Gdy dziecko dopada chandra

Serwowany przez media i reklamy obraz dziecka to śliczny, uśmiechnięty bobasek/chłopaczek/dziewczynka — czyściutki, grzeczniutki i spokojniutki. Może są gdzieś takie dzieci, ale moje nie wpisują się w ten wzorzec. Bywają takie dni, że są „jak do rany przyłóż”, ale często się także złoszczą, buntują i wrzeszczą, ciągle się brudzą, a czasami są zrozpaczone lub po prostu smutne. Na taki smętno-jesienny nastrój, gdy nic się nie chce i nic nie cieszy, gdy nie wiadomo, o co chodzi, a smutek czai się w każdym kącie, najlepiej u nas działają bajki, choć nie takie zwykłe. To bajki mojego dzieciństwa, skrzętnie przechowane na półkach przez Babcię, a dawno temu zebrane i opracowane przez Wandę Markowską i Annę Milską.

Baśniach z dalekich wysp i lądów już kiedyś pisałam.  Ciągle należą do ukochanych i wciąż czytanych. Do grona tych najulubieńszych trafiły także inne baśnie, tym razem ze zbioru „Baśnie z dalekich mórz i oceanów”.

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Gdy Piotruś przychodzi i mówi: poczytaj mi o Gunnarze, żeglarzu siedmiu mórz, wiem, że trzeba synka utulić, uścisnąć i ucałować, nie pytać od razu, co się stało, tylko usiąść razem i zacząć czytać:

Był sobie raz dzielny marynarz imieniem Gunnar. Pływał po dalekich morzach, pod gwiazdami Północy i Południa, znał lądy i wyspy odległe, wiedział, kiedy i gdzie wieją silne wichry, gdzie gorące prądy opływają wybrzeża, gdzie zimują foki, gdzie ryby się gromadzą, by składać ikrę, gdzie się gnieżdżą pingwiny i pelikany, morskie gęsi i kaczki o barwnych piórach.

Potem towarzyszymy Gunnarowi w poszukiwaniach jego ukochanej, pięknej Dziewczyny Morskiej, więzionej przez złą Wiedźmę o Czerwonych Oczach. Spokojnie i łagodnie niesie nas baśń, a wszystkie smutki i żale znikają wśród morskich fal, które musiał przepłynąć dzielny żeglarz:

Żeby się dostać [do Dziewczyny Morskiej] musisz przepłynąć siedem mórz nieprzebytych. Na początku opłyniesz morze lodów, można tam żeglować tylko latem, kiedy słońce stoi wysoko. Potem znajdziesz się na morzu o falach białych jak mleko. Gdy przepłyniesz białe morze, kieruj się na południe, wciąż na południe, aż otoczą cię fale żółte jak miód. Gdy pokonasz wody żółtego morza, pożeglujesz dalej, aż dotrzesz do morza o falach czerwonych jak krew. Tam zdaj się na wiatry i prądy. Nie wolno ci chwytać za wiosła, owiń się w płótno żaglowe i bacz, by cię nie spryskały czerwone bryzgi fal, próżno byś bowiem chciał zetrzeć z siebie te krwawe piany, na zawsze weżrą się w ciało i nic ich nie zmyje. Dalej twa droga będzie wiodła w stronę morza o falach czarnych jak noc bez księżyca. Tam musisz wytężyć wszystkie siły, są to bowiem wody burzliwe i groźne, każdego śmiałka wciągają w swe smoliste tonie. Gdy i to morze przebędziesz zwycięsko, znajdziesz się na wodach o barwie fiołków. Ale nie daj się złudzić jego pięknym falom, kryją one bowiem pod swą powierzchnią mnóstwo raf niebezpiecznych i wirów zdradliwych. Na koniec dotrzesz do morza siódmego, ostatniego. Jego spokojne tafle są zielone jak trawa wiosenna, całe zarosłe długimi glonami o wężowych łodygach, które wiele już statków oplątały swymi śliskimi mackami i  ciągnęły na dno.

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Jak nam Gunnar nie wystarczy, możemy czytać o piękniej Inie i wyspie Znikąd-Donikąd, o Olafie, który miał czarodziejską piszczałkę, o Ranirze ze Słonego Jeziora, o gadającej papudze, o Waju, który pokonał wieloryba. Bajki pochodzą z dalekiej Północy i z gorącego Południa, są w zbiorze baśnie rosyjskie i baśnie syberyjskie, z Madagaskaru i z Wyspy Wielkanocnej. Planujemy z chłopakami wyprawę palcem po mapie po wszystkich tych miejscach, których opowieści najbardziej przypadły nam do gustu.  Chłopcy lubią też oglądać urokliwe ilustracje Gizeli Bachtin-Karłowskiej. 

