Ręcznikowiec

Co robicie, gdy w łazience spada na podłogę ręcznik? Zwykle ląduje z powrotem na wieszaku lub w koszu na pranie, prawda? W pewnym domu jednak historia potoczyła się całkiem inaczej.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Pierwsza zauważyła Ręcznikowca mama — tak czasami z mamami bywa. Zamiast jednak od razu posprzątać, poukładać i powkładać wszystko na miejsce, mama się zachwyciła i podzieliła swoim zachwytem z całą rodziną. Od tej chwili w łazience w domu Aleksa zamieszkał dziwny stworek z ręcznika — tacie i siostrom kojarzył się z pieskiem shar pei, a Aleksowi z przybyszem z kosmosu. Szybko jednak okazało się, że jest czymś znacznie więcej niż tylko dziwnie ułożonym ręcznikiem.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

Ręcznikowiec stał się ważny dla wszystkich, a życie rodzinne zaczęło powolutku przenosić się do łazienki. Stworek zmieniał całą rodzinę, potrafił sięgnąć do tego, co chcemy ukryć i o czym nie mamy ochoty mówić, wydobywał z ludzi czułość i życzliwość. Jego wpływ (dobry) nie ograniczał się tylko do rodziny Aleksa, a obejmował nawet znajomych lub mniej czy bardziej zaprzyjaźnione dzieci. I wszystko pewnie trwałoby do dzisiaj, gdyby nie pewna pedantyczna ciocia.

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec

 

Bajkę Joanny M. Chmielewskiej czyta się bardzo przyjemnie. To tajemnicza opowieść, trochę o rodzinie, trochę o przyjaźni, trochę o pożytkach i kłopotach płynących z posiadania sióstr, ale chyba w największym stopniu o wyobraźni i jej sile. Wyobraźnia łączy tutaj całą rodzinę, a „kandydaci na chłopaka” muszą przejść test Ręcznikowca. Ta książka to zachęta do uważnego rozglądania się i dostrzegania cudów w rzeczach codziennych. Piotrek poważnie zastanawiał się, skąd się takie stwory biorą i dlaczego wybierają taką, a nie inną rodzinę. Pytanie chyba nie brzmi „skąd”, tylko „dlaczego jedni je dostrzegają, a inni nie”. Każdy musi odpowiedzieć sobie na nie sam. Chmielewska opowiada historię, ale jej nie tłumaczy i nie wyjaśnia. Prosi tylko, aby się bacznie rozglądać, żeby niczego nie przeoczyć. Ciekawa jestem, czy efekt Ręcznikowca pozostaje, gdy on przenosi się już gdzieś indziej.

Ilustracje Emilii Dziuba ogląda się z ogromną przyjemnością, a sam Ręcznikowiec wg Piotrka wygląda trochę jak Stich z „Lilo i Stich”. No cóż, to by tłumaczyło jego moce.

 

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec, il. Emilia Dziubak, Bajka 2015

Reklamy

Gdzie kupić vetustas?

Vetustas! To będzie chyba moje znienawidzone słowo… Nijak nie mogę go zapamiętać, co chwila przekręcam, a wtedy dziecię moje, bardzo oburzone, poprawia z powagą: vetustas, mamo, vetustas. Gorzej, że bardzo zapragnęło go zrobić, więc jakby ktoś gdzieś widział bezpański fotoplastykon, to chętnie przygarnę.

Pan Kardan i przygoda z vetustasem

„Pan Kardan i przygoda z vetustasem” Justyny Bednarek (Wydawnictwo Bajka) bardzo Piotrusia zainteresowała. Nie obyło się jednak bez mnóstwa pytań i wątpliwości, bo tekst opowieści jest aż gęsty od zdarzeń i wspomnień i mój synek czasami gubił się w powodzi faktów. Zdarzało nam się czytać niektóre fragmenty dwukrotnie, a potem je dodatkowo objaśniać, żeby siedmiolatek mógł sobie historię ułożyć po swojemu. Teraz pisze list do Pani Justyny Bednarek, żeby wymóc na niej obietnicę, że będzie kolejna część. Ja się cieszę, że nie zamierza hodować kur.

