Maurycy i Ogryzek, czyli co w trawie piszczy

Miałam pisać o zupełnie innej książce. Ale nie mogę, bo Młodszy od kilku dni wieczorami ryczy ze śmiechu (przed snem), a potem słyszę błagalne: mamo, jeszcze jeden rozdział. Oznacza to, że zarywamy noce, mamy problem z porannym wstawaniem i stałam się przykładem rodzicielskiej beztroski. Wszystko przez jedną książkę, która kurzyła się na półce, bo Tymek nigdy nie chciał słuchać o Dolinie Bagiennej Trawy. Nie wiem, czy teraz żałuje, wiem jednak, że „Co w trawie piszczy” Pawła Wakuły (Wydawnictwo Literatura) wskoczyło z tupetem na listę ulubionych książek Piotrusia.

Co w trawie piszczy

Dolina leży gdzieś daleko — ludzie na szczęście zapuszczają się tutaj rzadko i raczej tylko na skraj lasu — więc stała się schronieniem różnych stworów i stworków. Mieszka tutaj wiele żabonów i ropuchów, rusałek, dziwożon, wodników, płanetników, latawic, błędnych ogników, strzyg, jest nawet jeden niedźwiedź brutalny, a oprócz nich wiele innych zwierząt — zwyczajnych, choć gadających. Najważniejsi są jednak oni: Maurycy (skrzat leśny, który bardzo nie lubi jak się na niego mówi „niebożę”, a wręcz nie cierpi, gdy nazywa się go krasnoludkiem) oraz Ogryzek, czyli sympatyczny, łakomy i czasami trochę źle wychowany szczurek.

Historia zaczęła się pewnej czerwcowej nocy, gdy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy czekali na letni rój meteorów. Każdy musi wtedy wypowiedzieć swoje największe życzenie. Skrzat Maurycy marzył o maszynie do robienia błyskawic, ale trudno życzyć sobie czegoś, co nie wiadomo, jak wygląda, dlatego gdy zobaczył największą, opadającą wolno gwiazdę, która na dodatek zrobiła podwójną pętlę, zażyczył sobie, żeby wydarzyło się coś niezwykłego, a lato było inne niż wszystkie. To była prośba z rodzaju tych szybko się spełniających — gwiazda nie była gwiazdą tylko statkiem kosmicznym, w którym na ziemię przybył kosmita desperacko poszukujący brombuli, paliwa do swojego kosmolotu. Chyba właśnie w tym miejscu Piotruś wybuchnął śmiechem po raz pierwszy.

[…] zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką. — Witam was, ziemianie! — odezwał się metaliczny głos z aparaciku. — Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

Po wysłuchaniu całej rozmowy z ufoludkiem mój synek prawie tarzał się ze śmiechu. Zdradzę Wam, że Maurycemu i Ogryzkowi udało się znaleźć brombulę, co oznaczało ogromną zmianę w ich życiu. Zyskali sławę i założyli leśną agencję detektywistyczną. 

Co w trawie piszczy

Przez całe lato zajmowali się rozwiązywaniem spraw trudnych i skomplikowanych. Przez ich biuro (wyposażone zgodnie z zaleceniami miesięcznika „Zbrodnia i Kara”) przewinęło się mnóstwo mniej lub bardziej niezwykłych stworzeń: od wilkołaka Alfreda i niedźwiedzia Leona, bo boboka Grozę. Bobok zresztą należy do ulubionych bohaterów Piotrusia, który przez jakiś czas zamęczał wszystkich pytaniami: a chcielibyście iść na film „Powrót Wielkiej Krwiożerczej Zmutowanej Łasicy skrzyżowanej z Krwiożerczym Nietoperzem”? Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, koniecznie musicie przeczytać książkę 🙂

Co w trawie piszczy

Paweł Wakuła stworzył sympatycznych, bezpretensjonalnych bohaterów. Maurycy i Ogryzek to dobrzy przyjaciele, którzy czasami mają siebie dość, czasami palną gafę, ale zwykle świetnie się dogadują. To jedna z fajniejszych par detektywów, którzy po swojemu, wnikliwie, choć czasami przy dużej dozie szczęścia, rozwiązuje najbardziej skomplikowane przypadki. Na pewno nie brakuje im odwagi, chcą pomagać swoim klientom i do każdej sprawy podchodzą bardzo poważnie.

