Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Reklamy

Kostek i ferajna

Pamiętacie, jak Wam opowiadałam o Piotrusiowej fascynacji jednym całkiem sympatycznym duchem? Od tego czasu zdążyliśmy przeczytać wszystkie części, a dziecko podczytuje teraz książki samodzielnie, bo wredna matka odmówiła czytania wszystkiego od początku. A co! Skoro umie, to niech czyta!

Claire Barker, Kostek, tom 2 i 3

Bardzo dobrze nam się czytało trylogię Claire Barker. Świadomie używam słowa „my”, bo nie są to książki, które rodzica zamęczą. Z nieudawaną ciekawością śledziłam przygody widmowych bohaterów i dzielnej Dusi (czyli lady Winifredy Klementyny Wioletty Araminty Peperrówny). Z równie nieudawanym przerażeniem czytałam o wyskokach jej rodziców, którzy postanowili nigdy nie dorosnąć i realizują to postanowienie ze zdumiewającą konsekwencją. Nie wiem, czy zazdrościć im beztroski, czy raczej tłumaczyć dziecku, że prawdziwi dorośli się tak nie zachowują 🙂 Żaden z moich synów na pewno nie zjadłby potrawy przygotowanej przez lady Pepper.

Pamiętacie koniec pierwszej części? Dusi i jej przyjaciołom, duchom ze Stacjonarnych Opiekunów Spirytualnych (w skrócie S.O.S) udało się uratować Pechową Wolę. W drugiej części lord Pepper wpadł na genialny pomysł rozruszania swojej posiadłości. Czy może być coś fajniejszego dla fana dziwacznych nakryć głowy niż muzeum kapeluszy? I bufet prowadzony przez lady Pepper? Przygotowania idą pełną parą, choć wszytko spada na Dusię i duchy, bo rodzicie skupiają się na kupowaniu eksponatów (tato mógłby napisać poradnik, jak szybko wydać nawet największe pieniądze) oraz przygotowywaniu menu (hmm, spróbowalibyście zmory muchomora czy zausznikowej zapiekanki?).

Claire Barker, Kostek i ostatni cyrkowy tygrys

Kiedy lord Pepper postanawia sprowadzić słynny indyjski klejnot Oko Mumbajoko, wiadomo, że sprawy potoczą się jak najgorzej. Wątek kryminalny i konieczność poradzenia sobie z Włamysławą Srokosowską (chyba już mówiłam, że lubię poczucie humoru tłumaczy) to tylko jedna warstwa książki. Główna historia dotyczy oczywiście tego, jak można zostać pupilem (czyli zwierzęcym duchem-opiekunem — wyjaśnienie dla tych, którzy nie czytali pierwszej części), którego widzi jego stary pan. W „Kostku i ostatnim cyrkowym tygrysie” pupile z Pechowej Woli próbują pomóc wielkiemu tygrysowi o wdzięcznym zdrobnieniu Radzio — niczego nie zdradzam, wystarczy przeczytać tytuł. Zajrzyjcie do książki, żeby się przekonać, czy im się udało.

Claire Barker, Kostek i ostatni cyrkowy tygrys

Claire Barker, Kostek i ostatni cyrkowy tygrys

Natychmiast po lekturze cyrkowej przygody Kostka przeskoczyliśmy do kolejnej części, czyli „Kostka i zagubionego konia”. Kostek i jego przyjaciele poznają w niej Lunę, klacz, która od siedemdziesięciu lat poszukuje swojej pani. Zdradzę wam tylko, że dobrze zrobiła, zwracając się do duchowych mieszkańców Pechowej Woli. Przeciwnikiem pupili będzie jednak nie byle kto, bo ludzki duch — Galopujący Kacper, duch rozbójnika, który po zostaniu duchem nie zrezygnował ze złych nawyków.

Claire Barker, Kostek i zagubiony koń

No dobra. Mam trochę uwag. Claire Barker czasami zapomina, że w pierwszym tomie wspomniała o ograniczeniach obowiązujących duchy. W trzecim tomie już nie obowiązują, ale co tam — walka małpiszona Orlando jest warta pewnej niekonsekwencji. Chwilami książka jest odrobinę przegadana, choć im dalszy tom, tym jest lepiej. Pani Jones, czarny charakter serii, mogłaby się odrobinę zmieniać (tutaj protestuje dziecię, twierdząc, że Pani Jones ma taka zostać i już). Szczerze? Wcale mi te usterki nie przeszkadzają. Bawiliśmy się z Piotrkiem świetnie — to po prostu dobra historia do wspólnego czytania. Historia o przyjaźni, poświęceniu, szukaniu bliskich i umiejętności przyznania się do błędów — i to taka, którą dobrze się czyta i chce się o niej rozmawiać. Świetny wybór na wakacje, jeśli macie ochotę na wakacje z duchami.

