Chłopiec znikąd

Mam problem z definicją nowości. Książki wydane w zeszłym roku są dla mnie równie „nowe”, jak te wydane przed miesiącem — ciągle pamiętam, kiedy je kupiłam (to było przecież przed chwilą), choć często nie miałam czasu, by już do nich zajrzeć, nie mówiąc już o napisaniu posta. Takich typowych nowości to właściwie na tym blogu nie znajdziecie — a raczej pojawiają się stosunkowo rzadko. Dzisiaj będzie więc o książce, która ukazała się w zeszłym roku. I jest fantastyczna. Pewnie o niej słyszeliście, bo zdobyła kilka nagród, m.in. wygrała plebiscyt blogerów Lokomotywa w kategorii Fabuła. Przeczytałam tę powieść dwa tygodnie temu i potrzebowałam chwili, aby ją przemyśleć i przetrawić.

Katherine Marsh, Chłopiec znikąd

Katherine Marsh w „Chłopcu znikąd” (Wydawnictwo Widnokrąg) poruszyła temat gorący i trudny — to książka o uchodźcach. Na dodatek autorka wplątała w fabułę wątek żydowski, przeprowadzając swego rodzaju paralelę między losem Żydów w czasie wojny a losem współczesnych uchodźców z Syrii. Zamierzenie naprawdę karkołomne, które mogło się zakończyć spektakularną klapą, ale Katherine Marsh poradziła sobie z tym tematem rewelacyjnie — historię czyta się z zapartym tchem, a potem długo nie można przestać o niej myśleć.

Opowieść ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest trzynastoletni Max. Właśnie zamieszkał w Brukseli, do której musiał wbrew sobie przenieść się ze Stanów Zjednoczonych, bo jego tato dostał tutaj pracę. Rodzice postanawiają wysłać go do francuskojęzycznej szkoły, żeby szybko nauczył się języka — niezłe wyzwanie dla chłopca, który zna po francuski jedynie kilka słów. Drugim bohaterem jest Ahmed, czternastoletni uchodźca z Syrii, z Aleppo — chyba nie ma dorosłego, który nie kojarzy tego miasta. Losy chłopców w przedziwny sposób się krzyżują, zmieniając ich obu. W tle historii przyjaźni autorka umieściła opowieść o bohaterskim Belgu, który w czasie wojny pomagał żydowskiemu chłopcu. To jego historia sprawia, że Maks zaczyna pomagać Ahmedowi. Powoli między chłopcami rodzi się przyjaźń — okazuje się, że dzięki komuś innemu możemy powoli odkryć siebie i obiektywniej ocenić swoją sytuację.

Autorka nie prezentuje nam jednak cukierkowej rzeczywistości. To nie jest książka tylko o przyjaźni i dojrzewaniu. Jej akcja dzieje się w momencie, gdy w Paryżu i Brukseli dochodzi do zamachów terrorystycznych. Świat ogarnia panika i lęk. W powieści Katherine Marsh znajdziemy przekrój typowych reakcji dorosłych: poczucie zagrożenia, lęk, niechęć do obcych, nieumiejętność wczucia się w los innych czy przełożenia na nich doświadczeń własnych przodków. Dzieci muszą radzić sobie z tym, co słyszą i widzą, z opiniami dorosłych, z własnym strachem i brakiem akceptacji otoczenia. Inność bywa różna i każdy może jej doświadczyć — Max jest inny, bo nie mówi po francusku i przyjechał ze Stanów, jego koleżanka, rodowita Belgijka, jest inna, bo nosi na głowie chustę. Poczucie inności może budzić różne reakcje, od wycofania się po agresję.

Umieszczenie akcji właśnie w takim momencie historii usprawiedliwia według mnie sposób działania głównych bohaterów, którzy starając się pomóc Ahmedowi, łamią prawo. O ile zwykle mnie to razi i burzy, to w tej powieści rozumiem takie zachowanie dzieci. Jest ono efektem zafascynowania wojenną historią oraz przekonania, że dorośli — zarówno ci bliscy, jak i ci będący przedstawicielami państwa — nie będą chcieli pomóc. To chęć jest tutaj istotna — nie możliwość działania, tylko chęć pomocy komuś, kto jej potrzebuje, ale wygląda inaczej i budzi nasz lęk. Dorośli w tej książce chętnie powtarzają obiegowe opinie, łatwo im wydawać sądy i trudno ich skłonić do zmiany zdania lub nawet przyznania, że może być inaczej niż uważają. Bardzo są w tym prawdziwi.

Przeczytajcie „Chłopca znikąd”. Zmusza do myślenia, skłania do zastanowienia się nad własnymi poglądami, zachęca do rozmowy i rozejrzenia się wokoło. To bardzo dobra współczesna książka, która mówi o tym, co dzieje się wokół nas tu i teraz. Rzeczywistość niektórych ludzi dzisiaj nie różni za bardzo od tego, co działo się kilkadziesiąt lat temu. Wojna cały czas gdzieś trwa, a ta powieść stawia trudne pytania, na które niełatwo uczciwie odpowiedzieć, choć warto je zadawać.

Katherine Marsh, Chłopiec znikąd, tł. Anna Klingofer-Szostakowska, Sara Manasterska, Wydawnictw Widnokrąg 2019

La Belle Sauvage — czyli powrót do świata Lyry

Nigdy nie napisałam na blogu o „Mrocznych materiach” Philipa Pullmana. Kiedy czytałam tę trylogię, chłopcy byli za mali na jej lekturę. Potem przeczytałam ją jeszcze raz razem ze Starszym i uderzyło mnie, jak dziwnie nierówna jest ta seria, meandrująca od wciągającej przygodówki dla młodzieży w pierwszym tomie po coś w rodzaju traktatu filozoficznego i kłótni z religią czy kościołem w trzecim — bardzo to było niespójne. Wykreowany przez Pullmana świat, równoległy do naszego, tak podobny, a jednocześnie odmienny, ma w sobie moc przyciągania, dlatego chętnie sięgnęłam po „La Belle Sauvage”, kolejną książkę z uniwersum Lyry,

Philip Pullman, La Belle Sauvage

Akcja „La Belle Sauvage” dzieje się w roku narodzenia Lyry. Bohaterem powieści jest jedenastoletni Malcolm Polstead, syn właściciela oberży nad Tamizą. Malcolm jest właściwie ideałem — miły, odpowiedzialny, inteligentny, sprytny, sprawny. Oczywiście czasami psoci, ale nie za bardzo. Budzi sympatię, ale jest mało wiarygodny. Czytelnik zapomina, że ma do czynienia z dzieckiem, bo chłopiec nie zachowuje się jak dziecko — nawet jeśli przyjmiemy inne niż 20-wieczne standardy. Na dodatek Malcolm budzi zaufanie i wszyscy łatwo zdradzają mu największe i najbardziej tajne sekrety — może po prostu wydaje się mało groźny, bo jest miły i sympatyczny, ale mi coś tutaj jednak nie grało.

