Xar i Nadziejka

Na dąb i jemiołę, i wszystko, co słodkie, soczyste i trujące – to naprawdę fajna książka. Bawiłam się przy tej lekturze świetnie. Zaczęłam ją czytać Piotrkowi (ciągle celebrujemy nasze wspólne wieczorne czytanie), ale Młodszy w końcu nie wytrzymał i doczytał ją samodzielnie do końca. Co wcale nie znaczyło, że zrezygnował ze wspólnego czytania – po prostu spokojnie słuchał, wiedząc, co będzie dalej. Czasami tylko nie mógł wytrzymać napięcia i spojlerował: mamo, teraz się przygotuj, teraz będzie zabawnie! 

Cressida Cowell, Wojownicy i czarodzieje, Jak upolować wiedźmę?

Cressida Cowell, której serię „Jak upolować smoka” Piotrek bardzo lubi, wkroczyła do świata magii. Historia dzieje się bardzo dawno temu, we wczesnym średniowieczu (choć nie upierałabym się przy datowaniu), gdy jeszcze istniała magia. W lasach żyli Czarodzieje, z którymi walczyli Wojownicy — okuci w żelazo ludzie najbardziej na świecie bali się czarów i magicznych istot i robili wszystko, by ich pokonać. Ten antagonizm leży u podstaw intrygi w tomie „Jak upolować wiedźmę” – to pierwszy tom serii „Wojownicy i Czarodzieje”.  

Cressida Cowell, Wojownicy i czarodzieje, Jak upolować wiedźmę?

W książce mamy dwoje bohaterów. Szczerze mówiąc, dość nieudanych, jak na bohaterów. Są bardzo zwyczajni, antybohaterscy i dość pechowi. Xar jest synem najważniejszego czarodzieja, ale ciągle jeszcze nie objawiły się jego magiczne zdolności. A bycie niemagiczną istotą wśród czarodziejów to naprawdę niefajna sprawa. Xar nadrabia więc przechwałkami (trzeba przyznać, gadkę ma świetną) i wymyśla psoty, czasami pochodzące pod chuligańskie wybryki. Nadziejka jest najmłodszą córką królowej Sykoraks, najdzielniejszej wojowniczki i najpotężniejszej królowej wojowników. Córką – rozczarowaniem, bo w przeciwieństwie do swoich sióstr w ogóle nie jest wojownicza. Jest roztrzepana, wiecznie rozczochrana, zapominalska. Ta niedobrana para pewnego dnia spotyka się w lesie i okazuje się, że wbrew pozorom dużo ich łączy, choć początki znajomości nie są najlepsze. 

Cressida Cowell, Wojownicy i czarodzieje, Jak upolować wiedźmę  

Cressida Cowell napisała cudowną, pełną przygód, a przy okazji naprawdę mądrą opowieść, którą czyta się z ogromną przyjemnością. Po lekturze ma się ochotę na więcej – wcale nie dlatego, że akcja pędzi jak szalona, tylko dlatego, że historia jest przemyślana i dopracowana. Xar i Nadziejka odkrywają ukryte oblicze swojego świata, muszą zmierzyć się z prawdziwymi niebezpieczeństwami i przy okazji dowiadują się, co oznacza przyjaźń. Sporo jest tutaj o relacjach rodziców i dzieci – przy okazji i mimochodem. Dużo o odmienności, inności i poszukiwaniu własnej drogi – bez patosu, moralizatorstwa i przy okazji. To cudownie lekka w lekturze książka, o której długo się potem myśli. No i wspaniała galeria postaci drugoplanowych. Przezabawny Biadolin, zastępca osobistego gwardzisty księżniczki, uroczy Piskutek, niedorosły chochlik Xara (i chyba ulubiona postać Piotrka), mądry kruk Kaliburn czy filozofujący olbrzym Miażdżyciel. Cressida Cowell zaludniła świat książki mnóstwem przezabawnych i charakterystycznych postaci, które budzą sympatię. Naprawdę nie mogę się doczekać kolejnych części – mam nadzieję, że Wydawnictwo Znak już je szykuje. Bo przecież każde światło ma swój mrok, a Xar i Nadziejka niechcący wyzwolili pradawne zło.

 Cressida Cowell, Wojownicy i czarodzieje, Jak upolować wiedźmę

Posprzeczaliśmy się z Piotrkiem o szatę graficzną tej książki. Jemu podoba się okładka i chciałby, żeby ilustracje były utrzymane w podobnym klimacie, a bardzo nie podobały mu się ilustracje. Mnie ilustracje, typowe dla Cressidy Cowell, bardzo się podobały, za to okładka niekoniecznie – zdecydowanie wolałabym wersję bardziej spójną pod względem graficznym. Do książki jednak naprawdę warto zajrzeć.