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Niedawno do domu przywędrował kolejny zbiór bajek w opracowaniu Wandy Markowskiej i Anny Milskiej i od razu wskoczył na półkę z tymi ulubionymi.

Baśnie księżycowe

Wszystkie baśnie zebrane w tym zbiorze łączy oczywiście motyw księżyca. Zbiór zaczyna się od Pana Twardowskiego, a potem pojawia się masa bohaterów, potworów i zwierzaków: smoki, żmije, wielkiej pająki. Piotrusiowi do gustu przypadła bajka o strasznym żmiju i trzech braciach — kołodzieju, drwalu i bartniku.

Baśnie księżycowe

Lubi bajkę o Zairze, którą Księżyc za mąż wydał, o Mrille, który za swoim zajączkiem na księżyc poleciał i tam króla księżycowego spotkał.

Baśnie księżycowe

Wszystkie bajki cechuje niesłychana melodyjność. Są napisane pięknym językiem, który potrafi zachwycić i wciągnąć w głąb opowieści. Baśnie są lekko archaiczne, ale w żaden sposób nie przeszkadza to w lekturze. Widać także, że zostały mądrze opracowane — zachowały lokalny koloryt, kuszą egzotyką, nie napotykamy na barierę zwyczajów, które byłyby dla nas tak obce, że niezrozumiałe. Bez problemu rozumiemy emocje Mrille, który chce odnaleźć swojego zająca, choć już dary księżycowego króla kuszą do zadania wielu pytań.

I król Księżyca obradował Mrillego wielkimi stadami krów i byków, owieczek białych i czarnych, pięknych baranów, dał mu też dużo kóz i mnóstwo osiołków jucznych, obładowanych worami ryżu, korzeniem manioku, orzeszkami ziemnymi, prosem, kukurydzą, bulwami yam, koko, patatów, owocami platanów, bananów, cytryn i pomarańczy.

Jeśli więc na zakurzonej półce znajdziecie gdzieś bajki przygotowane przez Panie Wandę i Annę, to nie wahajcie się ani chwili. Wyciągajcie i czytajcie — dajcie się wciągnąć do krainy marzeń, czarów i tajemnic. Aż żal, że tych wspaniałych baśni nie można — tak po prostu — kupić w księgarni.

 

Wanda Markowska, Anna Milska, Baśnie z dalekich mórz i oceanów, Wydawnictwo Morskie 1969

Wanda Markowska, Anna Milska, Baśnie księżycowe, Nasza Księgarnia 1972

Reklamy

Marzy mi się… — o Leśmianie raz jeszcze

Marzy mi się piękne wydanie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Z cudownymi ilustracjami, które pozwoliłyby poczuć klimat i zapach mitycznej Arabii, które wciągałyby w głąb siebie, tak samo mocno jak tekst Leśmiana. Już kiedyś zachwycałam się „Baśnią o rumaku zaklętym” z magicznymi rysunkami Józefa Wilkonia, a teraz marzy mi się cały zbiór. Ech, jak miło by było czytać taką książkę z chłopcami.

W dzieciństwie „Klechdy sezamowe” były jedną z moich ulubionych lektur. Na półce stało wydanie z ilustracjami Jana Lenicy — nie za bardzo mi się podobały.

Klechdy sezamowe

Z Synkami zaczęłam je czytać ostrożnie, bo to trochę straszne baśnie. Nie są uładzone, pojawia się w nich zło i okrucieństwo, przerażają i ludzkim działaniem, i atmosferą, która czasami jest gęsta, horrorowata — tak jak podczas wędrówki na Górę-Cmentarnicę w baśni o Parysadzie. Zaczyna się łagodnie, a potem jest coraz straszniej i mroczniej.