W Anglii trwa walka o władzę, choć właściwie wydaje się, że wygrało ją Magisterium, coś w rodzaju zbrojnej ręki i służb specjalnych kościoła. Pullman w tej części kontynuuje swoją walkę z kościołem i religią jako przejawem wszelkiego zła, choć jednocześnie pojawiają się tutaj dobre i opiekuńcze siostry zakonne. Magisterium jest jednak groźne i niebezpieczne, a sięga po broń i propagandę rodem z komunizmu. Ponieważ urodziłam się w słusznie minionej epoce, razi mnie przerobienie opowieści o Pawliku Morozowie na opowieść o świętym. Magisterium nie działa finezyjnie, lecz sięga po metody komunistyczne, by rozbijać rodziny i więzi społeczne. Pullman sięga jednak po te same mechanizmy i metody, by pokazać manipulacje kościoła. Strasznie to prymitywne i łopatologiczne. Trudno mi także zrozumieć, jakim cudem tak wszechwładną i silną organizację może pokonać jedenastolatek.

Większość akcji to opowieść o ucieczce Malcolma, który z pomocą koleżanki ratuje małą Lyrę (swoją drogą naprawdę trudno mi wyobrazić sobie jedenastolatka, który od pierwszego wejrzenia zapałał ojcowską miłością do niemowlęcia). Chłopiec mierzy się z mnóstwem niebezpieczeństw. Czego tu nie ma: powódź stulecia, deszcz i głód rywalizują ze ścigającym dzieci wynaturzonym naukowcem, zagrożeniem ze strony Magisterium (oraz świeckiej tajnej organizacji, która wspiera chłopca, ale nie zawaha się wstawić go na niebezpieczeństwo, aby zrealizować swoje cele) i koniecznością stawienia czoła potworom zrodzonym z magii. W końcu nie wiadomo, co dzieje się naprawdę, a co jest efektem majaczeń. W czasie lektury miałam poczucie niespójności między światem „La Belle Sauvage”, a światem „Mrocznych materii”, który był inny niż nasz, ale raczej bliżej mu było do steampunku niż fantasy. W książce dzieje się mnóstwo, akcja jest wartka, czyta się tę historię szybko, tylko w głębi głowy cały natrętnie brzmiało pytanie „po co to wszystko?”. Cała powieść ma nam pokazać, jak ważna jest Lyra — taki rozbudowany na ponad 400 stron wstęp do „Mrocznych materii”, bo — jak wyczytałam w opisie drugiego tomu — kolejna część „Księgi Prochu” dzieje się po wydarzeniach opisanych w trylogii.

Kilka słów o tłumaczeniu. Jestem przyzwyczajona do wyborów poprzedniej tłumaczki trylogii, Ewy Wojtczak. „La Belle Sauvage” tłumaczył Wojciech Szypuła. Mam pełną świadomość, że każdy tłumacz ma prawo do swoich wyborów, ale podczas czytania raziło mnie tłumaczenie „dust” jako „proch”. To słowo zbyt mocno kojarzy mi się ze śmiercią (prochem jesteś i w proch się obrócisz) oraz z prochem armatnim i nie pasuje mi jako określenia czegoś, co wypełnia wszechświat. Wolę „pył”, tak jak było w poprzednim wydaniu. Trochę mi też szkoda pancernych niedźwiedzi.

Wydawnictwo zdecydowało się zastosować dość nietypową czcionkę, czego efektem są dziwne połączenia między literami „c” i „t” oraz „s” i „t”. Przypominają trochę czcionkę gotycką, ale początkowo takie zrosty utrudniają lekturę, bo w języku polskim istnieją także czcionki „ć” i „ś”, do których łudząco upodobniają się „c” i „s” w niektórych miejscach powieści.

La Belle Sauvage - problem z czcionką

La Belle Sauvage - problem z czcionką

Mylące są także trzy kropki na okładce — w pierwszej chwili zdawało mi się, że kupiłam tom trzeci, a nie pierwszy.

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Warto, jeśli polubiliście „Mroczne materie” i macie ochotę na wizytę w świecie ludzi i dajmonów. Trudno jednak określić, dla kogo jest ta lektura. Wartka akcja, młody bohater i mnóstwo przygód sugerują, że dla młodzieży, ale łopatologiczna propaganda sprawiają, że nadaje się dla bardziej wyrobionego czytelnika. I żeby było jasne: nie mam nic przeciwko krytyce kościoła i dyskusji z religią, ale nie przekonuje mnie sposób, w jaki robi to Pullman.

 

Philip Pullman, La Belle Sauvage, tł. Wojciech Szypuła, MAG 2020

 

 

Sto godzin nocy

Powoli wracam do blogowania, a przy okazji nadrabiam braki i podczytuję ciekawe książki dla dzieci. „Sto godzin nocy” pochłonęłam jednym tchem. Książka Anny Woltz wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry była nominowana w plebiscycie blogerów Lokomotywa i choć nie wygrała, to gorąco zachęcam, żeby do niej zajrzeć. Naprawdę warto, bo to literatura najwyższej próby (zresztą tak jak inne książki nominowane w tym plebiscycie). Pozostaje w pamięci długo po zamknięciu okładki.

Anna Woltz, Sto godzin nocy

Czternastoletnia Emilia December de Wit postanawia uciec z domu. Ma powody, bo jej ojciec zrobił coś, co niesamowicie skomplikowało jej życie. Ucieka najdalej, jak się da — leci z Holandii do wymarzonego Nowego Jorku, myląc ślady i tworząc fałszywe tropy, by utrudnić rodzicom poszukiwania. Pełne powody jej ucieczki poznajemy stopniowo, w trakcie lektury, gdy ona sama mierzy się z tym, co się stało, pozwala sobie na zastanowienie i refleksję, na odrobinę chłodniejsze spojrzenie na wydarzenia.

