Harcerzem być na Saskiej Kępie…

Dawno temu byłam harcerką. Uwielbiałam zbiórki, obozy, zloty i biwaki, z wypiekami na twarzy czytałam książki Aleksandra Kamińskiego i Seweryny Szmaglewskiej i bardzo serio podchodziłam do harcerskich zasad. Ucieszyłam się, gdy chłopcy oznajmili, że idą na zbiórkę — jeden na zuchową, drugi na harcerską. Mam nadzieję, że będą mieli przynajmniej tyle frajdy, co ja, a może przy okazji nauczą się odpowiedzialności i troski o innych. To właśnie dlatego Mikołaj przyniósł Tymkowi „Tropicieli” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej — przyznam się po cichu, że sama byłam bardzo ciekawa, jak harcerstwo wpisuje się w klimat współczesnej literatury.

Tropiciele

Tymkowi książka podobała się bardzo, a ja przeczytałam ją z przyjemnością. To dobrze napisana historia trzynastoletniego Kuby, któremu życie zafundowało zmiany, na które — jak to w życiu — nie ma ochoty. Przeprowadzka z Żoliborza na Pragę Południe (a konkretnie na Saską Kępę) to według chłopca deklasacja: musi rozstać się z kolegami, iść do nowej szkoły w nowym miejscu na paskudnej, niebezpiecznej Pradze. Wiecie, jak zachowuje się nastolatek w takiej sytuacji? Właśnie tak zachowuje się Kuba 🙂 Jest nieznośny, pyskaty, złośliwy — bohaterowie Małgorzaty Karoliny Piekarskiej są dla mnie prawdziwi, to zwyczajne nastolatki, które mają problemy z kolegami, kłócą się z rodzicami, bywają zdenerwowane, mają dość młodszego rodzeństwa i potrafią zrobić koledze świństwo. Kuba powoli aklimatyzuje się w nowym miejscu i znajduje znajomych, m.in. dlatego że przypadkiem i ku swojemu zdumieniu trafia na zbiórkę (pewną rolę odegrała tutaj śliczna dziewczyna).

Tropiciele

„Tropiciele” to ciekawa historia z wątkiem kryminalnym. Harcerstwa nie ma tutaj specjalnie dużo — nie jest to laurka wystawiona „świętym” dzieciom, nie znajdziemy w niej za dużo harcerskich obrzędów. Dzieciaki bywają niegrzeczne, nie mają ochoty na niektóre zadania, niektóre traktują harcerstwo po prostu jako okazję do wspólnych wyjazdów. Używają komórek i grają we współczesne gry. Bycie harcerzem bywa dla nich niełatwe, bo trzeba żyć zgodnie z niemodnymi zasadami, a czasami wysłuchiwać drwin. 

Przy okazji wykonywania harcerskich zadań dzieci poznają historię najbliższej okolicy, dowiadują się, kto mieszkał i tworzył na Saskiej Kępie i jak potoczyły się losy niektórych jej mieszkańców w czasie Powstania Warszawskiego. Książka zachęca do rozejrzenia się wokół, pogrzebania po strychach, porozmawiania ze starszymi, którzy pamiętają, jak to było przed wojną. Nie warto z takimi rozmowami czekać zbyt długo — bohater książki bardzo żałuje, że nie poznał lepiej swojego dziadka i nie słuchał jego opowieści. 

Tropiciele

Jak świadczy historia Kuby, drobne rzeczy mogą być prawdziwymi skarbami, a w niejednej rodzinnej historii może ukrywać się tajemnica. A starsi ludzie, nawet ci dziwni, o zachowaniach niezrozumiałych dla młodych, mogą niejednego zadziwić swoją wiedzą i pamięcią. 

To naprawdę zabawna i dobrze napisana powieść o akceptacji, poszukiwaniu własnego miejsca i własnej historii, śledzeniu złodziei i pierwszych miłościach. Może tylko harcerze powinni chodzić w mundurach, a nie w mundurkach, bo brzmi to dość zabawnie. Małgorzata Karolina Piekarska umie pisać dla młodzieży i ma ucho do języka, który brzmi współcześnie. To dobra lektura dla starszej podstawówki, mimo że bohaterowie książki chodzą do gimnazjum.

Małgorzata Karolina Piekarska, Tropiciele, il. Agnieszka Świętek, Nasza Księgarnia 2016

Reklamy

Trochę nostalgii — pamiętacie Skrzeczka?

Cieszę się, gdy moje dzieci grzebią po półkach w bibliotece Dziadków. Na starszych wnuczków trzeba wtedy uważnie zerkać, bo potrafią wyciągnąć coś, co nie nadaje się (jeszcze) dla jedenastolatków. Młodsi skupiają się na książeczkach dla dzieci. Jakimś cudem zwykle wybierają te najbardziej zaczytane, wielokrotnie przeglądane przeze mnie i moje rodzeństwo. Piotruś na tyle upodobał sobie „Skrzeczka. Przygody dziwoptaka” Stephena Pottera (Nasza Księgarnia, 1982), że bardzo pięknie poprosił Babcię, aby mu go pożyczyła „na trochę”. 

Skrzeczek

Skrzeczek to Dziwoptak z wyspy Borneo, który rodzi się raz na sto lat. Potrafi czytać, pisać, mówi w każdym języku i bywa bardzo, ale to bardzo nieznośny. Poznajemy go, gdy mieszka w londyńskim ZOO i straszliwie rozrabia. Zmienia napisy przy klatkach innych zwierząt, straszy zwiedzających (Piotrusia bardzo rozbawiła wygłoszona przez megafon informacja: „Strzeżcie się tych zwierząt, one gryzą” przy klatce z wylęgającymi się kurczakami) i wprowadza w ogrodzie zoologicznym potworny chaos. Aż w końcu postanawia go opuścić…

Skrzeczek

No powiedzmy, że w podjęciu decyzji trochę pomaga mu dyrekcja ZOO, która w końcu odkrywa, kto ograbia wszystkie automaty z batonikami. W ten sposób Skrzeczek staje się wolnym ptakiem, ale szybko go ta wolność nudzi i postanawia zostać zwierzątkiem domowym, co mu się nawet na trochę udaje, choć wymaga sprytu i podstępu. Kiedy wszystko się wydaje, Skrzeczek musi poszukać dla siebie innego miejsca.