Cressida Cowell, Wojownicy i czarodzieje. Jak upolować wiedźmę, il. Cressida Cowell, tł. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Znak 2020     

 

 

 

 

 

Chłopiec znikąd

Mam problem z definicją nowości. Książki wydane w zeszłym roku są dla mnie równie „nowe”, jak te wydane przed miesiącem — ciągle pamiętam, kiedy je kupiłam (to było przecież przed chwilą), choć często nie miałam czasu, by już do nich zajrzeć, nie mówiąc już o napisaniu posta. Takich typowych nowości to właściwie na tym blogu nie znajdziecie — a raczej pojawiają się stosunkowo rzadko. Dzisiaj będzie więc o książce, która ukazała się w zeszłym roku. I jest fantastyczna. Pewnie o niej słyszeliście, bo zdobyła kilka nagród, m.in. wygrała plebiscyt blogerów Lokomotywa w kategorii Fabuła. Przeczytałam tę powieść dwa tygodnie temu i potrzebowałam chwili, aby ją przemyśleć i przetrawić.

Katherine Marsh, Chłopiec znikąd

Katherine Marsh w „Chłopcu znikąd” (Wydawnictwo Widnokrąg) poruszyła temat gorący i trudny — to książka o uchodźcach. Na dodatek autorka wplątała w fabułę wątek żydowski, przeprowadzając swego rodzaju paralelę między losem Żydów w czasie wojny a losem współczesnych uchodźców z Syrii. Zamierzenie naprawdę karkołomne, które mogło się zakończyć spektakularną klapą, ale Katherine Marsh poradziła sobie z tym tematem rewelacyjnie — historię czyta się z zapartym tchem, a potem długo nie można przestać o niej myśleć.

Opowieść ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest trzynastoletni Max. Właśnie zamieszkał w Brukseli, do której musiał wbrew sobie przenieść się ze Stanów Zjednoczonych, bo jego tato dostał tutaj pracę. Rodzice postanawiają wysłać go do francuskojęzycznej szkoły, żeby szybko nauczył się języka — niezłe wyzwanie dla chłopca, który zna po francuski jedynie kilka słów. Drugim bohaterem jest Ahmed, czternastoletni uchodźca z Syrii, z Aleppo — chyba nie ma dorosłego, który nie kojarzy tego miasta. Losy chłopców w przedziwny sposób się krzyżują, zmieniając ich obu. W tle historii przyjaźni autorka umieściła opowieść o bohaterskim Belgu, który w czasie wojny pomagał żydowskiemu chłopcu. To jego historia sprawia, że Maks zaczyna pomagać Ahmedowi. Powoli między chłopcami rodzi się przyjaźń — okazuje się, że dzięki komuś innemu możemy powoli odkryć siebie i obiektywniej ocenić swoją sytuację.

Autorka nie prezentuje nam jednak cukierkowej rzeczywistości. To nie jest książka tylko o przyjaźni i dojrzewaniu. Jej akcja dzieje się w momencie, gdy w Paryżu i Brukseli dochodzi do zamachów terrorystycznych. Świat ogarnia panika i lęk. W powieści Katherine Marsh znajdziemy przekrój typowych reakcji dorosłych: poczucie zagrożenia, lęk, niechęć do obcych, nieumiejętność wczucia się w los innych czy przełożenia na nich doświadczeń własnych przodków. Dzieci muszą radzić sobie z tym, co słyszą i widzą, z opiniami dorosłych, z własnym strachem i brakiem akceptacji otoczenia. Inność bywa różna i każdy może jej doświadczyć — Max jest inny, bo nie mówi po francusku i przyjechał ze Stanów, jego koleżanka, rodowita Belgijka, jest inna, bo nosi na głowie chustę. Poczucie inności może budzić różne reakcje, od wycofania się po agresję.

Umieszczenie akcji właśnie w takim momencie historii usprawiedliwia według mnie sposób działania głównych bohaterów, którzy starając się pomóc Ahmedowi, łamią prawo. O ile zwykle mnie to razi i burzy, to w tej powieści rozumiem takie zachowanie dzieci. Jest ono efektem zafascynowania wojenną historią oraz przekonania, że dorośli — zarówno ci bliscy, jak i ci będący przedstawicielami państwa — nie będą chcieli pomóc. To chęć jest tutaj istotna — nie możliwość działania, tylko chęć pomocy komuś, kto jej potrzebuje, ale wygląda inaczej i budzi nasz lęk. Dorośli w tej książce chętnie powtarzają obiegowe opinie, łatwo im wydawać sądy i trudno ich skłonić do zmiany zdania lub nawet przyznania, że może być inaczej niż uważają. Bardzo są w tym prawdziwi.

Przeczytajcie „Chłopca znikąd”. Zmusza do myślenia, skłania do zastanowienia się nad własnymi poglądami, zachęca do rozmowy i rozejrzenia się wokoło. To bardzo dobra współczesna książka, która mówi o tym, co dzieje się wokół nas tu i teraz. Rzeczywistość niektórych ludzi dzisiaj nie różni za bardzo od tego, co działo się kilkadziesiąt lat temu. Wojna cały czas gdzieś trwa, a ta powieść stawia trudne pytania, na które niełatwo uczciwie odpowiedzieć, choć warto je zadawać.