Ucieczka nie jest tak łatwa, jak Emilia sobie wyobrażała. Co prawda udaje jej się dotrzeć do Nowego Jorku, ale mieszkanie, które wynajęła przez sieć, nie istnieje. Dziewczyna padła ofiarą internetowych oszustów. Cały misternie przygotowany plan pobytu w cudownym mieście rozpada się na kawałki, a na dodatek do Nowego Jorku zbliża się huragan Sandy. Emilia musi szybko znaleźć jakieś schronienie —  pomagają jej trzy osoby, równie niedorosłe i podobnie poranione jak ona. Grupka młodych ludzi odcięta od normalności, ze świadomością zagrożenia spędza ze sobą kilka dni — a w takiej sytuacji każda godzina i chwila nabierają dodatkowego znaczenia. Dla każdego z młodych ludzi będzie to czas zmiany.

To książka o odkrywaniu siebie, przyjaźni, walce z upiorami. Dorosłym może uświadomić, że dzieci i młodzież mieszą się z własnymi strachami, które wcale nie są błahe. Jako rodzic na nowo uświadomiłam sobie podczas tej lektury, jak mocno my dorośli wpływamy na nasze dzieci i jak łatwo możemy „popsuć” im życie, szczególnie teraz w dobie internetu i hasztagów. To dość przerażająca świadomość, ale warto ją mieć. Autorka zresztą bardzo ciekawie pokazała relacje rodzic – dziecko. Dla nastolatków pewnie ważniejsza będzie historia odkrywania siebie i zdobywania przez Emilii umiejętności mówienia własnym głosem, odwagi do pokazania siebie. „Sto godzin nocy” przemówi do czytelnika w różnym wieku.

W powieści widać także niesamowitą fascynację autorki Nowym Jorkiem i Ameryką — miejscem, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie da się oddychać, w przeciwieństwie do bagnistej i małej Holandii. Chwilami bawiła mnie ta perspektywa, ale pamiętajmy, że narratorką powieści jest czternastolatka.

Książka jest rewelacyjnie przetłumaczona przez Jadwigę Jędryas. Świętnie się ją czyta, to polszczyzna najwyższej próby. Zajrzyjcie do „Stu godzin nocy” i podrzućcie ją swoim nastolatkom.

 

Anna Woltz, Sto godzin nocy, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2019

 

 

 

Pate i kapitanka Hahab

Mamy nowego Pate! Nawet zdążyliśmy się o niego z Piotrkiem posprzeczać. Mój syn przeczytał obie książki właściwie na raz. Połknął je błyskawicznie, a przy tym śmiał się w głos i przychodził mi czytać, co smakowitsze fragmenty — na przykład o tym, jak Pate jechał nad morze. Albo rozmowę z wujaszkiem przebranym za Torturo… to znaczy Totoro, albo scenę przełażenia czy przeskakiwania przez mur (szerze mówiąc, brakuje mi dobrego określenia na to, co tam się działo).

Piotrkowi obie książki podobały się bardzo. Pate jest w nich po prostu Patem — przedziwnie zakręconym chłopcem, kompletnie niedostosowanym do rzeczywistości, co w niczym mu jednak nie przeszkadza. To rzeczywistość musi się dostosować do Patego.

Timo Parvela, Pate łowi ryby, Pate szuka skarbów

Timo Parvela, Pate łowi ryby, Pate szuka skarbów

Książki są krótkie, mają około 100 stron, akcja jest wartka, dużo się dzieje. To bardzo dobra lektura dla dzieci, które samodzielnie czytają, ale potrzebują książek z większymi literami. Przygody Pate na pewno zachęcą do czytania i chłopców, i dziewczyny. Trudno się przy nich nie śmiać, a przynajmniej nie uśmiechnąć.

Timo Parvela, Pate łowi ryby

W „Pate łowi ryby” Pate jedzie z tatą na ryby nad Morze Północne. To bardzo, bardzo daleko. Jeżdżą tam tylko ludzie, których interesuje wędkowanie, kaczkowanie, jagodowanie i inne tego typu atrakcje wieku zdecydowanie średniego (przynajmniej tak to wygląda w oczach dzieci). W czasie wyprawy tatusiów i dzieci Pate poznaje Ninę, która okazuje się całkiem fajna mimo początkowych nieporozumień. Tatusiowie łapią ryby i polują na tajemnicę. Wydaje im się, że dzieci niczego nie widzą, choć oczywiście jest inaczej. Znajdziecie tutaj bardzo zimne morze, przeurocze scenki łowienia ryb (i opowiadania o nich) oraz groźną kapitankę Hahab. Piratka jest bardzo groźna — i niestety interesuje ją ta sama tajemnica.

W „Pate szuka skarbów” razem z chłopcem wyruszamy do Japonii. Timo Parvela bawi się skojarzeniami, nawiązuje do filmów i popularnych japońskich motywów. Pokazuje nam Japonię oczami turystów z głowami pełnymi wyobrażeń o supernowoczesnym kraju, w którym wszyscy chodzą w szlafrokach, a na głowie mają koszyki. Poszukiwania skarbu, które w tajemnicy przed wszystkimi prowadzi uroczy nieudacznik Stuś, sprawiają, że drogi Patego po raz kolejny krzyżują się ze szlakami złowrogiej kapitanki Hahab.

Timo Parvela, Pate szuka skarbów

Timo Parvela tak jak w poprzednich książkach zderza wyobrażenia i spostrzeżenia dziecka z opiniami dorosłych, wykorzystuje humor sytuacyjny i wartko prowadzi akcję. Dodatek potworów i tajemnic dla Piotrka był atrakcją i jak zwykle bardzo uważnie oglądał żartobliwe ilustracje Pasiego Pitkänena. Książki są świetnie przełożone przez Iwonę Kiuru — język jest barwny, pełen żartów i zabawnych sformułowań.

A teraz o różnicy spojrzeń. Piotrkowi podobała się kapitanka Hahab, magia i potwory. A mi było trochę smutno. Przygody Patego w „zwyczajnej” rzeczywistości były niesamowicie fantastyczne i zabawne, bo Timo Parvela ma oko do absurdu i umiejętnie podstawia naszemu światu krzywe zwierciadło. Ja wolałam „zwykłe” przygody Patego, bez elementów magii i fantasy, bo nieprawdopodobne pomysły chłopca były, moim zdaniem, wystarczająco szalone i dziwne. Piotrek się ze mną nie zgadza i uważa, że krakeny i magia są super, a magiczne miecze to już w ogóle. Nawet jeśli mają posłużyć do skonstruowania najbardziej ekologicznego auta na świecie — sami przeczytajcie, czym wujaszek Stuś postanowił je napędzać.

Timo Parvela, Pate szuka skarbów

Zajrzyjcie do przygód Patego — to doskonałe lekarstwo na nudę i zachęta do zabawy. Obawiałabym się jedynie o stan waszych ogródków — poszukiwanie skarbów może być zaraźliwe.

Timo Parvela, Pate łowi ryby, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2020

Timo Parvela, Pate szuka skarbów, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2020

Charlie i cała reszta

Wiecie co? Pandemia pandemią, ale przecież książki pomagają ją przeżyć. Szczególnie mocno pomagają te, które kochamy. Czasami nasze książkowe miłości się różnią, ale Roalda Dahla kochamy oboje, i ja, i Piotrek. Zresztą kiedyś już się chyba do tego przyznałam. Miłość wybuchła nagle, gdy przeczytaliśmy „Matyldę”, a dzięki lekturze „Czarownic/Wiedźm” (książka w Polsce jest dostępna pod dwoma tytułami) wzniosła się na nowe poziomy. Roald Dahl to jeden z ulubionych pisarzy mojego syna. To jego książki kompletuje na półce, i między innymi po nie sięga, gdy mu źle. Piotrek bardzo się cieszył, gdy odkrył „Charliego i fabrykę czekolady” na liście lektur….

Roald Dahl, kilka książek

Siedzenie w domu mimo wszystko sprzyja czytaniu, więc Piotrek pochłania kolejne książki. Lektura Dahla zdecydowanie poprawia mu humor i pozwala oderwać się od smutnych myśli (wiecie, wirusy i inne takie). Mnie trudno się ostatnio zmobilizować do lektury, więc „Państwa Buraków” i „Billy’ego i Miniputki” poznałam więc w autorskiej interpretacji Piotrusia — i nie mam ochoty na żadna inną. Mój syn był tak zafascynowany tymi książkami, że sam zaproponował, że mi je przeczyta – a to naprawdę coś. Roald Dahl miał niesamowitą umiejętność wplatania baśni w codzienność, a to cecha, którą mój syn-fantasta niesamowicie ceni. Baśń albo bajka zdają się czekać na rogu ulicy lub w kącie pokoju — wystarczy tylko dać się do niej zaprosić (i czasami trochę połobuzować).
Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie

„Państwo Burakowie” i „Billy i Miniputki” to bardzo różne książki. „Państwa Buraków” Piotrek zachwalał jako bardzo ciekawą książkę, ale taką trochę obrzydliwą. A nawet bardzo. Bohaterowie opowiadania, pan i pani Burakowie są brzydcy na zewnątrz i brzydcy wewnętrznie. Zresztą Roald Dahl bardzo jasno wykłada, że obie brzydoty są ze sobą powiązane i że brzydota wewnętrzna bardzo wpływa na urodę. Państwa Buraków nie da się polubić tak są paskudni. Zresztą oni wcale sympatii nie pragną, bo nie lubią nikogo i niczego, a najwięcej frajdy daje im dokuczenie innym, np. przemiłej rodzinie małp uwięzionej w klatce na podwórku. Dużo w tej historii niesamowitych zwrotów akcji, ale na szczęście winni zostają przykładnie ukarani. W książce znajdziecie także historię o wdzięcznym tytule „Uki Fla”. Od razu wolę uprzedzić, że w opowiadaniu nie ucierpiał żaden żółw, za to Piotruś długo się śmiał po zakończeniu lektury historii zakochanego emeryta.

Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie

„Billy i Miniputki” to historia małego Billy’ego, który wbrew zakazom mamy wymyka się do strasznego lasu. Spotyka tam maleńki ludek — Miniputki — i musi stawić czoła strasznemu niebezpieczeństwu. To sympatyczna historia o pozytywnych skutkach niegrzeczności — jak to u Dahla.

„Charliego i szklaną windę” musiałam przeczytać już sama — wstyd się przyznać, ale poznałam ją dopiero teraz. Piotrek łyknął ją od razu po zakończeniu czytania „Charliego i fabryki czekolady”, tak bardzo spragniony był dalszych losów szalonego pana Wonki i małego Charliego. Kosmiczna przygoda chłopca wciągnęła go bardzo, choć mój syn za Willym Wonką nie przepada, bo to „bardzo niebezpieczny człowiek”. Ja doceniłam przezabawnie przedstawione postacie polityką — choć wolałabym w dzisiejszych czasach mieć o nich lepsze zdanie. Piotrek długo się zastanawiał, czy prezydent na pewno nadawał się na to stanowisko 🙂 Po lekturze obu części „Charliego” na nowo doceniłam także szaloną wyobraźnię Tima Burtona i kreację Johnny’ego Deppa. Piotrkowi szalone przygody Charliego spodobały się bardzo, rysował bitwy ze zgniciołami plaźmiakiami i ciągle bardzo żałuje, że nie będzie kolejnej części — bo przecież „Szklana winda” kończy się w takiej chwili… Nawet zaczął wymyślać, co mogłoby się stać po spotkaniu Willy’ego Wonki i amerykańskiego prezydenta. To nie są historie, które kończą się dobrze dla prezydenta.

Bardzo spodobały nam się także umieszczone na końcu książek informacje o Roaldzie Dahlu. Ciekawostki z jego życia, opinie nauczycieli, zdjęcia jego pracowni. To wszystko sprawiło, że Dahl stał się bliższy i lepiej znany. To barwna postać, która zaświadcza, że pisarze mogą być różni i wcale nie muszą spędzać całego życia za biurkiem. Na Piotrku chyba największe wrażenie zrobiła wiadomość o tym, że Roald Dahl był także szpiegiem.

Absurd i groteskowość historii spisanych przez Dahla zapewniają dzieciom odskocznię od problemów. To zdrowa dawka śmiechu i beztroskiej wesołości, która pozwala zapomnieć o szarym dniu. Dahl koloruje świat i dodaje mu fantazji, nie uciekając przed takimi problemami, jak bieda, brak rodziców czy samotność. Wykreowany przez niego świat jest jednocześnie prawdziwy i fantastyczny — warto się w nim zanurzyć.

 

Roald Dahl, Billi i Miniputki, il. Quentin Blake, tł. K. Szczepańska-Kowalczuk, Znak 2017

Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie, il. Quentin Blake, tł. K. Szczepańska-Kowalczuk, Znak 2020

Roald Dahl, Charlie i wielka szklana winda, il. Quentin Blake, tł. Magda Heydel, Znak 2020

 

 

Do gwiazd

Dzisiaj o książce — nominowanej w plebiscycie Lokomotywa w kategorii „Od A do Z” — która wywołuje mój niekontrolowanych zachwyt. Mogę oglądać ją bardzo długo, z ogromnym podziwem dla pracy autora, ilustratora, tłumacza i wszystkich osób zaangażowanych w tej projekt. Dzięki tej książce możemy spojrzeć w gwiazdy i podziwiać piękno wszechświata.

„Planetarium. Muzeum Kosmosu” zostało namalowane przez Chrisa Wormella (a raczej powinnam chyba napisać „wyryte”, bo artysta korzysta z drzewo- i linorytu), a napisane przez Ramana Prinję. Tę niesamowicie piękną i przemyślaną książkę wprowadzającą dziecko (dorosłego też) w tajemnice kosmosu wydało Wydawnictwo Dwie Siostry.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Zachwyca mnie w niej wszystko: czcionka, układ tekstu na stronie, kompozycja artykułów, wybór zagadnień. Tekst w każdym rozdziale jest napisany tak, że chce się go czytać. Zresztą sami zobaczcie:

„Wszechświat jest niewyobrażalnie rozległy i zawiera absolutnie wszystko, od maciupkich atomów po olbrzymie galaktyki. Mimo że jest to niewiarygodna ilość materii, wszechświat jest tak ogromny, że w większości całkowicie pusty. Rozmyślanie nad rozmiarem wszechświata to przytłaczające zadanie. Można zacząć od wyobrażenia sobie, gdzie się w nich znajdujemy, za pomocą naszego „kosmicznego adresu”, w którym zamiast numeru domu, ulicy, miasta i państwa znajdują się nazwy coraz większych kosmicznych struktur.”

Tłumacz, Jeremi K. Ochab, wspaniale dobrał słowa. Przy czytaniu nie czuje się, że tekst powstał w obcym języku, informacje są przejrzyste i zrozumiałe. Nie jesteśmy przytłoczeni nadmiarem obcych słów i trudnych terminów. Wychodzimy z tego muzeum z przeświadczeniem, że dowiedzieliśmy się więcej.

Planetarium. Muzeum kosmosu

Tekst jest naprawdę przyjazny – ale nie jest banalny. Planetarium zaprasza do kolejnych sal Muzeum Kosmosu. To przemyślana wędrówka. Zaczyna się w sali historycznej, gdzie czytelnik dowiaduje się, co to jest światło i w jaki sposób ludzie kiedyś oglądali niebo. To, co nad głową, fascynuje nas przecież od wieków. W tej sali możemy porównać dawne i współczesne sposoby obserwacji. A potem, wyposażenie w niezbędną wiedzę, ruszyć dalej.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Wędrówkę po kosmosie zaczniemy w w Układzie Słoneczny, by poznać to, co najbliżej Ziemi, a potem będziemy spoglądać dalej i dalej — popatrzymy na Słońce, na chwilę zerkniemy na gwiazdozbiory, by bliżej przyjrzeć się gwiazdom, galaktykom, aż w końcu całemu wszechświatowi. Przy wyjściu poznamy się bliżej z kuratorami tego wspaniałego muzeum (czyli dowiemy się więcej o autorach) oraz dowiemy się, gdzie możemy znaleźć więcej informacji i ciekawostek. Bardzo się ta wiedza przydaje, gdy po obejrzeniu tej przepięknej książki dziecko pyta, czy możemy teraz popatrzeć na kosmos przez teleskop Hubble’a.

Planetarium. Muzeum Kosmosu
Planetarium. Muzeum Kosmosu

U nas książka leży ciągle pod ręką — przeglądamy, kartkujemy, oglądamy, czytamy. Gorąco polecam odwiedziny w tym muzeum.

 

Chris Wormell (ilustracje), Raman Prinja (tekst), Planetarium. Muzeum Kosmosu, tł. Jeremi K. Ochab, Wydawnictwo Dwie Siostry 2019.

Porozmawiajmy o seksie — z nastolatkami (ale trudne!)

Rozmawiacie z dziećmi o dojrzewaniu i zmianach w ciele? Często nie jest łatwo nam rodzicom odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą dzieci, choć chyba nikt już nie opowiada bajek o kapuście i bocianie? Strefa cielesności, pytania o ciało i fizyczne zbliżenie między kobietą i mężczyzną ciągle jednak wywołuje wstyd. Nie wiemy, jak i kiedy zacząć o tym mówić, żeby dzieci nie przestraszyć. Czasami brakuje nam słów — język podpowiada albo terminy medyczne, albo takie, których raczej dzieci nie chcemy uczyć. Z wiekiem wcale nie jest łatwiej — zresztą jeśli nie rozmawiało się z młodszymi dziećmi, starsze mogą zaskoczyć wiedzą, zdobytą od kolegów i z internetu. O ile w ogóle będą chciały rozmawiać.

Trochę przynudzam, ale chcę pokazać wam książkę, która podpowiada, jak „o tym wszystkim” rozmawiać — i to właśnie z nastolatkami. Każdy z rodziców musi sam we własnym zakresie zastanowić się, czy i kiedy dać tę książkę nastolatkowi (warto przy okazji szczerze zastanowić się, na ile swobodnie dziecko buszuje po sieci i czy na pewno wiemy, co tam zobaczyło — uwierzcie, odkrycia bywają szokujące dla rodziców), ale warto do tej pozycji zajrzeć, podpatrzeć, jak Chusita Fashion Fever o seksie opowiada i być może znaleźć tam coś dla siebie (jeśli nie dla dziecka). Dziewięciolatkowi bym jej jeszcze nie pokazała, ale 13-, 14-latek mógłby być dobrym odbiorcą, o ile wszedł w okres dojrzewania i „te sprawy” zaczęły go interesować.

Chusita Fashion Fever

Znajdziecie tutaj mnóstwo informacji, ale bez oceniania — autorka pisze bardzo obiektywnie, nie moralizuje — po prostu mówi, jak jest. Podstawowe założenie tej książki jest takie: seks jest dobry i fajny, a ludzie uprawiają go w różny sposób. Często wiąże się z zakochaniem i miłością, ale nie wszyscy tak do niego podchodzą. Niektórzy czekają z tym do ślubu, inni kochają się wyłącznie wtedy, gdy są zakochani, jeszcze inni traktują go jak zabawę. Według autorki — każda z tych postaw jest ok pod warunkiem, że nie zmusza nikogo do przekraczania własnych granic, że wynika z autentycznej potrzeby i wiąże się z szacunkiem dla samego siebie i partnera/partnerki.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie

„To nie jest książka o seksie” (Wydawnictw RM), wbrew tytułowi, jest bardzo o seksie, choć nie tylko. Wasze dzieci (i wy też) znajdziecie tutaj informacje co, jak, w jaki sposób. Wszystko pięknie uporządkowane i po kolei. Zaczynając od tego, jak zbudowana jest kobieta, a jak mężczyzna i jak „te miejsca” się nazywają (lub jak mogą być nazywane) przez preferencje seksualne i etapy znajomości po stosunek seksualny (waginalny, oralny i analny). Zresztą, sami możecie zerknąć na spis treści.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie

To, co mnie w tej książce ujęło najbardziej, to bardzo obiektywny i pełen szacunku dla odbiorcy sposób narracji. Oczywiście są tutaj poruszone kwestie techniczne, ale — dla mnie — są one drugorzędne i mniej istotne. Najważniejsze jest to, że autorka bardzo mocno akcentuje kwestie szacunku dla siebie i partnera/partnerki, czasu i odpowiedzialności za siebie i za drugiego człowieka. Akcentuje, że nie trzeba się spieszyć, choć warto swoje ciało poznawać (znajdziecie tutaj zachętę do masturbacji, co pewnie część rodziców może odstraszyć), że trzeba się wsłuchać w siebie i swoje potrzeby i działać zgodnie z tym, co się czuje. Bardzo mocno podkreśla także, że jesteśmy jako ludzie różni, że mamy prawo różnie wyglądać, różnie się zachowywać i lubić różne rzeczy — a to, że inni coś robią, nie oznacza, że my też musimy. Mamy wręcz obowiązek powiedzieć nie, gdy coś nam nie odpowiada — bo to w końcu nasze ciało. Chusita Fashion Fever kilka razy także zaznacza, że rzeczywistość bardzo różni się od filmów porno, zakładając, że czytelnicy już mieli okazję się z nimi zetknąć (co może graniczyć z pewnością w przypadku wielu polskich dzieci — dane statystyczne są szokujące).

dsc_1861

Autorka szanuje swojego czytelnika — zakłada, że trzeba mu wytłumaczyć i pokazać, co i jak, a następnie zostawić mu decyzję. Nie jest to łatwe, szczególnie dla rodzica, ale mam wrażenie, że wiara w dojrzałość dziecka i zaufanie są najlepszym sposobem na kształtowanie odpowiedzialności za samego siebie. Chusita Fashion Fever akcentuje także zagrożenia, które pojawiły się niedawno. Wspomniane są tutaj znajomości przez internet, wysyłanie nagich zdjęć, kradzież danych. Mówi także o zagrożeniach starych jak świat, o ciąży, o chorobach przenoszonych drogą płciową i jak się przed nimi uchronić. Przed oczami czytelnika maluje się obraz świata erotyki i seksu. To współczesny świat — znajdziecie tutaj rozdział o hetero i homo, ale także o tych, którzy nie potrafią się utożsamić z żadną płcią. Zaszokowani? Taka jest nasza współczesność. Przemilczając ją, nie sprawimy, że zniknie.

Całość jest napisana bardzo lekkim, niemedycznym i niedosadnym językiem. Tłumacz, Vic Kostrzewski, sprawił, że tekst polski nie krępuje, nie zawstydza, czyta się lekko i podsuwa pomysł, jakich słów używać podczas rozmowy z dziećmi. Tylko tyle i aż tyle, bo dla mnie ogromnym zaskoczeniem było to, że można mówić o seksie tak spokojnym, wyważonym i zwyczajnym językiem. Do tego zabawne, komiksowe ilustracje, które nie zawstydzają i nie epatują nagością. „To nie jest książka o seksie” będzie leżała na półce w pokoju nastolatka — jemu zostawiam decyzję, czy po nią sięgnie. Zdecydowanie wolę, żeby dowiedział się wszystkiego, co chce wiedzieć, z tej książki niż z sieci.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie, il. Maria Liovet, tł. Vic Kostrzewski, Wydawnictwo RM 2019

Hodowla

„Hodowla” Katarzyny Ryrych (Adamada) to zdecydowanie najmocniejsza książka dla młodzieży, jaką przeczytałam w zeszłym roku, i bardzo ważny głos w dyskusji o polskiej szkole i polskim społeczeństwie. Dla starszych nastolatków, tak na poziomie ogólniaka. Koniecznie do rozmawiania i dyskutowania.

Katarzyna Ryrych, Hodowla

To nie jest łatwa książka nie tylko ze względu na tematykę, ale także sposób skonstruowania historii. Fabuła nie jest linearna, wiele jest tutaj dygresji i retrospekcji – młodszy czytelnik może się pogubić i zniechęcić. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia dorosłego. Taki zabieg w książce dla młodzieży może zaskakiwać, ale sprawił, że historia nabrała wagi, zyskała drugie i trzecie dno i przestała być tylko opowieścią o grupie nastolatków w okresie dojrzewania. Dorosły punkty widzenia wyostrza problemy, podkreśla konsekwencje działań i skutki zachowań, które nie byłyby widoczne dla młodszego narratora.

