Sto godzin nocy

Powoli wracam do blogowania, a przy okazji nadrabiam braki i podczytuję ciekawe książki dla dzieci. „Sto godzin nocy” pochłonęłam jednym tchem. Książka Anny Woltz wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry była nominowana w plebiscycie blogerów Lokomotywa i choć nie wygrała, to gorąco zachęcam, żeby do niej zajrzeć. Naprawdę warto, bo to literatura najwyższej próby (zresztą tak jak inne książki nominowane w tym plebiscycie). Pozostaje w pamięci długo po zamknięciu okładki.

Anna Woltz, Sto godzin nocy

Czternastoletnia Emilia December de Wit postanawia uciec z domu. Ma powody, bo jej ojciec zrobił coś, co niesamowicie skomplikowało jej życie. Ucieka najdalej, jak się da — leci z Holandii do wymarzonego Nowego Jorku, myląc ślady i tworząc fałszywe tropy, by utrudnić rodzicom poszukiwania. Pełne powody jej ucieczki poznajemy stopniowo, w trakcie lektury, gdy ona sama mierzy się z tym, co się stało, pozwala sobie na zastanowienie i refleksję, na odrobinę chłodniejsze spojrzenie na wydarzenia.

Ucieczka nie jest tak łatwa, jak Emilia sobie wyobrażała. Co prawda udaje jej się dotrzeć do Nowego Jorku, ale mieszkanie, które wynajęła przez sieć, nie istnieje. Dziewczyna padła ofiarą internetowych oszustów. Cały misternie przygotowany plan pobytu w cudownym mieście rozpada się na kawałki, a na dodatek do Nowego Jorku zbliża się huragan Sandy. Emilia musi szybko znaleźć jakieś schronienie —  pomagają jej trzy osoby, równie niedorosłe i podobnie poranione jak ona. Grupka młodych ludzi odcięta od normalności, ze świadomością zagrożenia spędza ze sobą kilka dni — a w takiej sytuacji każda godzina i chwila nabierają dodatkowego znaczenia. Dla każdego z młodych ludzi będzie to czas zmiany.

To książka o odkrywaniu siebie, przyjaźni, walce z upiorami. Dorosłym może uświadomić, że dzieci i młodzież mieszą się z własnymi strachami, które wcale nie są błahe. Jako rodzic na nowo uświadomiłam sobie podczas tej lektury, jak mocno my dorośli wpływamy na nasze dzieci i jak łatwo możemy „popsuć” im życie, szczególnie teraz w dobie internetu i hasztagów. To dość przerażająca świadomość, ale warto ją mieć. Autorka zresztą bardzo ciekawie pokazała relacje rodzic – dziecko. Dla nastolatków pewnie ważniejsza będzie historia odkrywania siebie i zdobywania przez Emilii umiejętności mówienia własnym głosem, odwagi do pokazania siebie. „Sto godzin nocy” przemówi do czytelnika w różnym wieku.

W powieści widać także niesamowitą fascynację autorki Nowym Jorkiem i Ameryką — miejscem, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie da się oddychać, w przeciwieństwie do bagnistej i małej Holandii. Chwilami bawiła mnie ta perspektywa, ale pamiętajmy, że narratorką powieści jest czternastolatka.

Książka jest rewelacyjnie przetłumaczona przez Jadwigę Jędryas. Świętnie się ją czyta, to polszczyzna najwyższej próby. Zajrzyjcie do „Stu godzin nocy” i podrzućcie ją swoim nastolatkom.

 

Anna Woltz, Sto godzin nocy, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2019

 

 

 

Do gwiazd

Dzisiaj o książce — nominowanej w plebiscycie Lokomotywa w kategorii „Od A do Z” — która wywołuje mój niekontrolowanych zachwyt. Mogę oglądać ją bardzo długo, z ogromnym podziwem dla pracy autora, ilustratora, tłumacza i wszystkich osób zaangażowanych w tej projekt. Dzięki tej książce możemy spojrzeć w gwiazdy i podziwiać piękno wszechświata.