To może odrobinę wprowadzenia. Pan Kardan to wynalazca i ekscentryk, który za wszelką cenę chce dostać się do Księgi Rekordów Guinnessa. Próbował na różne sposoby, ale jakoś nigdy mu się nie udało. Teraz ma nadzieję, że cel pomoże mu osiągnąć vetustas, przedziwne urządzenie, które potrafi tak dużo, że aż strach… — dzięki niemu można porozmawiać z dziadkiem i zajrzeć do morza pełnego dinozaurów. To tylko maleńki przykład, bo urządzenie, choć przypomina kupę złomu, potrafi dużo więcej. Powiedźcie sami, czy nie chcielibyście mieć takiego cuda w ogródku? Panu Kardanowi bardzo pomaga w pracy mały sąsiad, Michałek, oraz dwie kury rasy sussex (rasa w tym przypadku jest bardzo ważna) o wdzięcznych imionach Watson i Sherlock. Dla pełnego obrazu warto napisać, że jest jeszcze kot Młotek vel Puszek oraz przebiegły deweloper Błażej Bałamut. No i nie wolno zapominać o niewyraźnym Panu Kazimierzu…Pan Kardan i przygoda z vetustasem

Skomplikowane? Trochę tak, bo Justyna Bednarek pomieszała w książce kilka wątków i historii. Przygody przeplatają się ze wspomnieniami i refleksjami, właściwie każdego bohatera poznajemy teraz i kiedyś. To także historia o zmianach, zapominaniu przy dorastaniu, życiu, miłości, łapaniu chwili i traceniu czasu. Czasami autorka wspomina o tym wszystkim mimochodem i przy okazji, czasami dla mnie wykład bywał zbyt łopatologiczny, ale siedmiolatek domagał się dalszych wyjaśnień. Piotruś chyba najbardziej przeżywał właśnie migawki z przeszłości, gdy okazywało się, że ktoś stracił swoją szansę lub wybrał drogę, która sprowadziła go na manowce. A poza tym uznał, że rzeczy się wcale nie gubią, tylko ktoś je podbiera od razu w momencie zgubienia. Jak przeczytacie książkę, to dajcie znać, czy zgadzacie się z tą teorią.

Czytaliśmy tę książkę razem, bo tekstu na stronie jest dużo i taka zbita ściana liter przerażała mojego syna. Podczytywał na głos fragmenty, uważnie czytał tytuły, ale nie miał ochoty przebijać się samodzielnie przez kolejne strony. Przydała się pomoc mamy.
Pan Kardan i przygoda z vetustasem

Nie myślcie jednak, że to bardzo poważna książka. Na pewno nie raz zaczniecie się śmiać, a przynajmniej uśmiechać. A potem wasze dzieci będą z powagą dyskutować o inteligencji kur (rasy sussex) i pożytkach płynących z posiadania kota. Od razu uprzedzam, że nie znajdziecie tutaj odwołań do rzeczywistej nauki i praw rządzących naturą. Vetustas nie podlega zwykłym prawom fizyki, ale nie o to tutaj chodzi. Opowieść o Waldemarze Kardanie to świetna rozrywka. Dzięki książce Justyny Bednarek spędzicie miło kilka wieczorów i pewnie będziecie mieli ochotę na więcej.  Zakończenie sugeruje, że „Pan Kardan i przygoda z vetustasem” to dopiero początek przygody czytelników z Panem Kardanem. Czy komuś jeszcze koniec kojarzył się z „Facetami w czerni”?

Pan Kardan i przygoda z vetustasem

Nie można pisać o tej książce i nie wspomnieć o świetnych ilustracjach Adama Pękalskiego. Warto zajrzeć do „Pana Kardana” choćby tylko dla nich. Bardzo fajna lektura dla chłopców i dziewczynek.

 

Justyna Bednarek, Pan Kardan i przygoda z vetustasem, il. Adam Pękalski, Bajka 2017

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Babcia jedzie do sanatorium!

