Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Reklamy

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Pewnie powinnam pisać o Świętach, Mikołaju i reniferach, o książkach, które wprowadzają w atmosferę Bożego Narodzenia… Tylko że trochę mi się nie chce, bo wszyscy o tym piszą i pokazują śliczne stosiki 🙂 No i może także dlatego, że mało czytamy w tym roku o świętach, Mikołaju i reniferach, raczej o przygodach, labiryntach, autach, tajemnicach i jamnikach. Kilka książek na raz, tak jakoś wyszło. Więc zamiast o Mikołaju, posłuchajcie o zwykłym chłopcu, Bartku Kłopotku.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Książka Kasi Nawratek zdobyła w tym roku Koziołka, nagrodę przyznawaną przez Bibliotekę w Oświęcimiu. Sięgałam więc po tę pozycję z dość dużymi oczekiwaniami, ale i z niepokojem. Wygrała z „Teatrem niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego, którą uważam za książkę bardzo dobrą, więc poprzeczka wisiała wysoko.

„Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek” to całkiem zwyczajna historia Bartka mieszkającego w zwykłym bloku. Układ rodzinny chłopca jest inny, ale chyba coraz bardziej powszechny: jest mama i jej partner Piotrek, jest tato i jego nowa partnerka, Aneta. No i jest Kresek — jamnik będący największym przyjacielem i powiernikiem. Gdzieś w tle przewija się szkoła, koledzy i koleżanki, sąsiedzi, bezdomni, ogródki działkowe i sklepy. W całym tym uniwersum najbardziej niezwykły jest Bartek. Jego ogromna, wręcz rozbuchana wyobraźnia to jednocześnie ratunek i przekleństwo. Chłopiec ucieka przed problemami w nierealny świat, a to, co wymyślone, jest dla niego równie rzeczywiste i prawdziwe. Granica się zaciera, a Bartkowe hasło „wiem to na pewno”, którym kończy prawie każdą wypowiedź, sprawia, że trudno mu uwierzyć, nawet wtedy, gdy wszystko, co mówi, jest prawdą. Zresztą Bartek raczej nie kłamie, on po prostu wymyśla historie i natychmiast zaczyna w nie wierzyć.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Trudno mu się dziwić. Bartka poznajemy w momencie przełomowym, kiedy okazuje się, że będzie miał siostrę. Niestety, tato i  jego partnerka nie potrafią dobrze poradzić sobie z tą sytuacją (szerze mówiąc, radzą sobie koszmarnie, za dużo znam „z życia” podobnych historii, by zarzucać Kasi Nawratek przesadę, choć trochę raził mnie czarno-biały schemat). Odmienność chłopca przeszkadza mu w szkole, zawadza w domu. Czas dorosnąć, tylko że Bartek dorastać nie chce, bo nie potrafi i chyba nie chce dostosować się do reguł dorosłego świata. Bartek widzi dużo, więc świetnie dostrzega także jego absurdy. Problemy tłumaczy sobie po swojemu (cudnie namalowane Kopalnia i Administracja), ale je widzi — często więcej niż niejeden dorosły.

Trudno mi się pisze o tej książce. Kasia Nawratek namalowała fragment dziecięcego życia, bardzo pokomplikowany przez dorosłych. Bartek to dziecko, które musi poradzić sobie z rozwodem rodziców, przemocą w szkole, niesprawiedliwością dorosłych, czyjąś bezdomnością, strachem przed katastrofą budowlaną, pierwszym zauroczeniem. Zmaga się z kłopotami, które mogłyby przywalić niejednego dorosłego. To bardzo poruszająca lektura, o której trudno przestać myśleć. Mój Starszy pochłonął ją błyskawicznie i powiedział, że warto, choć to trochę smutne, czasami dziwne, ale i wzruszające. „Dziwny był ten Bartek mamo, ale mi go szkoda, nie miał lekko”. Ja mam skojarzenia i z „Teatrem niewidzialnych dzieci„, i z „Tonją z Glimmerdalen„.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Kasia Nawratek nie oferuje czytelnikowi łatwych rozwiązań. Bartek nie jest prostym bohaterem: jest inny, dziwny, zakręcony. Trudno się z nim dogadać i przeniknąć do jego świata. Problemy, z którym się boryka, nie znikają. Pewne rzeczy udaje się wyjaśnić, życie toczy się dalej, tak po prostu — i trzeba się w nim odnaleźć. Bo właśnie takie jest życie, czasami fajne, czasami trudne, czasami niezrozumiałe. Różne. Pewne problemy znikają dopiero wtedy, gdy uporają się z nimi dorośli — dlatego warto, by także dorośli sięgnęli po tę książkę. Naprawdę warto.