„Planetarium. Muzeum Kosmosu” zostało namalowane przez Chrisa Wormella (a raczej powinnam chyba napisać „wyryte”, bo artysta korzysta z drzewo- i linorytu), a napisane przez Ramana Prinję. Tę niesamowicie piękną i przemyślaną książkę wprowadzającą dziecko (dorosłego też) w tajemnice kosmosu wydało Wydawnictwo Dwie Siostry.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Zachwyca mnie w niej wszystko: czcionka, układ tekstu na stronie, kompozycja artykułów, wybór zagadnień. Tekst w każdym rozdziale jest napisany tak, że chce się go czytać. Zresztą sami zobaczcie:

„Wszechświat jest niewyobrażalnie rozległy i zawiera absolutnie wszystko, od maciupkich atomów po olbrzymie galaktyki. Mimo że jest to niewiarygodna ilość materii, wszechświat jest tak ogromny, że w większości całkowicie pusty. Rozmyślanie nad rozmiarem wszechświata to przytłaczające zadanie. Można zacząć od wyobrażenia sobie, gdzie się w nich znajdujemy, za pomocą naszego „kosmicznego adresu”, w którym zamiast numeru domu, ulicy, miasta i państwa znajdują się nazwy coraz większych kosmicznych struktur.”

Tłumacz, Jeremi K. Ochab, wspaniale dobrał słowa. Przy czytaniu nie czuje się, że tekst powstał w obcym języku, informacje są przejrzyste i zrozumiałe. Nie jesteśmy przytłoczeni nadmiarem obcych słów i trudnych terminów. Wychodzimy z tego muzeum z przeświadczeniem, że dowiedzieliśmy się więcej.

Planetarium. Muzeum kosmosu

Tekst jest naprawdę przyjazny – ale nie jest banalny. Planetarium zaprasza do kolejnych sal Muzeum Kosmosu. To przemyślana wędrówka. Zaczyna się w sali historycznej, gdzie czytelnik dowiaduje się, co to jest światło i w jaki sposób ludzie kiedyś oglądali niebo. To, co nad głową, fascynuje nas przecież od wieków. W tej sali możemy porównać dawne i współczesne sposoby obserwacji. A potem, wyposażenie w niezbędną wiedzę, ruszyć dalej.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Wędrówkę po kosmosie zaczniemy w w Układzie Słoneczny, by poznać to, co najbliżej Ziemi, a potem będziemy spoglądać dalej i dalej — popatrzymy na Słońce, na chwilę zerkniemy na gwiazdozbiory, by bliżej przyjrzeć się gwiazdom, galaktykom, aż w końcu całemu wszechświatowi. Przy wyjściu poznamy się bliżej z kuratorami tego wspaniałego muzeum (czyli dowiemy się więcej o autorach) oraz dowiemy się, gdzie możemy znaleźć więcej informacji i ciekawostek. Bardzo się ta wiedza przydaje, gdy po obejrzeniu tej przepięknej książki dziecko pyta, czy możemy teraz popatrzeć na kosmos przez teleskop Hubble’a.

Planetarium. Muzeum Kosmosu
Planetarium. Muzeum Kosmosu

U nas książka leży ciągle pod ręką — przeglądamy, kartkujemy, oglądamy, czytamy. Gorąco polecam odwiedziny w tym muzeum.

 

Chris Wormell (ilustracje), Raman Prinja (tekst), Planetarium. Muzeum Kosmosu, tł. Jeremi K. Ochab, Wydawnictwo Dwie Siostry 2019.

Kiedy marzenia się spełniają

„My dwie, my trzy, my cztery” Sarah Crossan (Dwie Siostry) to jedna z ciekawszych książek dla starszych dzieci czy młodszej młodzieży, jakie przeczytałam w tym roku. Porusza, skłania do myślenia i zadawania pytań. Spodobała się trzynastolatce, i dziewięciolatce — choć wcale nie jest to książka tylko dla dziewczyn.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery

Wszyscy mamy jakieś marzenia, małe i duże. Marzymy, zastanawiając się, jak pięknie by było, gdyby się spełniły. Czasami jednak rzeczywistość nas zaskakuje, a niektóre życzenia bywają niebezpieczne. Tak uważa babcia trzynastoletniej Apple. Ciągle powtarza: „uważaj, czego sobie życzysz”. Trudno jednak nie marzyć o powrocie mamy, która wyszła z domu przed jedenastu laty. Każde dziecko by o tym marzyło. I nagle mama wraca.

