Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Reklamy

Polskie władczynie

O królach wiemy sporo. Jan Matejko utrwalił w naszych głowach poważne i chmurne wizerunki mężnych władców. W jego poczcie były chyba tylko cztery królowe. Pamiętamy o Jadwidze Andegaweńskiej, Dobrawie, o Marysieńce Sobieskiej. Czasami przy gotowaniu zupy może wspomnimy Bonę, gdy dziecko zapyta, co to włoszczyzna. A inne królowe? Przecież było ich wiele. Na szczęście przypomina nam je Anna Kaszuba-Dębska w „Poczcie królowych polskich”, wydanej przez Znak.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Piotrek po obejrzeniu tej książki zapytał, czy one naprawdę były takie piękne. Na ilustracjach Anny Kaszuby-Dębskiej są piękne, a przede wszystkim pełne życia. Są władcze, ale nie sztywne i królewskie. To nie są posągi. Uśmiechają się, pewnie zadowolone, że w końcu ktoś dopuścił je do głosu. Bo to nie jest opowieść o królowych — każda z nich sama jest narratorską swojej historii. To one opowiadają: o sobie i swoim królewskim losie.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Losy polskich władczyń zaczynamy poznawać od najstarszej znanej, choć legendarnej. Rzadko o niej myślimy jako o królowej, ale właśnie ona była pierwsza. Rzepicha, żona Piasta, matka Siemowita. Oddajmy jej głos.

Nie jestem żadną wykształconą kobietą. Można mnie uznać za prostą, może nawet za prostaczkę. Pisma nie znam, czytać nie umiem. Ale nigdy nie brzydziłam się pracą, w pocie czoła uprawiałam rolę. Zawsze twardo stąpałam po ziemi, nie chodziłam z głową w chmurach. Jestem uczciwa, umiem znajdować szczęście także w ubóstwie — tak mnie wychowali rodzice. (s. 8)

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Wypowiedzi są różne, tak jak różne są królowe. Niektóre bardziej poważne, inne bardziej swawolne, jedne mówią o swoim dzieciństwie, inne opowiadają o swoim życiu i planach. W książce znajdziecie 25 królowych, od Rzepichy po Marię Józefę, żonę Augusta III. Anna Kaszuba-Dębska potrafiła tchnąć życie w tych 25 portretów — dostaliśmy historie dumnych kobiet, które chciały i potrafiły zawalczyć o swoje. Dzięki pierwszoosobowej narracji nie są to klasyczne biografie, ale opowieści, którym można było nadać bardziej subiektywny charakter. Nawet Anna Jagiellonka, uznawana za typową nudziarę i starą panną, potrafi tutaj zaintrygować i pokazać inne oblicze.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Każde hasło-historia skonstruowane jest podobnie, choć jego treść bywa różna. Tytułem każdego opowiadania imię i przydomek królowej, pod którym mamy daty, kiedy zasiadała na polskim tronie. Dostajemy także dwie ilustracje, a właściwie jedną w dwóch ujęciach — portret i pełną sylwetkę królowej. Anna Kaszuba-Dębska w tło ilustracji wplotła motywy charakterystyczne dla danej postaci: czasami jest to herb, czasami wzory czy symbole kojarzące się z daną osobą, tak jak białe lilie na portrecie Kingi Arpadówny. Nie mogę się na te portrety napatrzeć, tak są pełne życia i odległe od typowego sposobu przedstawiania królowych.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich.

To ważna książka nie tylko dlatego, że przywraca naszej pamięci polskie władczynie, pozwala im wyjść z cienia i stanąć w pełnym świetle. Autorka pokazuje także prawdziwe oblicze bycia królową i sprawowania władzy. Nie są to biografie radosne. Piotrek ze zdumieniem coraz większym odkrywał, że królowa nie jest kimś, kto robi, co chce. Jeśli tak było, szybko przestawała być królową. W świecie władzy „ja” znika, liczy się dobro królestwa i rodu. Rzadko kiedy królowe miały „szczęśliwe” życie w potocznym rozumieniu. Były wydawane za mąż jako dzieci, planowano im życie od kołyski, odbierano im dzieci, były pionkami przestawianymi przez mężczyzn bawiących się w politykę — i często udowadniały, że wcale pionkami nie są i same potrafią sobą i innymi zarządzić.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Mieliśmy wspaniałe królowe, Anna Kaszuba-Dębska potrafi o nich wspaniale opowiedzieć. Naprawdę warto tych historii posłuchać.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich, Znak 2018

Mitologia i labirynty

Wiem, wiem, wszyscy już widzieli. Każdy miał w ręku. Na każdym blogu już było. Co ja poradzę, że jakoś mi trudno ostatnio znaleźć czas na pisanie? Ale o tej książce muszę napisać — i to nie tylko dlatego, że wpasowuje się w mitologiczną pasję Młodszego. Po prostu jest wspaniała i piękna — rację mieli ci wszyscy, co tak pisali. Wcale nie jest dla małych dzieci, a osoby o słabszym błędniku zaczyna na jej widok boleć głowa. Poznajcie „Nić Ariadny” Jana Bajtlika.