Katherine Marsh, Chłopiec znikąd, tł. Anna Klingofer-Szostakowska, Sara Manasterska, Wydawnictw Widnokrąg 2019

Sto godzin nocy

Powoli wracam do blogowania, a przy okazji nadrabiam braki i podczytuję ciekawe książki dla dzieci. „Sto godzin nocy” pochłonęłam jednym tchem. Książka Anny Woltz wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry była nominowana w plebiscycie blogerów Lokomotywa i choć nie wygrała, to gorąco zachęcam, żeby do niej zajrzeć. Naprawdę warto, bo to literatura najwyższej próby (zresztą tak jak inne książki nominowane w tym plebiscycie). Pozostaje w pamięci długo po zamknięciu okładki.

Anna Woltz, Sto godzin nocy

Czternastoletnia Emilia December de Wit postanawia uciec z domu. Ma powody, bo jej ojciec zrobił coś, co niesamowicie skomplikowało jej życie. Ucieka najdalej, jak się da — leci z Holandii do wymarzonego Nowego Jorku, myląc ślady i tworząc fałszywe tropy, by utrudnić rodzicom poszukiwania. Pełne powody jej ucieczki poznajemy stopniowo, w trakcie lektury, gdy ona sama mierzy się z tym, co się stało, pozwala sobie na zastanowienie i refleksję, na odrobinę chłodniejsze spojrzenie na wydarzenia.

Ucieczka nie jest tak łatwa, jak Emilia sobie wyobrażała. Co prawda udaje jej się dotrzeć do Nowego Jorku, ale mieszkanie, które wynajęła przez sieć, nie istnieje. Dziewczyna padła ofiarą internetowych oszustów. Cały misternie przygotowany plan pobytu w cudownym mieście rozpada się na kawałki, a na dodatek do Nowego Jorku zbliża się huragan Sandy. Emilia musi szybko znaleźć jakieś schronienie —  pomagają jej trzy osoby, równie niedorosłe i podobnie poranione jak ona. Grupka młodych ludzi odcięta od normalności, ze świadomością zagrożenia spędza ze sobą kilka dni — a w takiej sytuacji każda godzina i chwila nabierają dodatkowego znaczenia. Dla każdego z młodych ludzi będzie to czas zmiany.

To książka o odkrywaniu siebie, przyjaźni, walce z upiorami. Dorosłym może uświadomić, że dzieci i młodzież mieszą się z własnymi strachami, które wcale nie są błahe. Jako rodzic na nowo uświadomiłam sobie podczas tej lektury, jak mocno my dorośli wpływamy na nasze dzieci i jak łatwo możemy „popsuć” im życie, szczególnie teraz w dobie internetu i hasztagów. To dość przerażająca świadomość, ale warto ją mieć. Autorka zresztą bardzo ciekawie pokazała relacje rodzic – dziecko. Dla nastolatków pewnie ważniejsza będzie historia odkrywania siebie i zdobywania przez Emilii umiejętności mówienia własnym głosem, odwagi do pokazania siebie. „Sto godzin nocy” przemówi do czytelnika w różnym wieku.

W powieści widać także niesamowitą fascynację autorki Nowym Jorkiem i Ameryką — miejscem, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie da się oddychać, w przeciwieństwie do bagnistej i małej Holandii. Chwilami bawiła mnie ta perspektywa, ale pamiętajmy, że narratorką powieści jest czternastolatka.

Książka jest rewelacyjnie przetłumaczona przez Jadwigę Jędryas. Świętnie się ją czyta, to polszczyzna najwyższej próby. Zajrzyjcie do „Stu godzin nocy” i podrzućcie ją swoim nastolatkom.

 

Anna Woltz, Sto godzin nocy, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2019

 

 

 

Pate i kapitanka Hahab

Mamy nowego Pate! Nawet zdążyliśmy się o niego z Piotrkiem posprzeczać. Mój syn przeczytał obie książki właściwie na raz. Połknął je błyskawicznie, a przy tym śmiał się w głos i przychodził mi czytać, co smakowitsze fragmenty — na przykład o tym, jak Pate jechał nad morze. Albo rozmowę z wujaszkiem przebranym za Torturo… to znaczy Totoro, albo scenę przełażenia czy przeskakiwania przez mur (szerze mówiąc, brakuje mi dobrego określenia na to, co tam się działo).

Piotrkowi obie książki podobały się bardzo. Pate jest w nich po prostu Patem — przedziwnie zakręconym chłopcem, kompletnie niedostosowanym do rzeczywistości, co w niczym mu jednak nie przeszkadza. To rzeczywistość musi się dostosować do Patego.