Nieustraszony Bachman wstąpił na ścieżkę-złotobrzeżkę i tą ścieżką jął się wspinać pod górę. Wspinał się i wspinał, szedł i szedł coraz wyżej, coraz chyżej, aż wreszcie ścieżka- -złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną. Mrok nocny już zapadł. Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie! Martwo i pusto i straszno i bezludnie. Pomimo mroku nocnego dojrzał Bachman po obu stronach drogi nieruchome posągi  — kamienne dziwolągi. Byli to rycerze żywi, w martwy kamień zaklęci. Chcieli dotrzeć do szczytu Góry-Cmentarnicy, aby zdobyć trzy dziwy, trzy cuda — lecz nie dotarli: za siebie się obejrzeli — i w posągi skamienieli. […] Szedł dalej śmiało i odważnie. Dotąd nie słyszał żadnych głosów i nie spotkał żadnych strachów. Aż tu nagle poczuł, że się coś za nim porusza… O mało się nie obejrzał za siebie, lecz natychmiast przypomniał sobie radę derwisza, więc uśmiechnął się i szedł dalej. Coś się znów za nim poruszyło i zbliżyło się z tyłu do jego stóp… Zdawało się Bachmanowi, że ktoś niewidzialny schwyci go nagle za stopy… Szedł jednak dalej, nie oglądając się za siebie. W tej chwili posłyszał za sobą Szept i Wrzask.

Ech, pan Leśmian. Jego baśnie lśnią i migocą. Oplątują melodią języka, wciągają w głąb, czarują. Żadna baśń o żywej wodzie i zaczarowanej górze nie pochłonęła nas tak mocno, jak „Baśń o pięknej Parysadzie i ptaku Bulbulezarze”. Dla mnie to wzorzec baśni.

Daleko, daleko, za górą, za rzeką, za zielonym borem, za modrym jeziorem, w pobliżu rozstaju, w sąsiedztwie ruczaju stał niegdyś pałac, a obok pałacu — ogród, a obok ogrodu — droga, która prowadziła nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. W tym pałacu mieszkało dwóch braci: Bachman i Perwic, wraz z siostrą Parysadą. Parysada była tak piękna, że sama zawsze dziwiła się swojej urodzie. Oczy miała pełne zdziwienia, a usta pełne śmiechu. Śmiała się nieustannie. Nigdy łza nie zabłysła w jej oczach. Nie umiała płakać.

Za każdym razem, gdy czytam opowieść o Parysadzie, zadziwia mnie bogactwo polskiego języka. Jak pięknie, jak różnorodnie, jak migotliwie można po polsku opowiadać, jak cudownie może się opowieść mienić i snuć. Chyba nikt oprócz Leśmiana nie opanował żonglerki słowami w takim stopniu:

Parysada wróciła do pałacu. Żądza posiadania trzech dziwów tak ją opętała i tak niecierpliwiła, że nie mogła sobie dać rady. Biegała po pokoju z kąta w kąt, tam i z powrotem. Zmęczona bieganiem, siadła na krześle. Znużona siedzeniem na krześle, podbiegła do okna i siadła na oknie. Zniecierpliwiona siedzeniem na oknie, podbiegła do stołu i siadła na stole. Właśnie w tej chwili dwaj bracia Parysady wrócili z polowania. Obydwaj zdziwieni spojrzeli na Parysadę. — Siostro moja kochana! — zawołał Bachman. — Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś. — Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie — odparła Parysada. — A któż ci kazał siedzieć na oknie? — spytał Perwic. — Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle — odrzekła Parysada. — Czemuż nie chciałaś siedzieć na krześle? — rzekł zdziwiony Bachman. — Nie tylko na krześle, ale na żadnym miejscu usiedzieć nie mogę! Nudzę się i nudzę. Niecierpliwię się i niecierpliwie. Smucę się i smucę! Gdybym umiała płakać, tak bym się głośno rozpłakała, że musielibyście uszy zatykać i z pałacu co tchu zmykać! Jestem nieszczęśliwa, nieszczęśliwa, nieszczęśliwa!

Czytamy tę baśń często, najczęściej na życzenie Piotrusia. Gdy ma dosyć różnych opowieści i historii, pyta, czy przeczytam mu bajkę, taką którą lubi najbardziej. Tych najbardziej ulubionych jest kilka, może kilkanaście, ale prawie zawsze pojawia się wśród nich baśń o Parysadzie, o „Rybaku i Geniuszu” i o „Ali-Babie i czterdziestu rozbójnikach” — właśnie w wersji z „Klechd sezamowych”.