Tekst jest dobrze napisany i spójny — sporo w nim odniesień do naszej rzeczywistości, trochę tropów zrozumiałych dla starszego czytelnika. Rodzic na pewno nie będzie się nudził i męczył, a sądzę, że humor tych opowieści przemówi do każdego. Oprócz przygód, czasami groźnych i zaskakujących, można tutaj znaleźć i tematy do rozmyślania, choć podane w leciutkiej formie:

Pani wybaczy… — wtrącił Maurycy — ale czy to praktyczne mieć dachówki z piernika? Albo rynny z marcepanu? To już nawet nie chodzi o to, że każdy chce taki domek zjeść, ale przecież to nie przetrzyma pierwszego deszczu — rozpuści się!

Jasne, że się rozpuści — zgodziła się Baba Jaga. — A wtedy upiekę nowy. Moja babka tak robiła, moja matka tak robiła, więc ja też muszę. Rozumiesz — tradycja.

Bardzo nam się podobają także ilustracje, które wykonał autor tekstu. Są takie, jakie powinny być: nieprzesadzone, kolorowe, proste. Na szczęście to nie jest konwencja „ślicznych” obrazków. Piotruś bardzo wnikliwie studiuje ilustracje, sprawdzając, czy stworzonka wyglądają tak samo, jak je sobie wyobraził. 

Teraz czekają mnie zakupy, bo gdy synek dowiedział się, że Paweł Wakuła napisał jeszcze kilka książek o Dolinie Bagiennej Trawy, zaczął wrzeszczeć z radości i turlać się po podłodze. Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak kupić kolejne, i cieszyć się lekturą razem z synkiem. Wydawnictwo poleca tę książkę dzieciom od siódmego roku życia, ale jak widać sześciolatek też dał radę 🙂

Paweł Wakuła, Co w trawie piszczy, Wydawnictwo Literatura 2009

Sto pociech z Klarą

Klarę i jej braciszka poznaliśmy już jakiś czas temu i pokochaliśmy od razu, o czym pisałam tutaj. Ponieważ książkę „Ja i moja siostra Klara” znamy prawie na pamięć, Piotruś co jakiś czas wspominał, że chciałby poznać inne przygody rodzeństwa. W ten sposób trafiło do nas „Sto pociech z Klarą”, a Piotruś aż pojaśniał z radości.Narratorem ciągle jest braciszek. I znowu wyobraźnia i inwencja Klary zderza się ze spokojem i racjonalnym myśleniem jej brata. Klara chodzi do pierwszej klasy, tak jak Piotruś, a jej braciszek ma sześć lat, też tak jak Piotruś. Mój synek trochę kręcił nosem, bo nie do końca wiedział, kto jest taki jak on. W końcu zadowoliło go wyjaśnienie, że może mieć coś wspólnego i z siostrą, i z bratem.

Sto pociech z Klarą

Przygody Klary i jej brata wydały nam się mniej szalone (napisałam te słowa, a potem przypomniałam sobie opowieść o dziecku Klary i zaczęłam się zastanawiać, czy aby piszę prawdę). Może tak: te przygody nadal są szalone, ale my je postrzegamy już trochę inaczej, bo po lekturze pierwszej części wiemy, że rodzeństwo stać na wiele. 

