Trudne książki – co to takiego?

Przyjaciele zadali mi pytanie, czy czytam z chłopcami trudne książki. Trudne, czyli jakie? I trudne dla kogo, dla dziecka czy dla rodzica? A na jakim poziomie ma być ta trudność? Zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią, zaczęłam mnożyć pytania. Czy baśnie braci Grimm są trudne? Pamiętam swój zachwyt z czasów wczesnej podstawówki, czytałam je nałogowo (nosiłam wydanie broszurowe w plecaku, serio) i jakoś nie wyrosłam na seryjnego mordercę, choć krew się w nich lała (to była ta wersja z obcinaniem palców w Kopciuszku). Teraz trudna jest dla mnie lektura książek dla dzieci napisanych tak, że mam je ochotę natychmiast wrzucić do pieca i nie umiem, bo nie potrafię zniszczyć książki. Czasami trudność wynika z języka, który jest bardziej hermetyczny, czasami jest związana z zawartością – i tutaj mam wrażenie, że często to sam rodzic wyolbrzymia tę trudność, bo albo chce dziecko chronić za wszelką cenę, albo boi się jego reakcji, albo przekłada swoje obawy na dziecko. Trudne książki to te bardziej wymagające, które nie wpuszczają za łatwo do swojego świata, bo wymagają uwagi i skupienia, a nie rekompensują tego wartką akcją. Są jeszcze książki, które budzą mnóstwo pytań i zmuszają do udzielania niełatwych odpowiedzi i chyba takie są dla mnie w tej chwili najtrudniejsze.

Na przykład te, w których mowa jest o śmierci dziecka. Dlatego trudna była lektura „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren i „Mostu do Terabithii” Katherine Paterson. I oczywiście moi chłopcy mnie zaskoczyli, chyba już powinnam się do tego przyzwyczaić.

„Braci Lwie Serce” czytali już obaj chłopcy – to znaczy dziesięciolatek przeczytał sam, a Piotrusiowi przeczytałam ja.

Bracia Lwie Serce

Podczas lektury przypomniałam sobie własne emocje z dzieciństwa. Było takie słuchowisko w radiu – razem z bratem płakaliśmy jak bobry. Po latach dopiero uświadomiłam sobie, na czym tak płakałam, bo tytuł kompletnie wyleciał mi z głowy. Tymek połknął „Braci” w jeden wieczór i uznał, że to bardzo ciekawa, choć trochę za krótka historia. Piotruś był nią zafascynowany, choć jednocześnie zadawał miliony pytań. Trudnych: o śmierć, o biedę, o choroby i o to, dlaczego chorują dzieci, o życie po życiu i o to, dokąd odchodzą ludzie po śmierci. Tymka bardziej fascynowała Nangijala i Tengil, dlaczego tak strasznie nękał ludzi z Doliny Dzikich Róż, dlaczego Jossi zdradził i czemu ludzie zdradzają. Bałam się, że przesadzam i że Piotruś jest za mały, ale mój młodszy syn od razu po skończeniu książki zażądał ponownej lektury, bo teraz już wszystko wie i może posłuchać jeszcze raz.

Warto czytać „Braci Lwie Serce”, żeby móc potem rozmawiać o odpowiedzialności i dojrzewaniu, nawet jeśli będą to trudne rozmowy. Śmierć i zło zawsze są i będą w świecie, nawet jeśli będziemy bardzo starali się je odrzucić i ochronić dzieci, a mam wrażenie, że fantastyczny świat Astrid Lindgren pozwala je w piękny sposób oswoić, jednocześnie pokazuje jedyny, choć trudny sposób, by ze złem walczyć: przez zaangażowanie i odpowiedzialność.

„Most do Terabithii” Katherine Paterson podsunęłam starszemu, bo jęczał, że nie ma co czytać. Jęczy tak średnio kilka razy w tygodniu.

Most do Terabithii

Przeczytał przez jedno popołudnie, a potem przyszedł i powiedział: wiesz, mamo, całkiem to było fajne. Trochę jak „Bracia Lwie Serce”, tylko dzieje się w tym świecie. Ale Piotrkowi jeszcze tego nie czytaj, nie zrozumie.

Znacie tę historię? W zapyziałej amerykańskiej mieścinie pojawia się dziewczynka – przybysz z innego świata. Leslie jest mądra, błyskotliwa, obyta w świecie, ma rozległe horyzonty, o które dbają jej rodzice – pisarze. Zderzenie ze światem ubogiej amerykańskiej prowincji jest brutalne, a byłoby jeszcze trudniejsze, gdyby nie Jess, chłopiec o talencie i wrażliwości artysty, którego rozumie jedynie pani od muzyki. Dzieci tworzą sobie magiczną krainę, do której uciekają przez światem: Terabithię. Tymek żałował bardzo, że tak wiele dzieje się tu i teraz, a tak mało jest Terabithii, i że ta książka jest tak bardzo smutna. Daje ona dużo siły: do życia dalej po tragedii i do świadomego kształtowania losu swojego i innych, ale koniecznie trzeba o niej porozmawiać. Moje dziecko miało poczucie, że Jess został skrzywdzony, że ktoś (kto?) zabrał mu najpiękniejszy dzień życia, darowując w zamian wyrzuty sumienia. „Most do Terabithii” to dobry pomost do bardziej dorosłych i poważnych książek.

Macie książki, które trudno Wam się czyta z dziećmi? Dlaczego są trudne? A może nie ma takich książek i trudność kryje się w nas?

Astrid Lindgren, Bracia Lwie Serce, Nasza Księgarnia 2004

Katherine Paterson, Most do Terabithii, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom