Smocza straż

No i co ja mogę powiedzieć nowego? Mój syn na pytanie, jak mu się podobało, odparł: no mamo, przecież to Brandon Mull. I wszystko jasne, prawda?

Brandon Mull gwarantuje solidną dawkę przygód i silne emocje. Zgrabnie skonstruowana akcja, bohaterowie, z którymi można się utożsamić, prosty język, ciekawe postacie poboczne i mamy doskonały przepis na książkę, od której trudno się oderwać. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier w naszej rodzinie — wypatrywał tej książki nie tylko Tymek, ale także Olek i Gabryś, mój bratanek i siostrzeniec. A potem licytowali się, kto najszybciej przeczyta. No i padło oczywiście pytanie, kiedy następna część?

Brandon Mull, Smocza straż

Książki Brandona Mulla to świetny pomysł, jeśli macie w rodzinie dziecko, które chcecie zachęcić do czytania. Jego przygodówki powinny spodobać się jedenastolatkom i młodzieży, przygody rodzeństwa Sorensonów zafascynowały też niejednego dorosłego. „Smocza straż” to kontynuacja serii „Baśniobór” — warto do niej zajrzeć zanim zaczniecie czytać tę książkę. Jaśniejsze staną się na pewno słowa Stana Sorensona:

Szczerze mówiąc, znowu nie wiem, co począć. Moja odpowiedzialność jest oczywista. Ale jak daleko jestem gotów się posunąć? Ile potrafię zaryzykować? Czy uczciwie będzie dać im wybór? I czy to w ogóle wybór, skoro wiem, co zdecydują?

Dwa pokolenia: Dziadkowie i Wnuki połączone jedną misją — ochronić przed ludźmi azyle magicznych stworzeń i ochronić ludzi przez magicznymi istotami. W „Baśnioborze” rodzeństwo Kendra i Seth dowiedziało się, jakie zadania wykonują ich tajemniczy Dziadkowie, uczyło się nowych obowiązków i oczywiście ratowało świat. Wydawało się, że po zwycięstwie nad demonami nastaną spokojne i nudne (to słowa Setha) lata. Pojawiło się jednak nowe zagrożenie — smoki, które po latach niewoli i uwięzienia w azylach, zapragnęły znowu zakosztować wolności.

Brandon Mull, Smocza straż

Brandon Mull zgrabnie wykorzystał świat stworzony w „Baśnioborze”, by wykreować nową serię. Spotykamy Kendrę i Setha tuż po zakończeniu przygód opisanych w „Kluczach do więzienia demonów”. Dziadkowie mają nadzieję, że nastaną spokojne czasy, Kendra próbuje uporać się z własnymi uczuciami, Seth się nudzi. To właśnie on przyjmuje nadchodzącą burzę z największym entuzjazmem (a to nowina!). Akcja powieści toczy się głównie w Gadziej Opoce, a wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Ani Seth, ani czytelnik nie mają czasu na nudę.

Brandon Mull, Smocza straż

W „Smoczej straży” spotykamy część postaci znanych nam z „Baśnioboru” oraz wiele innych magicznych stworzeń, które chcą lub muszą współpracować z ludźmi. Moją dorosłą sympatię zdobył nypsik Calvin, Maleńki Bohater. Może dlatego, że trochę przypominał mi Ryczypiska z Narnii, tak samo zabawnie dumy i odważny, mimo swojego niewielkiego wzrostu. Brandon Mull wprowadził także do książki „zwykłych ludzi” nieświadomych istnienia drugiego, magicznego świata. Ciekawa jestem, czy będzie rozwijał ten wątek, czy Knox pozostanie w pamięci jedynie jako narzędzie wykorzystane przez Setha do osiągnięcia celu. Zresztą ten wątek wydaje mi się najbardziej nośny z perspektywy rodzica. Całkiem dobrze nam się rozmawiało z Tymkiem, czy tego typu postępowanie jest etyczne i czy rzeczywiście nie było innego wyjścia. Oraz czy cel uświęca środki i czy nie za często korzystamy z tego argumentu. Niezła dyskusja, jak na zgrabnie napisaną przygodówkę dla dzieci.

Brandon Mull zapowiada, że „Smocza straż” będzie składała się z pięciu tomów. No cóż, pozostaje czekać na kolejne — ciekawa jestem na ile Mullowi uda się wykreować nowy świat, który nie będzie jedynie nowymi przygodami Kendry i Setha w znanej już scenerii „Baśnioboru”. „Smocza straż” to udane wprowadzenie — zaostrza apetyt i sprawia, że czytelnik ma ochotę na więcej.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Brandona Mulla: http://brandonmull.com/category/dragonwatch/

 

Brandon Mull, Smocza straż, il. Brandon Dorman, tł. Rafał Lisowski, Wilga 2017

 

 

Alcatraz i Bibliotekarze

No dobra, nie będę zmyślać, nie do końca wiem, co sądzić o tych książkach. Nie jestem docelowym odbiorcą, nie mam nastu lat, a Tymkowi się podobało, choć przyznał, że chwilami bywał zirytowany. Poznajcie Alcatraza!

Alcatraz kontra Bibliotekarze. Piasek RaszidaAlcatraz kontra Bibliotekarze. Kości skryby

No to na początek krótkie streszczenie, hmm. Pewnie nie wiecie, ale mieszkamy w Bibliotekarii zwanej także Ciszlandami (tak, tak, my wszyscy) — oprócz tego są jeszcze Wolne Królestwa, ale ponieważ rządzą nami Bibliotekarze, to nic o nich nie wiemy. Ciszlandy to cały znany nam świat — Europa, Azja, Ameryka. Wolne Królestwa mieszczą się na ogromnym kontynencie położonym między Azją a Ameryką — a fakt, że nikt nie wie o jego istnieniu jest jeszcze jednym potwierdzeniem spisku Bibliotekarzy. Kim są Bibliotekarze? Może oddajmy głos autorowi (a potem podywagujemy, kim on jest):

Mogliście poczynić założenie, że wszyscy Bibliotekarze to mroczni wyznawcy, którzy chcą zapanować nad światem, zniewolić ludzkość i składać ofiary z ludzi na swych ołtarzach. To w ogóle nie jest prawda. Nie wszyscy Bibliotekarze są mrocznymi wyznawcami. Niektórzy to mściwi nieumarli, którzy chcą wyssać ci duszę. (Kości skryby, s. 48)

Alcatraz i Bibliotekarze

Autorem książki jest Alcatraz Smedry, który napisał swoją autobiografię. W obawie przed Bibliotekarzami w Ciszlandach została ona wydana jako fantastyka pod pseudonimem Brandona Sandersona, który — jak czytamy w notce o autorze — jest analfabetą i dyktuje swoje ciężkie, przydługie tomiszcza roślinie doniczkowej zwanej Hrabią Duku. Żarty z biednego Sandersona i insynuacje na temat jego stanu umysłowego pojawiają się przynajmniej kilka razy. Alcatraz jest sierotą, żyje w rodzinie zastępczej — już kolejnej i właściwie nie wiadomo, której — bo jego główną cechą jest psucie — wszystkiego. Okazuje się, że jest to jego talent, doceniany przez całą rodzinę Smedrych — można powiedzieć, że to rodzina bojowników o uwolnienie świata spod władzy Bibliotekarzy. Wszyscy mają tam nietypowe talenty: dziadek niesamowicie się spóźnia, kuzyn się potyka, a kuzynka potrafi obudzić się bardzo brzydka. Zajrzycie do książki, aby się dowiedzieć, do czego taki talent może się przydać.

Alcatraz i Bibliotekarze

Tymek bardzo docenił przygody Alcatraza i koncepcję świata rządzonego przez wyznawców mrocznego kultu Bibliotekarzy. Perypetie bohatera to jednak tylko część książki. Jest ona pełna komentarzy do akcji, żartów z innych dzieł literackich, metatekstów dotyczących perfidii autora, wskazówek, co czytać i jak czytać, wyjaśnień, co autor uzyskał lub chciał uzyskać, prowadząc akcję w taki, a nie inny sposób. To może kilka próbek stylu:

Być może dostawaliście (polecane tytuły) od kolegów, rodziców lub nauczycieli, którzy mówili, że są to lektury, które „trzeba przeczytać”. Książki te nieodmienni określa się jako ważne — co według mojego doświadczenia oznacza mniej więcej tyle, że są nudne. (Takie słowa jak „głębokie” czy „znaczące” też stanowią dobrą wskazówkę). Jeśli w takich książkach występuje chłopiec, nie wyrusza w pełną przygód drogę, by walczyć przeciwko Bibliotekarzom, papierowym potworom i jednookim mrocznym okulatorom. Właściwie ten chłopiec w ogóle nie przeżywa przygód ani z niczym nie walczy. Za to umiera mu pies. Albo, w niektórych wypadkach, umiera mu matka. (Wydaje się, że większość pisarzy ma coś przeciwko psom i matkom). (Piasek Raszida, s. 56)

Macie mnie już dość? Dobrze, mocno się starałem — może później wyjaśnię czemu — wywołać w was frustrację. Jednym ze sposobów jest kończenie rozdziałów w emocjonujących momentach. Takie sztuczki zmuszają was, czytelników, do dalszej lektury mojej opowieści. (Piasek Raszida, s. 151)

Dorośli nie są głupi. Często z książek takich jak ta można wysnuć przeciwny wniosek. W tych opowieściach dorośli: a) dają się złapać, b) znikają, akurat kiedy pojawiają się kłopoty albo c) odmawiają pomocy. (…) W prawdziwym świecie dorośli na ogół uczestniczą we wszystkim, czy tego od nich chcecie, czy nie. Nie znikną, kiedy pojawi się mroczny władca, chociaż możliwe, że spróbują pozwać go do sądu. (…) Widzicie, w tej książce jasno postawię sprawę, że dorośli nie są głupi. Są jednakże owłosieni. Dorośli przypominają owłosione dzieci, które lubią mówić wszystkim, co mają robić. (Kości skryby, s. 97)

Alcatraz i Bibliotekarze

Takich fragmentów jest w książce mnóstwo. Właściwie komentarzem autora, czyli Alcatraza zaczyna się każdy rozdział. Często te rozważania są zabawne i czyta się je z przyjemnością, czasami jednak za dużo w nich moralizowania. Wygląda to tak, jakby autor przyjął pewną konwencję i za wszelką cenę starał się ją realizować — no cóż zakładamy przecież, że to autobiografia spisywana po latach, ale czasami z Alcatraza-autora wychodzi zrzędliwy staruszek, który lubi głosić kazania i wskazywać potomnym drogę ku światłości. Tymek stwierdził, że komentarze mu właściwie nie przeszkadzały, były nawet zabawne, choć niektóre za długie. Mój Starszy z niecierpliwością wypatruje kolejnej części przygód Alcatraza.

Książka Brandona Sandersona to sprawnie napisana przygodówka. Pomysł z mrocznymi Bibliotekarzami jest naprawdę świetny, a zabawa intertekstualnością i odwołaniami do innych dzieł jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Znajdziecie tutaj i dinozaury, i Platona, i Harrego Pottera, i rycerzy, i Indianę Jonesa, i pewnie mnóstwo innych cytatów, których nie zauważyłam. Dywagacje na temat prawdy i kłamstwa i pokrętna logika, co trzeba uznać za kłamstwo, żeby dowiedzieć się, co jest prawdą i co mówi kłamca, kiedy chce udowodnić, że nie kłamie, trochę mnie zmęczyły swoją powtarzalnością, ale po prostu czytałam już skonstruowane w  ten sposób książki i wiem, że da się lepiej. Jako przygodówka „Alcatraz” powinien świetnie się sprawdzić. Akcja pędzi — dwa tomy obejmują raptem trzy miesiące przygód chłopca, a dzieje się tutaj naprawdę dużo. Miłośnicy silnych wrażeń nie będą zawiedzeni.

 

Brandon Sanderson, Alcatraz kontra Bibliotekarze. Piasek Raszida, tł. J. Drewnowski, il. Hayley Lazo, IUVI 2017

Brandon Sanderson, Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości skryby, tł. J. Drewnowski, il. Hayley Lazo, IUVI 2017

Szkatułka i ważka – czyli o ratowaniu świata po raz kolejny

Dzisiaj ponownie będzie o książce dla dzieci trochę starszych — Tymek pochłania takie ilości książek, że jego matka za nim nie nadąża. „Szkatułkę i ważkę” z serii „Strażnicy” Teda Sandersa (wydawnictwo Wilga) przeczytaliśmy oboje i bardzo nam się spodobała — tutaj wielkie podziękowania dla Małgosi, która mi o książce opowiedziała i gorąco zachęcała do lektury.

Szkatułka i ważka

Wszystko zaczyna się od zwykłej ciekawości. Pewnego dnia — podczas jazdy tym samym, co zwykle autobusem, choć po zmienionej trasie — Horacy F. Andrews spostrzega szyld, na którym widnieje jego nazwisko. Ma ogromną ochotę to sprawdzić i w ten sposób trafia do Domu Odpowiedzi (House of Answers). Napis na szyldzie jest nader interesujący i tajemniczy:

ŚCINKI MATERIAŁÓW

PAMIĄTKI

SZCZĘŚCIA

NIESZCZĘŚCIA

ARTEFAKTY

ARKANA

OSOBLIWOŚCI

NIEDOLE

TAJEMNICE

I JESZCZE WIELE INNYCH RZECZY

W DOMU ODPOWIEDZI

Przyznaję, ja bym do takiego sklepu weszła, choć pewnie z dużym dystansem. Horacy, wielbiciel nauk ścisłych, wszedł również i choć w Domu Odpowiedzi znalazł więcej pytań niż odpowiedzi (a także jeszcze więcej interesujących kategorii i etykiet), tam właśnie zaczęła się jego fascynująca przygoda.

Chłopiec okazał się Strażnikiem. Na swojego, hmm, partnera wybrał go tajemniczy (w tej książce nie mówi się o magii) przedmiot: Szkatułka Obietnic, Fel’Daera. Chłopiec sam musi odkryć, jakie właściwości ma jego Tan’ji i to, czego sam jest w stanie dzięki niemu osiągnąć. Nauka idzie szybko, a odkrycia porażają. Gdy do chłopca dołącza Chloe, która potrafi przenikać przez ściany, wydarzenia nabierają tempa.

Na świecie działają dwie grupy: Strażnicy, który chronią tajemnicze niezwykłe przedmioty, i Odszczepieńcy, którzy pragną je wszystkie odebrać ludziom. Początki tej walki sięgają daleko w przeszłość, gdy nastąpił rozłam wśród Twórców, istot potrafiących tworzyć przedmioty obdarzone niezwykłą mocą. Okazało się, że moc artefaktów może być wykorzystana także przez ludzi, co wzbudziło sprzeciw części Twórców — to właśnie ich potomkowie zmienili się w Odszczepieńców. Przedmioty mają niezwykłą moc. Fel’Daera, Szkatułka Obietnic, sprawia, że można zajrzeć w przyszłość, ważka Chloe — Alvalaithen, Skrzydło Ziemi — pozwala przenikać przez materię — nie tylko przez ściany, ale właściwie przez wszystko. Trudno się dziwić, że walka o ich posiadanie momentami jest naprawdę brutalna.

Książkę, mimo jej grubości (ponad 500 stron), czyta się błyskawicznie. Tymek wypatrzył, że drugi tom ukazał się już po angielsku, i z niecierpliwością czeka na polski przekład. Trudno mu się dziwić. Akcja jest wartka i szybka, ciągle poznajemy nowych bohaterów i coraz więcej wiemy o obdarzonych czy też obdarzających mocą przedmiotach. Horacy i Chloe są sympatyczni i świetnie się uzupełniają, mają kolegów, rodziny i masę problemów — czasami podobnych do tych, jakie miewają inne dwunastolatki (jak wytłumaczyć mamie późne powroty do domu?). Ted Sanders bardzo ładnie pokazał, jak znika ich nieufność i pojawia się zaufanie. 

W warstwie fabularnej książka oczywiście powiela pewne schematy literatury dla młodszej młodzieży, ale dzieje się w niej tyle i jest to tak fajnie podane, że w niczym nie przeszkadza. Koniec zaś jest taki, że człowiek ma ochotę pobiec do księgarni i natychmiast kupić kolejną część. Ted Sanders stara się znaleźć naukowe podstawy dla wszystkich mocy, jaki obdarzają Strażników artefakty. Nie umiem ocenić, czy te podstawy są wiarygodne, ale dzięki nim książka wydaje się być mocniej osadzona w naszym tu i teraz, a jednocześnie daje nadzieję, że to „tu i teraz” wielokrotnie może nas jeszcze zaskoczyć. 

Dajcie znać, czy Wam się też podobało 🙂

Ted Sanders, Strażnicy. Szkatułka i ważka, Wilga 2016

Czas i jego pułapki

Marzenia, które się spełniają, bywają niebezpieczne. Przekonała się o tym Wasylisa, trzynastolatka mieszkająca z ciotką, która chyba najbardziej lubiła swoje koty. Dziewczynka nie zna swoich rodziców — jej mama zniknęła dawno temu, ojciec mieszka gdzieś za granicą, a jego obecność w życiu córki sprowadza się do wysłania czeku raz w miesiącu. Pewnego dnia stara ciotka trafia do szpitala, a w życie Wasylisy wkracza nigdy niewidziany ojciec. I okazało się, że to początek prawdziwych kłopotów.

Czasodzieje

Czasodzieje. Klucz czasu” Natalii Sherby wzbudzają zainteresowanie. Już okładka przyciąga uwagę: piękny kolor i ciekawa grafika dają nadzieję, że przygoda będzie równie pochłaniająca. Tymek sięgnął po tę książkę z ogromną radością i jeszcze większym zaciekawieniem, a potem błyskawicznie ją połknął, choć czasami trochę narzekał. Porównania z cyklem książek o Harrym Potterze narzucają się same na początku, ale w przeciwieństwie do przygód Harry’ego „Czasodzieje” momentami przytłoczyli mojego syna mnogością wątków i historii. Tak wiele się tutaj dzieje i tak wiele pozostaje do wyjaśnienia, że Tymek bywał zmęczony: To fajna książka, mamo, ale czasami nie rozumiem, dlaczego się coś dzieje. Sama przy lekturze miałam podobne wrażenie, jakby autorka próbowała pokazać nam od razu wszystko, co w stworzonym przez nią świecie najwspanialsze, najdziwniejsze i najciekawsze. 

Świat to jednocześnie piękny i okrutny. Wasylisa ze skromnego mieszkania trafia do wspaniałej willi, ale oznacza to dla niej ogromne niebezpieczeństwo. Jej ojciec  jest czasodziejem, jednym z największym, a dziewczynka wydaje się być zagrożeniem dla wszystkich. Okazuje się, że Ziemia, nazywana tutaj Ostałą, ma bliźniaczą planetę, Eflarę, magiczną i czarodziejską, zamieszkałą przez niesamowite rasy i cudowne stwory. Zwyczaje tam panujące są raczej feudalne. Ziemia, choć zamieszkała przez ludzi, jest we władaniu duchów: potężnych czarodziejów panujących nad czasem. Obie planety zaczynają się do siebie zbliżać, co grozi zgubą jednej z nich, a Wasylisa — przypadkowo i niechcący — wplątuje się w sam środek wydarzeń. Dziewczynka jest równie zagubiona jak my — początkowo niczego nie rozumie i powoli odkrywa, że jest częścią większej gry, że nieustannie ktoś nią manipuluje. Co zrobić, by przestać być pionkiem? Jak rozpoznać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Komu zaufać? Jak odkryć, co planują inni i rozgryźć ich knowania? I jak nauczyć się władać czasem?

Tempo tej powieści jest niesamowite. Obraz zmienia się ze strony na stronę — trwa nieustający wyścig z czasem: trzeba zdążyć przed katastrofą, przed wrogami, przed przyjaciółmi, którzy okazują się fałszywi. Trzeba tak wiele się dowiedzieć o życiu w nowym miejscu, o zasadach, które tu panują, o tym, co trzeba znaleźć. Liczy się nie tylko wiedza, ale także determinacja i wewnętrzna siła, a czasami przydają się pozornie kompletnie zbędne umiejętności. Czytelnik może się łatwo zgubić, tak jak momentami gubi się Wasylisa. Trudno zresztą jej nie polubić — jest zaradna i rezolutna, czasami pyskata, czasami łamiąca zasady i reguły, ale dzielna i wytrwała. Świat, w jakim się znalazła, może przytłoczyć, choć trzeba przyznać, że opisy cudownych miejsc i stworów są niesamowicie wciągające. 

Będziemy z Tymkiem czekać na następne części. Wydawnictwo EneDueRabe zapowiada, że kolejna ukaże się w grudniu. Trzeba będzie tylko wcześniej na nowo przeczytać pierwszy tom, żeby odświeżyć sobie tę historię. Ciekawa jestem bardzo, które tropy okażą się fałszywe i czego jeszcze dowiemy się o Eflarze. Książka nadaje się dla wyrobionego dziesięciolatka, ale bezpieczniej jest wręczyć ją dwunastolatkowi — nie powinien się pogubić w mnogości wątków.

 

Natalia Sherba, Czasodzieje. Klucz czasu. EneDueRabe 2016

Boggarty, elfy, kwikołki i inne stwory – witamy w Spiderwick!

Tymek dostał „Kroniki Spiderwick” (wydawnictwo Znak) od Mikołaja. I dobrze, że Święty postarał się od razu o obie książki, bo dziecko chyba oberwałoby mi głowę z podniecenia, gdyby nie mogło przeczytać wszystkiego od razu. Księga pierwsza, obejmująca tomy: „Przewodnik terenowy” i „Kamienne oko”, kończy się bowiem w takiej chwili, że natychmiast ma się ochotę sprawdzić, co było dalej. Tymek skończył Księgę pierwszą, wziął z półki Księgę drugą chyba nawet bez chwili odpoczynku (tomy „Sekret Lucindy”, „Żelazne drzewo” i „Gniew Mulgarata”), a potem żałował, że nie ma kontynuacji.

Kroniki Spiderwick 1

Kroniki Spiderwick 2

Historia zaczyna się klasycznie: rodzeństwo Grace’ów trafia do starego, wiktoriańskiego domu. Od teraz będą tu mieszkać razem ze swoją mamą – musieli się wyprowadzić z Nowego Jorku, gdy tato zostawił rodzinę. Mallory, zapalona florecistka, Simon, miłośnik zwierząt, i jego bliźniak Jared – od odejścia ojca traktowany jako ten, który sprawia kłopoty – nie spodziewali się, że wraz z przeprowadzą zaczyna się najbardziej przedziwna i zaskakująca przygoda w ich życiu.

Przeszukując dom, dzieci znajdują tajemniczą księgę, spisaną przez ich ciotecznego pradziadka, Artura Spiderwicka, a w niej opis większości dziwnych i cudownych stworzeń, które żyją tuż obok ludzi, ale na ogół wolą się nam nie pokazywać. Jared ze zdumieniem czytał o boggartach, skrzatach, trollach, gryfach i innych bajkowych stworzeniach, które według Artura zamieszkiwały okolice Spiderwick. Odkrycie księgi oznaczało także wielkie niebezpieczeństwo – dzieci musiały przekonać do siebie wiele stworów niechętnie nastawionych do ludzi oraz walczyć z groźnym Mulgaratem. Ich kapryśnym przewodnikiem w tym świecie staje się domowy skrzat Naparstek, który nie przypomina krasnoludka, a potrafi zamienić się w złośliwego boggarta.

„Kroniki Spiderwick” to fantasy przeznaczone dla dzieci. Bohaterowie są dziećmi i nie tylko walczą z groźnymi stworami, ale także borykają się z problemami typowymi dla dzieci: z niezrozumieniem dorosłych i własnymi emocjami, nad którymi tak trudno czasami zapanować. Historia, ładnie i ciekawie przetłumaczona na język polski przez Zuzannę Naczyńską, niesamowicie wciąga. Razem z rodzeństwem Grace’ów wędrujemy po okolicach Spiderwick i ich oczyma oglądamy cuda, które objawiają się im przed oczami. Opowieść kryje w sobie sporo niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Nie wiem, czy chłopcy koniecznie chcieliby zobaczyć goblina (Piotruś obejrzał obrazki w książce), ale sądzę, że kwikołkiem i pukiem by nie pogardzili 🙂 „Kroniki Spiderwick” to odpowiedź na naszą potrzebę poszukiwania tajemnicy i dziecinnej wiary, którą czasami zachowujemy także jako dorośli, że tuż obok nas kryje się coś jeszcze, a baśnie zawierają w sobie ziarenko prawdy. Dla mnie pewnym „dalszym ciągiem” tej historii jest „Baśniobór” Brandona Mulla, oparty na podobnym pomyśle („Kroniki” były pierwsze). Oba tomy to fajne wprowadzenie w świat fantasy, tym bardziej, że kolejne części są dość krótkie, a druk dostosowany do potrzeb młodszego czytelnika. Bardzo ważne są także ilustracje – można nie tylko poczytać o naszych magicznych sąsiadach, ale także je obejrzeć.

Tymek oglądał także film, który również bardzo mu się podobał. Według mnie, książka jest mniej „straszna”.

Opinia Tymka:  Ta książka jest wciągająca. Wydaje się gruba, ale ma dużo obrazków. Z książki najbardziej podobał mi się  postać Jareda.  Ja osobiście nie chciałbym mieszkać w takim domu, ale chciałbym przelecieć się na gryfie 😎 . Nie można dużo pisać o tej historii, żeby nie zdradzać sekretów.