Nie jest łatwo pisać o tej książce i nie napisać „o czym to jest”. Aż świerzbią palce, ale nie chcę zdradzać wam więcej. Wszystkie informacje przedstawione powyżej i tak znajdziecie na okładce. Warto zajrzeć do tej książki, żeby poznać historię Apple, ale znajdziecie w tej opowieści coś więcej niż tylko historię wzajemnego (i to po raz pierwszy właściwie, bo Apple znała raczej wymyśloną matkę) poznawania się matki i córki. Oczywiście jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu — nie tylko dziecka. Opowieść o tym, czy jest miłość i jak różnie może się przejawiać. Znajdziecie w niej sporo o przyjaźni i wybaczaniu, ale także o strachu i poznawaniu samego siebie, dochodzeniu do tego, co ważne, a co mało istotne. Historia Apple wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. Zachęca do rozmów i rozmyślań.

To także książka o sile poezji. Dużo w niej wierszy. Życie Apple może nie wygląda typowo, ale trafiła na najlepszego nauczyciela, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. Bardzo bym chciała, by moi synowie napotkali choć jednego takiego na swojej drodze. Mądrego, czującego, potrafiącego zarazić pasją, nie bojącego się czytać z trzynastolatkami „trudnych” tekstów, ufającego w intelekt i wrażliwość dzieci. Poezja okazuje się tutaj kluczem do samego siebie, tunelem prowadzącym do tego, co ukryte i schowane. Przeczytajcie „My dwie, my trzy, my cztery” i czytajcie z dziećmi poezję.

Sarah Crossan My dwie, my trzy, my cztery, tł. Małgorzata Glasenapp, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa

To nie jest nowa książka. Wydawnictwo Dwie Siostry ma ją w swojej ofercie już od kilku lat, ale my trafiliśmy na nią dopiero teraz. Czyta się ją świetnie, ale wcale nie jest to lekka lektura. I od razu może uprzedzę wszystkich, którzy szukają książek wyłącznie z idealnymi rodzicami i rodzinami — tutaj ich nie znajdziecie. Będziecie musieli za to zmierzyć się z pytaniami, co to jest normalność, jacy powinni być rodzice, czy mogą być źli i dokąd może nas zaprowadzić akceptacja (a czasami jej brak). Gotowi?

John Boyne, Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa

Barnaby urodził się niezwykły, niesamowity i lekki — jedyny na świecie człowiek, na którego nie działa grawitacja. Właśnie tak, Barnaby nie był w stanie pozostać na ziemi, natychmiast unosił się w powietrzu. Cecha, o której marzyłoby wielu, choć wcale nie jest tak fajna, jak mogłoby się wydawać. Chłopiec miał jednak pecha — urodził się w najnudniejszej rodzinie na świecie. Nie tylko zwykłej i przeciętnej, ale szczycącej się swoją zwykłością i przeciętnością, a wręcz aspirującej do bycia najbardziej nudną, uporządkowaną, zwykłą i absolutnie unikającą jakiejkolwiek ekstrawagancji i zwracania na siebie uwagi rodzinie na świecie. Latający chłopak i rodzice owładnięci obsesją niezwracania na siebie uwagi… To nie mogło skończyć się dobrze.

John Boyne, Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa

John Boyne napisał książkę o zwykłości, normalności i obsesji — czyta się ją bardzo dobrze i szybko, ale po drodze trzeba zmierzyć się z wieloma trudnymi pytaniami. To książka dla dzieci, niełatwa dla rodzica, wytrącająca z równowagi, zmuszająca do czujności i popatrzenia na relacje. Barnaby w pewnym momencie wyrusza w drogę — spotyka na swojej trasie wielu ludzi. Wydaje się, że przyciąga podobnych „odmieńców”, jak on sam — ludzi tragicznie dotkniętych przez los, nierozumianych przez innych, w tym swoje własne rodziny, niespełniających cudzych oczekiwań, pogubionych, rozczarowanych, złych na siebie i innych. Wielokrotnie podczas lektury musiałam zastanawiać się, co to jest norma, a co to jest odmienność. A nawet co to jest człowieczeństwo. Boyne pokazuje, że kult „normalności” może być groźny i niebezpieczny — tym bardziej, że każdy tę normalność rozumie trochę inaczej. Dobitnie też pokazał, że na drodze do „normalności” łatwo zrobić rzeczy niemoralne i łatwo znaleźć sposoby dojścia do celu. Może pomóc w tym chociażby szkoła. Słowa dyrektorki tej instytucji bardzo długo brzmiały mi w uszach.

