Bałaganiaki i sprzątanie

Stan naszego domu oceniam tak pomiędzy Artystycznym nieładem (ha, ha), a Rozgardiaszem w skali Bałaganiaków. Ale może to już początki Chaosu? Przynajmniej w pokoju chłopców… Nie, jeszcze nie, przecież książki nie leżą jeszcze w jednej wielkiej stercie na środku pokoju. Bałaganiaki rozróżniają aż siedem stanów bałaganu: od Prawie porządku po Pomieszanie z poplątaniem, kiedy:

Nikt nie może niczego znaleźć, wszędzie piętrzą się sterty pozostawionych rzeczy. Po domu można poruszać się tylko wyznaczonymi wąskimi ścieżkami. Zejście ze szlaku grozi poślizgnięciem na skórce banana, nadepnięciem na stary ogryzek lub pozostawioną pineskę. W niektórych przypadkach można nawet wejść w kałużę lub wpaść w pajęczą sieć.  

Bałaganiaki

Rodzina Bałaganiaków to bohaterowie książki Agnieszki Zimnowodzkiej z serii „Humorki” (Kocur Bury). Zabawna książeczka bardzo spodobała się Piotrkowi, który rozpoczął rozważania nad stanem czystości naszego domu (hmm, hmm). Wizja pomieszania z poplątaniem wyraźnie go urzekła, nawet spytał, co bym zrobiła, gdyby wyrzucił wszystkie książki z półek na środek pokoju (nie chcecie znać odpowiedzi, uwierzcie). Ogromnie spodobała mu się także mapa na początku książki i długo zastanawialiśmy się nad nazwami ulic — jego matka chętnie przeniosłaby się na ulicę Krótkiej Drzemki.

Bałaganiaki

„Bałaganiaki” to lekko moralizatorska podróż rodziny Bałaganiaków od chaosu do porządku. Rodzina składa się z mamy, taty, czterech małych Bałaganisiów i psa Bajzla. Ogromnie mi się podoba to imię, a Piotruś zaśmiewał się w głos z pomyłki pani Porządnisiowej. Historia Bałaganiaków jest napisana sprawnie i z humorem, szczególnie w części rozbałaganionej. Nie od dziś wiadomo, że bałaganić jest łatwiej niż sprzątać. 

Bałaganiaki

Część „porządna” przekonuje nas trochę mniej — miałam wrażenie, że autorka nie bardzo wie, jak skończyć książkę, żeby jednak nie zostawiać Bałaganiaków z ich bałaganem. Piotruś, który doskonale wie, ile trwa sprzątanie, zastanawiał się… No tak, nie mogę powiedzieć, bo zdradzę zagadkę. Uznamy, że mój syn uznał zaproponowane rozwiązanie zagadki za niemożliwe, a przemianę rodziny za mało prawdopodobną. Choć historyjka w jakiś sposób zachęciła nas do sprzątania (ale do bałaganienia też).

Na zakończenie fragment, który — przyznaję — najbardziej w tej książeczce drażni:

Wyświadczył Bałaganiakom prawdziwie niedźwiedzią przysługę! Nie dość, że wydali majątek na odkrycie prawdy, to jeszcze okazało się, że ta prawda w oczy kole.

A teraz wyjaśnienie: przysługa to coś, co robimy z uprzejmości, przez grzeczność, więc nie bierzemy za to pieniędzy. Bałaganiaki zapłacili komuś za pracę, więc po prostu ponieśli konsekwencje swoich czynów. A czy musieli się zgodzić z tym, co odkryli? Wcale nie! Czy oznaczało to, że utrudniali wszystkie zmiany? Też nie! Mam dziwne przeczucie, że gdzieś zgubiło się prawdziwe znaczenie tego frazeologizmu. Chyba w tych dwóch zdaniach Agnieszka Zimnowodzka chciała umieścić strasznie dużo treści, a wyszło, jak wyszło. Nie zmienia to faktu, że chętnie zajrzymy do Humorków, by poznać innych mieszkańców tego miasteczka. 

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Kocur Bury.

Agnieszka Zimnowodzka, Bałaganiaki, il. M. Kwapińska, Kocur Bury 2017

Reklamy

Świat według Duni

Jest już późno, ale Dunia nie może zasnąć. Niektórzy, żeby zasnąć, liczą owce, ale nie ona! Dunia liczy, ile razy była szczęśliwa.