Do miasteczka wraca na chwilę i właściwie przypadkowo dwudziestokilkulatek, który kiedyś tu mieszkał i chodził do liceum. Snuje się trochę bez celu po ulicach i zaułkach, przypominając sobie czas ogólniaka — czas intensywnego dojrzewania, zachwytów, pierwszych miłości, przyjaźni pełnych emocji, poznawania siebie i odkrywania świata. To bolesne i pełne wstydu wspomnienia, z których wyłania się obraz szkoły służącej do hodowania dzieci przez wychowawczynię (Królową Matkę) na wzorowych uczniów i odpowiednich — zgodnych z jej wyobrażeniami — przyszłych przykładnych obywateli miasteczka. W tym modelu nie ma miejsca na inność, bunt, swobodę myśli. Żeby osiągnąć sukces, trzeba się dostosować, zapomnieć o samodzielnym myśleniu i wyrażaniu opinii. Kara za niesubordynację może być straszna.

To także książka o władzy. Człowieka nad człowiekiem. Nauczyciela nad uczniem. Rodzica nad dzieckiem. Grupy nad jednostką. Poczucie władzy daje siłę, a chęć jej posiadania skłania do zmian. Być zyskać władzę, łatwo zapominamy o innych i o tym, co jeszcze przed chwilą było ważne.

Z książki Katarzyny Ryrych wyłania się ponury obraz szkoły, jako miejsca, gdzie przycina się skrzydła. Podporządkuj się, by osiągnąć sukces. Ukrywaj się, znaj swoje miejsce, wpasuj się w ramy. Inni zostaną usunięci, zniszczeni, wymazani z pamięci — nie ma i nie będzie dla nich miejsca. Ciężko się patrzy na taki obraz Ta książka zadaje pytanie rodzicom o ich dzieci. Zmusza do przyjrzenia się wyznawanemu systemowi wartości. Skłania do dyskusji o tym jaki powinien być dobry nauczyciel. Pyta o odpowiedzialność rodziny, o tolerancję, inność i odwagę. To mocne pytania. Odpowiedzi nie znajdziecie w „Hodowli”, będziecie musieli ją znaleźć sami.

Katarzyna Ryrych, Hodowla, Adamada 2019 r.

Lustrzanna

Wszystkim zaglądającym na mojego bloga życzę wspaniałego Nowego Roku — wspaniałej zabawy w Sylwestra i wielu dobrych dni w Nowym Roku. Dobrych ludzi wokół, dobrych lektur do przeczytania i zdrowia na co dzień — i nie przesadzajcie z noworocznymi postanowieniami 🙂

A na zakończenie roku kolejna recenzja pierwszego tomu nowej serii. Tym razem dla trochę starszych. Wydawnictwo Entliczek zaklasyfikowało „Zimowe zaręczyny” do kategorii 14+ . Ta lektura bardzo wciąga i świetnie nadaje się na długie zimowe wieczory. Pierwszy tom liczy prawie 500 stron, więc lektura może zająć trochę czasu.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, seria Lustrzanna

„Zimowe zaręczyny” Christelle Dabos to steampunkowe fantasy dziejące się po rozpadzie starej ziemi. Momentami wyobrażałam sobie obrazy jak z „Kosmicznego domu Larklight” Philipa Reeve’a. Ludzie żyją na dziwnych powietrznych wyspach — arkach, którymi opiekują się bóstwa będące założycielami całej rodziny. Wszyscy na wyspach są spokrewnieni, a kontakty między osiedlami nie są częste. Wielkimi sterowcami podróżują głównie towary, a nie ludzie. Na jednej z arek, Animie, mieszka Ofelia, niepozorna archiwistka zakochana w historii przedmiotów. Jest czytającą — każdy przedmiot, którego dotnie gołą ręką opowiada jej swoją historię. To nie jedyna wyjątkowa cecha Ofelii — potrafi także przechodzić przez lustra. Historia zaczyna się w momencie, gdy dziewczyna zostaje zaręczona z Thornem z odległej arki zwanej Biegunem.

Pierwszy tom to wyprawa Ofelii na Biegun i odkrywanie skomplikowanych zależności rządzących tą arką. Życie toczy się tam inaczej — to wyspa zwalczających się klanów, intryg, spisków i plotek. Nie jest łatwo zobaczyć prawdziwe oblicze tej arki. Prawdziwe oblicze wyspy jest ukryte przez wszechobecne miraże, która kształtują przestrzeń i mamią zmysły. Życie arystokracji na arce trochę przypomina mi opowieści o Wersalu przed rewolucją — barwne, rozpasane, nieobyczajne, pozornie beztroskie, w rzeczywistości podszyte strachem i lękiem o pozycję na dworze. Nie znajdziecie tutaj nieprzyzwoitych opisów, ale pewne wtrącenia mogą działać na wyobraźnię (stąd także taka a nie inna kategoria wiekowa).

Zaglądała przez uchylone drzwi do kolejnych pomieszczeń, przyklejała nos do wszystkich okien. Po wielkim biesiadnym stole kroczyły wypuszczone na wolność pawie. W sali teatralnej, wśród oklasków publiczności, dwóch mężczyzn oddawało się udawanemu pojedynkowi, deklamując przy tym poezję. W ogrodzie młodzi arystokraci ścigali się automobilami między klombami kwiatów. W gęstych oparach palarni wielu szlachetnie urodzonych straciło peruki, a kilku innych wręcz przeciwnie — nie miało na sobie prawie nic więcej. W bibliotece starsze panie czytały na głos libertyńskie utwory. (s. 277)

„Zimowe zaręczyny” to oryginalna historia odwołująca się do podstawowych ludzkich emocji: zazdrości, miłości, walki o władzę. Fantastycznie ogląda się „dorastanie” Ofelii, która musi odnaleźć się w nowej, bardzo skomplikowanej rzeczywistości. Musi zrozumieć, jak działa arka, by przeżyć, a jednocześnie zawalczyć o pozostanie sobą. Bardzo kibicuję bohaterce w tej walce — o wolność, samodzielność i prawo samostanowienia. Na Biegunie wcale nie jest to oczywiste. Rysująca się intryga jest wielopoziomowa i skomplikowana, trudno przewidzieć, co może się zdarzyć dalej, kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem. Każdy próbuje wykorzystać dziewczynę do własnych celów, a najbardziej przyjacielskie osoby mogą mieć najbardziej zbrodnicze zamiary. Zaufanie jest na Biegunie towarem zdecydowanie deficytowym. Każda decyzja Ofelii może mieć różne konsekwencje, czasami zaskakujące dla kogoś, kto nie wie, jak działa arka.