Mamo, chcę kolejny tom, czyli o czytaniu serii – cz. 1

Zabierałam się do tego wpisu już bardzo długo. Bywam bowiem absolutną przeciwniczką dawania dziecku do ręki pierwszego tomu czegokolwiek – szczególnie po kolejnej awanturze w stylu: „ja muszę wiedzieć, co było dalej, w bibliotece nie ma, ja chcę, kup natychmiast, ja muszę wiedzieć itd.” Wtedy zwykle obiecuję sobie, że ostatni raz pozwoliłam czytać cokolwiek, co ma więcej niż jeden tom. Potem mi przechodzi, bo przecież ciekawość, co było dalej, jest wpisana w ludzką naturę. A serii w księgarniach jest mnóstwo i sama chętnie do wielu zaglądam, choć niekoniecznie do tych dla dzieci 🙂

Seria, moim zdaniem, to jeden z lepszych sposobów „przymuszenia” dziecka do czytania, bo jak już się wciągnie i przebrnie przez, powiedzmy, pięć tomów, to pewnie potem będzie czytać. Mój najmłodszy, sporo młodszy ode mnie brat, uważa, że jego zafascynowanie czytaniem zaczęło się od Harrego Pottera. Po tej lekturze po prostu nie mógł przestać czytać, więc szukał kolejnych książek, które byłyby równie ciekawe. Wady także są. I kłótnie z dziećmi oraz kombinowanie, jak zdobyć kolejny tom, wcale nie należą do najpoważniejszych. Nie wszystkie części serii bywają równie dobrze napisane, zdarza się, że kolejne tomy powielają te same schematy fabularne i językowe, które sprawdziły się w pierwszych tomach. Nie każdemu autorowi starcza pomysłu i siły, by dobrze serię zakończyć. Czasami fascynacja jednym gatunkiem zostaje do końca życia i nawet dorosły człowiek czyta tylko książki o smokach. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko smokom, tylko jest tyle fascynujących rzeczy do czytania, że szkoda ograniczać się do jednego gatunku 🙂

Mogę sobie marudzić, ale o seriach muszę napisać, bo niektóre Tymek czytał z wypiekami na twarzy, a inne dopiero przed nami. Zaczęło się od Harrego Pottera, a potem przyszła kolej na „Zwiadowców” Johna Flanagana

O „Zwiadowcach” słyszeli już chyba wszyscy.

Zwiadowcy

„Zwiadowcy” to historia korpusu zwiadowców, a właściwie kilku jego członków. Głównym bohaterem jest młody chłopak, wychowany w sierocińcu Will Treaty, który w Dniu Wyboru zostaje przyjęty do Korpusu Zwiadowców, elitarnej jednostki na usługach króla Araluenu. W kolejnych tomach opisane jest dorastanie i szkolenie Willego, którego mentorem zostaje Halt, jeden z najlepszych i najbardziej mrukliwych zwiadowców Araluenu. Taki zwiadowca to ktoś w rodzaju Jamesa Bonda – szpieg, doskonały żołnierz i strzelec, o wręcz niesamowitych umiejętnościach kamuflażu, które sprawiają, że ludzie po prostu się zwiadowców boją i posądzają ich o uprawianie magii.

Akcja powieści osadzona jest świecie stylizowanym na średniowiecze, bez trudu można odkryć, z historii których krajów czerpał Flanagan, tworząc Araluen, Skandię, Clonmel czy Nihon-Ja.

Tymek czytał „Zwiadowców” z zachwytem i ogromnymi emocjami. Co chwila zadawał mnóstwo pytań dotyczących wyposażenia zwiadowców, rodzajów broni czy kolejnych przygód. Moim zdaniem, te książki doskonale nadają się dla ośmio- czy dziewięciolatka. To powieść o dorastaniu, wartości przyjaźni, powolnym dochodzeniu do doskonałości dzięki długim, trudnym i często nudnym ćwiczeniom. Nie ma w niej zbyt „opisowych” scen przemocy, bohaterowie są jednoznaczni: od razu wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. I wiadomo także, że dobry zawsze wygra i nic złego mu się nie stanie, a złego spotka zasłużona kara. Przygody toczą się warto, akcja jest szybka – dobra lektura, aby pokazać, że czytanie może być fascynujące. Najlepsze są chyba pierwsze trzy tomy, potem akcja robi się dość schematyczna i właściwie bez trudu można przewidzieć, co będzie dalej. Ponieważ Tymek lubi dyskutować o książkach, czytałam je razem z nim, i dla mnie przebrnięcie przez środkowe tomy było pewnym problemem – pewnie dlatego, że mam już trochę więcej niż 9 lat. Mój dziewięcioletni bratanek czytał je z równą fascynacją, co Tymek. Toczyli potem długie dyskusje, czy lepiej byłoby trafić do Hogwartu, czy na naukę do zwiadowcy.