Podróż Barnaby’ego to z jednej strony droga, która prowadzi do samoakceptacji, z drugiej — pochwała więzi rodzinnych i znaczenia rodziny w życiu. W przypadku tego chłopca brzmi to co najmniej dziwnie, bo jego rodzice… No cóż, sami przeczytajcie. Rodzinie Barnaby’ego blisko do rodziców Matyldy Roalda Dahla — choć oni sami na pewno by się z tym nie zgodzili. Sporo w tej książce groteski i absurdu rodem z Dahla. Zraniony przez rodzinę chłopiec, który uczy innych, czym jest rodzina — Boyne pokazuje rozpaczliwą próbę realizacji marzenia, które nie może się spełnić. Dzieci marzą o wspaniałej rodzinie, ale dorastając rozumieją, że żyć w zgodzie ze sobą mogą także bez rodziny. Nie jest to optymistyczny wniosek dla rodziców, ale w  końcu wychowujemy dzieci, by wyfrunęły i żyły w zgodzie z sobą, nieprawdaż?

Chwilami bardzo mnie ta książka irytowała, ale nie mogłam przestać jej czytać. Boyne wybija czytelnika z rytmu, zachęca do rozmyślań, skłania do myślenia. I nie przestaje przypominać, że dzieci są najważniejsze, że trzeba pozwolić im żyć i rosnąć po swojemu, bo dziecko też człowiek. Niby oczywiste, ale chyba ciągle nie dla wszystkich.

John Boyne, Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa, il. Olivier Jeffers, tł. Tina Oziewicz, Dwie Siostry 2013

Bystrzak

Dzisiaj będzie o książce zdecydowanie dla nastolatków. W moim odczuciu nawet tych odrobinę starszych — dwunastolatkowi nie za bardzo przypadła do gustu. Uznał, że jest dziwna i chyba czuł się chwilami odrobinę niezręcznie — w książce jest sporo erotyzmu i odkrywania seksualności. Najwięcej jest w niej jednak o odmienności — i to takiej, o której najczęściej nie mamy ochoty myśleć.

Marie-Aude Murail, Bystrzak

„Bystrzak” Marie-Aude Murail (Dwie Siostry) to historia siedemnastoletniego Klébera, który przyjeżdża do Paryża do szkoły. Towarzyszy mu starszy brat, Barnabé — starszy tylko wiekowo, bo umysłowo zatrzymał się na poziomie trzyletniego dziecka. Ich mama zmarła, ojciec postanowił się ponownie ożenić i w jego nowym życiu zabrakło miejsca dla Bystrzaka, bo tak wszyscy nazywają Barnabé — czyli po prostu gu-pka, jak sam o sobie mówi. Nowa partnerka ojca boi się go wręcz panicznie — a gdy zachodzi w ciążę, jej strach jeszcze się nasila (znamy to, prawda?). Bystrzakowi towarzyszy przytulanka-królik, Pan Kickicek: przyjaciel, towarzysz zabaw, sprawca wszelkich szkód, a czasami psotny duszek namawiający do złego.

