w nie na parę godzin. 

Zagadka hien cmentarnych

Zagadka dna morskiego

 

 

 

 

 

Tylko na parę godzin, bo książki są stosunkowo krótkie, każda z nich liczy ok. 160 stron. Tymek stwierdził wręcz, że to rozbudowane rozdziały jednej długiej książki i zastanawiał się, czy jest jakieś wydanie zbierające wszystkie przygody młodych bohaterów. Do nas trafiła akurat część trzecia i czwarta, ale można je czytać bez znajomości poprzednich tomów. Nawiązania były jasno wyjaśniane i bardzo szybko odkryliśmy, o co chodzi.

Jørn Lier Horst, autor poczytnych kryminałów dla dorosłych („Jaskiniowiec”, „Psy gończe”), dziecięcych czytelników traktuje z równym szacunkiem: akcja jest wartka i wciągająca, wydarzenia wydają się prawdopodobne. Nie ma tutaj za dużo przemocy, a wszystkie zagadki zdają się prowadzić do wyjaśnienia tej najważniejszej: w jaki sposób zginęła matka głównej bohaterki. Czy był to wypadek na spacerze, czy morderstwo?

Czworo bohaterów, bo psa Egona trzeba traktować na równi z innymi, czyli Cecilia, Leo i Une mieszkają nad Zatoką Okrętów. Cecilia jest córką właściciela pensjonatu Perła, jej mama utopiła się rok wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach. Leo mieszka tutaj od niedawna, jego mama pracuje jako kierowniczka pensjonatu. Une zna zatokę od urodzenia. Jako córka rybaka wie wszystko o tutejszych wodach i świetnie zna tutejszą historię, która bywa skomplikowana. 

Każdy tom nie tylko wyjaśnia jakąś zagadkę kryminalną, ale także przybliża jedną z teorii filozoficznych (w „Zagadce dna morskiego” jest to Arystoteles i zasada złotego środka, w „Zagadce hien cmentarnych” Søren Kierkegaard). Filozofia pojawia się na stronach książki jakby przypadkiem i nienachalnie. Rozmowy bohaterów, którzy zastanawiają się, co zrobić i jak postąpić wydają się całkiem naturalne — Tymek nie miał wrażenia, że właśnie się czegoś uczy. Nie wiem jednak, czy cokolwiek mu z tej wiedzy zostało, bo zdecydowanie bardziej był skupiony na tym, by dowiedzieć się, co właśnie się stało i „kto zawinił”. Zastanawiał się, co on by zrobił i czy nie bałby się prowadzić dochodzenia, tak jak nastoletni bohaterowie. 

Seria „Clue” to dobra lektura dla trochę starszych dzieci, które lubiły przygody Lassego i Mai. Po przeczytaniu książek Horsta Tymek postanowił przeczytać Agatę Christie i przygody Sherlocka Holmesa.

Jørn Lier Horst, Zagadka dna morskiego, Smak Słowa 

Jørn Lier Horst, Zagadka hien cmentarnych, Smak Słowa

Lasse, Maja i Perry

Lupa, komputer, lornetka, pędzelek, pistolet, notes, telefon, noktowizor, radar, aparat fotograficzny, kamera….. I wiele innych rzeczy. Według mojego syna to wszystko są rekwizyty detektywa. Aaa, zapomniałabym o najważniejszym – potrzebna jest czapka kominiarka i jeszcze chustka na twarz. Przecież detektywa nikt nie powinien zauważyć – musi być zamaskowany od stóp do głów 🙂 Być może po ostatniej lekturze mój synek zażąda prochowca.

Fascynacja kryminałem zaczęła się od Lassego i Mai, dwojga detektywów z powieści wydawanych przez Zakamarki. Razem z nimi rozwiązaliśmy już tajemnicę gazety, szkoły, mumii, złota i pociągu.