Historia mogłaby być bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki (przed nami jeszcze lektura zbioru „Ja, Klara i zwierzaki”). Wszystko jest jak w życiu: rodzeństwo czasami się kłóci (rewelacyjna opowieść o przezwiskach i o tym, że zawsze trzeba być kwita, więc nie można pominąć przezwiska milczeniem), czasem sobie pomaga, a czasem wspólnie działa — na przykład wspólnie się modli, aby Pan Bóg zesłał Klarze dziecko:

Kochany Panie Boże, wyślij nam dzidziusia dla Klary. Ale takiego prawdziwego, bo Klara ma dość bawienia się lalkami. Zobaczysz, jacy będziemy wtedy grzeczni! Nie będziemy malować naszego jamnika Wąchacza, nie będziemy podjadać tortu dla gości No więc wyślij nam dzidziusia możliwie szybko. Bądź tak miły i pospiesz się, bo czekamy….

Sto pociech z Klarą

Piotruś z zachwytem zauważył, że braciszek i Klara obiecują nie popełniać psot znanych nam z wcześniejszej książki. To dzieci tego typu, co Emil ze Smalandii: nigdy nie łobuzują dwa razy w ten sam sposób, zawsze potrafią wymyślić coś nowego. W tej książce dzieciaki są odrobinę bardziej poważne, więcej się tutaj mówi o miłości i o marzeniach, więcej jest planów na przyszłość i prób uszczęśliwiania innych.

To świetna książka do wspólnego rodzinnego czytania. Chyba nie ma dziecka, które nie chciałoby posłuchać, jak inne dziecko wyrywa sobie ząb, jakie pożytki mogą płynąć z opanowania trudnej sztuki czytania i co można podarować bratu na urodziny. Rodzeństwo jest sympatyczne, zaradne i samowystarczalne. Na dodatek dzieci są bardzo samodzielne, co może być mobilizujące i dla dziecka, i dla rodzica — w końcu to my musimy dzieciom na tę samodzielność pozwolić i stworzyć na nią przestrzeń. 

Dimiter Inkiow, Sto pociech z Klarą, Tatarak 2012

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Porozmawiajmy o… sztuce

Chłopaki są przyzwyczajeni do muzeów. Ciągamy ich tam od maleńkości, starając się, by nie zanudzili się na śmierć. Muzea kojarzą im się więc raczej z radością poznawania i buszowaniem po ciekawych miejscach, choć — przyznaję — bywa i tak, jak w wierszu Danuty Wawiłow (Na wystawie z tomu Danuta Wawilow dzieciom, Nasza Księgarnia — znacie?).

Mamo, chodź tu! Mamo, zobacz!

To dopiero piękny obraz!

Kwitną kwiaty, słońce świeci,

na ławeczce siedzą dzieci…

Tylko taka brzydka rama…

„To jest okno” — mówi mama.

Zdarzały się wystawy, po których jeden z synów hasał z radością, a drugi snuł się z ponurą miną, zadając nieustannie pytanie: długo jeszcze? Pamiętam też wizytę w Zamku Królewskim, w czasie której Piotruś kontemplował z zacięciem wszystkie gniazdka i kable, rozważając, czy były już tutaj za czasów królów.

Przygotowanie do wizyty w muzeum czasami zaczynamy już w domu. I tutaj przydają się książki i albumy. Ostatnio trafiła do nas książeczka wydana przez Wydawnictwo RM „Canaletto. Malarz Warszawy” Justyny Mrowiec. Krótka, kolorowa, pełna ćwiczeń stymulujących do zabawy — świetna lektura, jeśli planujecie wizytę w Zamku Królewskim albo jesienny spacer po Warszawie. 

Canaletto

Książka stanowi właściwie wariację na temat jednego obrazu. Motywem przewodnim jest tutaj „Widok Warszawy od strony Pragi” Canaletto. Autorka, Justyna Mrowiec, wykorzystała to dzieło, by przenieść czytelnika na krótką chwilę w czasy Stanisława Augusta. Bohater, Piotruś (pewnie się domyślacie, że Piotruś lubi bohaterów o takim imieniu), obrywa piłką w głowę na wuefie i na chwilę przenosi się w dane czasy. Trafia w sam środek obrazu: żeglując po Wiśle, przygląda się starej Warszawie i widzi malarza, który właśnie kończy swoje dzieło. 

