Albert, odwaga i czary

Do opowieści o Albercie ciągle z Piotrusiem wracamy. Będę despotyczna i autorytarna: kto jeszcze nie zna Alberta, ten po prostu MUSI go poznać, to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego przedszkolaka. Albert pomaga dzieciom oswoić lęki, pokazuje, że inne dzieci też mają emocje, podobnych rzeczy się boją, a podobne je śmieszą. Te książki wzbudzają zainteresowanie nawet najbardziej odpornych na lekturę przedszkolaków (testowane). To także lektura obowiązkowa dla rodzica, bo Gunilla Bergström jakoś mimochodem i cieplutko obśmiewa wyobrażenia dorosłych o sobie samych i o dzieciach i pozwala nabrać dystansu do moralizowania i wychowywania. Chciałabym tak wnikliwie widzieć problemy moich dzieci, patrzeć na ich kłopoty z taką czułością i zrozumieniem. Historie o Albercie się nie nudzą, pewnie za jakiś czas Piotruś będzie już na nie za duży, ale na razie ciągle ma ochotę do nich wracać. Przetestowaliśmy je na znajomych przedszkolach, które zawsze z uwagą ich słuchały — i te trzyletnie, i te pięcioletnie. Dziesięciolatek zwykle stwierdza, że są fajne, ale krótkie. 

Dzieci boją się różnych rzeczy. Najczęściej są to duchy, potwory i różne dziwadła niewidzialne dla dorosłych. Piotruś też się boi, a my oswajamy jego strachy na różne sposoby i z różnym efektem. Odkrycie, że Albert także boi się różnych rzeczy i że — tak jak Piotruś — wie, że one nie istnieją, ale i tak się boi, bardzo mojego synka pocieszyło.

Kto straszy, Albercie?

„Kto straszy, Albercie” to książka o pięcioletnim Albercie, który czasami zapomina, że potwory, tajemniczy Marsjanie i duchy nie istnieją. Kiedy się o tym zapomina, czas zaczyna inaczej płynąć, meble w domu zaczynają tajemniczo trzeszczeć, a dobrze znane mieszkanie zamienia się w groźną krainę, gdzie jak najszybciej trzeba znaleźć sobie bezpieczną kryjówkę. Tato Alberta uczy go zaklęcia, które sprawia, że duchy przestają być straszne, ale czasami najlepiej po prostu zapalić światło. I wtedy można się już zacząć śmiać.

Kto straszy, Albercie?

Piotruś posłuchał historii o lękach Alberta z ogromną ciekawością. Cieszyło go, że Alberta także atakują różne paskudne stwory (mamo, jego też atakuje Kamerus Obskurus – o nim było tutaj). Wypróbował potem zaklęcie Alberta i zastanawiał się, czy znalazłby w sobie odwagę, by samemu zejść do piwnicy. Jak na pięciolatka Albert jest bardzo, bardzo samodzielny.

Druga książka o Albercie jest przeznaczona dla trochę starszych dzieci. Jest dłuższa, mniej w niej obrazków — to raczej nie jest książka do czytania „na raz” dla mało wprawionego czytacza. Albert jest w niej starszy, chodzi do szkoły, bawi się samodzielnie w parku z kolegami i marzy, by mieć psa. Tatuś Alberta obawia się, że fascynacja jego synka jest chwilowa, a potem sam będzie musiał zająć się czworonogiem. Ostatnio prowadzimy z Piotrusiem bardzo podobne rozmowy, więc książka idealnie trafiła w gusta mojego synka.

Hokus-pokus, Albercie

Albert i jego kolega, Wiktor, spotykają w parku PRAWDZIWEGO czarodzieja. Czarodziej potrafi wyjmować monety z nosów chłopców i robić mnóstwo innych sztuczek — a na dodatek ma psa i Albert może się nim zajmować. Chłopcy zaprzyjaźniają się ze starszym panem i jego muzą, Singoallą (bardzo fajna i sympatyczna muza). Potem wszystko się komplikuje, bo nawet czarodziej miewa czasami kiepskie pomysły, a nie wszystkie marzenia można łatwo spełnić.