Moje szczęśliwe życie

Dunię poznaliśmy całkiem niedawno. Historia przyjaźni Duni i Fridy to świetna opowieść dla początkującego czytacza: prosty, wyraźny tekst, który nie przeraża objętością, ładna kreska Evy Eriksson, wszystko zakomponowane tak, by zachęcić do lektury. Piotruś uznał, że to książka raczej dla dziewczyn — no cóż, jak się jest małym chłopcem czasami trudno docenić opowieść o dziewczęcej przyjaźni, nawet tak piękną i pogodną jak „Moje szczęśliwe życie”. Nie oznacza to jednak, że odłożyliśmy książkę na półkę — po prostu synka bardziej interesowali chłopcy, więc pewnie do naszego domu trafi opowieść o Mattisie (jak już trafi, to na pewno o niej opowiem).

Moje szczęśliwe życie

„Moje szczęśliwe życie” Rose Lagercrantz (Zakamarki) gorąco jednak wszystkim polecam — mimo pewnych oporów Piotrusia. Warto do niej zajrzeć, bo to jedna z lepszych książek o emocjach dla dzieci. Autorka nie próbuje moralizować, nie ma tutaj filozofii, po prostu pisze o uczuciach w sposób, w którym rozpozna się każde dziecko. I nie są to tylko „dobre” emocje — dzięki tej książce możemy oswoić strach przed rozstaniem, złość, smutek, a przede wszystkim porozmawiać, co to znaczy szczęście.

Moje szczęśliwe życie

To świetna lektura dla pierwszoklasistów i przedszkolaków przygotowujących się do szkolnego debiutu — Dunia zaczyna właśnie chodzić do szkoły. Rose Lagercrantz świetnie uchwyciła emocje, które towarzyszą dziecku: lęk, ekscytację, niepewność, radość. „Moje szczęśliwe życie” pomoże dziecku oswoić nową sytuację, a pierwszak rozpozna tutaj swoje lęki i będzie potrafił je nazwać. Ech, to byłaby świetna lektura dla pierwszej lub drugiej klasy — nie za długa, ciekawa, nawiązująca do codziennego życia. Można z dziećmi rozmawiać i rozmawiać: o szczęściu, o wstydzie, o wybijaniu zębów, o tym, co wolno i czego nie wolno, o smutku. To ważna książka, która chwilami jest po prostu bardzo zabawna i świetnie się czyta. 

Gdy myślę o Duni, przychodzi mi na myśl Ania z Zielonego Wzgórza i Polyanna. Nie przerażajcie się, styl tych książek jest całkiem inny, są pisane dla całkiem innego odbiorcy. „Moje szczęśliwe życie” to dobrze napisana książka dla współczesnego dziecka. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Dunia jest spokrewniona i z Anią, i z Polyanną (choć jest dużo mniej irytująca). Tak jak one, kolekcjonuje dobre momenty, chwile szczęścia, choć przecież jej życie (tak samo jak tamtych bohaterek) wcale nie jest proste: wychowuje ją tata, mama zmarła, gdy była malutka, jej przyjaciółka wyjeżdża. Na swój dziecinny sposób dziewczynka stara się brać z życia to, co dobre, kolorowe, ciepłe. Warto się tego od niej nauczyć. Koniecznie popatrzcie także uważnie na rysunki Evy Eriksson — mina taty kupującego chomika jest po prostu bezcenna.

Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Zakamarki.

Rose Lagercrantz, Moje szczęśliwe życie, tł. Marta Dybula, il. Eva Eriksson, Zakamarki 2012

My i nasza historia

Wakacje to dobry moment na czytanie różnych książek, nie tylko lekkich i przyjemnych. Dobrze się dyskutuje i rozmyśla na kocu pod drzewem — szczególnie, gdy przeczytana książka fascynuje, a „My i nasza historia” Yvana Pommaux i Christophe’a Ylla-Somersa (Wydawnictwo Tatarak) wciąga czytelnika od pierwszych stron. To znakomita lektura do wspólnego czytania i oglądania dla całej rodziny — krótkiemu, zwięzłemu tekstowi towarzyszą piękne, intrygujące ilustracje, które można bardzo długo przeglądać. 

My i nasza historia

„My i nasza historia” trochę przypomina „Rzekę czasu” Petera Goesa — również prowadzi przez historię ludzkości od samego początku, gdy gdzieś kiedyś w pomroce dziejów powstało stworzenie chodzące na dwóch nogach.