Skrzeczek

Jak mówi Piotruś, to fajowa bajka o ptaszku, który jest trochę zły, a trochę dobry i bardzo psoci. Lubi się popisać, potwornie zmyśla, ale dba o swoich przyjaciół. Mój młodszy synek lubi słuchać o ucieczce z ZOO, wyprawie nad morze i walce z dużymi czarno-białymi mewami.

Skrzeczek

Historia Skrzeczka to pięćdziesiąt stron zadrukowanych dość małą czcionką. Tekst podzielony jest na rozdziały, można więc go czytać partiami. To zabawna historia o wybrykach, które czasami przypominają wyskoki dzieci, a jednocześnie pokazuje bez moralizowania, że ważna jest troska o innych, a kłamstwo nie zawsze się opłaca. Piotruś miał nadzieję, że są dalsze przygody Skrzeczka, ale Stephen Potter napisał tylko jedną historię dziwoptaka. Dalsze losy rozrabiaki wymyślamy więc sami.

Podsuwacie czasami dzieciom książki ze swojego dzieciństwa? Może są takie, które zachwyciły je tak samo, jak kiedyś Was?

Stephen Potter, Skrzeczek. Przygody dziwoptaka, il. George Him, Nasza Księgarnia 1982

Jędrek, coś ty narobił!

Tymek nigdy nie był fanem „Dziennika cwaniaczka”. Tak się złożyło. Zna tę książkę, przeczytał dwie części i uznał, że tyle wystarczy. Podśmiewał się z przygód cwaniaczka, ale jednocześnie trochę go nudziły, bohater wydawał mu się nieco dziwny i wydumany: mamo, on się zachowuje czasami jak bachor (hmm, pomyślała wtedy matka, gryząc się w język). Kiedy więc trafiła do nas książka „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?”, uznałam, że moje Starsze będzie średnio zainteresowane.

Przepraszam, czy tu borują

Bardzo się pomyliłam. Tymek wypatrzył książkę na stole, zniknął w swoim pokoju i wrócił do mnie po dwóch-trzech godzinach z tekstem: no dobra, już przeczytałem, bardzo fajne, masz następną część? Udało mi się jeszcze z niego wyciągnąć, że książka jest fajna, choć trochę za krótka, że Jędrek mu się spodobał, a seria wydaje mu się dużo ciekawsza niż „Dziennik cwaniaczka”. Aaaa… I jeszcze, żebym nikomu jej nie oddawała, bo za chwilę na pewno będzie w sam raz dla Piotrka, jak już nauczy się dobrze czytać.

„Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” narodził się w głowie dwóch znanych nam autorów: Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka. Co prawda „Jeża Jerzego” moi synowie jeszcze (chyba) nie znają, ale przygodę z komiksem zaczynali właśnie od „Tymka i Mistrza” (przecież Tymek musiał mieć choć jednego bohatera o takim samym imieniu). Nazwiska autorów mówią same za siebie: przygody Jędrka to połączenie powieści i komiksu — ta forma wydaje się coraz bardziej popularna. W podobny sposób wydano książki historyczne Grażyny Bąkiewicz czy przygody Gabrysi Bzik Rafała Witka. Mrożąca krew w żyłach historia z dentystką w tle zapoczątkowała serię książek o przygodach Jędrka  do tej pory Nasza Księgarnia wydała cztery części. Rysunki nie są tutaj dodatkiem do tekstu, są jego nierozdzielną częścią, dodają akcji uroku, a czasami po prostu bardzo dobitnie pokazują, co narrator miał na myśli. Nie są przesadzone, ale nie są też uładzone i grzeczne — w sam raz dla zaczynającego się buntować dziesięciolatka.

Przepraszam, czy tu borują

Jędrek ma właśnie dziesięć lat, choć wygląda na jedenaście, jak sam twierdzi. Ma także rodziców, siostrę i kolegów ze szkoły. Oraz mnóstwo niesamowitych pomysłów. 

Przepraszam, czy tu borują

To on jest narratorem i tutaj muszę przyznać, że narratorem bardzo przekonującym i wiarygodnym. Czytając tę książkę, nie ma się wrażenia, że pisze ją dorosły, który niezbyt wprawnie powiela sposób mówienia dzieciaków. Nie ma tutaj zbyt wielu modnych słów czy przesadzonej uczniowskiej gwary (nic się chyba tak szybko nie starzeje), ale sposób przedstawienia wydarzeń, rozłożenie akcentów — no po prostu wszystko — doskonale pasuje do dziesięcioletniego narratora.

Przepraszam, czy tu borują

Tymek powiedziałby, że strasznie przynudzam i nie piszę tego, co najważniejsze. Historia Jędrka jest po prostu niesamowicie ciekawa i naprawdę trudno się od niej oderwać. Wyobraźcie sobie gangsterski napad, śledztwo, podejrzaną dentystkę, wrednych nauczycieli (tak w normalnej skali, daleko im do potworów z Matyldy, choć w oczach dziesięciolatka wydają się straszni) i dających kary rodziców. Po prostu codzienność każdego ucznia (może z wyjątkiem napadu na jubilera). Jędrek musi sobie poradzić ze starszą, wredną siostrą, dbać o swoje dobre imię w szkole i na dodatek poprawić sprawdzian z matmy 🙂 Dużo się w tej książce dzieje i myślę, że warto podsunąć ją jakiemuś nieczytaczowi. Powinna zadziałać. Nie straszy objętością, bawi, zapewnia przerywniki od lektury w postaci obrazków i komiksów. A na dodatek serwuje historie z życia wzięte, z którymi choć trochę można się utożsamić. Do końca tygodnia masz szlaban na granie. Czy jest jakiś chłopiec, który chociażby raz tego nie usłyszał?