Bałam się opowieści o Ali-Babie ze względu na jej okrucieństwo, czytałam ją chłopakom powoli i stopniowo. Och, jak rozbawiła ich Leśmianowska wizja rozbójników:

Tętent koński wciąż się zbliżał. Ziemia drżała i grzmiała od tego tętentu, a echo niosło go po lesie. Wreszcie z gęstwiny leśnej wynurzyła się jedna morda końska, za nią druga i trzecia… Po chwili kilkudziesięciu jeźdźców wpadło na polanę. Wszyscy byli brodaci i wąsaci. Wszyscy byli zbrojni w miecze, siekiery i łuki. Wszyscy, pochyleni na koniach, strasznie i groźnie mruczeli pod wąsami: — Jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu! Ten zaś, co jechał na przedzie, jeszcze straszniej i jeszcze groźniej pomrukiwał: — Jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów!…

Mamo, a po co oni tak mówili? I jak tu odpowiedzieć, że po to, by opowieść grzmiała i tętniła. Że właśnie po to, by język zagrał, by przed oczami pojawiły się brodate i wąsate twarze, a w uszach zabrzmiał dźwięk kopyt i zbójeckie pomrukiwanie?  A może nie warto niczego wyjaśniać tylko czytać dalej i stanąć w olśnieniu razem z Ali-Babą?

Co za cuda, co za dziwy ujrzał Ali-Baba we wnętrzu zaklętej jaskini! Ujrzał kufry, napełnione dukatami; ujrzał całe stosy kamieni drogocennych; ujrzał drzewa koralowe i olbrzymie pnie zielonego malachitu. Ale to wszystko żyło i poruszało się nieustannie. Brylanty same przesypywały się z brzękiem i szmerem z jednej szkatuły do drugiej. Turkusy, niby krówki boże, zręcznie i zwinnie wpełzały na drzewa koralowe i sfruwały potem z gałązki na gałązkę. Rubiny razem z topazami kręciły się i wirowały po ziemi w jakimś dziwnym rubinowo-topazowym tańcu. Dukaty, dzwoniąc w kufrach, bawiły się nawzajem w orła i reszkę: same podrzucały się w górę i same spadały do swoich kufrów, ukazując orła albo reszkę. Olbrzymie zaś pnie zielonego malachitu mówiły do siebie basem: — Jaka szkoda, że i my nie możemy się bawić w orła i reszkę albo wirować po ziemi w tańcu rubinowo-topazowym, albo na kształt turkusów wpełzać na drzewa koralowe, albo wreszcie przesypywać się z brzękiem i szmerem ze szkatuły do szkatuły, jak brylanty! Możemy za to wywrócić się i toczyć po ziemi, niby beczki. I pnie malachitowe, wywróciwszy się z trudem, potoczyły się natychmiast po ziemi, niby beczki.

„Klechdy sezamowe” to dla mnie klasyka, którą po prostu trzeba znać. Nie ma ładnego wydania, ale baśnie są dostępne w wersji elektronicznej. Można je za darmo pobrać stąd i dać się wciągnąć w czarodziejski świat. Nie warto czekać z ich lekturą zbyt długo, ale najpierw trzeba samemu je przeczytać. Każdy rodzic najlepiej będzie wiedział, czy jego dziecko wytrzyma tak długą opowieść i czy nie przerażą go strachy i duchy. Zbyt wczesna lektura może do Leśmiana zrazić, a to byłaby niepowetowana strata.

Bolesław Leśmian, Klechdy sezamowe, wolnelektury.pl

Powędrujemy przez Góry Żmijowe?

Zygmunta Miłoszewskiego kojarzyłam raczej z kryminałami, i to takimi „nie dla <nawet starszych> dzieci”. A kategoria ta okazała się nagle bardzo przydatna, bo Tymek uznał, że może swobodnie sięgać na półkę rodziców i dziadków. Co jakiś czas odbieram mu więc czytaną po kryjomu książkę, która zdecydowanie nie powinna trafić w ręce dziewięciolatka. Moje dziecko szczególnie ciężko przeżyło odmowę zakupienia serii o Jakubie Wędrowyczu i „Demonów Leningradu” (tytuł wg Tymka brzmi interesująco, a o Jakubie słyszał od wujka). Długo trwała dyskusja, że owszem, będzie mógł je przeczytać, ale za jakiś czas.