 

Kasia Nawratek, Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek, il. Ola Szmida, Ezop 2016

Koniec świata nr 13

Ech… Wcale nam się nie podoba, że skończyły się wakacje. Chłopcy chodzą marudni, bo szkoła jakoś nie bawi, mimo że spotkania z kolegami cieszą. Matka też chodzi marudna, bo próby przyzwyczajenia synów do codzienności kończą się najczęściej poranną burzą z piorunami. A na dodatek leje, leje, leje. Gdzie jest złota polska jesień? Gdzie się podziało lato?

Na zakończenie wakacji czytamy więc książkę o wakacjach — i trochę o wszystkim. To raczej książka dla Tymka, który połknął ją jednym tchem, a potem powiedział: wiesz, właściwie nie bardzo wiem, o czym to jest, ale bardzo fajne!

Koniec świata nr 13

„Koniec świata nr 13” to dość przewrotna lektura. Wiele rzeczy stoi tutaj na głowie, a cała historia została spisana tak sprawnie, że czytałam ją z ogromną przyjemnością, mimo iż mam naprawdę trochę (no całkiem sporo) więcej lat niż uczeń podstawówki. Ubawiłam się przednie, choć wcale nie jest to lektura lekka i jedynie zabawowa. To wielka sztuka sprzedać mądre i głębokie treści w tak lekkiej formie. Może ad rem, bo widocznie ulewa działa też na bloga…

Sabina Muzyk, lat 12, właścicielka szczurka Jurka, mieszka w starym domu przy ul. Koniec Świata 13. W oczach dwunastolatki trudno o bardziej pechowy adres. Wszystko w tym domu jest inne niż wszędzie: rodzice artyści, stara lokatorka — właścicielka psa o imieniu Saba, rozsypujący się, zabytkowy budynek. A Sabina marzy po prostu o tym, aby było normalnie — czyli tak jak u innych, którzy dostają nagrody za dobre stopnie i których rodzice nie mają kolorowych włosów, postrzępionych dżinsów i rąk umazanych gliną. Czasami Sabina czuje się najstarsza w całym domu.

Nie, nie — nie jest to książka o depresji niezrozumiałego przez nikogo dziecka wkraczającego w wiek dojrzewania 🙂 Sabina jest energiczna, zaradna i pełna energii, a wakacje bez rodziców, którym niespodziewanie udaje się wyjechać na plener do Francji, okazały się dla dziewczynki bardzo ważne. Przez całą książkę możemy obserwować, jak Sabina poznaje siebie i bliskich, odkrywając, że to, co bliskie i znane wcale nie musi być gorsze od tego, co daleko. Dużo się w tej powieści dzieje, a sceny ze strażnikiem miejskim czy paniami z opieki społecznej pewnie były dla mnie bardziej zabawne niż dla Tymka. Gdzieś po drodze i jakby mimochodem dziewczynka zaczyna akceptować samą siebie i odkrywać, że na wiele rzeczy można spoglądać z różnych stron. Świat nie jest tylko czarny i biały, zaczyna nabierać kolorów, a nielubiane przezwisko zmienia się w znak rozpoznawczy.

To jest mój dom — pomyślała Sabina i dziwne wzruszenie ścisnęło ją za gardło. Mój stary dom, który będzie wyglądał jak nowy, ale jak zawsze nic się w nim nie zmieni. Ciotka Plotka pojedzie na wakacje i wróci, aby malować pierroty, i dalej będzie nosić włosy w kilku kolorach, Jerzy zajmie swój dawny pokoik, portmonetka Babci Funi zawsze będzie świecić pustką, a Babcia Saper będzie robić miny.

Co porabiasz? — zapytał Wuj Psuj, który jako jedyny lekceważył kartkę na drzwiach Sabiny.

— Dorastam — odparła zgodnie z prawdą Sabina Muzyk, lat dwanaście.

— Ja też — powiedział Wuj Psuj i posadził sobie na ramieniu Szczurka Jurka.

To jedna z piękniejszych i mądrzejszych książek o dorastaniu, jakie czytałam. Lepiej dorastać, gdy się ma dwanaście lat.  To także powieść o akceptacji, przyjaźni, odkrywaniu inności i wakacjach. I jak tu za nimi nie tęsknić? Miłej lektury!