Książka jest napisana bardzo plastycznie i wspaniale przetłumaczona. Podczas lektury ma się ochotę zobaczyć niektóre obrazy: arki otoczone chmurami, pokoje odizolowane przestrzennie, pałace unoszące się w chmurach, wielkie lodowe pola i zimowe lasy zamieszkałe przez ogromne, zmutowane zwierzęta — wyobraźnia Christelle Dabos zdaje się nie mieć granic. Nie mogę się doczekać, kiedy po polsku ukaże się kolejny tom.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, tł. Paweł Łapiński, wyd. Entliczek 2019 r.

Sophie Foster i Zaginione Miasta

Może macie ochotę na przyjemną i lekką lekturę, akurat na wolne dni i ferie?

Według wydawnictwa, Sophie Foster (Shannon Messenger „Zaginione miasta. Strażniczka”, IUVI) to koleżanka Harry’ego Pottera i Percy’ego Jacksona. Podobieństwa narzucają się od razu, choć tutaj mamy dziewczęcą bohaterkę. Autorka książki wykorzystuje ten sam motyw niezrozumianego dziecka, które w pewnym momencie trafia do innego (magicznego) świata, zaczarowanej szkoły (Foxfire) i okazuje się wyjątkowe. W podobny sposób skonstruowane są zresztą przygody Morrigan Crow i wiele innych książek — to nie schemat decyduje o ich oryginalności i świeżości, ale sposób, w jaki autor sobie z nim poradził. U Messenger akcja jest wartka, przygoda goni tajemnicę, co chwila coś się wali i pali. Czytelnik nie może się nudzić, ale — jak dla mnie — inspiracja przygodami małoletniego czarodzieja jest wyraźna. Ciekawa jestem, jak autorka poprowadziła dalej tę historię, bo w pierwszym tomie trochę zabrakło mi tego „nowego” świata.

Shannon Messenger, Zaginione miasta. Strażniczka

Kim jest Sophie? Na pierwszy rzut oka to zwyczajna dwunastolatka. Chodzi do szkoły, czasami psoci, ma rodzinę (mamę, tatę i młodszą siostrę). Sophie jest jednak genialna — jej fotograficzna pamięć sprawia, że nie ma żadnych problemów z nauką i przeskoczyła kilka klas. Ma także sekret — słyszy myśli innych ludzi: kolegów, nauczycieli, rodziców. Niemilknący hałas, w jakim żyje, przyprawia ją o ból głowy i powoduje, że dziewczynka jest raczej wycofana i smutna. Niełatwo o otwartość, gdy doskonale wiesz, że ktoś kłamie lub tak naprawdę nie ma ochoty słuchać. Trudno powiedzieć komuś o problemie, gdy wiadomo, że raczej nikt w niego nie uwierzy, a w najlepszym przypadku wylądujesz w szpitalu i będą cię poddawać setkom badań.

Pewnego dnia Sophie spotyka w muzeum kogoś podobnego do siebie — chłopca, który tak jak ona słyszy myśli innych. To spotkanie wywraca cały jej świat do góry nogami — dziewczynka dowiaduje się, że nie jest człowiekiem tylko elfem, trafia do mitycznych Zaginionych Miast (Atlantyda też się pojawia, zresztą śledzenie, które mity i powieści wykorzystała autorka dało mi dużo frajdy) zamieszkałych przez różne rozumne rasy nieludzi, musi zmierzyć się z nową szkołą, a przede wszystkim dowiedzieć, kim jest i dlaczego tak wiele się wokół dzieje.

Podobieństwa do innych serii są wyraźne, ale podczas lektury nie miałam wrażenia, że czytam przygody Harrego przepisane na dziewczynkę. Sophie jest dość wiarygodna emocjonalnie — i to chyba jest największa zaleta tej książki. Bohaterka wychowana przez ludzi zachowuje pamięć o ludzkich emocjach i ludzkie odruchy, gdy wkracza do nowego świata. Jest w stanie zrozumieć tęsknotę i żałobę — stan właściwie nieistniejący w świecie, w którym każdy może żyć tysiące lat. Bardzo ładnie jest tutaj opisana próba nawiązania relacji między dzieckiem i dorosłymi — niełatwych relacji, dzięki którym powstaje rodzina. Właściwie jednak Sophie ma więcej problemów z dostosowaniem się do elfiej nauki niż elfich zachowań czy zwyczajów, które są bardzo podobne do zachowań ludzkich dzieci.

Nowy świat jest piękny, wspaniały, cudowny i idealny, ale jednocześnie pojawiają się na tym obrazie drobniutkie pęknięcia — rysy, które świadczą, że pod spodem kłębi się ciemność. Autorka wyraźnie przygotowuje sobie grunt pod kolejne tomy, które pewnie wywrócą porządek elfów do góry nogami. Naprawdę jestem ciekawa, co wymyśliła i chętnie sięgnę po kolejny tom. „Zaginione miasta. Strażniczka” to zamknięta historia, która zostawia oczywiście mnóstwo pytań, ale jednocześnie stanowi całość — bardzo to doceniam, bo bywają w seriach części urwane prawie w połowie zdania. Ten tom to otwarcie — początek życia Sophie w nowym świecie i początek drogi ku rozwiązywaniu tajemnic. Historia dziewczynki ma szansę zdobyć sobie wiernych fanów obu płci — to dobra lektura dla lubiących przygody dzieci, które chcą jak najwięcej czasu spędzić ze swoimi bohaterami.

 

PS. Zdjęcie okładki pochodzi z witryny wydawnictwa IUVI.

 

Shannon Messenger Zaginione Miasta. Strażniczka, tł. Monika Nowak, IUVI 2019