Claire Barker, Kostek i zagubiony koń

Claire Barker, Kostek i ostatni cyrkowy tygrys, il. Ross Collins, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2016

Claire Barker, Kostek i zagubiony koń, il. Ross Collins, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2017

Lubicie duchy?

Piotruś bardzo lubi straszydła. Lubi duchy, strachy, yeti, wilkołaki, wampirki i zombiaki — książka z potworami od razu przyciąga jego zainteresowanie. Nie może być straszna (szukamy raczej przyjaznych straszydeł), ale bohaterski duch od razu wzbudza jego sympatię. Na przykład taki, jak Kostek.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka przywędrowała do nas z biblioteki. Teraz mam problem, bo dziecko odmawia oddania bibliotecznego egzemplarza, dopóki nie będzie miało własnej. „Mamo, muszę ją mieć, a najlepiej od razu kup wszystkie trzy części”. Tak zaczyna się książkoholizm.

Początki naszej znajomości z Kostkiem wcale jednak nie wyglądały tak różowo. Kostek, a właściwie Żywokost, to piesek Dusi, córki lordów Pepperów, właścicieli Pechowej Woli. Poznajemy go w chwili śmierci, gdy z żywego psa zamienia się w ducha. Kostek staje się duchem-pupilem — to najbardziej bohaterski, odważny i przywiązany do ludzi typ ducha. Pupil zrobi wszystko, by ochronić swojego pana i jego dom. Ta część lektury była dla nas najtrudniejsza. Piotruś z trudnością przełknął scenę śmierci psa i opisy rozpaczy Dusi. Dużo rozmawialiśmy, ale w naszym przypadku ten fragment zdecydowanie nie nadawał się do czytania przed snem. Nie jest drastyczny ani przerażający, po prostu Piotr potrzebował czasu i rozmowy, by uporać się z tematyką odchodzenia, starości i żalu po stracie wiernego zwierzęcego przyjaciela.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Po śmierci Kostek odkrył, że nie jest jedynym duchem w Pechowej Woli. Spotyka innych pupili — domostwo należy do Pepperów do wielu stuleci — gąsiora Gabriela, zająca Walentego, zwariowaną małpkę Orlando i chomika Marcina. Wszyscy są duchami, niektórzy już od wielu stuleci. Jest jeszcze pajęczyca pani Jones — czarny charakter wśród duchów. Pupile stworzyły S.O.S — Stowarzyszenie Opiekunów Spirytualnych (hi, hi, bardzo podoba mi się koncept tłumaczy), ale tak naprawdę niewiele muszą robić. Co prawda Pepperowie są ekscentryczni i bardzo biedni, ale swoim spirytualnym opiekunom nie sprawiają kłopotu. Czasami trzeba naprawić deskę do prasowania, innym razem wyłowić pilota do telewizora z pojemnika na chleb czy znaleźć klucze, które roztargniony lord Pepper położył w dziwnym miejscu. Duchy trochę się nudzą, choć niestrudzony Gabriel bardzo stara się zapewnić im rozrywkę (nie ma to jak dyskusja na temat wiekopomnego dzieła pt. Wielka księga nawozu). Wszystko jednak się zmienia, gdy na scenie pojawia się Nora Pacyna i Kryspin Ozgrozzo. Duchy będą miały pełne ręce, skrzydła i łapy roboty.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka Claire Barker rozkręca się powolutku. Początki wcale nie zapowiadają dramatycznego finału, gdy nagle wszystko zaczyna się dziać naraz. Sporo tutaj humoru: Pepperowie są naprawdę ekscentryczni, duchy zabawne, a walka z natrętami wywoływała u Piotrusia wybuchy śmiechu.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Fragmenty śmieszne przeplatają się z dramatycznymi i takimi, przy których młody czytelnik zamiera i — już teraz natychmiast — chce wiedzieć, co będzie dalej. To zgrabnie napisana opowieść o odwadze, odpowiedzialności, przyjaźni i wierności, która jest silniejsza niż śmierć. Mój syn nie może się doczekać, kiedy zaczniemy kolejną część. I cały czas się zastanawia, co autorka mogła wymyślić, skoro już pokonano wszystkich wrogów. Koniecznie musimy się tego dowiedzieć.

 

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata, il. Ross Collins, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina 2016

Krowa Matylda i śnieg

No tak, u nas właściwie panuje klimat świąteczny. Piotr ćwiczy rolę do jasełek (tak, tak, już), więc śpiewa kolędy: głośno i donośnie, i właściwie wszędzie — w domu, w szkole i w autobusie. Ku głębokiej konsternacji współpasażerów, rodziny i wszystkich wokoło. Opowieść o choince, prezentach, Wigilii i krowie pięknie się więc w nasze życie wpasowała.

Krowa Matylda i śnieg

To nasze pierwsze spotkanie z sympatyczną krową Matyldą. Matylda nie jest zwykłą krową, to krowa pocztowa, która roznosi listy, a przed Świętami ma naprawdę dużo roboty. Jak wiadomo nie od dziś, przyczyną wszystkich życiowych problemów jest nadmiar pracy. Tym razem zawinił także śnieg — Matylda nie może znaleźć drogi do domu.