Przyznaję jednak, że po skończeniu przez Tymka jedenastego tomu odetchnęłam z ulgą, że nie ma następnych. I odmówiłam wypożyczenia „Drużyny”, kolejnej serii Flanagana, której akcja toczy się w tym samym średniowiecznym świecie i ma wielu tych samych bohaterów. Pomyślałam, że całej rodzinie przyda się chwila oddechu od świata Araluenu.

Harry Potter i inne problemy

No tak. Najpierw martwiłam się, że Tymek nie czyta. Zaczął czytać i czyta – a wręcz pożera książki. I zwykle po zakończeniu jednej zaczyna jęczeć: nie mam co czytać, nie wiem, co będę teraz czytał, wszystko jest na pewno bardziej nudne niż… I tutaj proszę sobie dopisać dowolną pasjonującą lekturę wchłoniętą właśnie przez moje dziecko. Może to być „przeurocza” Księga Trolli albo coś innego, co pochłaniało go przez jakiś czas. Mogę bić się w piersi: moja wina, przeczytaliśmy razem wiele książek i dużo pozycji, do których zwykle zaglądają dzieci w tym wieku, już za nami. Właśnie dlatego Tymek unika szkolnej biblioteki – po prostu Panie podsuwają mu książki, które już od dawna zna.

Wielkie Czytanie zaczęło się od Harrego Pottera, trochę przez przypadek. Tymek czytał już całkiem sprawnie pod koniec pierwszej klasy, ale raczej sięgał po krótsze książki. A potem pojechał na wakacje do babci. Spędził tam dwa tygodnie razem z bratem ciotecznym, który akurat czytał drugi tom Harrego. Synek nie mógł być przecież gorszy, a na dodatek Olek tak bardzo zachęcał.

Harry1Harry2Harry3

Okazało się, że magia Harrego Pottera ciągle działa. I to jak. Pod znakiem Harrego upłynęły nam całe wakacje, bo nasze dziecko kończyło czytać ostatni tom pod koniec sierpnia na czytniku tatusia. Mimo całej miłości do synka i radości z faktu, że tak go wciągnęła lektura, odmówiliśmy tachania nad morze opasłych tomów. Tymek bawił się w Harrego, machał różdżką, rzucał zaklęcia – i czytał. I chyba ciągle ma po cichu nadzieję, że może za jakiś czas otrzyma zaproszenie do Hogwartu i będzie potrafił latać.

Przyznaję, że trochę się bałam… O ile pierwsze tomy Harrego wydawały mi się całkiem niezłą lekturą dla ośmiolatka, to ostatnie tomy… No cóż, pierwsi czytelnicy tej książki dorastali razem z głównym bohaterem, oczekując z niecierpliwością kolejnych tomów i kolejnych tłumaczeń. Tymek miał dostęp do wszystkiego od razu. Nawet próbowałam ograniczyć mu dostęp do ostatnich części, ale dziecko powaliło mnie słowami: skoro nie chcesz mi pozwolić czytać do końca, to po co w ogóle pozwalałaś mi zacząć to czytać. I wiecie co, po prostu zabrakło mi argumentów. Okazało się także, że mój niepokój był nieuzasadniony. Tymek sporo z nami o książce rozmawiał, pytał, co sądzimy o bohaterach i dlaczego zachowali się tak, a nie inaczej. A to, co dla dorosłego wydawało się najbardziej przerażająca i okrutne, w ogóle nie zwróciło jego uwagi. Mam wrażenie, że w ostatnim tomie głównie fascynowała go bitwa i ostateczna rozgrywka ze złymi, mniej interesowało go dojrzewanie i perypetie uczuciowe głównych bohaterów. Może dziewczynka czytałaby tę książkę inaczej.

No tak, Harry już za nami i przed nami, bo Tymek nie oglądał jeszcze wszystkich filmów. Choć Hogwart nie jest już aż tak atrakcyjny – mój syn poznał bowiem inne literackie miejsca, w których chętnie by się pouczył 🙂