Piotr czyta Nić Ariadny

„Nić Ariadny” poraża. Naprawdę. To bardzo przemyślana opowieść o greckiej mitologii oferująca dużo więcej niż piękne labirynty. Labirynt to tylko pretekst i gra w skojarzenia. Zagadki są jednak jak najbardziej realne. Z każdego labiryntu zawsze jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Droga zwodzi na manowce, zakręca i łudzi. Czasami wydaje się, że już blisko, że za chwilę uda nam się przejść dalej. Nie wierzcie, to złudzenie. Będziecie przez te labirynty podróżować długo, poznając przy okazji greckich bogów i herosów, pałacowe freski i potwory zaludniające wyobraźnię starożytnych. Przyda się nić Ariadny, a czasami pomoże wiedza. Każdą rozkładówkę można oglądać długo, błądząc z ogromną przyjemnością. Samo przejście przez labirynt staje się wtedy dużo mniej istotne.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Piotrek spędził masę czasu przy ilustracjach, które na pierwszy rzut oka wydawały się statyczne. Długo zastanawiał się nad historią Syzyfa, badał kadry, pozycje i warianty — na pozór monotonna strona zafascynowała go na długo, wcale nie dlatego, że nie potrafił znaleźć wyjścia.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik stworzył pełną, barwną i niesamowicie wciągającą opowieść o starożytnym świecie. Znajdziecie tutaj genealogię greckich bogów i herosów, a także wiele mitów i opowieści ważnych dla europejskiej kultury. Autor książki powoli wprowadza czytelnika w dawny świat. Uważny czytelnik-oglądacz dowie się, jak Grecy postrzegali świat, jak mieszkali, tańczyli i świętowali. Jan Bajtlik prowadzi nas przez świat najbardziej znanych mitów (spotykamy tutaj m.in. Prometeusza, Minotaura, Jazona, Heraklesa, Syzyfa czy Edypa). Poznajemy także Wojnę Trojańską i dowiadujemy się, jak Odyseusz wracał do domu.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Na końcu książki zebrano trochę przydatnych informacji — to pomoc dla tych, którzy mitologię pamiętają tylko ze szkoły. Przy każdej rozkładówce znajduje się podpowiedź, na której stronie szukać potrzebnych informacji. One naprawdę się przydają, bo nie tylko dziecko ma ochotę dowiedzieć się, dlaczego Tyfona uwięziono w Etnie. Nie wierzę także, że młodego czytelnika nie zainteresują mityczne bestie: Meduza, smok tebański, tryton, sfinks czy hydra lernejska — w tej książce znajdziecie ich dużo, dużo więcej.

Zachwycam się jak inni? No to co? To książka, która uwiedzie dorosłego tak samo, jak dziecko. Równie dużo czasu potrafi spędzić przy niej rodzic, dziadek, co dziecko. Do „Nici Ariadny” na pewno będziemy często wracać. Dla mnie konwencja labiryntu to tylko pretekst i zabawa, która prowadzi nas przez starożytny świat pokazany tak ciekawie, że nie ma się wcale ochoty szukać z niego wyjścia.

 

Jan Bajtlik, Nić Ariadny. Mity i labirynty, Dwie Siostry 2018

Czy to pies, czy to bies?

Wiecie, jak odróżnić psa i leśnego demona? Jeśli nie, to łatwo możecie się dowiedzieć. Wystarczy, że zajrzycie do książki „Czy to pies, czy to bies, czyli zbiór słowiańskich stworów” napisanej przez Łukasza Loskota, a zilustrowanej przez Kamilę Loskot (Wydawnictwo OVO).

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Bardzo mi się ta książka podoba. Ze stonowanej okładki (jest bardziej szara niż na moim zdjęciu) spogląda na nas sympatyczny stwór, częściowo ukryty za pniem drzewa. To bies — nie dajcie się zwieść jego sympatycznej buźce, nie warto robić z nim interesów. Kreska Kamili Loskot jest nowoczesna, a jednocześnie niesamowicie porusza wyobraźnię. Jej ilustracje są baśniowe, ale gdzieś w tle czai się nostalgia. A może tylko ja dośpiewuję sobie tęsknotę za światem, któremu pozwalamy odejść?

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Dawno już nie widziałam książki, która zaczyna się wierszowanym wstępem. Ten wstęp przypomniał mi dzieciństwo i wiersze Janiny Porazińskiej — jej „Psotki i śmieszki” kojarzą mi się z dzieciństwem i sięganiem do ludowej wyobraźni. Od razu miałam dobry nastrój. Sami posłuchajcie:

Różne są cuda na świecie

Niektórych jednak nie widać

Skrzat koniom grzywy zaplecie

Rusałka nawarzy mu piwa

W głębokich borach i łanach

Mieszkają mityczny stwory

Czasami umilą nam życie

Czasami nauczą pokory

Po takim wstępie po prostu chce się zajrzeć dalej.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Spotkacie w tej książce dwanaście baśniowych stworów ze słowiańskich bajek i legend. Dowiecie się, jak psoci strzyga, czego strzegą plonki, kogo lubi licho. Nie są to wyłącznie dobre postacie, bo przecież w legendach i baśniach tych dobrych wcale nie ma za dużo. Większości z nich lepiej nie spotykać. Łukasz Loskot o każdej z nich napisał z sympatią. Dawne czasy przeplatają się tutaj ze współczesnością, bo dlaczegoż to południca nie miałaby od czasu do czasu skorzystać z solarium? Opowieści napisane są prostym, bardzo ładnym językiem — nie jest to bajka, ale ale daleko temu opisowi do suchego hasła z leksykonu. Na przykład takie latawce „żyją przytwierdzone ognistymi okowami do sklepienia nieba. Nikt ostatecznie nie może stwierdzić, czy są to istoty dobre, czy też złe i dlaczego tkwią uwięzione w taki sposób. Faktem jest, że od początku czasu z wysokości obserwują nasze życie. Kiedy Latawcowi wpadnie w oko jakaś wytworna dama czy wiejska dziewka, zrywa swoje łańcuchy i spada na ziemię. Zamienia się w przepięknego chłopca, któremu żadna dziewczyna nie może się oprzeć”. (s. 56) Mimo takiego wstępu, potem okazuje się, że jedna sprytna się znalazła. Narracja łączy elementy stare, ludowe z bardzo nowoczesnym sposobem opowiadania, przez co tekst jest zrozumiały, przystępny, a przede wszystkim rozbudza ciekawość. Po tej lekturze ma się ochotę na więcej — czytelnika aż korci, żeby zajrzeć do starych baśni i poszukać opowieści, które przytacza autor.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Książka jest wyrazem ciekawości mitologią słowiańską. Autorzy nie poprzestają na kilku faktach. Starają się tchnąć w baśniowe postacie nowe życie, osadzić je we współczesnym świecie, pokazać, że świetnie pasują do nowoczesnej wyobraźni. A w słowniku dziecka pojawiają się nagle chmurniki, zmory, utopce i domowniki, fantazja karmi się nowymi-starymi historiami, a stare baśnie zyskują nowe życie. Nie wiem, czy wolę tę książkę oglądać, czy czytać, bo ilustracje są naprawdę świetne — tracą na moich zdjęciach, bo po pierwsze, jak sami wiecie, nie umiem robić zdjęć, a po drugie, książka została wydrukowana na kredowym papierze, więc wszystko się na fotografii błyszczy. Ale i tak warto ją mieć, jeśli macie ochotę przybliżyć dzieciom słowiański świat wyobraźni.

Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies, il. Kamila Loskot, Wydawnictwo OVO 2017

Kefir w Kairze

Miało być całkiem o czymś innym, ale od dwóch dni Piotrek czyta „Kefir w Kairze”. Czyta sobie, Matce, Ojcu, Bratu, Babci i wszystkim dookoła. Czyta i chichocze. Czyta i się dziwi, i zadaje pytania. Nie się przeoczyć takiej fascynacji i przejść obok bez reakcji… Aaaa, wygląda na to, że rymowanie jest zaraźliwe.

20180617_134410-1

„Kefir w Kairze” Michała Rusinka (Wydawnictwo Znak) trochę oszukuje. Wszyscy ci, którzy w pełni i bez rezerwy uwierzyli w podtytuł „Rymowany przewodnik po miastach świata”, i spodziewali się zabytków, obyczajów i masy informacji geograficznych będą coraz szerzej otwierać oczy i z coraz większym zdumieniem (i mam nadzieję, coraz szerszym uśmiechem) zastanawiać się, o co chodzi. Jest to bowiem przewodnik napisany nie przez turystę, a przez limerystę — nie, nie jestem taka mądra i nie wymyśliłam tego słowa. Jak powiedział Michał Rusinek w wywiadzie turysta zwraca uwagę na miejsca, a limerysta na nazwy. I to właśnie one są tutaj najważniejsze.

Jak już pisałam, u nas zaczęło się od Buki i Bukaresztu:

20180617_134345

Piotrek nie był w stanie przestać się śmiać. A potem zalał nas pytaniami, czy Buka NAPRAWDĘ  przeprowadziła się do Bukaresztu. I było to tylko pierwsze z serii trudnych pytań.

Michał Rusinek bawi się nazwami. Bierze nazwę jakiegoś miasta na świecie i zaczyna zabawę słowami. Skojarzenia ma niezwykłe i czasami niesamowicie absurdalne. Nazwa jest tylko pretekstem — w wierszu mogą pojawić się odwołania do kultury danego kraju albo nie. Nie ma reguły, bo przecież nie o wiedzę geograficzną, a o zabawę językiem, wyobraźnię i grę w skojarzenia tutaj chodzi. I za nic ma autor późniejsze męki rodzica, do którego przychodzi dziecię i pyta: Mamo! A czy w Skopje NAPRAWDĘ  na słupach są napisy „Chłopje! Stój! Nie dotykaj, bo prąd kopje!” Są?! No sprawdź w Internecie!

20180617_134108

W „Kefirze w Kairze” jest 53 utwory o miastach z różnych krańców świata i z każdego kontynentu (a także dwa spisy treści, zwykły i a tergo). Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są takie wiersze, przy których chichoczę. Są takie, które powalają mnie na kolana i wyrywają z gardła jęk zazdrości, że ktoś odkrył takie wspaniałe podobieństwa, ale i takie, które nie wywołują u mnie większych emocji. Nic nie szkodzi — doceniam kunszt słowa i zabawę językiem. To naprawdę świetna książka do czytania i śmiania się. I do nauki geografii właściwie też, bo przecież można zaznaczać na mapie te miejsca, o których Michał Rusinek napisał. A potem pozastanawiać się razem, jak tam jest. A jeśli nie uda nam się zwiedzić Limy, to może chociaż powinniśmy wpaść do Limanowej?

Gdy w Limie gęstość zaludnienia

Stała się wprost nie do zniesienia,

To wtedy część ludności Limy

Wywędrowała pewnej zimy

Do kraju całkiem nieznanego,

Polską (lub jakoś tak) zwanego.

Powstała tam osada nowa,

Nazwana przez nich — Lima-Nowa.

20180617_134012

„Kefir w Kairze” zilustrowała siostra autora, Joanna Rusinek. Bardzo zgrany do duet. Każda rozkładówka to jeden wiersz świetnie komponujący się z rysunkiem. Na kartach książki możecie nawet znaleźć jej autora (nie, to nie jest ta mumia z ilustracji poniżej).

20180617_134228

Lubię utwory Michała Rusinka. Wpadają w ucho, zapraszają do zabawy słowami, pobudzają wyobraźnię. I choć nie zawsze trafiają do mnie skojarzenia i humor autora, to rozumiem swojego syna, któremu trudno się od tej książki oderwać. To lektura, która prowokuje do rozmów o języku i skojarzeniach, do tłumaczenia znaczeń słów — nie ma takich dużo.

Michał Rusinek w wywiadzie, który podlinkowałam wyżej, powiedział, że wyjdzie zbiór jego poezji patriotycznej. Bardzo jestem ciekawa, jak poradził sobie z tak trudnym tematem.

Michał Rusinek, Kefir w Kairze, il. Joanna Rusinek, Znak 2018

Pszczoły

Świat ekscytuje się drugą książką Piotra Sochy („Drzewa” za chwilę zdominują blogosferę, bo każdy będzie chciał je mieć i się pochwalić), a ja z Piotrusiem z zapałem zapoznajemy się z jego „Pszczołami”. Dopiero teraz. A co!

Piotr Socha, Pszczoły

Dlaczego teraz? Oczywiście widzieliśmy książkę Piotra Sochy wcześniej, oglądaliśmy w księgarni i u przyjaciół pierwsze wydanie, ale wtedy jakoś przeszła przez echa. No tak, piękna! No tak, duża! Tak, tak, można obejrzeć i odłożyć na bok. Po prostu nie wywołała wtedy tego „ach!”, które sprawia, że natychmiast, już i od razu chce się mieć tę książkę na półce.

Minęło trochę czasu i Piotra zafascynowały owady społeczne. „Pszczoły” pojawiły się u nas ponownie i tym razem powaliły całą rodzinę na kolana. Że piękna, że ogromna, że ciekawa, że tyle informacji, że się nie spodziewałam, że mądra, że, że, że… No właśnie! Książka musi trafić na swój czas. A u nas teraz panuje moda na „Pszczoły”.

Piotr Socha, Pszczoły

Żeby w pełni docenić „Pszczoły”, trzeba spędzić nad tą książką trochę czasu, uważnie poprzyglądać się planszom i wczytać w tekst. Dopiero wtedy dociera do człowieka ogrom pracy, jaką wykonał Piotr Socha, i ogrom wiedzy, jaką z tej książki można zdobyć (tutaj trzeba się głęboko ukłonić przed autorem tekstu, Wojciechem Grajkowskim). A na dodatek wszystko jest napisane przyjaźnie, ale nie infantylnie. To nie jest książka dla maluchów. To książka dla każdego.

Piotr Socha, Pszczoły

Czego tutaj nie ma! Wszystko jest! I o pochodzeniu pszczół, i o tym, jak wyglądają, i o tym, jak robią miód, i o tym, jak tańczą. Aaaa…. I jeszcze mnóstwo o tym, jak i kiedy życie pszczół splotło się z życiem człowieka. Znajdziecie tutaj wiele interesujących informacji, ciekawostek i anegdot. Wiedzieliście, że pszczoła musi pokonać 150 tys. kilometrów, żeby powstał 1 kg miodu? Robi wrażenie, prawda?
Piotr Socha, Pszczoły

Bardzo zaimponował mi sposób zakomponowania tekstu i jego związek z ilustracjami. Lekturę „Pszczół” można traktować jako ćwiczenia na skupienie i uważność. Elementy niektórych ilustracji są ponumerowane — wyjaśnienie znajdziecie w tekście, ale nie po kolei. Nawet sobie nie wyobrażacie, z jaką uwagą Piotrek śledził notatkę o ulach, żeby dowiedzieć się, gdzie używane są poszczególne konstrukcje. I do tej pory przepytuje, czy wolałabym ul w kształcie niedźwiedzia, czy jednak Adama i Ewę.

Piotr Socha, Pszczoły

Pszczoły towarzyszyły już ludziom pierwotnym, są obecne na ilustracjach pochodzących ze starożytnego Egiptu, Grecy uważali go za pokarm bogów, a Napoleon uczynił pszczołę jednym z symboli swojego cesarstwa.  W „Pszczołach” zajdziecie wiele takich informacji. Czyta się to wszystko z narastającym zachwytem i coraz większą ciekawością. Świetna książka. Niech żyją pszczoły!

Piotr Socha, Pszczoły

No to biegnę szukać „Drzew” w małych księgarniach, a wszystkim, którzy jeszcze „Pszczół” nie oglądali, gorąco je polecam.

Piotr Socha, Pszczoły, op. tekstu Wojciech Grajkowski, Wydawnictwo Dwie Siostry 2015

Ręcznikowiec

Co robicie, gdy w łazience spada na podłogę ręcznik? Zwykle ląduje z powrotem na wieszaku lub w koszu na pranie, prawda? W pewnym domu jednak historia potoczyła się całkiem inaczej.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Pierwsza zauważyła Ręcznikowca mama — tak czasami z mamami bywa. Zamiast jednak od razu posprzątać, poukładać i powkładać wszystko na miejsce, mama się zachwyciła i podzieliła swoim zachwytem z całą rodziną. Od tej chwili w łazience w domu Aleksa zamieszkał dziwny stworek z ręcznika — tacie i siostrom kojarzył się z pieskiem shar pei, a Aleksowi z przybyszem z kosmosu. Szybko jednak okazało się, że jest czymś znacznie więcej niż tylko dziwnie ułożonym ręcznikiem.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Ręcznikowiec stał się ważny dla wszystkich, a życie rodzinne zaczęło powolutku przenosić się do łazienki. Stworek zmieniał całą rodzinę, potrafił sięgnąć do tego, co chcemy ukryć i o czym nie mamy ochoty mówić, wydobywał z ludzi czułość i życzliwość. Jego wpływ (dobry) nie ograniczał się tylko do rodziny Aleksa, a obejmował nawet znajomych lub mniej czy bardziej zaprzyjaźnione dzieci. I wszystko pewnie trwałoby do dzisiaj, gdyby nie pewna pedantyczna ciocia.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

 

Bajkę Joanny M. Chmielewskiej czyta się bardzo przyjemnie. To tajemnicza opowieść, trochę o rodzinie, trochę o przyjaźni, trochę o pożytkach i kłopotach płynących z posiadania sióstr, ale chyba w największym stopniu o wyobraźni i jej sile. Wyobraźnia łączy tutaj całą rodzinę, a „kandydaci na chłopaka” muszą przejść test Ręcznikowca. Ta książka to zachęta do uważnego rozglądania się i dostrzegania cudów w rzeczach codziennych. Piotrek poważnie zastanawiał się, skąd się takie stwory biorą i dlaczego wybierają taką, a nie inną rodzinę. Pytanie chyba nie brzmi „skąd”, tylko „dlaczego jedni je dostrzegają, a inni nie”. Każdy musi odpowiedzieć sobie na nie sam. Chmielewska opowiada historię, ale jej nie tłumaczy i nie wyjaśnia. Prosi tylko, aby się bacznie rozglądać, żeby niczego nie przeoczyć. Ciekawa jestem, czy efekt Ręcznikowca pozostaje, gdy on przenosi się już gdzieś indziej.

Ilustracje Emilii Dziuba ogląda się z ogromną przyjemnością, a sam Ręcznikowiec wg Piotrka wygląda trochę jak Stich z „Lilo i Stich”. No cóż, to by tłumaczyło jego moce.

 

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec, il. Emilia Dziubak, Bajka 2015

Dom nie z tej ziemi

To nie jest łatwa książka. Zdecydowanie warto przy jej czytaniu towarzyszyć dziecku. I nie bać się pytań, które pewnie się pojawią, czemu się dzieje tak, jak w historii Marysi i czy naprawdę tak bywa.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Małgorzata Strękowska-Zaręba napisała mądrą, ważną i piękną książkę dla dzieci. Nie będę Wam opowiadać, o czym jest ta historia, bo może ktoś jej jeszcze nie zna — tak jak my do niedawna. Warto dochodzić do rozwiązania samodzielnie i samemu rozsupłać węzeł jawy, snu i zmyślenia, by dojść do prawdy. Nie warto wcześniej szukać streszczeń i objaśnień — dajcie opowieści szansę i pozwólcie się zaskoczyć.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

„Dom nie z tej ziemi” to książka wymagająca skupienia i uwagi. Warto ją czytać powoli. Małgorzata Strękowska-Zaręba przeplata to, co rzeczywiste z tym, co wyobrażone, a granica jest bardzo płynna. Często nie wiadomo, gdzie przebiega i czy to, o czym przed chwilą czytaliśmy wydarzyło się naprawdę, czy tylko się wydawało. Czy krasnale ogrodowe mogą mrugać? Czy dom może nie rzucać cienia? Ciągle nasuwa mi się pod palce termin „realizm magiczny”, bo rzeczywistość w tej książce jest przesycona magią, zabobonem, wiarą w cuda i sekrety. Tak chyba czasami łatwiej wytłumaczyć sobie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić. Tak często patrzą na świat dzieci.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Bohaterów jest dwoje — Marysia o kręconych włosach i Damian, zwany Pająkiem. Tajemnicza Marysia jest szefową, to ona powoli wprowadza Daniela w sekrety domu, na który nigdy nie pada deszcz. Wesoły Daniel na początku traktuje spotkanie z dziewczynką jak zabawę, a potem odkrywa, że wszystko dzieje się na poważnie. Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie udało się napisać książkę nie tylko o różnych domach, ale także o przyjaźni, zaufaniu i dorastaniu. Naprawdę warto zachęcić dziecko do jej lektury, mimo że nie jest to książka łatwa. Dla mnie ta opowieść to także świetne wprowadzenie do późniejszych, bardziej dorosłych historii i świetny pretekst do pokazanie dziecku, że pisać można bardzo różnie.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Jeszcze słowo o ilustracjach Daniela de Latour. Cała książka utrzymana jest w stonowanej szaro-żółtej kolorystyce. Ilustracje są bardzo oszczędne, przyciągają wzrok i podkreślają atmosferę tajemnicy. Świetnie dopełniają tekst, ale nie przyćmiewają go i nie odrywają uwagi od historii. Książka wydaje się ascetyczna i przemyślana. A od dziewczynki na okładce po prostu trudno oderwać wzrok. Zresztą sami sprawdźcie.

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, il. Daniel de Latour, Nasza Księgarnia 2017

Opowieści Heleny Bechlerowej

Robię porządki na półkach. Musimy zwolnić na nich trochę miejsca, bo na podłodze rosną stosy książek. Wygląda to tak: Matka przegląda książki i wspomina wczesnodziecięce zachwyty Synów, a potem układa śliczną i równą stertę „do oddania”. Z tej sterty chłopcy co chwila wyciągają jakąś książkę i upychają z powrotem na półce — bo bardzo lubią, bo to ciekawe, bo będą jeszcze to czytać. Są też takie książki, których żadne z nas nie ma ochoty oddawać, mimo iż zaglądamy do nich rzadko. Na przykład książki Heleny Bechlerowej.

Mieliśmy ich więcej. Gdzieś zniknął „Dom pod kasztanem”, „Zajączek z rozbitego lusterka” i opowieść o zgubionym misiu — pewnie je komuś pożyczyłam. Zostały cztery, każda z nich trochę inna i każda dla nas magiczna.

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

„Za złotą bramą” Heleny Bechlerowej to książka o sile wyobraźni. Jej bohaterowie Kasia i Piotruś mieszkają w starym domu — naprawdę starym i zniszczonym przez wojnę. Czeka ich przeprowadzka do nowego mieszkania, bo na miejscu starego budynku staną nowe bloki. Mama się cieszy, ale babcia i pan Sebastian, ich sąsiad, nie są zachwyceni.

— Sufit nad samą głową, okien więcej niż ścian, a każdy pokój — trzy kroki wzdłuż i trzy wszerz. No i bez strychu.

— Pewno, że strych jest ważny — powiedział Piotruś, a Kasia pomyślała, że dom bez strychu i bez tego wszystkiego, co na nim powinno być, jest nudny i nieciekawy. Powiedziała to głośno:

— W domu bez strychu wcale nie warto mieszkać. 

Pan Sebastian zgadzał się z tym, mama — nie.

— Co tam strych! Za to wszędzie widno, żadnych ciemnych kątów, wszystko nowe i wesołe!

— No właśnie. Może za nowe i za wesołe — mruknął pan Sebastian, ale tak, żeby nie wszyscy go słyszeli.

Stary dom ma mnóstwo tajemniczych zakamarków i wielu sekretnych lokatorów. Dzieci towarzyszą im w przeprowadzkach w miejsca magiczne i tajemnicze, bo w jakie inne miejsca może się przenieść wodnik z fontanny, dama z obrazu, skrzydlate konie z kominka czy echo błąkające się po opuszczonych pokojach? Obaj moi synowie nie rozumieli, dlaczego Kasia i Piotruś muszą opuścić taki wspaniały, stary, cudowny, tajemniczy dom i przenieść się do bloku. Nawet jeśli na dachu starego domu rośnie brzózka. Niesamowitą atmosferę tej książki podkreślają ilustracje Jana Marcina Szancera. Sami popatrzcie.

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Po lekturze tej książeczki chłopcy powtarzali wierszyk-zaklęcie.

Niech zaskrzypi

klucz i zamek,

niech otworzy

Złotą Bramę!

Całkiem inną atmosferę ma „Wesołe lato” z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. W mojej prywatnej klasyfikacji książka ta należy do „książek o zabawkach”, tak jak opowieści o Misiu Uszatku czy „Nocne kłopoty zabawek Doroty„. Kiedyś było ich więcej — teraz zabawki do książek trafiają raczej za pośrednictwem filmów. „Wesołe lato” to historia białego króliczka Groszka, któremu znudziło się mieszkanie w kącie koło stolika razem z lalkami, marynarzem, tygrysem i jamnikiem. Przeniósł się więc do ogródka.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Było takie lato, gdy czytałem tę książkę Piotrusiowi w kółko. Kończyliśmy, a potem zaczynaliśmy od początku. Moje dziecko zaśmiewało się z przygód króliczka, któremu co chwila ktoś zjadał dach chatki. Bawiła go kocia chatka na kociej łapce, która potrafiła nawet znaleźć krzak z kiełbaskami, z radością towarzyszył w harcach wiewiórczanych dzieci.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

„Wesołe lato” jest przeznaczone dla małych dzieci. To proste historie o codziennych kłopotach i radościach. U nas te opowiadania sprawdziły się rewelacyjnie — bawiły, śmieszyły, przykuwały uwagę. Może i odrobinę trącą myszką, ale Piotrkowi wcale to nie przeszkadzało.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Dwie kolejne książeczki  to opowiadania wydane w serii „Poczytaj mi mamo”. Mam do nich sentyment, bo pamiętam je z własnego dzieciństwa. „Kolczatek” to jedna z ładniejszych opowieści o jesieni i początku wiosny — pamiętacie małego jeżyka?

Helena Bechlerowa, Kolczatek

„Kolczatka” ilustrowała Danuta Przymanowska-Boniuk. Zawsze podobała mi się kolorystyka tej książeczki. Wyobrażałam sobie, jak jeżyk przechodzi od ciepłych żółci, brązów i szarości jesieni do żywej zieleni i jasnej żółci wiosny, choć pewnie w dzisiejszym wydaniu byłoby to lepiej widoczne.

Helena Bechlerowa, Kolczatek

Helena Bechlerowa, Kolczatek

Na koniec zostawiłam sobie „Przygodę na balkonie” z ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś. Chłopcy, tak samo jak ja kiedyś, czytali tę prostą historyjkę o chorobie, sile wyobraźni i tęsknocie za dziećmi głównie dla obrazków. Dla mnie ilustracje Marii Orłowskiej-Gabryś to synonim marzenia i wyobraźni. Naprawdę. W każdej ilustrowanej przez nią książce widziałam ucieleśnioną fantazję i gdybym mogła, wskoczyłabym tam bez wahania. Taki ze mnie cudak.

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Książki Heleny Bechlerowej chyba długo jeszcze będą stały na naszej półce. A może zachowam je dla przyszłych wnuków? 🙂

 

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą, il. Jan Marcin Szancer, Nasza Księgarnia 1984

Helena Bechlerowa, Wesołe lato, il. Hanna Czajkowska, Nasza Księgarnia 1970

Helena Bechlerowa, Kolczatek, il. Danuta Przymanowska-Boniuk, Nasza Księgarnia 1984

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie, il. Maria Orłowska-Gabryś, Nasza Księgarnia 1982

 

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Najpierw zwierzenie. Już bardzo dawno nie zarwałam nocy z powodu lektury książki dla dzieci. Z moimi dorosłymi lekturami bywa różnie, w końcu noc to dla rodzica świetna pora na czytanie, bo dzieci już śpią. Tym razem jednak wciągnęła mnie książka dla starszych dzieci (12+ według wydawnictwa Literatura). Koniecznie ją przeczytajcie.

Zuzanna Orlińska, Z Bożej łaski Jadwiga, król

Zuzanna Orlińska napisała świetną książkę o Jadwidze Andegaweńskiej — polskim królu. Nie, nie pomyliłam się. Jadwiga nie była królową ani królewną (to znaczy była, jeśli patrzymy na potoczne znaczenie tych słów: była królową, bo była — potem — także żoną króla i była królewną, bo była — wcześniej — córką króla), była królem — koronowanym władcą Polski. Do jej śmierci Polska miała dwóch królów. Wiedzieliście? To akurat wiedziałam, bo chodziłam z synami na Jagielladę i starałam się na warsztatach uważać 🙂 I dlatego jestem pełna podziwu dla Zuzanny Orlińskiej, która potrafiła o czasach tak od nas odległych napisać w zajmujący, świeży i przede wszystkim niesamowicie wciągający sposób. Widać w tej książce ogromną wiedzę, ale i ogromną pracę autorki. W swojej historii wskrzesiła osoby, których nazwiska przetrwały w dokumentach: nie tylko dwórki i dworzan, ale także kucharzy, stróżów czy paziów.

Narracja w książce toczy się dwutorowo. Pretekstem do pokazania losów Jadwigi jest przyjazd do Polski przyszłej drugiej żony Władysława Jagiełły, Anny Cylejskiej. Zahukana Anna, niepewna siebie, z niską samooceną, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, zderza się nie tylko z wielką polityką i obcą sobie kulturą (mimo iż była wnuczką Kazimierza Wielkiego, nie umiała po polsku), ale także z kultem zmarłej Jadwigi, uważanej za najpiękniejszą, najmądrzejszą, świętą. Niełatwo się odnaleźć w takiej sytuacji.

Zuzanna Orlińska przedstawiła rok panowania Jadwigi, od przyjazdu do Polski po pierwsze spotkanie z Władysławem Jagiełłą. Przez ten rok dziecko — co prawda przez całe życie przygotowywane przez rodziców do roli panującego władcy — musi odkryć, co bycie królem oznacza naprawę. Jadwiga musi odnaleźć się w nowym miejscu, przekonać do siebie możnych panów, z których prawie każdy ma inny pomysł na nią i państwo, pokazać swoją siłę, a przede wszystkim zobaczyć w  sobie samej króla. Fascynująca jest jej droga.

Losy Jadwigi i Anny zostały pokazane na tle epoki. Zuzanna Orlińska pieczołowicie pokazuje nam Wawel, Kraków, Stary Sącz, Święty Krzyż. W książce wielka polityka splata się z codziennymi losami ludzi. W średniowiecznym mieście oglądamy kuglarzy, poznajemy pracę strażników, stykamy się z łotrzykami, negocjujemy z aptekarzem. No i ta wielka polityka: Litwa, Polska, Żmudź, Zakon Krzyżacki, Jagiełło, Wilhelm. Autorce udało się sprawić, że hasła znane z encyklopedii zaczynają mieć ludzie twarze. Po tej lekturze trudno powiedzieć, że historia jest nudna.

 

Nie dziwcie się więc, że zarwałam noc. Nie żałuję.

Zuzanna Orlińska, Z Bożej łaski Jadwiga, król, Wydawnictwo Literatura 2017