My i nasza historia

Opowieść płynie, ale nie znajdziecie w niej słynnych i dobrze znanych nazwisk. Przez całą opowieść nie pada żadne imię, bo bohaterem tej książki są po prostu ludzie — zwykli i prości, bogaci i biedni, wymyślający wynalazki i handlujący z różnymi krajami, awanturnicy i domatorzy.

My i nasza historia

Autorzy prowadzą nas przez różne kraje i kontynenty, by pokazać to, co nas łączy i jak doszło do tego, że staliśmy się tak różni. To fascynująca podróż. Yvan Pommaux i Christophe Ylla-Somers podkreślają wspólne ludzkie idee i fascynacje: tak wcześnie zaczęliśmy tworzyć sztukę, tak wielu myślicieli z różnych stron świata głosiło podobne idee. Pokazują także, dlaczego różne kraje i kultury rozwijały się inaczej — trudniej stworzyć wyrafinowaną cywilizację tam, gdzie przeżycie każdego dnia stanowi wyzwanie.

My i nasza historia

Książka nie skupia się tylko na Europie — to jej wielka wartość. Mali i Wyspa Wielkanocna są w tej książce równie ważne, co Celtowie, Chiny i Grecy. Ważny nie jest ślad, jaki poszczególne kultury wycisnęły na historii ludzkości, ale sam fakt, że wszyscy należymy do wielkiej ludzkiej rodziny, która gnana ciekawością i poszukiwaniem dobrego miejsca do życia zaludniła cały świat. Rozwijaliśmy się w różny sposób, ale ciągle łączy nas marzenie o dobrym życiu i chęć znalezienia bezpiecznego miejsca na Ziemi.

My i nasza historia

Dopiero na samym końcu książki znajdujemy krótkie zestawienie słynnych postaci — osób, które tworzyły naszą historię, a nie tylko jej ulegały. Są tam ludzie z różnych kultur i kontynentów, kobiety i mężczyźni, władcy i artyści, naukowcy i myśliciele. Część nazwisk nie była mi znana i uświadomiła, jak mało wiemy o innych i ich historii. Nie wiemy, ale możemy się dowiedzieć, bo ta książka niesamowicie rozbudza ciekawość i zachęca do zadawania pytań, także tych trudnych. 

My i nasza historia

Minusy? Właściwie nie ma — mogłabym się przyczepić jedynie do okładki, która nie zapowiada aż tak ciekawej lektury. Chłopcy zastanawiali się, czy to historia strojów lub obyczajów, ale po przejrzeniu kilku stron całkowicie wsiąkli w tę książkę. A na koniec cytat:

Wszyscy wywodzimy się od homo sapiens, mamy tych samych przodków, którzy wyruszyli z Afryki sto pięćdziesiąt tysięcy lat temu i rozproszyli się po wszystkich kontynentach. Należymy do jednego gatunku, jesteśmy tacy sami mimo różnic kulturowych i etnicznych. Często koncentrujemy się właśnie na tych różnicach. Dlaczego tak się dzieje? Nikt nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Spróbujmy jednak zastanowić się, czy w pewnych okolicznościach i pod pewnymi warunkami nie moglibyśmy być po prostu ludźmi.

Miłego zastanawiania się pod lipą!

 

Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers, My i nasza historia, Wydawnictwo Tatarak 2017 

Eryk i bardzo niezwykła Babcia

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o pięknej i niezwykłej książce. Takiej, która sprawia, że łzy pojawiają się w oczach i ściska w dołku, potem na twarzy pojawia się uśmiech, a po przekręceniu ostatniej strony człowiek siedzi w milczeniu i pielęgnuje to, co narodziło się w nim podczas lektury. Brzmi patetyczne, wiem, ale to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam z chłopakami. 

Niezłe ziółko

Niezłe ziółko” Barbary Kosmowskiej to książka, którą trudno zaszufladkować. Można ją odczytywać na różne sposoby. Dla Tymka była to opowieść o Babci — takiej cudownej, mądrej, wymarzonej, wytęsknionej, przy której prawie każda rzeczywista Babcia wypada blado — i o odchodzeniu, żegnaniu się z bliskimi. Piotruś bardziej zwrócił uwagę na zmiany, które zachodzą w Eryku, bohaterze książki — Eryk nauczył się odwagi, mamo. Oj tak, a Babcia mu w tym bardzo pomogła.