Żeby wszystko było jasne: to nie jest książka tylko dla chłopaków. Dziewczyny też są w niej obecne, choć wiadomo, że trochę przeszkadzają, nie wiadomo za bardzo, co z nimi zrobić, a do przyjaźni z dziewczyną trochę głupio się przyznawać — to oczywiście perspektywa Jędrka i — w pewnym stopniu — chyba także mojego syna. To książka doskonała dla dziewczyn, bo wciąga, bawi i pozwala odetchnąć głęboko po długim ataku śmiechu. A Karola, koleżanka Jędrka, to naprawdę ważna i fajna bohaterka.

„Hej, Jędrek! Czy tu borują?” została w tym roku nominowana do Koziołka, nagrody przyznawanej przez Centrum Literatury Dziecięcej. My mogliśmy przeczytać tę książkę dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak, Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?, Nasza Księgarnia 2015

 

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przeglądając listę laureatów Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego zauważyłam, że tegorocznych nominowanych znamy z chłopakami całkiem nieźle, ale książki z poprzednich lata to już coś innego. Olśniło mnie, że przecież Bzika i Makówkę (wydawnictwo Nasza Księgarnia) mamy w audiobooku (czytała Joanna Pach), a że właśnie jechaliśmy do Babci zbierać jabłka… Okazja sama się prosiła: słuchaliśmy historii Zgniłobrodego przez całą drogę (długość okazała się idealna na prawie trzygodzinną podróż: zaczęliśmy pod naszym domem, skończyliśmy pod babcinym) i mieliśmy dużo zabawy. A potem Tymek wygłosił listę zastrzeżeń (całkiem sensownych), ale o nich może na końcu.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Bohaterami książki Rafała Witka są Gabrysia Bzik (naznaczona przez swoje nazwisko, bo przecież nikt nie podejrzewałby jej o złe zamiary, gdyby nazywała się Grzeczniutka) oraz Nilson Makówka, zafascynowany kodeksami i przepisami. To pierwsza książka o przygodach szalonej pary przyjaciół, jaką przeczytaliśmy/odsłuchaliśmy i mam wrażenie, że nie ostatnia, sądząc po rżących odgłosach, jakie dochodziły z tylnego siedzenia samochodu. Bo i było się z czego śmiać.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przyjaźń Gabrysi i Nilsona zaczęła się na dywaniku u dyrektora szkoły (w gabinecie, w którym nie było żadnego dywanu). Gabrysia trafiła tam za pisanie liścików na lekcji, a Nilson za obronę prawa Gabrysi do prywatności — ten fragment akurat brzmiał bardzo przekonująco i wiarygodnie. Po lekcjach dzieci postanowiły posiedzieć chwilę pod mostem (w domu jest nudno, a rodzice pozwalają wyjść najwyżej do piaskownicy — co mają tam robić trzecioklasiści?), gdzie spotkały bardzo dziwnego, agresywnego i wygłodniałego jegomościa. Wytłumaczenie, że to po prostu bezdomny wariat jakoś Gabrysi nie przekonało, więc rozpoczęła razem z Nilsonem śledztwo, które doprowadziło ich do zaskakującego odkrycia. Pod mostem koczował najprawdziwszy pirat, bukanier, złowrogi kapitan Zgniłobrody (sami się domyślcie, skąd wzięło się to przezwisko) przybywający prosto z XVII wieku. Dzieciaki postanowiły go zresocjalizować — to akurat pomysł Nilsona — nie spodziewając się, ile może to sprawić przedziwnych kłopotów.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

W książce przygoda goni przygodę, a niektóre pomysły autora wywoływały u moich synów ataki śmiechu. Piotrek chichotał podczas rozmowy Gabrysi z antyterrorystami, Tymek gruchnął śmiechem, gdy słuchał relacji z cudownego konkursu historycznego (no jak, co byście woleli: prelekcję o Powstaniu Warszawskim? Może jakieś inne powstanie? II wojnę światową? Barwną i krwawą opowieść o bukanierach? No to drugie pytanie: co woleliby nauczyciele?).

Książkę Rafała Witka odsłuchaliśmy z przyjemnością i naprawdę umiliła nam podróż. Chłopcy się świetnie bawili, a ja nie zgrzytałam zębami ani się nie nudziłam, a czasami tak bywa, gdy słucham literatury dla dzieci. To fajna, ciekawa i wciągająca lektura, która z humorem pokazuje szkolną rzeczywistość i przykuwa uwagę.

Teraz przyszła pora na kilka „ale”, które zgłosił Tymek: Po pierwsze, dzieci w klasie trzeciej nie dostają świadectw z czerwonym paskiem, bo one są dopiero od czwartej klasy. Po drugie, Gabrysia nie dostałaby takiego świadectwa, bo by miała raczej „nieodpowiednie” z zachowania, po tym jak narozrabiała — i nic by jej nie uratowało. Po trzecie, kiedy ten pirat nauczył się obsługiwać silniki spalinowe, skoro pochodził z siedemnastego wieku i jakim cudem dzieciaki rozumiały jego angielszczyznę? 

No tak, muszę zgodzić się z synem, książka mogłaby być odrobinę mniej naiwna i — odrobinkę lepiej — odpowiadać rzeczywistości, ale co tam. Przygody Bzika i Makówki bardzo nas wciągnęły i nie możemy doczekać się kontynuacji. Chyba znowu padnie na audiobook, żebyśmy mogli słuchać razem.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Rafał Witek, Bzik i Makówka przedstawiają: Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia, Nasza Księgarnia 2014

W sklepie u taty Saida na ulicy Broca

Tymek lubi ciągle nowe historie. Piotruś zwykle po zakończeniu z radością krzyczy: jeszcze raz, ku utrapieniu i złości swojego brata. Jeśli więc Tymek mówi: tak, możemy, bo to jest fajne — a my proponujemy znaną mu książkę, to musi być ona naprawdę fajna.