Krowa Matylda i śnieg

Historyjka napisana i narysowana przez Alexandra Steffensmeiera jest krótka i zabawna, powinna zainteresować trzylatka, a siedmiolatek nie będzie się nudził. Tekstu nie ma dużo, ale momentami wymaga skupienia — lektura może być świetnym ćwiczeniem na skupienie uwagi i uważność. Tekst i obraz wzajemnie się uzupełniają. Obrazki nie pełnią jedynie funkcji ilustracyjnej — są ważnym dodatkiem, w znaczącym stopniu dopełniającym i rozbudowującym to, co napisane. Naprawdę warto uważnie się im przyglądać. Dzięki nim historia staje się znacznie bogatsza i ciekawsza. 

Krowa Matylda i śnieg

Ciekawa historia i sprzężenie słowa z obrazem to ogromne atuty tej książki. Możemy czytać i dopowiadać, możemy oglądać i zgadywać. Ilustracje Steffensmeiera lokują się dla mnie gdzieś blisko Svena Nordqvista (tak jak w przypadku Findusa czy Mamy Mu jedna ilustracja może pokazywać wiele kolejnych czynności, no i te kury!) czy Daniela Nappa. Obrazki są jednak mniej przeładowne niż u Nordqvista (uwielbiam go, żeby potem nie było) przez co chyba bardziej czytelne dla młodszych dzieci, którym łatwiej śledzić akcję na stronie. Dużo w nich humoru (och, jak Piotrek się śmiał, gdy zobaczył na śniegu ślady po krowich plackach). Ilustrator puszcza oko do czytelnika (no kto zgadnie, czego przestraszyła się Matylda?), czasami jest to humor trochę rubaszny, ale doskonale wyłapują go dzieci i świetnie się przy nim bawią. Steffensmeier czerpie pełnymi garściami z konwencji komiksowej, dzięki czemu książka jest dynamiczna. Dzieci bez umiejętności czytania bez problemu dadzą radę opowiedzieć historię Matyldy tylko na podstawie obrazków. 

Krowa Matylda i śnieg

Bardzo lubię książki dla dzieci, które tworzą przemyślaną całość. W „Krowie Matyldzie i śniegu” wykorzystano nawet wyklejkę. Stanowi ona klamrę spinającą całą opowieść, a jednocześnie dla nas stanowiła pretekst, żeby opowiedzieć sobie historię gospodyni (która ze wszystkim sama sobie radzi, od wycięcia choinki po odśnieżanie drogi).

Krowa Matylda i śnieg

Krowa Matylda i śnieg

Nie spodziewałam się, że prosta i krótka opowieść dla młodszych dzieci tak bardzo nas zainteresuje. Piotrek jest już na Matyldę prawie za duży — bawiła go i przeczytał ją kilka razy, choć pewnie sprawiłaby mu dużo więcej radości, gdyby spotkał się z sympatyczną krową dwa lata wcześniej. Wtedy pewnie musiałabym popędzić do księgarni po kolejne części lub miałabym pewniaka na prezent pod choinkę. Chyba najwyższy czas o nich pomyśleć, skoro już i tak jestem skazana na kolędy.

Alexander Steffensmeier, Krowa Matylda i śnieg, tł. Emilia Kledzik, Media Rodzina 2017

Operacja cyrk, czyli Horst dla dzieci po raz kolejny

Czytamy kryminały. Na dobrą intrygę kryminalną nigdy za wcześnie… Zaczęliśmy oczywiście od Lassego i Mai, ale przygody dwójki z Valleby chwilowo nam się przejadły. Poszukując nowych tropów, trafiliśmy na Biuro Detektywistyczne nr 2, czyli serię Jørna Liera Horsta przeznaczoną dla młodszych czytelników, wydawaną w Polsce przez Media Rodzina. Gdyby ktoś miał ochotę na serię Horsta dla trochę starszych czytelników, to pisałam o niej tutaj.

Operacja cyrk

Czytamy wspólnie — Piotruś czyta te krótsze fragmenty, gdy tekstu trochę mniej, bo cała strona zadrukowana literkami wciąż jeszcze trochę go przeraża. W lekturze na pewno pomaga duża czcionka — jakoś łatwiej wtedy zapanować nad rozbrykanymi literami i nie przeskakiwać wierszy. „Operacja cyrk” to dobra książka dla dziecka, które już czyta, ale jeszcze nie jest pewne swoich umiejętności. Duże litery, barwne ilustracje, wciągająca fabuła — to wszystko sprawia, że może to być pierwsza samodzielnie przeczytana „prawdziwa” książka.