Bystrzak jest inny. Patrzy na świat oczami dziecka i dużo dostrzega, więcej niż byśmy chcieli. Czasami mówi prawdę prosto z mostu, czasami ujawnia sekrety, czasami wszystko psuje, szukając — jak dziecko — prostego wyjaśnienia tajemnic (no przecież ktoś musi siedzieć w zegarku, skoro chodzi i tyka, to oczywiste). Kléberowi nie jest łatwo, ale nie mógł patrzeć, jak brat marnieje i gaśnie w ośrodku dla osób upośledzonych. Choć Malicorix bardziej przypomina hotel niż szpital, Bystrzak wspomina pobyt tam jak piekło. W Paryżu bracia trafiają do mieszkania studenckiego, więc opowieść o upośledzeniu i inności osadzona jest na tle życia młodych ludzi. Mieszkanie wynajmuje Aria i Emmanuel, para studentów medycyny, brat Arii Enzo i jego przyjaciel Corentin: czasami się uczą, czasami imprezują, czasami przeklinają (Bystrzak zawsze reaguje tak samo: Ojej, jakie brzydkie słowo), flirtują, zakochują się, uprawiają seks. Wrzucenie w ten miarę uporządkowany tryb życia Bystrzaka trochę pokomplikuje sytuację i zmieni układ sił.

Przy lekturze książki Marie-Aude Murail świetnie się bawiłam i często wybuchałam śmiechem. Potem zastanawiałam się, czy wypada — bo przecież nauczono mnie (nas), że z inności i upośledzenia śmiać się nie należy. Zderzenie Bystrzaka z codziennym życiem niesie jednak ze sobą ogromne pokłady komizmu, a jednocześnie pokazuje, jak odbieramy osoby upośledzone i czego się czasami boimy. Oraz że czasami to my-normalni jesteśmy niedołężni, upośledzeni i ograniczeni — w okazywaniu uczuć i emocji, odczytywaniu prawdziwych intencji, dostrzeganiu prawdy. Często się boimy, często udajemy, a zderzenie z innością potrafi zedrzeć z nas maski i zmusić do pokazania prawdziwego oblicza.

Bardzo jasnym punktem tej książki jest tło, na którym rozgrywa się historia braci. Fascynacja Klébera koleżankami, pierwsze nieśmiałe doświadczenia seksualne, damsko-męskie gierki nasto- i dwudziestolatków. Próby odnalezienia się w dorosłym świecie, z jednej strony poszukiwanie niezależności i własnej drogi, z drugiej finansowa zależność od rodziców.

Czy to książka doskonała? Moim zdaniem nie. Jest trochę za gładka i za oczywista. Role są tutaj od razu rozpisane — te postacie są złe, te dobre. Bystrzak, chociaż momentami irytuje Klébera i współmieszkańców, jest uroczy, zabawny i mimo wszystko dość niekłopotliwy. Kléber nie musi martwić się o pieniądze, bo ma spadek po matce. Wiadomo, że prawie wszyscy współlokatorzy Bystrzaka zaakceptują i polubią, a nawet łatwo przewidzieć, kto będzie miał z tym problem. Dość oczywiste jest, że dzięki niemu ich życie stanie się pełniejsze i prawdziwsze. Mnie dorosłą ten idealizm i łatwość pokonywania trudności trochę drażnił — ale ta książka nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla młodzieży. Mam wrażenie, że mówi w prosty i, hmm, młody sposób o sprawach ważnych, a często przemilczanych. „Bystrzak” wskazuje kierunkowskaz i pokazuje, jak powinno być i co się dzieje, gdy jest tak, jak być powinno. Idealizm? I owszem, ale w bardzo przyjemnym wykonaniu.

Mimo tych zastrzeżeń, to naprawdę dobra lektura — zabawna, przyciągająca uwagę, zachęcająca do rozmyślań i zadawania pytań. Uczy akceptacji i tolerancji. Wskazuje, co w życiu ważne. Pokazuje fałsz ukryty pod uśmiechem i nieczułość skrywaną przez profesjonalizm. Warto do „Bystrzaka” zajrzeć i warto podsunąć go nastolatkom (uwaga, jak już pisałam, w książce znajdziecie brzydkie wyrazy — mam zresztą wrażenie, że swobodny i lekki język tłumaczenia to duży atut „Bystrzaka”, który może zachęcić młodzież do lektury).

 

Marie-Aude Murail, Bystrzak, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2018

Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Mitologia i labirynty

Wiem, wiem, wszyscy już widzieli. Każdy miał w ręku. Na każdym blogu już było. Co ja poradzę, że jakoś mi trudno ostatnio znaleźć czas na pisanie? Ale o tej książce muszę napisać — i to nie tylko dlatego, że wpasowuje się w mitologiczną pasję Młodszego. Po prostu jest wspaniała i piękna — rację mieli ci wszyscy, co tak pisali. Wcale nie jest dla małych dzieci, a osoby o słabszym błędniku zaczyna na jej widok boleć głowa. Poznajcie „Nić Ariadny” Jana Bajtlika.