Eryk to zwykły ośmiolatek. Wątły i niski okularnik bez specjalnych zdolności. Taki przeciętniak, na którego mało kto zwraca uwagę, a jeśli już, to raczej po to, by dać mu kuksańca. Chłopiec jest bardzo samotny: ma oczywiście mamę i tatę oraz świnkę Balbinę, ale izoluje się od klasy, unika kolegów. Jest nieśmiały, boi się żartów i kpin. Pewnego dnia Eryk dowiaduje się, że w jego domu zamieszka Babcia Malutka, ukochana Babcia, znawczyni ziół, podróżniczka, gawędziarka, cudowna osoba z niesamowitą umiejętnością słuchania, przy której wszystkim (nawet Balbinie) rozwiązują się języki.

Niezłe ziółko

Babcia Malutka jest chora, musi leżeć, ale poświęca swojemu wnukowi masę uwagi. Słucha, doradza, zauważa problemy. Naprawdę można jej pozazdrościć umiejętności wskazywania drogi, motywowania, zarażania pasją. Przygotowuje także Eryka na rozstanie i daje mu siłę, by potrafił żyć sam, odwagę, by umiał podjąć wyzwania. Uczy go wytrwałości i tego, że mistrzostwo nie bierze się z powietrza, ale wymaga ćwiczeń i czasami samozaparcia. 

Barbara Kosmowska w swojej opowieści przeprowadza dziecko przez smutek i żal po rozstaniu, ale uczy także, że wspomnienia i wspólne pasje mogą koić rozpacz. Eryk ma ogromną wyobraźnię, która pomaga mu uporać się z pustką. Autorka pokazuje, że siłę można czerpać ze wspomnień, gdy zabraknie już dorosłego, który dawał wsparcie. Mamo, nie chcę, żeby ona umarła — szepnął mój Starszy — czemu książki muszą kończyć się źle? Ta książka nie kończy się źle, mimo iż Babcia Malutka umiera. Nie ma tutaj wielkiej rozpaczy i wielkiego krzyku. Jest zwykły smutek i ból, ale także rozpoznanie, że siła drzemie w nas samych. I że warto korzystać z wiedzy i doświadczeń, które przekazali nam inni.

Książka jest cudownie zilustrowana przez Emilię Dziubak. Jej ilustracje wydają się pełne światła, są jak przesiąknięte blaskiem. Nawet gdy są ciemne, promieniują i bije z nich ogromna miłość do wnuczka i wielkie ciepło. Cudowne są na tych ilustracjach ziółka, aż chciałoby się wskoczyć na obrazek (chłopcy się posprzeczali, który ładniejszy: jeden wolałby na łąkę, drugi do domku  na drzewie). Zajrzyjcie do „Ładnego ziółka” — ta książka daje dzieciom siłę, nawet jeśli w ich oczach na chwilę pojawią się łzy.

 

Barbara Kosmowska, Ładne ziółko, il. Emilia Dziubak, Wydawnictwo Literatura 2016

Noah i sekrety

Jest wczesny ranek. Noah właśnie ucieka z domu.

Ale nie miał wyboru. Nie mógł zostać ani chwili dłużej. Nikt nie powinien go za to winić, to jasne. Zresztą nadeszła chyba pora, by zacząć szukać własnej drogi na świecie. Wszak miał już osiem lat i nie dokonał jeszcze niczego godnego uwagi.

Noah ucieka

Tak mogłaby się zaczynać powieść drogi w stylu Tomka Sawyera. Powieść Johna Boyne’a to nie jest jednak zwykła „przygodówka”, jak mawia mój Starszy. Szybko orientujemy się, że Noah nie jest łobuziakiem i bardzo zależy mu, by Rodzice zapamiętali go jak najlepiej. Dlaczego więc ucieka?

Akcja książki rozwija się powoli, co może trochę znużyć poszukiwacza silnych książkowych wrażeń. Warto jednak dać się poprowadzić krętą ścieżką Noaha, który przemierza zaskakujące krainy rozciągające się tuż za jego domem, trafia do wiosek jak z dziwnego snu, rozmawia ze zwierzętami, a potem trafia do niezwykłego sklepu i zostaje gościem dziwnie znajomego Staruszka. Zaczytany Tymek wpadł nagle rozradowany do kuchni, wrzeszcząc: mamo, wiem, z jakiej to bajki

Noah ucieka

John Boyne bardzo ciekawie wykorzystuje znany motyw, tworząc coś w rodzaju sequelu opowieści, o której słyszeli wszyscy. Historia Noaha zaczyna się przenikać z historią Staruszka. Poznajemy sekrety, które tak bardzo oplotły chłopca, że nie mógł już w domu wytrzymać, lękając się i niedomówień, i czającej się za nimi prawdy. Widzimy dzieciństwo Staruszka, który nigdy nie miał mamy, był najszybszym chłopcem na świecie i bardzo chciał być grzeczny. Opowieść snuje się powoli, a napięcie wzrasta. Kim właściwie jest Staruszek? Jaką decyzję podejmie Noah?