Timo Parvela, Pate łowi ryby, Pate szuka skarbów

Timo Parvela, Pate łowi ryby, Pate szuka skarbów

Książki są krótkie, mają około 100 stron, akcja jest wartka, dużo się dzieje. To bardzo dobra lektura dla dzieci, które samodzielnie czytają, ale potrzebują książek z większymi literami. Przygody Pate na pewno zachęcą do czytania i chłopców, i dziewczyny. Trudno się przy nich nie śmiać, a przynajmniej nie uśmiechnąć.

Timo Parvela, Pate łowi ryby

W „Pate łowi ryby” Pate jedzie z tatą na ryby nad Morze Północne. To bardzo, bardzo daleko. Jeżdżą tam tylko ludzie, których interesuje wędkowanie, kaczkowanie, jagodowanie i inne tego typu atrakcje wieku zdecydowanie średniego (przynajmniej tak to wygląda w oczach dzieci). W czasie wyprawy tatusiów i dzieci Pate poznaje Ninę, która okazuje się całkiem fajna mimo początkowych nieporozumień. Tatusiowie łapią ryby i polują na tajemnicę. Wydaje im się, że dzieci niczego nie widzą, choć oczywiście jest inaczej. Znajdziecie tutaj bardzo zimne morze, przeurocze scenki łowienia ryb (i opowiadania o nich) oraz groźną kapitankę Hahab. Piratka jest bardzo groźna — i niestety interesuje ją ta sama tajemnica.

W „Pate szuka skarbów” razem z chłopcem wyruszamy do Japonii. Timo Parvela bawi się skojarzeniami, nawiązuje do filmów i popularnych japońskich motywów. Pokazuje nam Japonię oczami turystów z głowami pełnymi wyobrażeń o supernowoczesnym kraju, w którym wszyscy chodzą w szlafrokach, a na głowie mają koszyki. Poszukiwania skarbu, które w tajemnicy przed wszystkimi prowadzi uroczy nieudacznik Stuś, sprawiają, że drogi Patego po raz kolejny krzyżują się ze szlakami złowrogiej kapitanki Hahab.

Timo Parvela, Pate szuka skarbów

Timo Parvela tak jak w poprzednich książkach zderza wyobrażenia i spostrzeżenia dziecka z opiniami dorosłych, wykorzystuje humor sytuacyjny i wartko prowadzi akcję. Dodatek potworów i tajemnic dla Piotrka był atrakcją i jak zwykle bardzo uważnie oglądał żartobliwe ilustracje Pasiego Pitkänena. Książki są świetnie przełożone przez Iwonę Kiuru — język jest barwny, pełen żartów i zabawnych sformułowań.

A teraz o różnicy spojrzeń. Piotrkowi podobała się kapitanka Hahab, magia i potwory. A mi było trochę smutno. Przygody Patego w „zwyczajnej” rzeczywistości były niesamowicie fantastyczne i zabawne, bo Timo Parvela ma oko do absurdu i umiejętnie podstawia naszemu światu krzywe zwierciadło. Ja wolałam „zwykłe” przygody Patego, bez elementów magii i fantasy, bo nieprawdopodobne pomysły chłopca były, moim zdaniem, wystarczająco szalone i dziwne. Piotrek się ze mną nie zgadza i uważa, że krakeny i magia są super, a magiczne miecze to już w ogóle. Nawet jeśli mają posłużyć do skonstruowania najbardziej ekologicznego auta na świecie — sami przeczytajcie, czym wujaszek Stuś postanowił je napędzać.

Timo Parvela, Pate szuka skarbów

Zajrzyjcie do przygód Patego — to doskonałe lekarstwo na nudę i zachęta do zabawy. Obawiałabym się jedynie o stan waszych ogródków — poszukiwanie skarbów może być zaraźliwe.

Timo Parvela, Pate łowi ryby, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2020

Timo Parvela, Pate szuka skarbów, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2020

Charlie i cała reszta

Wiecie co? Pandemia pandemią, ale przecież książki pomagają ją przeżyć. Szczególnie mocno pomagają te, które kochamy. Czasami nasze książkowe miłości się różnią, ale Roalda Dahla kochamy oboje, i ja, i Piotrek. Zresztą kiedyś już się chyba do tego przyznałam. Miłość wybuchła nagle, gdy przeczytaliśmy „Matyldę”, a dzięki lekturze „Czarownic/Wiedźm” (książka w Polsce jest dostępna pod dwoma tytułami) wzniosła się na nowe poziomy. Roald Dahl to jeden z ulubionych pisarzy mojego syna. To jego książki kompletuje na półce, i między innymi po nie sięga, gdy mu źle. Piotrek bardzo się cieszył, gdy odkrył „Charliego i fabrykę czekolady” na liście lektur….