Piotr czyta Nić Ariadny

„Nić Ariadny” poraża. Naprawdę. To bardzo przemyślana opowieść o greckiej mitologii oferująca dużo więcej niż piękne labirynty. Labirynt to tylko pretekst i gra w skojarzenia. Zagadki są jednak jak najbardziej realne. Z każdego labiryntu zawsze jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Droga zwodzi na manowce, zakręca i łudzi. Czasami wydaje się, że już blisko, że za chwilę uda nam się przejść dalej. Nie wierzcie, to złudzenie. Będziecie przez te labirynty podróżować długo, poznając przy okazji greckich bogów i herosów, pałacowe freski i potwory zaludniające wyobraźnię starożytnych. Przyda się nić Ariadny, a czasami pomoże wiedza. Każdą rozkładówkę można oglądać długo, błądząc z ogromną przyjemnością. Samo przejście przez labirynt staje się wtedy dużo mniej istotne.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Piotrek spędził masę czasu przy ilustracjach, które na pierwszy rzut oka wydawały się statyczne. Długo zastanawiał się nad historią Syzyfa, badał kadry, pozycje i warianty — na pozór monotonna strona zafascynowała go na długo, wcale nie dlatego, że nie potrafił znaleźć wyjścia.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik stworzył pełną, barwną i niesamowicie wciągającą opowieść o starożytnym świecie. Znajdziecie tutaj genealogię greckich bogów i herosów, a także wiele mitów i opowieści ważnych dla europejskiej kultury. Autor książki powoli wprowadza czytelnika w dawny świat. Uważny czytelnik-oglądacz dowie się, jak Grecy postrzegali świat, jak mieszkali, tańczyli i świętowali. Jan Bajtlik prowadzi nas przez świat najbardziej znanych mitów (spotykamy tutaj m.in. Prometeusza, Minotaura, Jazona, Heraklesa, Syzyfa czy Edypa). Poznajemy także Wojnę Trojańską i dowiadujemy się, jak Odyseusz wracał do domu.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Na końcu książki zebrano trochę przydatnych informacji — to pomoc dla tych, którzy mitologię pamiętają tylko ze szkoły. Przy każdej rozkładówce znajduje się podpowiedź, na której stronie szukać potrzebnych informacji. One naprawdę się przydają, bo nie tylko dziecko ma ochotę dowiedzieć się, dlaczego Tyfona uwięziono w Etnie. Nie wierzę także, że młodego czytelnika nie zainteresują mityczne bestie: Meduza, smok tebański, tryton, sfinks czy hydra lernejska — w tej książce znajdziecie ich dużo, dużo więcej.

Zachwycam się jak inni? No to co? To książka, która uwiedzie dorosłego tak samo, jak dziecko. Równie dużo czasu potrafi spędzić przy niej rodzic, dziadek, co dziecko. Do „Nici Ariadny” na pewno będziemy często wracać. Dla mnie konwencja labiryntu to tylko pretekst i zabawa, która prowadzi nas przez starożytny świat pokazany tak ciekawie, że nie ma się wcale ochoty szukać z niego wyjścia.

 

Jan Bajtlik, Nić Ariadny. Mity i labirynty, Dwie Siostry 2018

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

List do króla

„List do króla” Tonke Dragt (Wydawnictwo Dwie Siostry) to jedna z takich książek, które na bardzo długo zapadają w pamięć. Piękna niebieska okładka przywołuje emocje i zachwyt towarzyszący czytaniu. Podczas lektury ma się wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i pięknym — piszę to z pełną odpowiedzialnością. U nas ta książka leży na półce tuż obok „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.