John Boyne napisał świetną książkę, mądrą, bez patosu dotykającą tematów trudnych i bolesnych. Po lekturze Tymek długo chodził zadumany — nie chciał rozmawiać, choć spytał, czemu sekrety bywają takie ciężkie. Zwykle przecież lubimy tajemnice. Niektóre problemy wolelibyśmy jednak schować głęboko, nie mówić o problemach, uciec przed czającą się za nimi prawdą. Choć wtedy milczenie ciąży jak kamień. Uciekając, czasami możemy także spóźnić się na to, co najważniejsze. 

Zajrzyjcie razem z dziećmi do książki Johna Boyne, nie będziecie żałować. To doskonała lektura do wspólnego czytania i wspólnej zadumy — a rodzice mogą ją przeżyć nawet mocniej niż dzieci. 

John Boyne, Noah ucieka, Zielona Sowa 2016

Chłopiec z Lampedusy, czyli o ważnych problemach po raz kolejny

Trudno zrozumieć świat, bo zmienia się na naszych oczach. Żyliśmy w błogim przekonaniu, że wszystko, co złe, już za nami, że nasze standardy obowiązują wszędzie. Zapomnieliśmy, że poza Europą jest wielki świat, w którym jedni ludzie ciągle toczą wojny, a inni przed tymi wojnami chcą uciec i szukają bezpieczniejszego miejsca. Możemy udawać, że to nie nasz problem, możemy odwracać głowę, ale trudno obronić się przed obrazami, którymi jesteśmy co chwila bombardowani. Nasze dzieci je widzą, więc trzeba z nimi rozmawiać. Na przykład o uchodźcach. To bolesny i trudny temat. Na szczęście pojawiają się świetne książki, które pomagają nam zacząć. Jedną z nich jest Chłopiec z Lampedusy Rafała Witka.

Chłopiec z Lampedusy

To kolejna książka Wydawnictwa Literatura z serii Wojny dorosłych – historie dzieci. Wychodzą w niej książki ważne, poruszające trudne tematy: dawne i współczesne. Nie epatują krwią i strachem, opowieści są delikatne i z dystansem nakreślają problem, tak żeby go pokazać i skłonić do myślenia, ale nie przestraszyć.

Akcja Chłopca z Lampedusy toczy się właśnie na Lampedusie, gdzie mieszka Andżelika, polska dziewczynka. Rafał Witek zderza w tej książce emigrantów ekonomicznych i uchodźców. Rodzice Andżeliki ciężko pracują, by kiedyś w Polsce wybudować wymarzony domek. Życie dziewczynki nie jest proste: znalazła się w nowym miejscu, rzadko widuje ojca, który pracuje jako kierowca tira i jeździ po całej Europie, jest uboższa od koleżanek. Jej mama całymi dniami pracuje w hotelu. Trudno się żyje w nowym kraju: trzeba znaleźć mieszkanie, dostosować się do wymagań właścicielki domu, nauczyć języka i nowej kultury, ciągle zmagać się z byciem obcym i innym.

Pewnego dnia Andżelika widzi na morzu żółtą łódź, która dziwnie znika. Potem spotyka chudego chłopca, pływającego w ubraniu. Tandżin kradnie jej chleb i dziewczynka postanawia go odnaleźć. W ten sposób w jej życie wkracza świat, którego nie rozumie. Świat, w którym ktoś może być tak głodny, że zmuszony do kradzieży. Okazuje się, że są ludzie pozbawieni wszelkich praw, których można w każdej chwili odesłać do miejsca, gdzie rządzi karabin. Rafał Witek patrzy na wydarzenia oczami dziecka, które nie potrafi zrozumieć:

Co to znaczy „nielegalny imigrant”? — ryknęła na karabiniera. — To nie jest żaden imigrant. To mój kolega. I wszystko ma legalne! Niby co jest w nim nielegalnego? Ręce są nielegalne? Nogi? A może kręcone włosy są nielegalne?