Operacja cyrk

Nie wiem, czy nazwa serii świadomie nawiązuje do Lassego i Mai, ale schemat fabularny jest bardzo podobny. Bohaterami jest dwójka przyjaciół, Tiril i Olivier, którym towarzyszy pies Otto. Ich przygody dzieją się w małym mieście — Elvestad. Na wyklejce książki możemy obejrzeć panoramę miasteczka. Dzieci lubią jednak czytać podobne książki (zresztą autorzy „dorosłych” kryminałów też stosują podobne rozwiązania fabularne), a Tiril i Olivier rozwiązują całkiem inne zagadki kryminalne niż Lasse i Maja. Odmienna jest także kreska Hansa Jørgena Sandnesa. Wszystkie ilustracje są pełne szczegółów i bardzo kolorowe — będą się podobać dzieciom, którym nie przypadły do gustu stonowane, szare obrazki Heleny Willis z książek o Lassem i Mai.

Operacja cyrk

W „Operacji cyrk” Tiril i Olivier muszą rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży, do której doszło, gdy przez miasteczko przechodziła parada cyrkowa. Tym razem złodziej włamał się do dziadka Franza i ukradł cenną figurkę niedźwiadka. Tropy są różne, ale dwójka przyjaciół, sprytnie łącząc fakty, potrafi odróżnić prawdę od kłamstwa. Horst bardzo inteligentnie prowadzi intrygę (też mi nowina!), tak że dziecko może samo próbować rozwiązać zagadkę. To świetna nauka logicznego myślenia — czytając, mamy do dyspozycji te same tropy, co Tiril i Olivier. A że dzieci jak zwykle są sprytniejsze i bardziej inteligentne niż dorośli — no cóż, tak bywa i w realnym życiu. Czego tutaj nie ma — są kolekcjonerze i bajki, fantastyczne popisy cyrkowe, zasadzki i dramatyczny pościg… Piotrek nie mógł zasnąć, dopóki nie dowiedzieliśmy się, czy złapią złodzieja. 

Na końcu czeka na czytelnika superniespodzianka. Hans Jørgen Sandnes poukrywał na ilustracjach przedmioty, które trzeba odnaleźć. Wiadomo, detektyw musi mieć dobre oko. Bonusem są także króciutkie, ale bardzo inspirujące i napisane dla dzieci biografie twórców książki. To na pewno nie jest nasze ostatnie spotkanie z Tiril i Olivierem — Piotruś sprawdził, że do przeczytania zostało mu aż osiem wcześniejszych części! Tiril i Olivier na pewno na dłużej zagoszczą na naszych półkach.

Jørn Lier Horst, Operacja cyrk, il. Hans Jorgen Sandnes, tł. K. Tunkiel, Media Rodzina 2017

Mity rządzą…

Fascynacja Piotra mitami wchodzi chyba w fazę manii… Sama nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy jednak bać. Mówi o mitach, żyje nimi, rysuje ilustracje, opowiada, przepytuje znajomych ze znajomości greckich bogów. Pytania: wujeeek (babciu, ciociu), a ty znasz mity? nikogo już w rodzinie nie dziwi. Niezależnie od odpowiedzi, Młodszy sprawdza prawdomówność dorosłego: taak? to powiedz, kto to była Artemida i ile głów miał piesek Hadesa? Zeus podobno mieszka w naszej piwnicy, a Młodszy wybiera się do Grecji w celu reaktywacji starych wierzeń. Książki mitologiczne przewalają się po całym domu, a Tymek zaczyna znacząco pukać się w czoło 🙂

Dla wszystkich, którzy chcieliby sprzedać taką pasję swoim dzieciom, przygotowałam zestawienie Piotrkowych najukochańszych książek o starożytnej Grecji.

Numer jeden to oczywiście „Mity greckie dla dzieci w obrazkach” Nikoli Kucharskiej (Nasza Księgarnia, 2017)

Mity greckie dla dzieci

Szczegółowy opis możecie znaleźć tutaj. To książka, z którą Piotrek właściwie się nie rozstaje: ogląda, czyta, podsuwa innym pod nos, coś sobie opowiada. Nawet ilustracje z innych książek porównuje z wizją Nikoli Kucharskiej — to najlepsze wprowadzenie do mitów, jakie można znaleźć.

Kolejna pozycja na naszej liście to dwa tomy Katarzyny Marciniak, wydane przez Naszą Księgarnię. O pierwszym tomie „Mojej pierwszej mitologii” pisałam już tutaj. Księga druga to kontynuacja-rozszerzenie, trochę podobna, a trochę inna.

Moja pierwsza mitologia. Księga 2Moja pierwsza mitologia. Księga 1

„Moja pierwsza mitologia. Księga druga” (il. Marta Kurczewska) została podzielona na trzy części: „Przemiany”, „Bestiariusz” i „W królestwie Hadesa”. Piotruś bardzo żałował, że ta trzecia część jest tak krótka. W pierwszej spotykamy się z Owidiuszem, który zbiera historie do swojego słynnego poematu, w drugiej towarzyszymy młodemu Achillesowi i podsłuchujemy jego rozmowy z Chironem (Piotrek aż podskoczył do góry, gdy dowiedział się, że to właśnie Chiron został przemieniony w gwiazdozbiór Strzelca), a w trzeciej jedziemy na wycieczkę do Hadesu. Tak jak w pierwszym tomie każda historia jest uzupełniona króciutkim współczesnym opowiadaniem wyjaśniającym, jak używać powiedzonek, w których słychać echa starożytności.