Tak się złożyło, że kilka dni temu przynieśliśmy z biblioteki „Sanatorium” Doroty Gellner z ilustracjami Adama Pękalskiego. A dzisiaj Babcia oznajmiła, że wybiera się do sanatorium.

Dorota Gellner, Sanatorium

Piotruś spoważniał i wytłumaczył jej, że ma uważać na żaby i rekiny – lepiej niech nie kąpie się w borowinie. Oraz na Pana Jana, który na pewno będzie ją podrywać. A potem stwierdził, że natychmiast musi z nim przeczytać książkę i wszystkiego się dowie.

„Sanatorium” Doroty Gellner to rewelacyjny, zabawny i uroczy zapis powszechnych wyobrażeń o sanatorium. To świetna lektura dla dzieci i dorosłych. Sanatorium w jej wydaniu jest lekko staroświeckie, trochę niedzisiejsze, a jednocześnie najzupełniej współczesne. Tymkowi skojarzyło się z Ciechocinkiem z piosenki „Maxi Kaz” (puściliśmy kiedyś dzieciom T-Raperów znad Wisły i obaj pokochali ich piosenki). Miałam też okazję wytłumaczyć chłopcom, dlaczego kiedyś wyjeżdżało się do wód  i dlaczego na rysunkach są takie śmieszne kubeczki. Przede wszystkim jednak dobrze się bawiliśmy. Krótkie historyjki wprowadziły nas w klimat pełnego sanatoryjnego turnusu: od wieczorka zapoznawczego po wieczorek pożegnalny.

Sanatorium, Chwila dla rekina

Sam tekst jest świetny. Przyznaję, że nie wszystkie utwory Doroty Gellner lubię, ale „Sanatorium” podoba mi się ogromnie. Historyjki są rymowane, mają wyraźny rytm, który łatwo wyczuć podczas głośnego czytania. Świetnym pomysłem są rymowane tytuły: „Uśmiech słodki i nagniotki”, „Rowerek i ćwiczeń szereg”. Rewelacyjne są także postacie: gromadka starszych kuracjuszy i kuracjuszek. Każda postać jest barwnie zarysowana: Pan Jan, który próbuje flirtować z każdą panią, Pan Staś, popisujący się swoją sprawnością, flejtuchowata Pani Tosia, która myje tylko nogi, tłuściutki Pan Adam, który odchudza się już od dwóch minut. Wszystkie postacie są przedstawione także na wyklejkach – moi synowie uważnie je studiowali i sprawdzali, czy ilustrator nikogo nie pominął.

Sanatorium - Pan Adam

Chłopcy z zaciekawieniem szukali także bohaterów drugoplanowych: żab, rekinów, szczurów. Ich obecność dodaje książce humoru i sprawia, że tekst wydaje się lekko absurdalny. Mam wrażenie, że przy tej lekturze dziecko od razu dobrze się bawi, a dorosły na początku lekko głupieje, a potem bawi się równie dobrze.

Wspaniałe są ilustracje Adama Pękalskiego. Postacie kuracjuszy narysowane są z dużym humorem, lekko karykaturalne, ale bez złośliwości. Otoczenie jest szczegółowe, a smaku dodają mu drobiazgi, takie jak portret Clarka Gable czy Kirka Douglasa na ścianie albo „Mdłości” Sartre’a na stole, przy którym smuci się Pani Kasi. Ta książka to prawdziwy majstersztyk, tak dobrze tekst współgra z ilustracjami. Wydawnictwo Bajka wydało świetną, doskonale dopracowaną książkę, która bawi młodszych i starszych.