Tonke Dragt, List do króla

Nie przyznam się, ile czasu zbierałam się do recenzji tej książki. Zdecydowanie zbyt długo. Tymek dostał ją na urodziny w kwietniu i połknął jednym tchem. To bardzo dobra powieść dla młodzieży, mądra, piękna, wspaniale przetłumaczona. Gdy o niej myślę, ciągle mam w głowie dwa określenia: elegancka i szlachetna — to książka najwyższej próby pod względem edytorskim, treściowym i stylistycznym. Ilustracje autorki kojarzą mi się z rysunkami Ilon Wikland do „Braci Lwie Serce”. Tonke Dragt zaprasza czytelnika do bajkowego świata rycerzy, ale nie znajdziecie tutaj magii, potworów i cudów. Akcja dzieje się w wymyślonych krainach, w czasach zbliżonych do średniowiecza, gdy po drogach pędzili błędni rycerze, na zboczach gór budowano warowne zamki, a wędrówka wymagała hartu i odwagi.

Tonke Dragt, List do króla

Opowieść rozpoczyna się w królestwie potężnego i rozumnego Dagonauta. Raz na cztery lata odbywa się tutaj pasowanie na rycerzy — to wielka uroczystość. Wybrani młodzieńcy przechodzą wcześniej wiele prób, by dostąpić tego zaszczytu. Ostatnia z nich ma miejsce tuż przed pasowaniem — przez cały dzień i całą noc niczego nie jedzą ani nie piją, a noc spędzają na czuwaniu w kaplicy. Nie wolno im wtedy spać, rozmawiać ani reagować na odgłosy z zewnątrz. Ci, którzy nie wytrwają lub złamią zasady, nie zostaną pasowani na rycerza. W takich okolicznościach poznajemy szesnastoletniego Tiuriego, syna Tiuriego Walcznego, który razem z innymi giermkami przebywa w kaplicy. I nagle słyszy kogoś, kto prosi o pomoc.

Tonke Dragt, List do króla

Nie zdradzę wam wiele, gdy powiem, że Tiuri łamie zasady. Po pierwsze, dzieje się to na pierwszych stronach książki, po drugie, bez tego nie byłoby tej opowieści. Tiuri wyrusza w podróż, by pomóc komuś, kogo nawet nie zna, targany wątpliwościami, czy to, co robi, ma sens i jest zgodne z honorem rycerza, dręczony przeczuciem, że być może na zawsze zaprzepaścił swoje szanse na zostanie rycerzem, że zawiódł. Prośba nieznajomego, choć z pozoru łatwa do spełnienia, sprawia, że Tiuri niespodziewanie musi wyruszyć na długą wyprawę, która zaprowadzi go daleko od znanego mu świata. Opis podróży Tiuriego mieści się na ponad 500 stronach — książka podzielona jest na osiem części, a każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Wyprawę chłopca można także śledzić na mapie na wyklejce — czasami ta mapa bardzo się przydaje, by uświadomić sobie, jak daleko zapuścił się chłopiec, realizując misję ważną dla całego jego świata.

Tonke Dragt, List do króla

„List do króla” łączy kilka gatunków. To epos rycerski, kronika, powieść drogi i Bidungsroman. Tiure nie tylko poznaje nowe miejsca, ale przede wszystkim dojrzewa i sprawdza samego siebie. Dowiaduje się wiele o swoich motywach i reakcjach — musi także odpowiedzieć sobie na pytanie, co znaczy dla niego bycie rycerzem. Tonke Dragt odrywa kodeks i etos rycerski od walk i bitew, zadając pytanie, co on oznacza w codziennym życiu. W tej powieści ważna jest odpowiedzialność, przyjaźń, wierność, a kodeks rycerski służy do nawiązywania więzi i ma sprawiać, że troszczysz się o innych.

Świat Tiuriego jest bardzo męski — kobiety pojawiają się w tle. Przypisanie im jednak aktywnej roli byłoby złamaniem pewnej konwencji, w której utrzymana jest cała powieść — warto także pamiętać, że Tonke Dragt napisała ją w 1962 r. Być może kobiecy punkt widzenia jest widoczny w samej kompozycji powieści rycerskiej, w której właściwie nie ma walki i potyczek. Ech, nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę czytać tę książkę z Piotrkiem. To taka historia, która nie poddaje się modom i trendom — zawsze będzie budziła ciekawość i emocje. Warto znaleźć miejsce na półce na tę książkę.

 

Tonke Dragt, List do króla, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2017