Na „Góry Żmijowe” oboje zareagowaliśmy entuzjastycznie. Ja, bo spodobała mi się czerwona okładka i baśniowa konwencja, Tymek – bo fajnie jest poczytać książkę dla dzieci napisaną przez autora powieści dla dorosłych (tak jakby to była pierwsza taka książka ;-)). No i mieliśmy okazję do wspólnego czytania, co niestety zdarza się coraz rzadziej. Ciągle czytamy Tymkowi książki na głos, ale ze względu na różnicę wieku między chłopakami musimy czytać im trochę inne książki, więc Tymkowi częściej czyta tato.

Zygmunt Miłoszewski, Góry Żmijowe

Początkowo wydawało mi się, że „Góry Żmijowe” to dość prosta baśń o królewnie i bohaterze, spokojna, łagodna i dość przewidywalna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zacząć jej czytać Piotrusiowi, tak zwiodły mnie pierwsze strony opowieści o królewnie Filomenie z Maare i Eryku, synu rybaka z Szertaty. Te dwie krainy są oddzielone od dawien dawna wysokimi górami i mieszkańcy każdej z nich mało wiedzą o swoich bliskich-odległych sąsiadach. Historia zaczyna się bajkowo: Filomena, zmęczona ciągłym pobytem w pałacu – prawo zakazuje jej wychodzenia z domu przed  ukończeniem dwunastego roku życia – w chwili gniewu wypowiada życzenie i zostaje przeniesiona w Góry Żmijowe. Eryk czeka na święto wkroczenia w dorosłość, marzy, by być rybakiem, tak jak jego ojciec, ale dowiaduje się, że jego przeznaczeniem jest ocalenie Szertaty przed suszą spowodowaną złamaniem prawa. Chłopiec musi wyruszyć w Góry Żmijowe i odnaleźć pióro ognistego ptaka, tak jak w bajkach, które opowiadała jego mama.
Eryk i Filomena muszą poradzić sobie sami w sytuacji, na które żadne z nich nie było przygotowane. Bohaterowie dorastają, a wiele niby oczywistych rzeczy nagle ukazuje swoje drugie dno i inne oblicze. Dobrze uporządkowany świat przestaje być taki jasny, a przyjaciółmi okazują się istoty, których wcale o to nie podejrzewaliśmy. Wraz z upływem wydarzeń historia staje się coraz bardziej mroczna i tajemnicza, dziewięciolatka wciągnęła tajemnicza atmosfera i aura magii. Miłoszewski wplata do swojej historii humor i bawi się konwencją, nawiązuje do różnych bajek i przekręca znane z baśni motywy. Tymek dobrze się bawił i żałował tylko, że opowieść tak szybko się skończyła, a ja cieszyłam się, że nie zaserwowałam ją Piotrkowi. Dla pięciolatka historia ta mogłaby być jeszcze trochę zbyt straszna.

Cudowny pan Leśmian

Bardzo lubię wiersze Leśmiana…. Ale nie czytałam ich jeszcze Tymkowi. Choć pewnie dusiołki i inne stworki spodobałyby mu się bardzo. Przeczytaliśmy za to „Baśń o rumaku zaklętym”.

Już od dawna zamierzałam zacząć czytać z Tymkiem „Klechdy Sezamowe”. Gdzieś jednak wcięło mój egzemplarz z dzieciństwa, nie mogłam ich znaleźć, więc zarzuciłam ten pomysł. A potem wpadł nam w ręce egzemplarz „Baśni o rumaku zaklętym” — nie jakiś tam przedruk, tylko księga wspaniale ilustrowana przez Józefa Wilkonia i przepięknie wydana przez wydawnictwo Oficyna Olszynka. Dziwne to wydawnictwo, chyba także zaklęte, a w każdym razie tajemnicze, bo trudno znaleźć o nim jakiekolwiek informacje. Ale wydana przez nie książka to po prostu arcydzieło.

 

Może najpierw opowiem o ilustracjach, bo książka jest naprawdę piękna. W jakiś sposób odpowiada mojemu wyobrażeniu o tym, jak wyglądały kraje Orientu – i nie chodzi tylko o błyszczące, złote dachy minaretów czy kopuły na wieżach pałaców. Z obrazków bije przepych i egzotyka, są jednocześnie dokładne i niedomówione, pozwalają działać wyobraźni. A ten rumak… Sztuczny, mechaniczny koń, który wygląda jak prawdziwy. Nie żaden tam robot, tylko koń z krwi i kości. Tymek wzdychał sobie marzycielsko, bo w wakacje jeździł na kucyku i uznał, że potrafi już wszystko. A na takim koniu to można by zajechać i do Afryki, i pewnie nawet na Merkurego. Biały rumak wygląda tak wspaniale, że zdaje się, iż wyskoczy z kartek i pogalopuje po pokoju, a potem wyleci przez otwarte okno.