Canaletto

Tak, tak, też miałam skojarzenia z „Godziną pąsowej róży”, ale książka Justyny Mrowiec jest króciutka i świetnie nadaje się już dla przedszkolaków. Poznajemy tutaj dawną Warszawę, dowiadujemy się, że Praga była właściwie wioską, a w Warszawie nie było ani jednego mostu. Podglądamy króla planującego obiady czwartkowe i przez krótką chwilę wędrujemy po Europie razem z Canaletto.

Canaletto

Canaletto

Krótkie opowiadanie o przygodzie Piotrka rozpoczyna książkę, a potem jest w niej mnóstwo ciekawostek i propozycji zadań. Mały czytelnik może narysować portret, stworzyć komiks lub zabawić się w pejzażystę albo przygotować zaproszenie na urodziny na zamku. Moi synowie nabrali ochoty na wycieczkę na Zamek, aby sprawdzić, czy naprawdę są tam te wszystkie sale opisane w książce.

Canaletto

Canaletto

„Canaletto. Malarz Warszawy” nie przytłacza nadmiarem informacji, ale zaciekawia i skłania do poszukiwań. To dobry punkty wyjścia, by zainteresować dziecko sztuką i pokazać mu, że obraz może być początkiem ciekawej historii i furtką do świata, który już dawno minął.

W serii „Magiczny ogród sztuki” ukazała się także książka „W altanie Gierymskiego”. Mam nadzieję, że na tych dwóch tytułach się nie skończy. 🙂 To ciekawa seria, która z pomysłem wprowadza dzieci w świat sztuki, i będzie interesująca i dla przedszkolaka, i dla dziesięciolatka.

Justyna Mrowiec, Canaletto. Malarz Warszawy, seria Magiczny ogród sztuki, RM 2016

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przeglądając listę laureatów Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego zauważyłam, że tegorocznych nominowanych znamy z chłopakami całkiem nieźle, ale książki z poprzednich lata to już coś innego. Olśniło mnie, że przecież Bzika i Makówkę (wydawnictwo Nasza Księgarnia) mamy w audiobooku (czytała Joanna Pach), a że właśnie jechaliśmy do Babci zbierać jabłka… Okazja sama się prosiła: słuchaliśmy historii Zgniłobrodego przez całą drogę (długość okazała się idealna na prawie trzygodzinną podróż: zaczęliśmy pod naszym domem, skończyliśmy pod babcinym) i mieliśmy dużo zabawy. A potem Tymek wygłosił listę zastrzeżeń (całkiem sensownych), ale o nich może na końcu.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Bohaterami książki Rafała Witka są Gabrysia Bzik (naznaczona przez swoje nazwisko, bo przecież nikt nie podejrzewałby jej o złe zamiary, gdyby nazywała się Grzeczniutka) oraz Nilson Makówka, zafascynowany kodeksami i przepisami. To pierwsza książka o przygodach szalonej pary przyjaciół, jaką przeczytaliśmy/odsłuchaliśmy i mam wrażenie, że nie ostatnia, sądząc po rżących odgłosach, jakie dochodziły z tylnego siedzenia samochodu. Bo i było się z czego śmiać.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przyjaźń Gabrysi i Nilsona zaczęła się na dywaniku u dyrektora szkoły (w gabinecie, w którym nie było żadnego dywanu). Gabrysia trafiła tam za pisanie liścików na lekcji, a Nilson za obronę prawa Gabrysi do prywatności — ten fragment akurat brzmiał bardzo przekonująco i wiarygodnie. Po lekcjach dzieci postanowiły posiedzieć chwilę pod mostem (w domu jest nudno, a rodzice pozwalają wyjść najwyżej do piaskownicy — co mają tam robić trzecioklasiści?), gdzie spotkały bardzo dziwnego, agresywnego i wygłodniałego jegomościa. Wytłumaczenie, że to po prostu bezdomny wariat jakoś Gabrysi nie przekonało, więc rozpoczęła razem z Nilsonem śledztwo, które doprowadziło ich do zaskakującego odkrycia. Pod mostem koczował najprawdziwszy pirat, bukanier, złowrogi kapitan Zgniłobrody (sami się domyślcie, skąd wzięło się to przezwisko) przybywający prosto z XVII wieku. Dzieciaki postanowiły go zresocjalizować — to akurat pomysł Nilsona — nie spodziewając się, ile może to sprawić przedziwnych kłopotów.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