Moja pierwsza mitologia

Moja pierwsza mitologia

Po lekturze mitów w wersji Katarzyny Marciniak przenieśliśmy się na chwilę do całkiem innej narracji. O „Opowieściach z zaczarowanego lasu” Nathaniela Hawthorne’a już kiedyś pisałam. Przed dwoma laty zachwycał się nimi Tymek, a teraz przyszedł czas na Piotrka — podobały mu się, choć musiałam zmieniać rzymskie nazwy bogów na greckie, moje młodsze wie, że Rzymianie nazywali greckich bogów po swojemu, ale postanowiło ignorować ten fakt. Mamo, ale jak czytasz, to zmieniaj Marsa na Aresa, dobrze?

Opowieści z zaczarowanego lasu

Nieustająco zachwycam się narracją Hawthorne’a, tak wciągającą i urokliwie odległą. Przy tej lekturze Piotruś czasami zasypiał: długa, barwna fraza autora lekko i łagodnie wprowadzała go w sen.

Czytaliśmy także mity w wersji jednego z najpopularniejszych polskich autorów dla dzieci 🙂 Oczywiście mowa o Grzegorzu Kasdepke. Mamy jego mity wydane przez wydawnictwo Wilga. 

Mity greckie

Tymek nie lubił tej wersji mitów, nudziły go i wolał inne książki. Piotrusiowi się podobała. Zaskoczyło go, że Grzegorz Kasdepke czasami przedstawia inny wariant mitu niż ten, który on sam poznał. Język tych mitów jest bardzo współczesny, a bogowie zachowują się podobnie do nas.

Mity towarzyszyły nam także w podróży — wydawnictwo Media Rodzina wydało audiobook z „Najpiękniejszymi mitami greckimi” Dimitera Inkiowa w interpretacji Piotra Fronczewskiego. 

Najpiękniejsze mity greckie

Mimo pewnego zmęczenia mitami, słuchaliśmy ich naprawdę z ogromną przyjemnością. To dzięki tej wersji Piotruś od razu zapamiętał historię Amora i Psyche oraz poznał niektóre przygody Odyseusza (ech, ten cyklop Polifen). Dimitera Inkiowa znaliśmy jako autora przygód Klary, ale jego mity (szczególnie w wykonaniu Piotra Fronczewskiego)  mogę gorąco polecić na każdą podróż.

Uff, uff, prawie dotarliśmy do końca 🙂 W pewnym momencie Piotrek zaczął się dopytywać o wierzenie innych narodów i ludów. Znaczy się dobrze: interesuje go jeszcze coś innego, pomyślała wtedy zmęczona już trochę mitologią matka. Dobrym rozwiązaniem okazały się „Mitologie” z serii „Odkrywanie świata” (Wydawnictwo Olesiejuk). Jakiś czas temu książki z tej serii zalegały na półkach w supermarketach.

Odkrywanie świata. Mitologie

W książce można znaleźć sporo informacji o podstawowych wierzeniach różnych ludów. Informacje są zwarte i krótkie, ale czasami bardzo dosadne i brutalne — można tutaj znaleźć historie pomijane przez innych autorów mitów (na przykład fakt, że Herkules w przypływie szału zabił swoją żonę i dzieci, za co potem pokutował). 

Odkrywanie świata. Mitologie

Piotrusiowi bardzo odpowiada czcionka tej książki — litery są duże i wyraźnie, dobrze dostosowane do początkującego czytacza.

Po domu przewalają się jeszcze dwie „greckie” książki: „Grecja bogów i herosów”

Grecja bogów i herosów

oraz „Mity Greków i Rzymian” Wandy Markowskiej.

Mity Greków i Rzymian

Pierwsza z nich służy głównie do pokazywania synkowi zabytków i map. Mity to piękne baśnie, ale warto także wiedzieć, jak żyli ludzie, którzy wierzyli w Zeusa, gdzie mieszkali i co pozostało po nich do naszych czasów. A mity Wandy Markowskiej to przejaw mojej desperacji — znudzona nieustannie maglowanymi wersjami dla dzieci sięgnęłam po wersję dla starszych, która bardzo się Piotrkowi spodobała. Mówi, że czasami jest to nudne, ale fascynują go kolejne imiona i nazwy — świat greckich bogów zaczął się rozszerzać i mienić jeszcze bardziej. Parandowskiego i Kubiaka pozwolę Piotrkowi odkryć samemu, gdy trochę podrośnie.