 

„Koniec świata nr 13” została nominowana do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego.

 

Katarzyna Ryrych, Koniec świata nr 13, il. Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura 2016

Ala Baba i dwóch rozbójników

Znacie dzieci, które nie potrafią przestać zmyślać? Takie, które właściwie cały czas opowiadają niestworzone historie i czasem trudno rozróżnić, co jest prawdą, a co zmyśleniem? Najsłynniejszym takim dzieckiem pozostaje chyba Pippi Pończoszanka. Pamiętacie jej opowieści? Takie dziecko mieszka także w moim domu i przyznaję, że czasami niełatwo się z nim dogadać. A ostatnio pokochaliśmy Alę, obdarzoną bujną wyobraźnią bohaterkę książki Joanny Wachowiak.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Pięknie się ta książka zaczyna:

Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam — chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi. I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam. Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.

Ten wstęp zaintrygował i Piotrusia, i Tymka. Starszy połknął książkę przez dwa wieczory. Uznał, że jest fajna i wartą ją przeczytać Piotrusiowi: bo on też dużo zmyśla. Hmm, nie wiem, czy mój Młodszy czegoś się z tej lektury nauczył, ale na pewno słuchał jej z uwagą i fascynacją: bo to takie ciekawe! Trudno o lepszą rekomendację.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Ala, bohaterka i narratorka książki, to zwykła dziewczynka. Mieszka w bloku, chodzi do szkoły, ma rodzeństwo i niesamowitą wyobraźnię. Zaczyna opowiadać, by uwolnić się choć na chwilę od dwóch braci w wieku przedszkolnym, bliźniaków Filipa i Leona. A jej historie są tak wciągające i niesamowite, że mój Piotruś przez dłuższy czas wierzył, że Ala naprawdę zabierze chłopców na kosmiczną wyprawę. Pytania, czy oni jednak polecą, towarzyszyły lekturze całej książki, choć jednocześnie Piotruś zastanawiał się, czy chłopcy będą źli, gdy się zorientują, że Ala buja.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Opowieści Ali, choć fantastyczne, są jednak mocno związane z naszą rzeczywistością. Tak jakby dziewczynka podświadomie oswajała świat, w którym żyje. Nie jest to bowiem wyłącznie zabawna książka. Ala jest samotna, a jednocześnie oderwana od rzeczywistości. Pogrążona w marzeniach nie zauważa świata, który ją otacza, a zamiast rozmowy i przebywania z rówieśnikami woli snuć przypuszczenia i domyślać się, co czują, myślą i jacy są. Czasami tak jest łatwiej. Opowieści dziewczynki, choć wymyślane dla braci, sprawiają, że zmienia się sama Ala, która nagle zaczyna dostrzegać realny świat.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Joanna Wachowiak napisała bardzo ciekawą i mądrą książkę, która wciąga dziecko i nie nudzi rodzica. Można przy niej wspólnie pomilczeć, pośmiać się i dużo rozmawiać. Powieść Joanny Wachowiak doceniło także jury 24. Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego — na książkę można zagłosować w konkursie dla czytelników tutaj.

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa BIS.

Joanna Wachowiak, Ala Baba i dwóch rozbójników, il. Teresa Zalewska/Hoya, Wydawnictwo BIS 2016

 

Teatr niewidzialnych dzieci

Książki dla dzieci Marcina Szczygielskiego kupuję w ciemno, z wewnętrznym przekonaniem, że nie może to być kiepska lektura. „Teatr niewidzialnych dzieci” zdobył na dodatek główną nagrodę w konkursie literackim im. Astrid Lindgren — to doskonała rekomendacja. No i ta śliczna okładka Emilii Dziubak.

Teatr niewidzialnych dzieci

Śliczna, a jednocześnie intrygująca i niepokojąca. Tymek dał się złapać na jej lep od razu — natychmiast zajrzał do książki i nie przeraziło go nawet zastrzeżenie, które pojawia się na samym początku:

Tylko od razu zaznaczam, że nie będzie tu żadnych smoków, czarów, magii i innych tym podobnych spraw, więc się nie nastawiajcie, a jeśli lubicie bajki, to sobie darujcie czytanie całkiem, bo to nie jest żadna bajka.

Mój Starszy uznał, że taka okładka zapowiada horror lub soczysty kryminał. Dostał książkę, którą trudno zaszeregować. Książkę niełatwą, bo trzeba naprawdę dobrego pióra, żeby pięknie i mądrze, ale nie ckliwie, pokazać wychowanków domu dziecka, czasy PRL i czasy przełomu, gdy ludzie coraz głośniej zaczęli mówić „nie”. A całą historię napisać w taki sposób, żeby jedenastolatek czytał ją z wypiekami na twarzy i przedłożył nad wszystkie inne lektury ze stosiku, choć kusiły nieziemskimi przygodami i magią właśnie.

Akcja książki Marcina Szczygielskiego toczy się w 1981 r., a jej bohaterem jest dziesięcioletni Michał Szymczyk, wychowanek domu dziecka. To Michał jest narratorem i autorem opowieści, to jego oczami oglądamy PRL-owską szarzyznę i absurdy. Czytałam tę książkę z narastającym zdumieniem, jak dobrze udało się Marcinowi Szczygielskiemu nakreślić czasy mojego dzieciństwa, pokazać wszechobecne kolejki „po wszystko”, spryt ludzi, wartburgi perkoczące na ulicach, załatwianie spraw przy pomocy kilograma schabu, wybrakowane ubrania w sklepach, Pewex i paczki z zagranicy… Peerel w tej książce jest prawdziwy, szary, nudny i ponury. Michał przyjmuje świat, w którym żyje, takim, jakim jest: to uporządkowany, czasami absurdalny świat bidula, w którym trzeba znać swoje miejsce i umieć się odnaleźć, by przetrwać. Świat na zewnątrz rządzi się innymi prawami, coś tam się dzieje, ale kto miałby to wytłumaczyć chłopcu z domu dziecka, którego wychowawcy co chwila się zmieniają?

Marcin Szczygielski bardzo umiejętnie dawkuje napięcie. Pierwsza część książki jest bardziej statyczna i opisowa. Uporządkowane życie bidula wydaje się doskonale pasować do uporządkowanego życia ludzi, toczącego się zgodnie z rytmem: dom, praca, kolejka po coś, co rzucili, dom. Pojawiają się drobne sygnały, dobrze czytelne dla starszego czytelnika: czerwone napisy Solidarność na murach, pobór do ZOMO. Druga część książki, opowiadająca losy Michała po przybyciu do domu „Dębowy Las”, domu dla dzieci po przejściach, jest bardziej dynamiczna. Ten dom jest inny, bardziej przypomina zwykłe domy. Dzieci mają swoje pokoje, a kuchnia jest stale otwarta. Akcja nabiera tempa, gdy do domu trafia Agnieszka o wielu imionach, która postanawia wystawić sztukę. Premiera została wyznaczona na 13 grudnia.

Dlaczego teatr Niewidzialnych Dzieci?

Dlaczego? Jeszcze się pytasz? A kim my jesteśmy, jeśli nie niewidzialnymi dziećmi? My wszyscy, nie tylko stąd, ale z każdego domu dziecka? Och, ludzie się chętnie na nas gapią z bezpiecznej odległości, ale choć się gapią, to i tak nas nie wiedzą! Natomiast gdy podchodzą bliżej, odwracają oczy i już o nas zapominają. Jakby nas nie było! Nie powiesz mi, że nie zauważyłeś.. Tak jest, było i będzie, nie czarujmy się. A skoro tak, to zmusimy ich, żeby nas widzieli! Bo kiedy jesteś w teatrze, to chcesz czy nie chcesz, musisz patrzeć na scenę i na tych, którzy na niej stoją!

Nie chcę streszczać tej książki — zajrzyjcie do niej sami. Dorosła historia splata się tutaj z dziecięcymi losami, historia kraju i historia domu przenikają się i uzupełniają. Powstaje obraz świata, który powinniśmy pamiętać właśnie w szarych barwach, bez koloru i upiększeń, jakie wprowadza nostalgia. To ważna książka nie tylko o historii, ale o próbie zrozumienia i szukaniu miejsca, o potrzebie rozmowy i magii teatru. Jest w tej powieści miejsce na uśmiech i groteskę, na satyrę i przymrużenie oka. Tymek bardzo mnie zachęcał do lektury, choć jednocześnie powiedział, że to bardzo smutna książka, mimo iż kończy się „chyba dobrze”. Może więc zacytuję Joannę Olech: Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest furtka i ścieżka — ku lepszemu.

A na zakończenie obejrzyjcie zapowiedź książki, bardzo ciekawą i dużo bardziej nostalgiczną niż sama powieść.

 

Marcin Szczygielski, Teatr niewidzialnych dzieci, Instytut Wydawniczy Latarnik 2016

Ach, jak wesoło bywa w Zatoce Pękatej Matyldy

Co jakiś czas Piotruś domaga się „Ronji, córki zbójnika” i „Braci Lwie Serce”. Bywa, że ma ochotę słuchać tych historii na okrągło, ale ostatnio po zakończeniu czytania poprosił o coś wesołego. Sięgnęłam więc po „Gofrowe serce” Marii Parr i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.

Gofrowe serce

Od razu wolę uprzedzić, że książka nie ma walorów uspokajających i nasennych, tak lubianych wieczorami przez rodziców. Słuchacze chichoczą, chichrają się, a chwilami wręcz zanoszą od śmiechu, choć są i takie momenty, że zamierają pod kołdrą i z napięciem czekają na dalszy ciąg. Im bliżej końca, tym robi się poważniej. 

Theobald Rodrik (rodzice potem żałowali, że tak go nazwali) Danielsen Yttergard, zwany przez rodzinę Kręciołkiem, mieszka w niewielkiej wiosce nad brzegiem zatoki zwanej Pękatą Matyldą. Jego najbliższą sąsiadką i najlepszą przyjaciółką jest Lena Lid. Nad zatoką mieszka także dziadziuś, rodzeństwo i rodzice Kręciołka oraz mama Leny. Jest jeszcze ciocia-babcia, wujek Tor i Izaak, lekarz — gdy ma się temperament Leny Lid, znajomość z lekarzem bardzo się przydaje.

Bohaterowie Marii Parr są blisko spowinowaceni z mieszkańcami Bullerbyn, choć jeszcze bliżej im do Lotty z ulicy Awanturników i do chłopca z pewnej zagrody ze Smalandii. Pokrewieństwo z Emilem zauważył nawet Piotruś. Kiedy tatuś Kręciołeczka krzyczał: Ty i Lena nigdy nie robicie tego samego dwa razy. Za każdym razem wymyślacie jakieś nowe wariactwo!, mój synek roześmiał się i stwierdził, że dobrze, że tato Kręciołka nie ma stolarni. Starszy westchnął za to znacząco, gdy brat Kręciołka stwierdza, że jego młodszy brat jest po prostu nienormalny. Każdy czytelnik znajdzie tutaj odrobinę z własnych doświadczeń.

Lena Lid to silna dziewczynka, która z oddaniem poznaje świat i nie lubi kompromisów. Jest bezpośrednia, nie boi się pytać i zawsze dąży do celu. Lena to chodzący wulkan ulegający emocjom. Kręciołek z zapałem jej towarzyszy, choć jest bardziej wycofany i bardziej refleksyjny. Zdarza się jednak, że to one jest główną sprężyną wydarzeń (cudowna opowieść o domu starców dla koni). Lena i Kręciołek to najlepsi przyjaciele, choć niewiele o tym mówią. 

Historia zaczyna się mocno: od kolejki linowej na wysokości pierwszego piętra i materaca z łóżka rodziców, a potem jest jeszcze lepiej. Czego tutaj nie ma: gnojówka i jałówka, poszukiwanie taty i kolędy na deptaku w środku lata, rozbijanie statku i próba stworzenia arki Noego, skoki na sankach i wielkie oblężenie. Wszystkie przygody wydają się jak najbardziej prawdopodobne — wyobraźnia dziewięciolatków bywa bezgraniczna. Mnie samą przeraża trochę liczba urazów i wstrząśnień mózgu, którym ulegają bohaterowie, ale cóż… Odpowiedzi na pytania same się nie znajdą, a doświadczenia same nie przeprowadzą. Od razu przyznaję: nie jestem tak wyrozumiała dla wyskoków moich synów i pewne pomysły tępię w zarodku (na przykład próbę wystrzelenia Młodszego z ogromnej procy — a jakże, były takie próby). Wolę także, jeśli obijają się z trochę mniejszym natężeniem.

„Gofrowe serce” to coś więcej niż tylko zestawienie zabawnych historyjek z życia dziewięciolatków i ich rodziców. Marii Parr udało się nakreślić wspaniałą, radosną, pełną wiary w ludzi, choć trochę staroświecką (tak w najlepszym stylu) opowieść o życiu i przyjaźni. Z powieściami Astrid Lindgren łączy tę książkę nie tylko pewien schemat opowieści (niewielka społeczność, otwarte, obdarzone wyobraźnią, kreatywne dzieci i cierpliwie towarzyszący im dorośli), ale także wiara w dobroć, beztroska i dziecięca naiwność. W życiu Kręciołka i Leny zdarzają się trudne i bolesne chwile, dzieci muszą zmierzyć się ze zmianami, na które ale pomagają im dorośli (cudowny dziadziuś), a i ich przyjaźń się wzmacnia i cementuje. Smutek przeplata się tutaj z radością, a bohaterowie stają się bliscy i dorosłym, i dziecięcym czytelnikom. Momentami wzruszenie chwytało mnie za gardło, a oczy Piotrusia robiły się coraz większe i większe. 