W książce przygoda goni przygodę, a niektóre pomysły autora wywoływały u moich synów ataki śmiechu. Piotrek chichotał podczas rozmowy Gabrysi z antyterrorystami, Tymek gruchnął śmiechem, gdy słuchał relacji z cudownego konkursu historycznego (no jak, co byście woleli: prelekcję o Powstaniu Warszawskim? Może jakieś inne powstanie? II wojnę światową? Barwną i krwawą opowieść o bukanierach? No to drugie pytanie: co woleliby nauczyciele?).

Książkę Rafała Witka odsłuchaliśmy z przyjemnością i naprawdę umiliła nam podróż. Chłopcy się świetnie bawili, a ja nie zgrzytałam zębami ani się nie nudziłam, a czasami tak bywa, gdy słucham literatury dla dzieci. To fajna, ciekawa i wciągająca lektura, która z humorem pokazuje szkolną rzeczywistość i przykuwa uwagę.

Teraz przyszła pora na kilka „ale”, które zgłosił Tymek: Po pierwsze, dzieci w klasie trzeciej nie dostają świadectw z czerwonym paskiem, bo one są dopiero od czwartej klasy. Po drugie, Gabrysia nie dostałaby takiego świadectwa, bo by miała raczej „nieodpowiednie” z zachowania, po tym jak narozrabiała — i nic by jej nie uratowało. Po trzecie, kiedy ten pirat nauczył się obsługiwać silniki spalinowe, skoro pochodził z siedemnastego wieku i jakim cudem dzieciaki rozumiały jego angielszczyznę? 

No tak, muszę zgodzić się z synem, książka mogłaby być odrobinę mniej naiwna i — odrobinkę lepiej — odpowiadać rzeczywistości, ale co tam. Przygody Bzika i Makówki bardzo nas wciągnęły i nie możemy doczekać się kontynuacji. Chyba znowu padnie na audiobook, żebyśmy mogli słuchać razem.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Rafał Witek, Bzik i Makówka przedstawiają: Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia, Nasza Księgarnia 2014

Mat i świat, czyli o misiu inaczej

Czekam na wynik konkursu im. Kornela Makuszyńskiego — bardzo mnie ciekawi, która książka w tym roku zdobędzie Koziołka. To nagroda przyznawana przez bibliotekę, a mnie cieszy każda biblioteka, która nie ogranicza się tylko do wypożyczania książek. Biblioteki powinny być piękne, jasne, pełne ciekawych książek i pełne energii — tak, aby zarażać miłością do książek i ściągać coraz to większe rzesze czytelników. Tak wyobrażam sobie Miejską Bibliotekę Publiczną w Oświęcimiu, która przyznaje tę nagrodę. 

No dobra, do rzeczy. Dzisiaj będzie o kolejnej książce z listy nominowanych 🙂 „Mat i świat” Agnieszki Suchowierskiej (wydawnictwo Krytyki Politycznej) to Książka 2015 roku Polskiej Sekcji IBBY (Nagroda Literacka). Przymierzaliśmy się do Mata już od dawna, ale jakoś nie było okazji. A potem wpadł nam w ręce przy okazji jednej z wypraw do biblioteki właśnie.