Opowieść Rafała Witka jest wymyślona, ale do jej napisania skłoniły go prawdziwe słowa i prawdziwa historia chłopca wyłowionego z morza, który próbował dostać się w ten sposób do lepszego świata. Książka kończy się happy endem. Znajdują się ludzie, którzy chcą pomóc. Pomagają osoby, po których się tego nie spodziewamy. Świat nie jest taki zły, zdaje się mówić autor, wystarczy trochę dobrej woli i trochę serca. Bardzo chciałabym w to uwierzyć.

Chłopiec z Lampedusy to dobra historia dla ośmio-, dziewięciolatków. Dużo w niej tematów do rozmowy i przemyśleń. Może mogłoby znaleźć się w niej trochę więcej informacji o tym, dlaczego ludzie uciekają, ale pewnie wtedy książka stałaby się mniej spójna. Zresztą to już zadanie czytelnika: niech spróbuje się dowiedzieć, co dzieje się w Erytrei i dlaczego uciekają z niej ludzie, dlaczego są tak zdesperowani, że próbują przepłynąć łupiną ogromne morze. Ważne, żeby zachciało nam się szukać odpowiedzi na te pytania, a potem może zacząć pomagać. 

 

Rafał Witek, Chłopiec z Lampedusy, il. Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura 2016

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci

Opowieść biblijna Zuzanny Orlińskiej

Wszyscy wiedzą, kto to Noe. Wszyscy znają historię potopu, który Pan zesłał na świat, aby ukarać zbuntowanych ludzi. Kiedy dawno temu czytałam z chłopakami tę starotestamentową opowieść, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Czym zasłużyli sobie ludzie na tak straszną karę? Skąd tak wielkie okrucieństwo? Moi synowie zadawali pytania, które obnażały bezradność dorosłego postawionego wobec pytań fundamentalnych.

Podczas lektury książki Zuzanny Orlińskiej powróciły te same pytania oraz pojawiły się inne, równie trudne i ważne. Dlatego trudno mi pisać o tej pięknej książce, która w tym roku zdobyła tyle nagród.

Stary Noe

Twórczość Zuzanny Orlińskiej znamy od dawna. Pamiętam swoje zaskoczenie, a potem zachwyt, gdy przynieśliśmy z biblioteki „Matkę Polka”. Tymkowi bardzo podobali się „Detektywi z klasztornego wzgórza” (ciągle nie mam czasu na recenzję). Po „Starego Noego” sięgnęłam więc z poczuciem, że będę obcować z książką piękną i ważną — ten tytuł został Książką Roku IBBY 2015 oraz całkiem niedawno został wyróżniony Koziołkiem przez Centrum Literatury Dziecięcej. Nie spodziewałam się jednak, że jej lektura wzbudzi aż tyle emocji i wywoła tyle przemyśleń.

Bohaterem książki jest Noe: stary, zmęczony, przerażony tym wszystkim, co się wokół niego dzieje, dobry. Wyjątkowość Noego podkreślają bardzo mocno ilustracje — widać z nich, że troszczy się głównie o innych.

Stary Noe

Stary Noe

Nie jest w stanie wytrzymać pod pokładem, patrzy na niknący świat, aż w końcu jego synowie siłą sprowadzają go do łodzi. Wtedy wydłubuje w mchu uszczelniającym belki maleńką dziurkę, żeby spoglądać na zewnątrz. A w końcu znowu wychodzi na pokład i buntuje się przeciwko zaleceniom Pana — stara się uratować tych, którzy jeszcze przetrwali.

Dla mnie to historia o buncie człowieka wobec Pana, o buncie, który świadczy o człowieczeństwie. To historia zmagań pomiędzy poczuciem obowiązku wobec nakazów i zasad, a silnym poczuciem dobra i potrzebą niesienia pomocy. To także opowieść o wierze w miłość Stwórcy, który pokazuje okrutne oblicze, bo uważa, że tak trzeba, ale jednak kocha. Kwintesencją tej opowieści jest cytat, który pojawia się chyba w każdej recenzcji:

Panie, stworzyłeś mnie człowiekiem, nauczyłeś mnie chodzić, myśleć i czuć jak człowiek. Muszę pozostać człowiekiem do końca. Możesz ukarać mnie śmiercią, ale nie postąpię inaczej, nawet jeśli miałbym przyjąć na pokład słonia czy nosorożca. 