Dorota Gellner, Sanatorium, Wydawnictwo Bajka 2015 r. (wszystkie zdjęcia książki pochodzą ze strony wydawnictwa)

 

Niebieska niedźwiedzica

Co jakiś czas zastanawiam się, czy rzeczywiście muszę mieć w domu tyle książek. Kurzą się, zajmują miejsce, a jak chcę coś znaleźć, to i tak nie mogę. A do czego książki służą moim dzieciom? Oprócz tak oczywistych zastosowań, jak budowanie mostów i dróg, tworzenie wielopiętrowych konstrukcji i okładanie brata? Zabawne jest obserwowanie, jak z wiekiem zmieniają się nawyki czytelnicze. Tymek jest na etapie: już to kiedyś czytałem i drugi raz nie będę. Piotruś: to nie szkodzi, że już to czytaliśmy, ja mogę posłuchać (obejrzeć) jeszcze raz. Jest jednak jedna książka, której Piotruś ostatnio pilnuje bardzo mocno i co jakiś czas dopytuje się, czy na pewno jest nasza i nie trzeba będzie oddać jej do biblioteki. Mało która książka zrobiła aż takie wrażenie na moim synku.

Niebieska niedźwiedzica

Niebieska niedźwiedzica (autorka: Joanna M. Chmielewska, ilustratorka: Jona Jung, wydawnictwo Bajka) to opowieść o dolinie niedźwiedzi, w której pewnego dnia rodzi się mała niedźwiedziczka – niezwykła, bo niebieska. Dla swoich rodziców jest największym cudem na świecie, ale inne niedźwiedzie nie traktują jej równie dobrze. Rodzice starają się chronić Azul i akceptują ją taką, jaką jest: wesołą, radosną, zdolną i niebieską. Azul jednak wzbudza złość w innych: nie dość, że niebieska, to jeszcze wesoła, radosna i zdolna. A na dodatek wytrwała i silna.

Niebieska niedźwiedzica

Azul bywa smutna i nieszczęśliwa, stara się jednak nie poddawać. Pewnego dnia wszystko się komplikuje. Zmartwieni rodzice postanawiają opuścić razem z córeczką Niedźwiedzią Dolinę. Okazuje się jednak, że ich odejście zmienia cały niedźwiedzi świat.

Niebieska niedźwiedzica to piękna opowieść o tolerancji, inności i o tym, jak zła decyzja może zmienić cały świat. To także historia o poszukiwaniu i o wybaczaniu, bo oczywiście dobrze się kończy – jakże mogłoby być inaczej 🙂 Piotruś słuchał jej zauroczony i oglądał kilka razy. Czytaliśmy ją przez pewien czas na okrągło, a mój synek co jakiś czas domaga się potwierdzenia, że mamy tę książkę i że stoi na półce. Nie musimy jej czytać, możemy tylko pooglądać. I wystarczy, bo historia Azul, niebieskiej niedźwiedzicy, ciągle żyje w moim synku. I mam nadzieję, że zapamięta on ją na długo.

Wakacje u babci nie muszą być złe

Tymek doskonale wie, że wakacje u babci nie muszą być złe, bo chętnie spędza u niej trochę czasu i w wakacje, i w ferie. Zwykle wraca bardzo zadowolony, objedzony kopytkami, pyzami i pierogami (czyli tym wszystkim, czego mama nie chce gotować), ale po ostatniej lekturze trochę żałował, że jego babcia nie hoduje lilii. No i od razu wiadomo, co czytał 😉

Czarownica piętro niżej

Marcinowi Szczygielskiemu udało się stworzyć świetną i bardzo wciągającą książkę. Tymek czytał ją z wypiekami na twarzy – przy pierwszych kilku stronach trochę marudził, że akcja nie jest aż tak wartka jak w „Zwiadowcach”, ale potem nie mógł się oderwać. Mamo, jutro nie idę do szkoły, jeszcze tylko kilka stron…..
„Czarownica pięto niżej” to historii Mai, której akurat zaczęły się wakacje. I wszytko układa się nie tak: jej siostra urodziła się dużo za wcześnie i ciągle jest w szpitalu, jej mama ciągle płacze, jej tata ciągle pracuje, a ona ciągle siedzi przed telewizorem. A na dodatek pada deszcz. Trudno się więc dziwić, że rodzice szukają pomysłu, co zrobić. Podejmują decyzję, że Maja pojedzie do ciabci, do Szczecina. No przecież kompletna nuda: stara babcia, stara kamienica, czarno-biały telewizor, skrzypiące schody, niepokojące odgłosy na strychu, ukryte tunele, gadające koty, zwariowane wiewiórki, tajemne drzwi… Może wystarczy tej wyliczanki. Wakacje u ciabci naprawdę nie będą nudne.