Opowieści z ulicy Broca

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z „Opowieściami z ulicy Broca” Pierre’a Gripariego (już jako osoba dorosła i matka)… To było bardzo orzeźwiające — książka, która nie przypominała żadnej innej: zabawna, absurdalna, w dziecięcy sposób obrazoburcza (nikt inny, tak jak dzieci, nie potrafi zadawać trudnych pytań i podsumowywać świata). Byłam zachwycona i śmiałam się w głos, a w raz ze mną moje dzieci i mój mąż. Słuchaliśmy jej podczas jazdy samochodem w świetnej interpretacji Piotra Mustafy, a potem Tymek przyniósł ze szkoły kolejny audiobook.

Opowieści z ulicy Broca

We wstępie Pierre Gripari pisze, że bajki powstały przy współudziale dzieci i ja święcie w to wierzę — sam dorosły chyba nie byłby w stanie tego wymyślić. To nie jest książka, której autor puszcza oko do dorosłych. Historie są tak nieprawdopodobne i absurdalne, że ostatnio nawet Tymek śmiał się, że musiało w ich powstaniu musiało brać udział jakieś (przynajmniej jedno) dziecko.

No to od początku… Na ulicy Broca w Paryżu (taka ulica naprawdę istnieje, przynajmniej według Wikipedii)

Opowieści z ulicy Broca

jest sklep prowadzony przez Tatę Saida, szczęśliwego ojca czwórki dzieci. Do tego sklepu zaglądał czasami dziwny Pan Piotr. Jedynie dzieci od razu rozpoznały, że tak naprawdę jest starą czarownicą (dzieci mają oko do takich rzeczy) i szybko go oswoiły (bo tak się przecież robi ze starymi czarownicami, które wtedy stają się całkiem niegroźne — nie wiedzieliście?). Pan Piotr opowiadał dzieciom bajki, a potem zaproponował, by wymyślały je razem z nim. Tak powstały opowieści.

Na ulicy Broca dzieje się wiele różnych rzeczy. Czasami Nadię porywa stara czarownica (bo dowiedziała się, że może stać się młoda i piękna, gdy zje dziewczynkę o imieniu na N w sosie pomidorowym), czasami w piwnicy sklepu Taty Saida ukrywa się kłamliwa różowa świnka, która zjadła Gwiazdę Polarną (i nie chce jej oddać), a czasami trafia tam Czerwony Diabełek, który bardzo chce stać się dobry, tylko nie wie, od czego zacząć. Poznajemy historię zakochanej pary butów, zarozumiałej pani ziemniakowej, która chciała być frytką (bo nie wiedziała, że frytki się zjada), i czarownicy z szafy na szczotki. 

W opowieściach to, co prawdziwe, miesza się z tym, co zmyślone i dopowiedziane. Papież ma tutaj bezpośrednie połączenie telefoniczne z Najświętszą Panienką (ja uważam, że na taki pomysł mogło wpaść tylko dziecko). Zresztą sporo jest tutaj wątków boskich. Opis stworzenia świata przez małego boga, którego pilnuje mama bóg jest cudowny (sama musiałam odpowiadać na pytania, czy bóg ma mamę i gdzie ona jest), a diabełek pragnący czynić dobro jest w niebie egzaminowany przez Pana Boga, Pana Jezusa i Maryję (no a kto ma go w niebie egzaminować?). Rozbawiło mnie takie pomieszanie wątków i — dla mnie przynajmniej — dodaje to książce uroku (i jeszcze bardziej uprawdopodabnia informację ze wstępu, że w tworzeniu tej książki brały udział dzieci). Rozmowa Olbrzyma w Czerwonych Skarpetkach z chińskim czarownikiem rozśmieszyła mnie do łez. Chiński to bardzo prosty język, wszystko można w nim powiedzieć jednym zdaniem, tylko trzeba zmieniać intonację (też nie wiedzieliście?). Piotruś słuchał tych bajek jak urzeczony i musieliśmy ich odsłuchać od początku do końca (jedynie wstęp dla dorosłych trochę go znudził). Tymek nie zaprotestował ani razu, mimo że słuchał tej książki kolejny raz. Na ulicy Broca chyba rzeczywiście zakrzywia się czasoprzestrzeń.

Dzieci nie dziwią się niczemu, a ich świat zaludniają krasnoludy, ufoludki, anioły, zmory, duchy, czarownice i prądowacze (tak, tak, ciągle u nas mieszkają). Rodzice dzieci też zwykle nie dziwią się niczemu i pozwalają temu całemu towarzystwu szwendać się po mieszkaniu. Jeśli należycie do takich rodziców, to „Opowieści z ulicy Broca” powinny się wam podobać. Jestem bardzo ciekawa, czy rzeczywiście tak jest.

 

Pierre Gripari, Opowieści z ulicy Broca, Nasza Księgarnia

 

PS. A dla osłody kawałek bajki, którą wymyślili moi chłopcy podczas spaceru po mokrym lesie (każdy miał mówić jedno zdanie): Daleko, daleko na morskiej plaży siedział sobie rybak i płakał, bo miał ogromnie długą brodę. Broda była tak długa, że ciągnęła się na kilometr. I wtedy wyszedł z wody rudy fryzjer z fryzurą afro i powiedział: chodź no tu. A rybak podbiegł, bo to dodało mu sił. I fryzjer ścinał włosy, a każdy włos się zamieniał w belkę. I z nieba strzelił piorun i zabrzmiał głos: nie będziesz ścinał tych włosów. Jedyną osobą, która próbowała w tę narrację wprowadzić odrobinę mniej absurdu była ich matka, która wyraźnie psuła chłopakom zabawę. 