Trochę się obawiałam, że język Leśmiana może być zbyt hermetyczny, zbyt skomplikowany dla mojego czterolatka. Tymek słuchał dzielnie i uważnie, i bardzo wziął sobie do serca początek baśni:

Trzeba bardzo natężyć uwagę, aby od początku do końca wysłuchać baśni o zaklętym rumaku. Jest to bowiem baśń pełna zdarzeń niespodzianych i cudów niesłychanych. Naprawdę czarodziejska baśń. Toteż nieuważnemu i nieostrożnemu słuchaczowi łatwo zabłąkać się w tej baśni tak samo, jak się pewien chłopiec zabłąkał w lesie czarodziejskim. O północy wszystkie ścieżki i drogi tego dziwnego lasu zaczęły ze śmiechem skakać i pląsać i — rozpląsane — uciekały przed chłopcem, ile razy chciał na jedną z nich nastąpić nogą, ażeby po niej wrócić do domu. Trzeba być bardzo uważnym wówczas, kiedy się wchodzi do czarodziejskiego lasu, albo wówczas, kiedy się słucha naprawdę czarodziejskiej baśni. Nawet królowie perscy, arabscy i indyjscy natężali swoją królewską uwagę, gdy im opowiadano tę dziwną i straszną, i osobliwą, i niepojętą baśń o rumaku zaklętym.

Wciągnęła ta baśń mojego synka, domagał się, żeby czytać dalej, gnał z przedszkola do domu, bo przecież, mamo, musimy skończyć tę książkę. Zanurzaliśmy się razem w egzotycznym świecie znudzonych sułtanów, przepięknych księżniczek i potężnych magów. Język Leśmiana wcale się nie zestarzał, jego fraza nie nuży. Kaszmir, Bengal, Persja — nazwy zapraszające do marzeń, pachnące cynamonem i goździkami. Tymek słuchał i słuchał, a baśń płynęła powolnym nurtem… A jak śmiał się, gdy czytałam groźby księżniczki:

Jestem chora, od rana do wieczora trapi mnie zmora! Połknęłam potwora! Wpadłam do jeziora! Ratujcie, bo już pora! Poślijcie po doktora!

To przepięknie napisana baśń…
Tylko mój mąż w pewnej chwili odmówił czytania, bo uznał, że bajka jest zbyt drastyczna dla Tymka — nie chciał czytać mu o podskakującej głowie czarodzieja, która śni się księciu Firuzowi Szachowi. Nie zgadzam się z nim — Tymkowi trzeba wyjaśniać pewne rzeczy, rozmawiamy o tym, czym różni się sen i jawa, dlaczego czasami śnią nam się różne rzeczy i dlaczego młodemu księciu śniła się głowa czarodzieja. W każdej gazetce dla chłopców typu Power Rangers czy Ben 10 można znaleźć bardziej drastyczne historie. A spróbujcie poczytać opisy na kartach gormitów… Nie zamierzać jeszcze czytać z Tymkiem drastycznych baśni braci Grimm, ale nie chcę także serwować mu słodkiej papki. Dzieci potrzebują także jasnych rozstrzygnięć — dobro powinno być nagrodzone, zło ukarane. Baba Jaga nie musi koniecznie wylądować w piecu, ale powinna ponieść konsekwencje swoich niecnych uczynków.
Nie sądzę, że trzymanie dziecka w różowej, pastelowej klatce ma jakikolwiek sens – świat wokół nie jest różowy i pastelowy, trzeba nauczyć się przeżywać różne emocje. A także pokazywać, że nie wszystko jest oczywiste. Bo czy czarownik z baśni o zaklętym rumaku na pewno był zły? Czy może jednak zawinił książę, który lekkomyślnie uznał, że wie już wszystko o kierowaniu rumakiem…
Chciałbym mieć takiego konia, szepnął na koniec mój synek, zamykając książkę po obejrzeniu ilustracji (po raz kolejny zresztą). A ja bym chciała mieć tę książkę. I musiałam naprawdę z sobą walczyć, żeby oddać ją do biblioteki 😉