Roald Dahl, kilka książek

Siedzenie w domu mimo wszystko sprzyja czytaniu, więc Piotrek pochłania kolejne książki. Lektura Dahla zdecydowanie poprawia mu humor i pozwala oderwać się od smutnych myśli (wiecie, wirusy i inne takie). Mnie trudno się ostatnio zmobilizować do lektury, więc „Państwa Buraków” i „Billy’ego i Miniputki” poznałam więc w autorskiej interpretacji Piotrusia — i nie mam ochoty na żadna inną. Mój syn był tak zafascynowany tymi książkami, że sam zaproponował, że mi je przeczyta – a to naprawdę coś. Roald Dahl miał niesamowitą umiejętność wplatania baśni w codzienność, a to cecha, którą mój syn-fantasta niesamowicie ceni. Baśń albo bajka zdają się czekać na rogu ulicy lub w kącie pokoju — wystarczy tylko dać się do niej zaprosić (i czasami trochę połobuzować).
Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie

„Państwo Burakowie” i „Billy i Miniputki” to bardzo różne książki. „Państwa Buraków” Piotrek zachwalał jako bardzo ciekawą książkę, ale taką trochę obrzydliwą. A nawet bardzo. Bohaterowie opowiadania, pan i pani Burakowie są brzydcy na zewnątrz i brzydcy wewnętrznie. Zresztą Roald Dahl bardzo jasno wykłada, że obie brzydoty są ze sobą powiązane i że brzydota wewnętrzna bardzo wpływa na urodę. Państwa Buraków nie da się polubić tak są paskudni. Zresztą oni wcale sympatii nie pragną, bo nie lubią nikogo i niczego, a najwięcej frajdy daje im dokuczenie innym, np. przemiłej rodzinie małp uwięzionej w klatce na podwórku. Dużo w tej historii niesamowitych zwrotów akcji, ale na szczęście winni zostają przykładnie ukarani. W książce znajdziecie także historię o wdzięcznym tytule „Uki Fla”. Od razu wolę uprzedzić, że w opowiadaniu nie ucierpiał żaden żółw, za to Piotruś długo się śmiał po zakończeniu lektury historii zakochanego emeryta.

Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie

„Billy i Miniputki” to historia małego Billy’ego, który wbrew zakazom mamy wymyka się do strasznego lasu. Spotyka tam maleńki ludek — Miniputki — i musi stawić czoła strasznemu niebezpieczeństwu. To sympatyczna historia o pozytywnych skutkach niegrzeczności — jak to u Dahla.

„Charliego i szklaną windę” musiałam przeczytać już sama — wstyd się przyznać, ale poznałam ją dopiero teraz. Piotrek łyknął ją od razu po zakończeniu czytania „Charliego i fabryki czekolady”, tak bardzo spragniony był dalszych losów szalonego pana Wonki i małego Charliego. Kosmiczna przygoda chłopca wciągnęła go bardzo, choć mój syn za Willym Wonką nie przepada, bo to „bardzo niebezpieczny człowiek”. Ja doceniłam przezabawnie przedstawione postacie polityką — choć wolałabym w dzisiejszych czasach mieć o nich lepsze zdanie. Piotrek długo się zastanawiał, czy prezydent na pewno nadawał się na to stanowisko 🙂 Po lekturze obu części „Charliego” na nowo doceniłam także szaloną wyobraźnię Tima Burtona i kreację Johnny’ego Deppa. Piotrkowi szalone przygody Charliego spodobały się bardzo, rysował bitwy ze zgniciołami plaźmiakiami i ciągle bardzo żałuje, że nie będzie kolejnej części — bo przecież „Szklana winda” kończy się w takiej chwili… Nawet zaczął wymyślać, co mogłoby się stać po spotkaniu Willy’ego Wonki i amerykańskiego prezydenta. To nie są historie, które kończą się dobrze dla prezydenta.

Bardzo spodobały nam się także umieszczone na końcu książek informacje o Roaldzie Dahlu. Ciekawostki z jego życia, opinie nauczycieli, zdjęcia jego pracowni. To wszystko sprawiło, że Dahl stał się bliższy i lepiej znany. To barwna postać, która zaświadcza, że pisarze mogą być różni i wcale nie muszą spędzać całego życia za biurkiem. Na Piotrku chyba największe wrażenie zrobiła wiadomość o tym, że Roald Dahl był także szpiegiem.

Absurd i groteskowość historii spisanych przez Dahla zapewniają dzieciom odskocznię od problemów. To zdrowa dawka śmiechu i beztroskiej wesołości, która pozwala zapomnieć o szarym dniu. Dahl koloruje świat i dodaje mu fantazji, nie uciekając przed takimi problemami, jak bieda, brak rodziców czy samotność. Wykreowany przez niego świat jest jednocześnie prawdziwy i fantastyczny — warto się w nim zanurzyć.