Ronja, czyli o dorastaniu

Co można robić nad morzem, gdy pada deszcz? Krople z głośnym szumem spadają z nieba, roztrzaskują się na chodniku, moczą trawę, a na pobliskim parkingu tworzy się kałuża-gigant. W rzadkich chwilach bez deszczu badamy z Piotrusiem jej głębokość, niedługo kalosze mojego syna będą za krótkie i nie da się do niej wejść. Morze i deszcz zagarnęły plażę, w lesie leją się za kołnierz mokre strugi, a zresztą zwykle oddziela nas od niego ściana wody. Po drodze skaczą zadowolone ropuchy, a my czytamy Ronję i mała córka rozbójnika zawładnęła wyobraźnią młodszego syna.

Ronja, córka zbójnika

Trzeba być chyba bardzo oporną jednostką, aby nie dać uwieść się tej książce. U nas musieliśmy jedynie poczekać na właściwy moment. Tymek poznał Wietrzydełko Mattisa już dawno, Piotruś rok temu był jeszcze za mały i historia Ronji była dla niego za trudna. Teraz jednak nadeszła chwila, gdy zachwycił go mroczny, piękny las, w którym szumi i wieje, stary zamek — tak wielki, że nikt go dobrze nie zna — rzeka, która nęci i grozi. Jego wyobraźnię zaludniają Szaruchy, Wietrzydła, Pupiszonki i Mroczniaki. Mój Młodszy snuje plany oswajania Szaruchów i zwiedzania wietrznych jaskiń. Zaplanował nawet, kiedy będziemy czytać Ronję po raz kolejny. A ilustracje Ilon Wikland z wydania Naszej Księgarni najchętniej oglądałby bez ustanku.

Trudno nie pokochać Ronji. Już jej narodziny wskazywały, że nie będzie to zwykłe dziecko.

Tej nocy, gdy Ronja miała przyjść na świat, nad górami przetaczała się burza tak gwałtowna, że wszystko, co tylko żyło, a co mieszkało w Lesie Mattisa, w popłochu wciskało się w swoje norki i kryjówki. Tylko złowrogie dzikie Wietrzydła, jedyne, które lubiły burzę, z wyciem i wrzaskiem latały wokół zbójeckiego zamku na Górze Mattisa. Przeszkadzało to leżącej w zamku Lovis, która miała właśnie rodzić, więc powiedziała:

– Przepędź Wietrzydła, żeby było cicho, bo nie słyszę, co śpiewam.

Bo to było właśnie tak, że Lovis rodziła, śpiewając. Idzie wtedy łatwiej, twierdziła, a małe, jeśli przyjdzie na świat podczas pieśni, będzie przypuszczalnie z gatunku tych pogodniejszych.

Rodziców też miała niezwykłych: Mattisa, największego herszta zbójników, i Lovis, która zawsze wiedziała, co dziecku jest najbardziej potrzebne i dawała mu przestrzeń, by samo odkrywało świat. Czytałam tę książkę synkowi (a tak naprawdę synkom, bo Tymek też słuchał, choć nie omieszkał skomentować, że on przecież tę historię świetnie zna) i myślałam sobie, że chciałabym umieć być taką matką jak Lovis: nienarzucającą się, ale pewną swoich racji, pozwalającą dziecku na wiele, ale umiejącą zjawić się, gdy jest najbardziej potrzebna, dbającą o wolność własną i cudzą, troszczącą się bez zamieniania troski w zagłaskiwanie. Ech, Lovis to silna kobieta, bo tylko taka mogła wytrzymać z Mattisem i jego bandą zbójców.

„Ronję, córkę zbójnika” Astrid Lindgren można — według mnie — czytać na okrągło i niezależnie od wieku. Czasami jest to książka o wolności, czasami o dorastaniu, o relacjach rodziców i dzieci, o miłości, o odkrywaniu samego siebie, o przyjaźni. Zawsze zadziwia mnie przenikliwość, z jaką Astrid Lindgren opisuje dzieci i to, jak myślą i postrzegają świat. Chociażby fragment o tym, jak Ronja pokonywała strach:

I podczas następnych dni Ronja nie robiła nic innego, tylko uważała na to, co było niebezpieczne, i uczyła się pokonywać strach. Miała uważać, żeby nie wpaść do rzeki, powiedział Mattis, dlatego ochoczo skakała po gładkich kamieniach przy samym uskoku wodnym, tam gdzie najbardziej huczało. Nie mogła przecież zapuszczać się w las i tam uważać, żeby nie wpaść do rzeki. Jeśli ma być jakaś korzyść z tych ćwiczeń, to muszą się one odbywać przy samym progu rzecznym i w żadnym innym miejscu. Żeby dostać się do wodospadu, Ronja musiała zejść z Góry Mattisa po zboczu, które stromo opadało ku rzece. Tym sposobem mogła także ćwiczyć się w pokonywaniu strachu. Pierwszy raz to było trudne; tak się wtedy bała, że musiała zamknąć oczy. Ale powoli stawała się coraz odważniejsza i wkrótce wiedziała, gdzie są szczeliny, w których można było postawić stopę, a gdzie należało podkulać palce nóg, żeby się utrzymać i nie spaść na wznak w kipiel.

„Jakie to szczęście – myślała – znaleźć miejsce, gdzie można i uważać, żeby nie wpaść do rzeki, i ćwiczyć się w pokonywaniu strachu”.

To książka na zawsze, warto do niej wracać i próbować na nowo odpowiadać na stawiane w niej pytania. Ważne pytania, o których trzeba pamiętać. Niesamowite, jak wiele spraw można poruszyć w dość cienkiej książce dla dzieci. Piotrusia najbardziej fascynowały przygody i niebezpieczeństwa, przeszkody, które trzeba pokonać i odwaga, by żyć całkiem samemu, bez mamy i taty. Zastanawiał się, czy warto być rozbójnikiem i dlaczego te dwie bandy tak bardzo się nienawidziły. No i śmierć, zawsze tak trudna i bolesna, a jednocześnie tak naturalna, gdy umiera stary człowiek otoczony kochającymi go ludźmi. Tymek słuchał jej już trochę inaczej. Dla niego była to opowieść o buncie, o szukaniu własnego ja, o walce o własną przestrzeń wśród innych.