Na koniec chciałabym Wam pokazać plakat, jaki moje dziecko (przy współpracy rodziców) przygotowało na szkolny festiwal pasji i talentów. Uwierzcie, sam chciał — jego rodzice działali bardziej jak stoper, przerażeni, jak ich maluszek poradzi sobie z występem przed całą szkołą 😉 Piotr się uparł i będzie opowiadał o greckich bogach. W końcu to jego prawdziwa pasja, pewnie jedna z wielu, ale też taka, która bardzo rozszerza horyzonty.

Plakat

Trzymajcie za Piotrusia kciuki 🙂

Pax, czyli dlaczego to takie krótkie?

Zeszły tydzień był dla nas nie tylko czasem przygotowania do Świąt. To także czas świętowania kolejnej rocznicy urodzin Tymka, który jedenaście lat temu postanowił przyjść na świat w Wielkim Tygodniu. Mój Starszy jak zwykle zażyczył sobie na urodziny dużo do czytania. Uradowany przeglądał książki, a potem zabrał się do lektury.

Jedną z pierwszych książek, które mój syn połknął w szalonym tempie, był „Pax. Pal przekleństwa” wydany przez Media Rodzina.

Pax

Było to tak… Pewnego dnia Tymek zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Okazało się, że zawinięty w kołdrę leży na łóżku w sypialni i czyta. „Pax” pochłonął jednym tchem, od pierwszej strony do ostatniej bez najmniejszej przerwy… Przyznaję, że nie było to specjalnie trudne dla tak wprawionego czytelnika, raptem 150 stron dość dużym drukiem. A po zakończeniu właściwie na jednym oddechu zapytał, kiedy kupię następne części i dlaczego ta książka jest taka krótka.

Pax

Seria „Pax” to dzieło trojga Skandynawów. Historię napisały Åsa Larsson, znana autorka kryminałów, i Ingela Korsell, bajkopisarka, a zilustrował ją Henrik Jonsson. Jego czarno-białe, komiksowe mapy, wyklejki i ilustracje przyciągają uwagę i są doskonałym uzupełnieniem bardzo wciągającej historii, od której trudno się oderwać. Świetna lektura dla osób, które lubią się trochę bać w trakcie czytania — „Pax. Pal przekleństwa” to dobre wprowadzenie do świata kryminału, horroru czy literatury grozy. Dla dzieci, które chowają głowę pod kołdrę, gdy coś się w bajce dzieje, może to być lektura zbyt przerażająca.

Pax

Akcja opowieści toczy się w Mariefred. To tutaj do rodziny zastępczej trafiają bracia Viggo i Alrik, chłopcy z przeszłością i niebagatelnym bagażem doświadczeń. Nie wiedzą, że czeka ich nie tylko nowy dom i nowa szkoła, ale także nowe zadania i znaczna odpowiedzialność — są zesłanymi przez bogów nowymi strażnikami biblioteki. W zebranych tam książkach kryje się wiedza, która nie powinna dostać się w niepowołane ręce.

Pax

Autorki sprytnie mieszają wątki i tropy. „Pax” wydaje się serią o dojrzewaniu połączoną z wątkiem magicznym i odpowiedzialnością za świat. Brzmi znajomo, ale czyta się świetnie. Czujemy obawę i smutek braci skrzętnie ukrywane pod maską arogancji, współczujemy, gdy wpadają w tarapaty, kibicujemy im podczas próby zgotowanej przez starych strażników. Åsa Larsson i Ingela Korsell czerpią garściami z mitologii skandynawskiej: są tutaj kruki, czary, ludowe wierzenia i przekleństwa. Postacie są namalowane dość grubą kreską, łatwo zgadnąć, kto będzie dobry, a kto zły. Akcja gna właściwie od pierwszej strony, napięcie narasta, czytelnik gorączkowo przewraca kolejne kartki, by dowiedzieć się, co będzie dalej i… Tutaj właśnie kończy się książka.

Nie dziwię się, że mój Starszy od razu miał ochotę na więcej i rozumiem jego irytację. „Pax. Pal przekleństwa” kończy się w momencie kulminacyjnym. Nie jest to zamknięta całość. Z podobną taktyką spotkałam się w serii „Clue” Jørna Liera Horsta. Pierwszy tom „Pax” od razu zachęca do lektury następnych. No cóż, czeka mnie więc niedługo wyprawa do biblioteki lub księgarni. Ciekawa jestem, czy wszystkie tomy serii (wyszło już sześć części) są równie intrygujące. Tymek uznał, że to dobra lektura dla młodszych (duża czcionka), ale gdzieś tak od ósmego-dziewiątego roku życia, bo jednak sporo tutaj strachów i młodsze dzieci mogą się bać (nie to co on, od tego roku już nastolatek). Spokojnie można tę książkę podsunąć także młodszej młodzieży — powinna docenić pomysł i nastrój.