 

Roald Dahl, Billi i Miniputki, il. Quentin Blake, tł. K. Szczepańska-Kowalczuk, Znak 2017

Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie, il. Quentin Blake, tł. K. Szczepańska-Kowalczuk, Znak 2020

Roald Dahl, Charlie i wielka szklana winda, il. Quentin Blake, tł. Magda Heydel, Znak 2020

 

 

Do gwiazd

Dzisiaj o książce — nominowanej w plebiscycie Lokomotywa w kategorii „Od A do Z” — która wywołuje mój niekontrolowanych zachwyt. Mogę oglądać ją bardzo długo, z ogromnym podziwem dla pracy autora, ilustratora, tłumacza i wszystkich osób zaangażowanych w tej projekt. Dzięki tej książce możemy spojrzeć w gwiazdy i podziwiać piękno wszechświata.

„Planetarium. Muzeum Kosmosu” zostało namalowane przez Chrisa Wormella (a raczej powinnam chyba napisać „wyryte”, bo artysta korzysta z drzewo- i linorytu), a napisane przez Ramana Prinję. Tę niesamowicie piękną i przemyślaną książkę wprowadzającą dziecko (dorosłego też) w tajemnice kosmosu wydało Wydawnictwo Dwie Siostry.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Zachwyca mnie w niej wszystko: czcionka, układ tekstu na stronie, kompozycja artykułów, wybór zagadnień. Tekst w każdym rozdziale jest napisany tak, że chce się go czytać. Zresztą sami zobaczcie:

„Wszechświat jest niewyobrażalnie rozległy i zawiera absolutnie wszystko, od maciupkich atomów po olbrzymie galaktyki. Mimo że jest to niewiarygodna ilość materii, wszechświat jest tak ogromny, że w większości całkowicie pusty. Rozmyślanie nad rozmiarem wszechświata to przytłaczające zadanie. Można zacząć od wyobrażenia sobie, gdzie się w nich znajdujemy, za pomocą naszego „kosmicznego adresu”, w którym zamiast numeru domu, ulicy, miasta i państwa znajdują się nazwy coraz większych kosmicznych struktur.”

Tłumacz, Jeremi K. Ochab, wspaniale dobrał słowa. Przy czytaniu nie czuje się, że tekst powstał w obcym języku, informacje są przejrzyste i zrozumiałe. Nie jesteśmy przytłoczeni nadmiarem obcych słów i trudnych terminów. Wychodzimy z tego muzeum z przeświadczeniem, że dowiedzieliśmy się więcej.

Planetarium. Muzeum kosmosu

Tekst jest naprawdę przyjazny – ale nie jest banalny. Planetarium zaprasza do kolejnych sal Muzeum Kosmosu. To przemyślana wędrówka. Zaczyna się w sali historycznej, gdzie czytelnik dowiaduje się, co to jest światło i w jaki sposób ludzie kiedyś oglądali niebo. To, co nad głową, fascynuje nas przecież od wieków. W tej sali możemy porównać dawne i współczesne sposoby obserwacji. A potem, wyposażenie w niezbędną wiedzę, ruszyć dalej.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Wędrówkę po kosmosie zaczniemy w w Układzie Słoneczny, by poznać to, co najbliżej Ziemi, a potem będziemy spoglądać dalej i dalej — popatrzymy na Słońce, na chwilę zerkniemy na gwiazdozbiory, by bliżej przyjrzeć się gwiazdom, galaktykom, aż w końcu całemu wszechświatowi. Przy wyjściu poznamy się bliżej z kuratorami tego wspaniałego muzeum (czyli dowiemy się więcej o autorach) oraz dowiemy się, gdzie możemy znaleźć więcej informacji i ciekawostek. Bardzo się ta wiedza przydaje, gdy po obejrzeniu tej przepięknej książki dziecko pyta, czy możemy teraz popatrzeć na kosmos przez teleskop Hubble’a.

Planetarium. Muzeum Kosmosu
Planetarium. Muzeum Kosmosu

U nas książka leży ciągle pod ręką — przeglądamy, kartkujemy, oglądamy, czytamy. Gorąco polecam odwiedziny w tym muzeum.

 

Chris Wormell (ilustracje), Raman Prinja (tekst), Planetarium. Muzeum Kosmosu, tł. Jeremi K. Ochab, Wydawnictwo Dwie Siostry 2019.

Sophie Foster i Zaginione Miasta

Może macie ochotę na przyjemną i lekką lekturę, akurat na wolne dni i ferie?

Według wydawnictwa, Sophie Foster (Shannon Messenger „Zaginione miasta. Strażniczka”, IUVI) to koleżanka Harry’ego Pottera i Percy’ego Jacksona. Podobieństwa narzucają się od razu, choć tutaj mamy dziewczęcą bohaterkę. Autorka książki wykorzystuje ten sam motyw niezrozumianego dziecka, które w pewnym momencie trafia do innego (magicznego) świata, zaczarowanej szkoły (Foxfire) i okazuje się wyjątkowe. W podobny sposób skonstruowane są zresztą przygody Morrigan Crow i wiele innych książek — to nie schemat decyduje o ich oryginalności i świeżości, ale sposób, w jaki autor sobie z nim poradził. U Messenger akcja jest wartka, przygoda goni tajemnicę, co chwila coś się wali i pali. Czytelnik nie może się nudzić, ale — jak dla mnie — inspiracja przygodami małoletniego czarodzieja jest wyraźna. Ciekawa jestem, jak autorka poprowadziła dalej tę historię, bo w pierwszym tomie trochę zabrakło mi tego „nowego” świata.