Piękna, magiczna opowieść… Trzeba uczyć się żyć, tak jak potrafiła Ronja: pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą. Wtedy nawet deszcz nad morzem przestaje być straszny. Dzisiaj słuchaliśmy, czy we mgle odezwą się Mgłowce.

 

Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, Nasza Księgarnia

Cytaty za fragmentami udostępnionymi przez Cyfrotekę.

Śledzimy geniusza zła

Każdy już chyba słyszał o tej książce, było o niej głośno, wiele osób ją wychwalało i komplementowało. Piotrek dostał ją kilka dni temu — i zniknął na trzy godziny. 3 godziny tkwił przy stole: oglądał, komentował, machał rękami i wymyślał własne zabawy. I to wcale nie były jedyne trzy godziny tego dnia — przygody detektywa Pierre’a wciągnęły go na bardzo długo.

Detektyw Pierre

Historia jest prosta i pewnie wszystkim dobrze już znana: w Operyżu ginie z muzeum tajemniczy Kamień Chaosu, który ma moc zamieniania wszystkiego w labirynt. Odzyskać go musi Detektyw Pierre, najlepszy specjalista w dziedzinie labiryntów. Jego przeciwnikiem jest okryty złą sławą złodziej-widmo, Pan X. Pokonanie labiryntów to tylko jedno z zadań, po drodze na detektywa czeka bowiem wiele innych wyzwań i niespodzianek.

Mój młodszy synek nie miał na początku ochoty na zabawę zaproponowaną przez autorów książki. Chciał ją po prostu obejrzeć — i studiował z ogromną uwagą i skrupulatnością. Nie pominął żadnej strony, choć widać było, że niektóre ilustracje fascynują go bardziej. „Niesamowity dwór” kontemplował z wyraźnym zachwytem: ile tu duchów i potworów, bałabyś się żyć w takim pałacu?

Detektyw Pierre - Niesamowity dwór

O, Frankenstein, o zielona łapa, o duch, o rycerz, o pająk, oooo.….. Okrzyki Piotrka przyciągnęły Tymka, który zaczął krążyć dokoła i zaglądać przez ramię wyraźnie zaciekawiony. Książka wydała mu się fajna i chętnie by ją podebrał, ale młodszy brat właśnie zabrał się za rozwiązywanie labiryntów i nie miał ochoty się dzielić. Przecież to JEGO książka i teraz ON będzie rozwiązywał zagadkę kradzieży. I wszystko SAM znajdzie.

Przez chwilę awantura wisiała w powietrzu, bo Piotrek upierał się, że może się bawić tą książką tak, jak chce, a Tymek próbował go przekonać, że KONIECZNIE trzeba iść po kolei, ale na szczęście Starszy przypomniał sobie, że przecież robi coś bardzo ciekawego i może poczekać. A Piotruś rozwiązywał wszystkie labirynty (trochę oszukiwał).

Detektyw Pierre - Bardzo wesołe miasteczko

W końcu jednak się zmęczył i postanowił…. pobawić się w inne labirynty, po których można mazać kredką. I wtedy książkę przejął Tymek. Podszedł do zadania metodycznie: strona po stronie, zadanie po zadaniu, szczegół po szczególe. — To wcale nie jest takie proste.. — stwierdził po jakimś czasie.

Tymek 1

Wieczorem Piotrek odmówił położenia się do łóżka. Detektyw Pierre spał razem z nim, pieczołowicie ułożony pod poduszką, żeby można było do niego zajrzeć zaraz po przebudzeniu. Rano obaj chłopcy, zamiast szykować się do szkoły i przedszkola, szukali kapelusza wśród balonów i umawiali się, czego będą wypatrywać po powrocie. Tak jest już od kliku dni. Pierwsza fascynacja minęła, ale książka ciągle leży w zasięgu ręki i co chwila któryś z nich do niej zagląda. Coś mi się zdaje, że poszukiwania skradzionego Kamienia Chaosu jeszcze przez jakiś czas będą zajmować moje dzieci. Na razie prowadzą długie dyskusje, która strona jest najfajniejsza i dlaczego latanie balonem jest gorsze od podróżowania statkiem albo na odwrót.

Hiro Kamigaki, IC4DESIGN, Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu, Nasza Księgarnia 2016

Trudne książki – co to takiego?

Przyjaciele zadali mi pytanie, czy czytam z chłopcami trudne książki. Trudne, czyli jakie? I trudne dla kogo, dla dziecka czy dla rodzica? A na jakim poziomie ma być ta trudność? Zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią, zaczęłam mnożyć pytania. Czy baśnie braci Grimm są trudne? Pamiętam swój zachwyt z czasów wczesnej podstawówki, czytałam je nałogowo (nosiłam wydanie broszurowe w plecaku, serio) i jakoś nie wyrosłam na seryjnego mordercę, choć krew się w nich lała (to była ta wersja z obcinaniem palców w Kopciuszku). Teraz trudna jest dla mnie lektura książek dla dzieci napisanych tak, że mam je ochotę natychmiast wrzucić do pieca i nie umiem, bo nie potrafię zniszczyć książki. Czasami trudność wynika z języka, który jest bardziej hermetyczny, czasami jest związana z zawartością – i tutaj mam wrażenie, że często to sam rodzic wyolbrzymia tę trudność, bo albo chce dziecko chronić za wszelką cenę, albo boi się jego reakcji, albo przekłada swoje obawy na dziecko. Trudne książki to te bardziej wymagające, które nie wpuszczają za łatwo do swojego świata, bo wymagają uwagi i skupienia, a nie rekompensują tego wartką akcją. Są jeszcze książki, które budzą mnóstwo pytań i zmuszają do udzielania niełatwych odpowiedzi i chyba takie są dla mnie w tej chwili najtrudniejsze.