Åsa Larsson, Ingela Korsell, Pax. Pal przekleństwa, il. Henrik Jonsson, Media Rodzina 2015

Kot, który gada – i nie jest to kot w butach!

Był sobie raz staruszek Pettson, samotny i smutny, który mieszkał w małym domu trochę na uboczu i już nie potrafił się śmiać. Pewnego szczęśliwego dnia przyszła do niego sąsiadka, Beda Anderson, popatrzyła, a jakiś czas później przyniosła mu kotka. Kotek był malutki, zadziorny i śliczny, więc Pettson od razu się w nim zakochał, a na dodatek w końcu miał do kogo mówić. Jak się do kogoś dużo mówi, to ten ktoś sam może zacząć mówić. Kotek Findus, kiedy już zaczął mówić, gadał bez końca i Pettsonowi już nigdy nie było nudno. A dzięki temu my możemy z uśmiechem czytać o przygodach tej cudownej pary.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

„Kiedy mały Findus się zgubił”, książka wydana przez Media Rodzinę, to jedna z wielu opowieści o przyjaźni trochę zbzikowanego staruszka i zwariowanego gadającego kota w zielonych spodenkach. Każdą część można czytać oddzielnie, ale moi chłopcy byli zachwyceni faktem, że w końcu wiedzą, jak to się wszystko zaczęło.

Autorem tekstu i ilustracji jest Sven Nordqvist. Mam wrażenie, że jego obrazki towarzyszą Tymkowi i Piotrusiowi od zawsze. Obaj lubili i lubią Mamę Mu, obaj z zachwytem ciągle szukają siostry w „Gdzie jest moja siostra„. Moi synowie bardzo lubią szukać na ilustracjach ciągle nowych szczegółów – obrazki Svena Nordqvista są bardzo dynamiczne, szkatułkowe, przy długim oglądaniu odkrywają tajemnice i sekrety. Często pokazują świat wielowarstwowy, oprócz znanych nam istot zaludniają je różne dziwne stwory i stworki. Czasami mam wrażenie, że zmieniają się z czasem, gdy nagle odkrywamy jaką dziwną chatynkę pod łopianem, a wydaje nam się, że tydzień temu, gdy czytaliśmy tę samą książkę, raczej jej nie było.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

Czytaliśmy chyba wszystkie opowieści o Findusie, kilka mamy w domu, a w podróży często słuchamy audiobooka w świetnej interpretacji Jerzego Stuhra. Ten zwariowany kot, którego wszędzie pełno, to kwintesencja dziecka. Jest ciekawski, kreatywny, wygadany, zaborczy, ruchliwy, zadaje mnóstwo pytań i zawsze ma energię do zabawy. Staruszek Pettson to uroczy dziwak, a jego relacje z otoczeniem są genialne. Cała okolica (czyli tak naprawdę sąsiad Gustavson) traktuje go jak wariata i szaleńca, a on niewiele sobie z tego robi.

Lubię początek tej opowieści, bo przypomina mi moje dzieci. Findus, bezpieczny w domu, prosi Pettsona, by opowiedział mu, jak to było, gdy był mały i się zgubił. (Piotruś uwielbia takie historie o samym sobie, jak to było, gdy był malutki). A potem toczy się wspaniała opowieść, przy której moje dzieci raz po raz wybuchają śmiechem. Czasami opowieści o Findusie są odrobinę przegadane, ale w niczym to nie przeszkadza. Mam nadzieję, że też go polubicie.

Z Findusem i Pettsonem można się także poznać na stronie z grami – można na niej poukładać puzzle, zagrać w memory lub wydrukować figurki bohaterów książki. A przede wszystkim pooglądać wspaniałe ilustracje Svena Nordqvista.

Czerwony Kapturek w wielkim mieście

Dzisiaj będzie o książce trochę innej,  która – ku mojemu zdumieniu – bardzo się chłopakom spodobała. Tymek wyciągnął ją z torby przyniesionej z biblioteki i przeczytał właściwie na progu, a potem podsunął Piotrkowi pod nos i kazał mu obejrzeć. A nawet zaproponował, że sam ją mu przeczyta, co aż tak często się nie zdarza.

Czerwony kapturek w wielkim mieście

Jest to bajka o Czerwonym Kapturku, który nie mieszka w lesie, tylko w wielkim mieście. W mieście, który jest jak las: „W tym lesie niewiele jest pni i liści – składa się on raczej z betonu i cegieł”. Bohaterka, Sophia, mieszka w bloku razem z mamą i siostrzyczką. Pewnego dnia musi wyruszyć sama do babci, która mieszka po drugiej stronie lasu-miasta. Aaron Frisch opowiada klasyczną bajkę o Czerwonym Kapturku, przekładając ją na język miasta. Są tutaj drapieżniki, są kręte ścieżki wielkich centrów handlowych, gdzie można się zgubić jak w głuszy, są nieobecne spojrzenia, które nie niosą z sobą nadziei ani pomocy.