Shannon Messenger, Zaginione miasta. Strażniczka

Kim jest Sophie? Na pierwszy rzut oka to zwyczajna dwunastolatka. Chodzi do szkoły, czasami psoci, ma rodzinę (mamę, tatę i młodszą siostrę). Sophie jest jednak genialna — jej fotograficzna pamięć sprawia, że nie ma żadnych problemów z nauką i przeskoczyła kilka klas. Ma także sekret — słyszy myśli innych ludzi: kolegów, nauczycieli, rodziców. Niemilknący hałas, w jakim żyje, przyprawia ją o ból głowy i powoduje, że dziewczynka jest raczej wycofana i smutna. Niełatwo o otwartość, gdy doskonale wiesz, że ktoś kłamie lub tak naprawdę nie ma ochoty słuchać. Trudno powiedzieć komuś o problemie, gdy wiadomo, że raczej nikt w niego nie uwierzy, a w najlepszym przypadku wylądujesz w szpitalu i będą cię poddawać setkom badań.

Pewnego dnia Sophie spotyka w muzeum kogoś podobnego do siebie — chłopca, który tak jak ona słyszy myśli innych. To spotkanie wywraca cały jej świat do góry nogami — dziewczynka dowiaduje się, że nie jest człowiekiem tylko elfem, trafia do mitycznych Zaginionych Miast (Atlantyda też się pojawia, zresztą śledzenie, które mity i powieści wykorzystała autorka dało mi dużo frajdy) zamieszkałych przez różne rozumne rasy nieludzi, musi zmierzyć się z nową szkołą, a przede wszystkim dowiedzieć, kim jest i dlaczego tak wiele się wokół dzieje.

Podobieństwa do innych serii są wyraźne, ale podczas lektury nie miałam wrażenia, że czytam przygody Harrego przepisane na dziewczynkę. Sophie jest dość wiarygodna emocjonalnie — i to chyba jest największa zaleta tej książki. Bohaterka wychowana przez ludzi zachowuje pamięć o ludzkich emocjach i ludzkie odruchy, gdy wkracza do nowego świata. Jest w stanie zrozumieć tęsknotę i żałobę — stan właściwie nieistniejący w świecie, w którym każdy może żyć tysiące lat. Bardzo ładnie jest tutaj opisana próba nawiązania relacji między dzieckiem i dorosłymi — niełatwych relacji, dzięki którym powstaje rodzina. Właściwie jednak Sophie ma więcej problemów z dostosowaniem się do elfiej nauki niż elfich zachowań czy zwyczajów, które są bardzo podobne do zachowań ludzkich dzieci.

Nowy świat jest piękny, wspaniały, cudowny i idealny, ale jednocześnie pojawiają się na tym obrazie drobniutkie pęknięcia — rysy, które świadczą, że pod spodem kłębi się ciemność. Autorka wyraźnie przygotowuje sobie grunt pod kolejne tomy, które pewnie wywrócą porządek elfów do góry nogami. Naprawdę jestem ciekawa, co wymyśliła i chętnie sięgnę po kolejny tom. „Zaginione miasta. Strażniczka” to zamknięta historia, która zostawia oczywiście mnóstwo pytań, ale jednocześnie stanowi całość — bardzo to doceniam, bo bywają w seriach części urwane prawie w połowie zdania. Ten tom to otwarcie — początek życia Sophie w nowym świecie i początek drogi ku rozwiązywaniu tajemnic. Historia dziewczynki ma szansę zdobyć sobie wiernych fanów obu płci — to dobra lektura dla lubiących przygody dzieci, które chcą jak najwięcej czasu spędzić ze swoimi bohaterami.

 

PS. Zdjęcie okładki pochodzi z witryny wydawnictwa IUVI.

 

Shannon Messenger Zaginione Miasta. Strażniczka, tł. Monika Nowak, IUVI 2019

Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Kiedy marzenia się spełniają

„My dwie, my trzy, my cztery” Sarah Crossan (Dwie Siostry) to jedna z ciekawszych książek dla starszych dzieci czy młodszej młodzieży, jakie przeczytałam w tym roku. Porusza, skłania do myślenia i zadawania pytań. Spodobała się trzynastolatce, i dziewięciolatce — choć wcale nie jest to książka tylko dla dziewczyn.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery

Wszyscy mamy jakieś marzenia, małe i duże. Marzymy, zastanawiając się, jak pięknie by było, gdyby się spełniły. Czasami jednak rzeczywistość nas zaskakuje, a niektóre życzenia bywają niebezpieczne. Tak uważa babcia trzynastoletniej Apple. Ciągle powtarza: „uważaj, czego sobie życzysz”. Trudno jednak nie marzyć o powrocie mamy, która wyszła z domu przed jedenastu laty. Każde dziecko by o tym marzyło. I nagle mama wraca.