Na przykład te, w których mowa jest o śmierci dziecka. Dlatego trudna była lektura „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren i „Mostu do Terabithii” Katherine Paterson. I oczywiście moi chłopcy mnie zaskoczyli, chyba już powinnam się do tego przyzwyczaić.

„Braci Lwie Serce” czytali już obaj chłopcy – to znaczy dziesięciolatek przeczytał sam, a Piotrusiowi przeczytałam ja.

Bracia Lwie Serce

Podczas lektury przypomniałam sobie własne emocje z dzieciństwa. Było takie słuchowisko w radiu – razem z bratem płakaliśmy jak bobry. Po latach dopiero uświadomiłam sobie, na czym tak płakałam, bo tytuł kompletnie wyleciał mi z głowy. Tymek połknął „Braci” w jeden wieczór i uznał, że to bardzo ciekawa, choć trochę za krótka historia. Piotruś był nią zafascynowany, choć jednocześnie zadawał miliony pytań. Trudnych: o śmierć, o biedę, o choroby i o to, dlaczego chorują dzieci, o życie po życiu i o to, dokąd odchodzą ludzie po śmierci. Tymka bardziej fascynowała Nangijala i Tengil, dlaczego tak strasznie nękał ludzi z Doliny Dzikich Róż, dlaczego Jossi zdradził i czemu ludzie zdradzają. Bałam się, że przesadzam i że Piotruś jest za mały, ale mój młodszy syn od razu po skończeniu książki zażądał ponownej lektury, bo teraz już wszystko wie i może posłuchać jeszcze raz.

Warto czytać „Braci Lwie Serce”, żeby móc potem rozmawiać o odpowiedzialności i dojrzewaniu, nawet jeśli będą to trudne rozmowy. Śmierć i zło zawsze są i będą w świecie, nawet jeśli będziemy bardzo starali się je odrzucić i ochronić dzieci, a mam wrażenie, że fantastyczny świat Astrid Lindgren pozwala je w piękny sposób oswoić, jednocześnie pokazuje jedyny, choć trudny sposób, by ze złem walczyć: przez zaangażowanie i odpowiedzialność.

„Most do Terabithii” Katherine Paterson podsunęłam starszemu, bo jęczał, że nie ma co czytać. Jęczy tak średnio kilka razy w tygodniu.

Most do Terabithii

Przeczytał przez jedno popołudnie, a potem przyszedł i powiedział: wiesz, mamo, całkiem to było fajne. Trochę jak „Bracia Lwie Serce”, tylko dzieje się w tym świecie. Ale Piotrkowi jeszcze tego nie czytaj, nie zrozumie.

Znacie tę historię? W zapyziałej amerykańskiej mieścinie pojawia się dziewczynka – przybysz z innego świata. Leslie jest mądra, błyskotliwa, obyta w świecie, ma rozległe horyzonty, o które dbają jej rodzice – pisarze. Zderzenie ze światem ubogiej amerykańskiej prowincji jest brutalne, a byłoby jeszcze trudniejsze, gdyby nie Jess, chłopiec o talencie i wrażliwości artysty, którego rozumie jedynie pani od muzyki. Dzieci tworzą sobie magiczną krainę, do której uciekają przez światem: Terabithię. Tymek żałował bardzo, że tak wiele dzieje się tu i teraz, a tak mało jest Terabithii, i że ta książka jest tak bardzo smutna. Daje ona dużo siły: do życia dalej po tragedii i do świadomego kształtowania losu swojego i innych, ale koniecznie trzeba o niej porozmawiać. Moje dziecko miało poczucie, że Jess został skrzywdzony, że ktoś (kto?) zabrał mu najpiękniejszy dzień życia, darowując w zamian wyrzuty sumienia. „Most do Terabithii” to dobry pomost do bardziej dorosłych i poważnych książek.

Macie książki, które trudno Wam się czyta z dziećmi? Dlaczego są trudne? A może nie ma takich książek i trudność kryje się w nas?

Astrid Lindgren, Bracia Lwie Serce, Nasza Księgarnia 2004

Katherine Paterson, Most do Terabithii, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom

Igerna – dziewczynka, która chciała zostać rycerką

Wiem, że tej książki nie ma w księgarniach, a szkoda. To jedna z lepszych opowieści dla dzieci, jakie czytałam z synkami. Można ją jednak znaleźć na półce w bibliotece – i wtedy warto po nią sięgnąć i dać się wciągnąć w głąb historii Igerny – córki czarodzieja i czarodziejki, która najbardziej pragnęła zostać rycerką.

Anyżowa warownia - okładka

Anyżowa Warownia to nazwa zamku, bardzo magicznego, choć dość starego i zmurszałego. Zamieszkuje go czarodziej Lamorak, zwany również Sprytnym albo Wesołym, jego żona, piękna Melisanda, i dwoje dzieci: Albert i Igerna.

Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było trochę więcej, ale tego dziewczynka dobrze nie wiedziała). Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś miały dokładnie metr grubości. (…) Anyżowy dzieciniec zdobiły polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie”

Od wieków rodzina para się magią i ma w posiadaniu największy na świecie zbiór magicznych ksiąg, które w tej historii odgrywają niebagatelną rolę. Albert uczy się na czarodzieja, jak przystało w tym rodzie, natomiast Igernę czary i zaklęcia nudzą, chciałaby być rycerką (jak jej pradziadek Pelleas – który oczywiście był rycerzem, a nie rycerką). Historia zaczyna się tuż przed dziesiątymi urodzinami Igerny, na które rodzice przygotowują wyjątkowy prezent. Niestety, w trakcie czarowania piękna Melisanda błędnie wypowiada zaklęcie i oboje rodzice zamieniają się w urocze świnki: czarną i różową. W tej postaci nie mają swoich magicznych zdolności, a to dopiero początek kłopotów. Akurat wtedy Anyżową Warownię postanawia najechać paskudny czarodziej Gilgalad, któremu towarzyszy jeszcze paskudniejszy kasztelan zwany Rowanem Bezdusznym. Igerna i Albert muszą znaleźć w sobie siłę, by obronić zamek i odczarować rodziców.