To ważne pytania: co to właściwie znaczy „być człowiekiem”. Co jest ważniejsze: posłuszeństwo czy niezgoda? W czym objawia się nasze człowieczeństwo? Jak zwalczyć swój lęk przed „byciem ukaranym”, gdy wszystko w nas domaga się działania wbrew prawom w imię większego dobra? To niepokojąca opowieść, pobudzająca, zmuszająca do myślenia, taka, która się przyczepia i nie chce odejść. Ważna. Czy podobała się chłopakom? Trudno powiedzieć. Posłuchali i nie uciekli. Pytali: dlaczego Noe nie powiedział innym ludziom? Dlaczego zaczął pomagać tak późno? Dlaczego jego synowie na niego krzyczeli? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Nie wiem, ale możemy pozastanawiać się razem.

Książkę poznaliśmy dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura 2015

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Mat i świat, czyli o misiu inaczej

Czekam na wynik konkursu im. Kornela Makuszyńskiego — bardzo mnie ciekawi, która książka w tym roku zdobędzie Koziołka. To nagroda przyznawana przez bibliotekę, a mnie cieszy każda biblioteka, która nie ogranicza się tylko do wypożyczania książek. Biblioteki powinny być piękne, jasne, pełne ciekawych książek i pełne energii — tak, aby zarażać miłością do książek i ściągać coraz to większe rzesze czytelników. Tak wyobrażam sobie Miejską Bibliotekę Publiczną w Oświęcimiu, która przyznaje tę nagrodę. 

No dobra, do rzeczy. Dzisiaj będzie o kolejnej książce z listy nominowanych 🙂 „Mat i świat” Agnieszki Suchowierskiej (wydawnictwo Krytyki Politycznej) to Książka 2015 roku Polskiej Sekcji IBBY (Nagroda Literacka). Przymierzaliśmy się do Mata już od dawna, ale jakoś nie było okazji. A potem wpadł nam w ręce przy okazji jednej z wypraw do biblioteki właśnie.

Mat i świat

„Mat i świat” to historia misia Mata, który urodził się w chińskiej fabryce jako bardzo ekskluzywny i drogi miś. Po lekturze kilku stron miałam wrażenie, że będzie to historia z morałem i bardzo zaangażowana, ale — na szczęście — wcale tak nie było. W tej małej książeczce dla dzieci poruszono wiele problemów współczesnego świata. Autorka, Agnieszka Suchowierska, zrobiła to jednak z ogromnym taktem i wyczuciem. Piotruś słuchał po prostu historii misia podróżnika, który zwiedził wiele krajów, miał wiele przygód i spotkał wiele dzieci. Tymek zadawał pytania, więc przy okazji czytania bajki „dla Piotrusia” udał nam się poważnie i ciekawie porozmawiać. 

Rozmawiać jest tutaj o czym, bo miś nie miał „zwyczajnego” życia. Urodził się w chińskiej fabryce, gdzie pracowało mnóstwo młodych dziewcząt, podobnych do siebie jak dwie krople wody, potem odbył daleką podróż do Holandii i zamieszkał w bardzo zamożnym domu, w pokoju dla misiów, z których każdy był jedyny i wyjątkowy. Z Holandii zawędrował do polskiego lumpeksu, a z Polski wyruszył jeszcze dalej.

Mat nie jest zwyczajnym misiem, i wcale nie chodzi tutaj o  jego cenę i „firmowość”. Miś jest niezwykle otwarty na nowe przygody i nowe doświadczenia. Każdą zmianę w swoim życiu traktuje jako okazję do dowiedzenia się czegoś nowego — bardzo mu w tym pomaga przyjaciel, szczur Artur. Sympatyczny szczurek towarzyszy misiowi, wyjaśnia co trudniejsze terminy i pomaga odnaleść się w nowym miejscu.

Podróż misia Mata to nie tylko pretekst do pokazania biedy i bogactwa czy rozmowy o tym, dlaczego tak wiele produktów wstydzi się miejsca, z którego pochodzi (ech, te Chiny).

— Ooo! — wykrzyknął z podziwem Mat, po czym zawstydzony złapał się za pyszczek. — Przepraszam, już nie będę. Ja urodziłem się w fabryce w Chinach. Fabryka to chyba nie to samo, co pałac, prawda? Chociaż też jest bardzo duża.

— Pssyt! Nie mów tego głośno. Tak naprawdę wszyscy urodziliśmy się w fabryce w Chinach, ale tego nie wypada mówić w dobrym towarzystwie.

— Dlaczego?

— Bo tak. Skończyłem temat. 