Nie jest łatwo pisać o tej książce i nie napisać „o czym to jest”. Aż świerzbią palce, ale nie chcę zdradzać wam więcej. Wszystkie informacje przedstawione powyżej i tak znajdziecie na okładce. Warto zajrzeć do tej książki, żeby poznać historię Apple, ale znajdziecie w tej opowieści coś więcej niż tylko historię wzajemnego (i to po raz pierwszy właściwie, bo Apple znała raczej wymyśloną matkę) poznawania się matki i córki. Oczywiście jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu — nie tylko dziecka. Opowieść o tym, czy jest miłość i jak różnie może się przejawiać. Znajdziecie w niej sporo o przyjaźni i wybaczaniu, ale także o strachu i poznawaniu samego siebie, dochodzeniu do tego, co ważne, a co mało istotne. Historia Apple wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. Zachęca do rozmów i rozmyślań.

To także książka o sile poezji. Dużo w niej wierszy. Życie Apple może nie wygląda typowo, ale trafiła na najlepszego nauczyciela, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. Bardzo bym chciała, by moi synowie napotkali choć jednego takiego na swojej drodze. Mądrego, czującego, potrafiącego zarazić pasją, nie bojącego się czytać z trzynastolatkami „trudnych” tekstów, ufającego w intelekt i wrażliwość dzieci. Poezja okazuje się tutaj kluczem do samego siebie, tunelem prowadzącym do tego, co ukryte i schowane. Przeczytajcie „My dwie, my trzy, my cztery” i czytajcie z dziećmi poezję.

Sarah Crossan My dwie, my trzy, my cztery, tł. Małgorzata Glasenapp, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Pate, goooool!

Piotrek nie lubi piłki nożnej. W żadnej postaci. Nie lubi grać (ani na boisku, ani na konsoli), nie lubi oglądać (nawet jak grają inni). Nie zna słynnych piłkarzy ani klubów. Książki o piłce nożnej i piłkarzach też go za bardzo nie kręcą, no chyba że chodzi o przygody Jędrka albo Pate. No właśnie! Pate sprzeda mu wszytko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Do drugiej części przygód Patego przymierzaliśmy się już od dawna. Piotrek domagał się jej od chwili, gdy dowiedział się, że jest (o pierwszej pisałam tutaj). Tylko jakoś ciągle było nam nie po drodze — a to nie było w księgarni, a to zapomniałam zamówić. W końcu znaleźliśmy ją na księgarnianej półce i od tamtej pory Młodszy przeczytał ją już kilka razy. Nie może się doczekać kolejnych części („Pate szuka skarbów” i „Pate łowi ryby”), których zapowiedzi już pojawiły się na stronie wydawnictwa.

O ile „Pate pisze bloga” była dla mnie festiwalem gagów i niesamowitych zdarzeń, to „Pate gra w piłkę”, choć też niesamowicie zabawna, jest poważniejsza. Timo Parvela pokazał w niej zmagania dziecka ze światem — dziecka, które na własną rękę próbuje rozwiązać naprawdę poważny problem. U źródła są oczywiście dorośli — Pate bardzo lubi grać w piłkę, dobrze mu idzie, więc jest przekonany, że trener wybierze go do składu na turniej. Jakieś jest jego zdziwienie, gdy okazuje się, że odpada, a do drużyny dostają się bliźniaki Riku i Raku. Zapewne w pewien sposób przyczynił się do tego fakt, że ich tato kupił stroje dla całego zespołu. Wiele dzieci załamałoby się na tym etapie, ale nie Pate. Pate bierze sprawy we własne ręce i postanawia założyć własną drużynę. Naprawdę warto przeczytać, jak to robi.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Kilka razy zatrzymałam się przy lekturze tej krótkiej książki, bo Timo Parvela świetnie uchwycił relację dorosły – dziecko. Przekonanie dorosłego, że wie. Niechęć do słuchania dziecka. Wyciąganie wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Odpowiadanie na zadane przez siebie pytanie, zanim dziecko zdąży odpowiedzieć. To warstwa dostrzegana przez dorosłego. Piotrek skupił się na akcji. Śmiał się i przyspieszał lekturę, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej. Pate ma niesamowite pomysły, a Timo Parvela wymyślił tę historię brawurowo. Byłam pełna podziwu, jak dobrze wyważył wszystkie elementy, by historia nie wydawała się za bardzo naciągana.

To zabawna i mądra książka o dążeniu do spełnienia marzeń i o tym, że przy okazji mogą spełnić się inne marzenia i rozwiązać problemy. Trzeba tylko mieć pomysł, no i odrobinę szczęścia. Rewelacyjnie się tę książkę czyta — doskonała lektura na wakacje i nie tylko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018