Mat i świat

„Mat i świat” to historia misia Mata, który urodził się w chińskiej fabryce jako bardzo ekskluzywny i drogi miś. Po lekturze kilku stron miałam wrażenie, że będzie to historia z morałem i bardzo zaangażowana, ale — na szczęście — wcale tak nie było. W tej małej książeczce dla dzieci poruszono wiele problemów współczesnego świata. Autorka, Agnieszka Suchowierska, zrobiła to jednak z ogromnym taktem i wyczuciem. Piotruś słuchał po prostu historii misia podróżnika, który zwiedził wiele krajów, miał wiele przygód i spotkał wiele dzieci. Tymek zadawał pytania, więc przy okazji czytania bajki „dla Piotrusia” udał nam się poważnie i ciekawie porozmawiać. 

Rozmawiać jest tutaj o czym, bo miś nie miał „zwyczajnego” życia. Urodził się w chińskiej fabryce, gdzie pracowało mnóstwo młodych dziewcząt, podobnych do siebie jak dwie krople wody, potem odbył daleką podróż do Holandii i zamieszkał w bardzo zamożnym domu, w pokoju dla misiów, z których każdy był jedyny i wyjątkowy. Z Holandii zawędrował do polskiego lumpeksu, a z Polski wyruszył jeszcze dalej.

Mat nie jest zwyczajnym misiem, i wcale nie chodzi tutaj o  jego cenę i „firmowość”. Miś jest niezwykle otwarty na nowe przygody i nowe doświadczenia. Każdą zmianę w swoim życiu traktuje jako okazję do dowiedzenia się czegoś nowego — bardzo mu w tym pomaga przyjaciel, szczur Artur. Sympatyczny szczurek towarzyszy misiowi, wyjaśnia co trudniejsze terminy i pomaga odnaleść się w nowym miejscu.

Podróż misia Mata to nie tylko pretekst do pokazania biedy i bogactwa czy rozmowy o tym, dlaczego tak wiele produktów wstydzi się miejsca, z którego pochodzi (ech, te Chiny).

— Ooo! — wykrzyknął z podziwem Mat, po czym zawstydzony złapał się za pyszczek. — Przepraszam, już nie będę. Ja urodziłem się w fabryce w Chinach. Fabryka to chyba nie to samo, co pałac, prawda? Chociaż też jest bardzo duża.

— Pssyt! Nie mów tego głośno. Tak naprawdę wszyscy urodziliśmy się w fabryce w Chinach, ale tego nie wypada mówić w dobrym towarzystwie.

— Dlaczego?

— Bo tak. Skończyłem temat. 

To dla mnie przede wszystkim opowieść o tym, że dzieci chcą się bawić, a zabawka, mały miś, może przynieść im masę radości, nawet wtedy, gdy ma naderwane uszko czy oczko z guzika. Piotrek najpierw przeliczył swoje wszystkie pluszaki i powyciągał wszystkie te, które akurat wpadły pod łóżko, ale potem zaczął się zastanawiać, jak można by się takim pluszakiem podzielić — oczywiście pod warunkiem, że zabawka nie musiałaby przeżywać tego samego, co Mat.

Ilustracje do książki narysował Tomasz Kaczkowski. Wszystkie bardzo nam sie spodobały: są ciepłe, czasami lekko humorystyczne, a Piotruś wypatrywał na obrazkach sympatycznego pyszczka szczurka. Świetne jest także to, że tytuł stanowi część pierwszego zdania. Piotrek właśnie odkrył, że świat wokół niego składa się z liter, które można złożyć w wyrazy, i bardzo mu się podobało, że może sam przeczytać kawałek tekstu. Polubiliśmy misia Mata i myślę, że będziemy często do niego wracać.

 

Agneszka Suchowierska, Mat i świat, Krytyka Polityczna 2015