Anyżowa warowniaTo krótkie streszczenie nie oddaje bogactwa postaci i motywów. Są tutaj i smoki, i olbrzymy, i pojedynki, i oblężenie, i ryczące kamienne lwy i wiele, wiele więcej. Przede wszystkim jest to jednak historia o dążeniu do celu, realizacji marzeń i odpowiedzialności. Igerna musi szybko dorosnąć i zastanowić się, co to „bycie rycerką” oznacza. Pięknie przedstawione są tutaj relacje starszego brata z młodszą siostrą – rodzeństwo się lubi, choć nie szczędzi sobie złośliwości. To nie jest bardzo „poważna” książka – to bajkowa opowieść, w której od początku wiadomo, że wszystko się dobrze skończy.

Obaj moi chłopcy bardzo ją lubią. Pięcioletni Piotruś wysłuchał jej już kilka razy. Był taki czas, że natychmiast po zakończeniu lektury domagał się, żeby zacząć od nowa. Igerna była ulubioną postacią z bajek i chętnie bawił się w jej przygody, a przy okazji zastanawiał, czy lepiej być rycerzem, czy czarodziejem. To świetna książka dla dziewczynek, bo pokazuje im, że można inaczej i że dziewczynka może bardzo dużo (gdyby ktoś miał wątpliwości).

Cornelia Funke, „Anyżowa Warownia”, Nasza Księgarnia 2008

Gdy w nocy straszy, a po domu łażą potwory

Zdarza się tak u Was, że w domu straszy? U nas się zdarza. Najbardziej COŚ straszy Piotrusia, bo Tymek już trochę wyrósł ze strachów i lęków. Mój młodszy synek boi się niektórych drzwi, bo za nimi mieszkają straszne stwory, pod łóżkiem podobno pomieszkują podłóżkacze, a w kątach coś przemyka. Po naszym mieszkaniu snują się prądowacze i ścianowusy – bywa niebezpiecznie. Najgorsze są jednak takie potwory, które szepczą mojemu synkowi do ucha i namawiają, by zrobił coś, czego absolutnie robić nie wolno. Przydaje się wtedy dwutomowa „Mała encyklopedia domowych potworów” Stanislava Marijanovica. Na półce stoi wydanie z 2005 roku, ale Nasza Księgarnia już się pochwaliła, że będzie nowe.

Jak napisał autor we wstępie: „Dawno dawno temu (a może całkiem niedawno) odkryto, że w naszych domach grasują Domowe Potwory. Są to stwory, których głównym zadaniem jest psocić, bałaganić, psuć, wchodzić w szkodę – słowem, robić nam wbrew”. Wszystko jasne, nie trzeba już szukać winnych i zastanawiać się, kto porozrzucał zabawki, pochował zeszyty i spowodował, że łazienka przypomina jezioro. To potwory psują sprzęty, mieszają pastę do zębów z maminym kremem i przelewają sok w szklance.

Stanisław Marijanovic skatalogował w encyklopedii całą masę tych nieznośnych stworów. Kogo tutaj nie ma: jest Gburia Złośliwa, czyli Potwór Niecierpliwości, jest Chciwusek – Potwór Zaborczy, Gierkomaniak i Decyzella Poranna (Potworzyca Garderobiana), jest Skarżypyta Pospolity i Słowotoczek Niepohamowany (Tymek ostatnio pokornie przyznał, że ten potwór czasami go atakuje, choć głównie w domu), i wiele, wiele innych. Jak przystało na encyklopedię, o każdym potworze możemy przeczytać notatkę i dokładnie go obejrzeć na obrazku, żeby wiedzieć, kogo szukać. Ilustracje są zabawne, choć czasami trochę przerażające. Potwory jak to potwory – mają mnóstwo rąk, języków, nóg i innych przedziwnych czułek i odnóży. W opisach, krótkich i zabawnych, czasami można nawet znaleźć krótką poradę, jak walczyć z daną paskudą.

U nas nie jest to jednak książka do czytania, a raczej do dyskutowania i oglądania. Chłopcy czytają definicje potworów i próbują zgadnąć na podstawie obrazka, w czym dana paskuda się specjalizuje. Ostatnio jedną z ich ulubionych zabaw jest zastanawianie się, kogo z rodziny straszydło zaatakowało albo kogo atakuje wyjątkowo często.

Książka świetnie się sprawdza, gdy dziecko się czegoś boi – och, ile się nagadaliśmy o starszym Potworze Mroku i Ciemności, Kamerusie Obskurusie, który robi wszystko, by w mroku zwykłe rzeczy wydawały się inne i straszniejsze niż w dzień.

Mała encyklopedia domowych potworów

A gdy lecą pioruny i dom się trzęsie od krzyku, „Mała encyklopedia” działa u nas trochę jak olej, który można wylać na spienione fale. Bo wiecie, nie trzeba już cały czas pamiętać, jaka to straszna krzywda się stała, ale można zacząć się zastanawiać, jakie monstrum (i kogo) zaatakowało. Dobrze jest potem usiąść razem i pomyśleć, co straszydło wymyśliło i jak możemy mu w przyszłości pomieszać szyki. Przyznaję, że Awanturella pojawia się co jakiś czas w naszym domu i razem z synkiem staramy się znaleźć sposoby, by z nią walczyć.

 width=

Stanisław Marijanovic opisał potwory zabawnie i z humorem, ale dzięki tej książce można się wiele dowiedzieć i o dzieciach, i o sobie. Z zaskoczeniem dowiedziałam się, jakie potwory – według synków – atakują mnie najczęściej i teraz szukam sposobów, by się im nie poddawać. Można się zastanawiać, czy w naszym domu nie zamieszkał jeszcze inny potwór, można go narysować, żeby już przestał straszyć, można pisać recepty i szukać wspólnie sposobów, by wygonić szczególnie dokuczliwą paskudę. Miłego wyganiania 🙂