     

Lasse i Maja to dwoje dzieci mieszkających w Valleby. Oboje potrafią patrzeć i wyciągać wnioski, więc chętnie pomagają Komisarzowi, który – nie ma co kryć – za bardzo sobie nie radzi. A w miasteczku ciągle się coś dzieje: ktoś kradnie złoto z banku, znikają psy, a porywacz żąda okupu, a w muzeum egipska mumia kradnie obrazy. Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai ma pełne ręce roboty.
Tymek ma dużo radości z zabawy w detektywa. Przybiega do mnie i prosi o zadanie – i mama musi wymyślać sprawy do rozwiązania. Czasami podkładamy mu w domu rzeczy do odnalezienia – aby je odnaleźć, musi najpierw odszukać mapę i inne wskazówki. Czasami są to poukrywane w różnych miejscach karteczki ze strzałkami, czasami jakieś przedmioty leżące w nieoczekiwanych miejscach. Bawimy się także tylko w wyobraźni – wymyślamy napady na bank i na sklep, rozmawiamy, szukamy śladów – bardzo lubię słuchać historii wymyślonych przez moje dziecko – rośnie z niego fajny chłopak o bogatej wyobraźni. Ostatnio wymyślaliśmy, o czym mogą śnić przykryte śniegiem zabawki na placu zabaw i skojarzenia mojego syna wprawiły mnie w osłupienie, tak były nieoczywiste dla dorosłego.
Wydawnictwo Zakamarki poleca serię o Lassem i Mai dla dzieci samodzielnie czytających – dla ośmioletniego syna moich przyjaciół książka była jednak za prosta i po prostu się nią znudził. Tekst jest jednak wydrukowany dużą czcionką, co na pewno ułatwia samodzielne czytanie. Nie ma go także jakoś specjalnie dużo – zdarzało nam się przeczytać książkę za jednym zamachem, choć początkujący czytacz raczej tego nie dokona. Dla prawie pięciolatka książka jest idealna – niezbyt skomplikowana intryga, wyraziste postacie, sporo ilustracji. Ilustracje są zresztą kontrowersyjne – moim zdaniem są po prostu dość brzydkie. Tymkowi nie przeszkadzają – stara się nawet czasami sam coś rysować – może właśnie o to chodziło. Ilustracje w książkach nie onieśmielają dziecka, jest ono w stanie narysować podobne, schematyczne postacie. A umieszczenie na początku mapy Valleby to doskonały pomysł. Tymek uwielbia ją oglądać i wytycza trasę Mai i Lassego.

   

Niedawno wyobraźnią Tymka zawładnął inny detektyw: Perry Panther, bohater cyklu wydanego przez Naszą Księgarnię. Perry to kocur, który został prywatnym detektywem, gdy policja wiele razy odrzuciła jego podania o pracę:

Tak, tak, będę najsłynniejszym kocim detektywem wszech czasów. Takim Sherlockiem Holmesem przedmieścia.
Mój wzrok błądzi w ciemności. Tam, w ogródkach i na podwórkach, aż się przecież roi od niewykrytych przestępstw i nierozwiązanych spraw. Wszędzie czają się kanałowe szczury-kryminaliści i impertynenckie psy bojowe, podstępni dozorcy domów i perfidne pinczerki, podli złodzieje rowerów i nielegalni handlarze świnek morskich. I ja te ich nadużycia ukrócę. Za jedyne parę puszek kociego jedzenia pomogę moim zrozpaczonym klientom i zaprowadzę porządek.

No i Perry rozpoczyna działalność: w garażu swojego pana. Ubrany w prochowiec rozwiązuje swoją pierwszą sprawę: odnajduje uprowadzoną kotę Tilly.
Tymkowi pierwszy tom „Detektyw Perry Panther i mysia mafia” (Markus Grolik, Nasza Księgarnia 2007)

    

podobał się bardzo, więc na pewno będzie chciał poznać następne przygody sympatycznego kocura. A sama powieść ma trochę cech czarnego kryminału, oczywiście dostosowanego do dzieci (niedoceniony bohater wyznający szlachetne zasady, niesprzyjające okoliczności prowadzenia śledztwa: deszcz leje, brak pomocy). Chandler to to nie jest, ale świetna lektura dla małoletniego miłośnika detektywów i intryg.