Warto poświęcić trochę czasu, by przez rok (w takich ramach czasowych zamyka się powieść) potowarzyszyć Kręciołkowi i Lenie i poczuć się, jak ogarnia nas, nawet zimą, prawdziwe lato. A przed nami lektura Tonji – już nie mogę się doczekać 🙂

Maria Parr, Gofrowe serce, il. Heleen Brulot, Dwie Siostry 2016

Fajna ferajna – czyli dzieci w Powstaniu

Tymek od zawsze interesuje się historią. Pyta, jak było dawniej, co pamiętam, co pamięta babcia i dziadek, a co było jeszcze wcześniej. Już minął czas, gdy zdawało mu się, że babcia żyła w czasach dinozaurów, ale ciągle ciekawi go, jak było dawniej. I o ile historia dawna nie stwarza wielkiego problemu, o tyle historia najnowsza jest już trudniejsza. Historia najnowsza, czyli czasy II wojny światowej i cała historia powojenna. Ciągle zastanawiam się, jak o niej opowiadać, żeby nie przerazić, a jednocześnie nie sprawić, że wojna wyda się czymś fascynującym. To nie jest proste, ale rozmawiać trzeba.

Na szczęście jest teraz wiele książek, które takie rozmowy ułatwiają albo mogą pomóc je rozpocząć. Jedną z nich niedawno Tymek skończył czytać, a zaczął jeszcze w bibliotece. Potem nie mógł odłożyć, więc w czasie drogi powrotnej do domu musiałam na siłę odrywać syna od książki i tłumaczyć mu, że chodzenie i czytanie niekoniecznie idą w parze.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Fajna ferajna

„Fajna ferajna” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej, wydana przez wydawnictwo Bis, to prawdziwe historie dzieci, które uczestniczyły w Powstaniu Warszawskim i to powstanie przeżyły. Książka została napisana na podstawie relacji zachowanych w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Na jej kartach spotykamy odważne dzieci, które musiały sprawdzić się w trudnych czasach. Jest tam odwaga i strach, brawura i przerażenie, mieszanka przeróżnych emocji.

Fajna ferajna

Historie są napisane prostym językiem, ale dorosłego od razu chwytają za serce. Dzieci czytają je inaczej i zadają potem mnóstwo pytań: dlaczego dzieci musiały walczyć, dlaczego chodziły kanałami, czy to było dobre. Opisywane są rzeczy straszne, ale jednocześnie dające nadzieję: dzieci przetrwały, w historiach pojawiają się informacje o ich dorosłym życiu, o tym, co robiły dalej.

Świetnym uzupełnieniem książki są ilustracje Elżbiety Chojnej: utrzymane w czarno-biało-szarej tonacji, z czerwonymi akcentami. Robią ogromne wrażenie i świetnie podkreślają wagę tych opowieści, ale nie przytłaczają.

Fajna ferajna

To ważna książka, bo pokazuje ważne wzorce, że dziecko może być odpowiedzialne, rozsądne, mądre, a jednocześnie pozostawać dzieckiem. Oczywiście nie chciałabym, by moje dzieci musiały się kiedykolwiek sprawdzać w tak ekstremalnych sytuacjach, ale jednocześnie rodzic może uświadomić sobie, że można od dzieci więcej wymagać. I nie chodzi tutaj o lekcje czy dodatkowe zajęcia, ale o odpowiedzialność za decyzje i szacunek dla innych, świadomość, że z innymi trzeba się liczyć. Wojna nie wydaje się po takiej lekturze jedynie czasem „fajnej przygody”, kiedy można pobiegać i sobie postrzelać, ale czasem trudnym i przerażającym, kiedy trzeba działać w trudnych warunkach i podejmować decyzje, o których później chciałoby się zapomnieć. Czasem, w którym nagle znikają bliscy ludzie i trzeba sobie samemu radzić w świecie, a wszystko, co do tej pory było bliskie i znane, nagle staje się obce.

Wywiad z autorką, p. Moniką Kowaleczko-Szumowską, można przeczytać tutaj.