To dla mnie przede wszystkim opowieść o tym, że dzieci chcą się bawić, a zabawka, mały miś, może przynieść im masę radości, nawet wtedy, gdy ma naderwane uszko czy oczko z guzika. Piotrek najpierw przeliczył swoje wszystkie pluszaki i powyciągał wszystkie te, które akurat wpadły pod łóżko, ale potem zaczął się zastanawiać, jak można by się takim pluszakiem podzielić — oczywiście pod warunkiem, że zabawka nie musiałaby przeżywać tego samego, co Mat.

Ilustracje do książki narysował Tomasz Kaczkowski. Wszystkie bardzo nam sie spodobały: są ciepłe, czasami lekko humorystyczne, a Piotruś wypatrywał na obrazkach sympatycznego pyszczka szczurka. Świetne jest także to, że tytuł stanowi część pierwszego zdania. Piotrek właśnie odkrył, że świat wokół niego składa się z liter, które można złożyć w wyrazy, i bardzo mu się podobało, że może sam przeczytać kawałek tekstu. Polubiliśmy misia Mata i myślę, że będziemy często do niego wracać.

 

Agneszka Suchowierska, Mat i świat, Krytyka Polityczna 2015

Mamo, skąd oni są? Ci wszyscy uchodźcy…

Czasami chciałabym uciec przed trudnymi pytaniami moich synów. Wcale nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie, skąd biorą się uchodźcy, dlaczego muszą uciekać, czemu ich nikt nie chce przygarnąć, czego szukają. Mamo, a co by było, gdybyśmy my musieli uciekać? No właśnie, co wtedy? 

Przynieśliśmy z biblioteki dwie książki, które próbują temat uchodźców pokazać i rozbroić. Piękne książki, cudowne, ciemne baśnie, ważne lektury — naprawdę warto do nich zajrzeć, zastanowić się i porozmawiać. „Warto” to złe słowo, to lektura obowiązkowa.

Podróż

Francesca Sanna stworzyła swój przepiękny picture book na podstawie historii różnych ludzi, którzy musieli porzucić wszystko, co mieli, by poszukać bezpiecznego miejsca. Narratorem jest dziewczynka, która opowiada, jak zmieniło się jej życie, gdy nadeszła wojna. Mieszkała w mieście nad morzem, ale potem zapanował chaos i straciła ojca. Jej mama postanowiła zabrać dzieci i poszukać bezpieczniejszego miejsca.

Warto popatrzeć, jak zmieniają się kolejne karty, jak kolorowe obrazy zaczynają szarzeć i są zawłaszczane przez czarne plamy. Autorka świetnie operuje kolorem i metaforą — lektura trwa chwilę, ale trzeba uważnie przyjrzeć się ilustracjom, by zauważyć szczegóły i tkwiącą w nich siłę: dostrzec, jak wiele trzeba za sobą zostawić i jak wiele hartu musi mieć dorosły, by chronić swoje dzieci.

Podróż

Podróż

Podróż

Tę przepiękną książkę wydała ją Kultura Gniewu (seria „krótkie gatki”).

Drugą lekturą jest „Wędrówka Nabu” Jarosława Mikołajewskiego (ilustracje Joanna Rusinek, wydawnictwo Austeria).

Wędrówka Nabu

Nie wiemy dokładnie, skąd pochodzi Nabu. Żyła w miejscu, gdzie ciągle, nie wiadomo jak, płoną domy. Pewnego dnia Nabu postanawia uciec, poszukać kraju, gdzie są murowane domy, które nie mogą spłoną. A potem chce zabrać do swojego domu rodziców i brata. 

Wędrówka Nabu

Nabu szła sama, dziesięć dni i nocy. Rodzice iść nie chcieli i zabronili iść bratu. Nabu też zabronili, ale kiedy wiatr rozwiał gałęzie, z których tata zamierzał zbudować kolejny dom, uciekła z domu, którego nie było.

Nabu wędruje przed siebie, goniąc marzenie. Różne rzeczy napotyka po drodze: niewidzialne mury, o które jednak można sobie nabić guza, ostre druty kolczaste, których nie widać, a które ranią. I ludzi, dziwnych, drapieżnych, a czasami po prostu obojętnych.

Wędrówka Nabu

Wędrówka Nabu

Ilustracje Joanny Rusinek są magiczne i piękne, świetnie dopełniają tę prostą historię, która nie ocenia i nie nakazuje, po prostu pokazuje i stawia pytania. Ważne pytania, przed którymi chyba ani nam, ani naszym dzieciom nie uda się uciec. 

Francesca Sanna,  Podróż, Kultura Gniewu, seria krótkie gatki, 2016

Jarosław Mikołajewski, Wędrówka Nabu, Austeria 2016