Hokus-pokus, Albercie

„Hokus-pokus, Albercie” oglądaliśmy także w kinie. Film wykorzystuje historię opisaną w książce i dość mocno ją rozbudowuje. Dobrze, że najpierw przeczytaliśmy książkę, bo potem Piotruś mógłby być rozczarowany różnicami i szukać w książce filmowych opowieści. Dzięki rozszerzeniu scenariusza film może z powodzeniem oglądać i pięciolatek, i dziesięciolatek, i obaj będą mieli potem nad czym rozmyślać. Świetnie pokazano w nim dziecięcą wiarę w czary i magię, ale także to, że często my, dorośli nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co dzieci zrobią, gdy uwierzą, że mamy nadprzyrodzone moce. Film tak mocno zapadł mi w pamięć, że byłam przekonana, że pewne sceny NA PEWNO są w książce. Nie było ich, ale mogłaby je spokojnie napisać Gunilla Bergström.  W filmie nie ma fajerwerków ani superbohaterów, za to jest mnóstwo sytuacji „z życia wziętych”, znanych na pewno prawie każdemu dziecku. Jeśli zobaczycie „Hokus-Pokus” gdzieś w kinie, koniecznie się wybierzcie, bo warto.

Gunilla Bergström, Hokus-pokus, Albercie, Zakamarki 2015

Gunilla Bergström, Kto straszy, Albercie?, Zakamarki 2014

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Zakamarki

Albert Albertson

Znacie Alberta? Jeśli nie, to koniecznie musicie poznać, bo Albert – tutaj zacytuję opis z Zakamarków – jak każdy „kilkulatek czasem ma problemy z zasypianiem, potrafi rano strasznie się grzebać przed wyjściem do przedszkola i jest niezwykle pomysłowy, zwłaszcza jeśli bardzo czegoś chce. Dzieci rozpoznają w Albercie swoje zachowania i emocje – radość zabawy, ciekawość świata, nieograniczoną fantazję, ale też złość, zazdrość czy strach”. Nic dodać, nic ująć – przygody Alberta to lektura obowiązkowa każdego przedszkolaka.

Piotruś z radością słucha każdej książeczki o Albercie, ale ma swoje ulubione. Jedną z nich jest „Dobranoc Albercie Albertsonie”, którą po cichu nazywamy z mężem „poradnikiem, jak dręczyć rodzica”.

Dobranoc, Albercie Albertsonie

Obaj moi synowie zaśmiewali się z Taty Alberta, który przyniósł sok, wytarł podłogę, zmienił pościel, tropił lwa… Wszytko po to, by jego synek w końcu zasnął. Czy jest jakiś rodzic, któremu nie zdarzyło się zasnąć przed dzieckiem lub razem z nim? Mnie się zdarza, więc ta książeczka trafia także do mnie. Bałam się przez moment, że chłopcy będą powielali pomysły Alberta dla samej zabawy i chęci odgrywania scenek, ale spotkało mnie przyjemne zaskoczenie. Obaj stwierdzili, że nie wolno się tak zachowywać i już. Wymyślają więc własne sposoby na wydłużenie i utrudnienie (rodzicom) procesu usypiania.

Drugą książką o Albercie bardzo lubianą przez Piotrusia jest „Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie”.

Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie

Tym razem Tatuś chciałby spokojnie poczytać gazetę, więc pozwala Albertowi pobawić się swoją skrzynką z narzędziami. Ech, chyba każdy wie, o co chodzi. Jak miło czasami nie patrzeć, co robi dziecko i zająć się swoimi sprawami. A że później czasami spotyka nas niespodzianka, no to cóż 🙂

Gunilla Bergström cudownie portretuje świat dziecka i jego relacji z dorosłymi. Zdumienie tym, jak dziwni i naiwni bywają dorośli. Próby wciągnięcia dorosłych do zabawy i sprawdzenia, czy dadzą się nabrać. Chęć naśladowania dorosłych prac. Potrzebę wspólnego przebywania i zabawy z nawet najbardziej zajętym Tatą (mamą też). Moi synowie rozpoznają w zachowaniach Alberta swoje emocje i uczucia, łatwiej im przyznać, że sami się zachowują podobnie, łatwiej im także ocenić, czy tak można, czy nie. Autorka na kilku stronach potrafi nakreślić prawdziwy, choć odrobinę przejaskrawiony, obraz relacji dorosłego i dziecka – pozbawiony jakiegokolwiek dydaktyzmu. Warto zajrzeć do książeczek o Albercie.