Bajkę zilustrował Roberto Innocenti i jego obrazy-plansze wzmacniają wrażenie niepokoju i zagrożenia. Miasto Roberto Innocentiego jest wielkie i przerażające, spod wielobarwnych szyldów i reklam przebijają brudnoszare mury. To miasto moloch, przytłaczające wielkością, metropolia.

Czerwony kapturek w wielkim mieście

 

Kłębią się nad nim szare chmury, jest deszczowo i zimno. Więcej ilustracji można znaleźć na stronie wydawnictwa Media Rodzina oraz na stronie Roberto Innocentiego.

Bałam się, że ta książka, mimo dwóch zakończeń, podziała na chłopaków przygnębiająco, ale ku mojemu zdumieniu było zupełnie inaczej. Moi synkowie całkiem na serio rozmawiali o niebezpieczeństwach grożących dzieciom i czego nie wolno robić. Dowiedziałam się, których uliczek i dlaczego nie lubi mój starszy, gdy wraca sam do domu, a Piotruś przeżywał wizytę Sophii w centrum handlowym.

„Czerwony Kapturek w wielkim mieście” to bardzo ciekawa lektura, przy której warto dzieciom potowarzyszyć i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Żyjemy w świecie, który wydaje się bardzo niebezpieczny – warto więc, aby niektóre niebezpieczeństwa dzieci poznawały tylko na kartach książek.

Harry Potter i inne problemy

No tak. Najpierw martwiłam się, że Tymek nie czyta. Zaczął czytać i czyta – a wręcz pożera książki. I zwykle po zakończeniu jednej zaczyna jęczeć: nie mam co czytać, nie wiem, co będę teraz czytał, wszystko jest na pewno bardziej nudne niż… I tutaj proszę sobie dopisać dowolną pasjonującą lekturę wchłoniętą właśnie przez moje dziecko. Może to być „przeurocza” Księga Trolli albo coś innego, co pochłaniało go przez jakiś czas. Mogę bić się w piersi: moja wina, przeczytaliśmy razem wiele książek i dużo pozycji, do których zwykle zaglądają dzieci w tym wieku, już za nami. Właśnie dlatego Tymek unika szkolnej biblioteki – po prostu Panie podsuwają mu książki, które już od dawna zna.

Wielkie Czytanie zaczęło się od Harrego Pottera, trochę przez przypadek. Tymek czytał już całkiem sprawnie pod koniec pierwszej klasy, ale raczej sięgał po krótsze książki. A potem pojechał na wakacje do babci. Spędził tam dwa tygodnie razem z bratem ciotecznym, który akurat czytał drugi tom Harrego. Synek nie mógł być przecież gorszy, a na dodatek Olek tak bardzo zachęcał.

Harry1Harry2Harry3

Okazało się, że magia Harrego Pottera ciągle działa. I to jak. Pod znakiem Harrego upłynęły nam całe wakacje, bo nasze dziecko kończyło czytać ostatni tom pod koniec sierpnia na czytniku tatusia. Mimo całej miłości do synka i radości z faktu, że tak go wciągnęła lektura, odmówiliśmy tachania nad morze opasłych tomów. Tymek bawił się w Harrego, machał różdżką, rzucał zaklęcia – i czytał. I chyba ciągle ma po cichu nadzieję, że może za jakiś czas otrzyma zaproszenie do Hogwartu i będzie potrafił latać.

Przyznaję, że trochę się bałam… O ile pierwsze tomy Harrego wydawały mi się całkiem niezłą lekturą dla ośmiolatka, to ostatnie tomy… No cóż, pierwsi czytelnicy tej książki dorastali razem z głównym bohaterem, oczekując z niecierpliwością kolejnych tomów i kolejnych tłumaczeń. Tymek miał dostęp do wszystkiego od razu. Nawet próbowałam ograniczyć mu dostęp do ostatnich części, ale dziecko powaliło mnie słowami: skoro nie chcesz mi pozwolić czytać do końca, to po co w ogóle pozwalałaś mi zacząć to czytać. I wiecie co, po prostu zabrakło mi argumentów. Okazało się także, że mój niepokój był nieuzasadniony. Tymek sporo z nami o książce rozmawiał, pytał, co sądzimy o bohaterach i dlaczego zachowali się tak, a nie inaczej. A to, co dla dorosłego wydawało się najbardziej przerażająca i okrutne, w ogóle nie zwróciło jego uwagi. Mam wrażenie, że w ostatnim tomie głównie fascynowała go bitwa i ostateczna rozgrywka ze złymi, mniej interesowało go dojrzewanie i perypetie uczuciowe głównych bohaterów. Może dziewczynka czytałaby tę książkę inaczej.

No tak, Harry już za nami i przed nami, bo Tymek nie oglądał jeszcze wszystkich filmów. Choć Hogwart nie jest już aż tak atrakcyjny – mój syn poznał bowiem inne literackie miejsca, w których chętnie by się pouczył 🙂