Ta książka to doskonała historia napisana pięknym językiem. Tymek nie raz zarykiwał się ze śmiechu i przybiegał, by przeczytać mi, co bardziej soczysty fragment. Jego ulubiony to zabawa w serial i wypytywanie o wiek ciabci. A mnie się przypomniało, jak Tymek pytał swoją prababcię, czy pamięta dinozaury 🙂 Wiele jest w tej powieści smaczków, bo Marcin Szczygielski uroczo podsłuchuje żywy język i zwyczaje dzieci.

Książka jest nie tylko ciekawie napisana, ale także świetnie zilustrowana przez Magdę Wosik. Carno-białe ilustracje dobrze podkreślają atmosferę tajemnicy i sekretów. Tymkowi kojarzyły się trochę z komiksem.

Marcin Szczygielski, Czarownica piętro niżej

A po zakończeniu czytania Tymek ogromnie się ucieszył, że jest druga część. I to na dodatek tak smakowicie zatytułowana „Tuczarnia motyli”.

Świnka Halinka

Całe szczęście, że Tymeczek – niby taki dorosły i taki duży – da się jeszcze namówić na książki bardziej dziecięce. Choć czasami bywa trudno, bo przecież komuś, kto chce być Macem Windu (jedi z „Wojen klonów” dla niezorientowanych), nie wypada czytać książeczek dla dzieciaczków i Piotrusiów. Kategoria „Piotruś” i „dzidziowe” pojawiła się oczywiście po narodzinach Piotrusia i oznacza – gdy Tymek jest zły – wszystko, co najgorsze i paskudne. Namówienie go do lektury „Rozmów ze świnką Halinką” nie było więc proste, ale się opłaciło.

 

Halinka to pluszowa, różowa świnka, ulubiona maskotka przedszkolaka Filipa. Chodzi z nim wszędzie, ma zęby z suwaka, którymi uwielbia zgrzytać, bywa niegrzeczna i nie przejmuje się tym, co inni myślą. Halinka to także doskonały rozmówca, bo zawsze ma czas dla Filipa w przeciwieństwie do rodziców, którzy są zapracowani i zabiegani. Świetnie oddają to ilustracje Jony Jung, na których widać tylko ręce lub nogi dorosłych. Zbyt często chyba zapominamy, z jakiej perspektywy patrzą na nas nasze dzieci.
To świetna książka do czytania – także dla dorosłych, bo autorka Roksana Jędrzejewska-Wróbel pokazuje w niej, co naprawdę jest ważne. A łatwo o tym zapomnieć. Ja zaczęłam robić rachunek sumienia po przeczytaniu takiego fragmentu:– A wiesz, że podobno kiedyś telefony były tylko w domu? Nie można było z nimi iść na spacer ani chodzić po ulicy. Ani brać na wakacje, ani nigdzie. Ale było super, co?
– E tam, to chyba jakieś bajki. – Halinka kręci głową z niedowierzaniem.
– Naprawdę tak było, mówili w telewizji – Filip jest zły, że Halinka mu nie wierzy.

Naprawdę staram się nie rozmawiać przez telefon, gdy spaceruję lub bawię się z synem, ale łatwo zapomnieć o takim postanowieniu. Tak samo jak o tym, że dzieciom lepiej jest na placu zabaw niż w muzeum (no chyba, że to jest Centrum Nauki Kopernik). Nie zwalczam komórek ani nie twierdzę, że rodzice powinni robić tylko to, co lubią dzieci 😉 Warto jednak pamiętać o tym, co ważne, a lektura „Rozmów ze świnka Halinką” o wielu rzeczach przypomina i o wielu sprawach pozwala porozmawiać (chociażby odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego potrzebny jest tata). Czytamy z Tymkiem, a potem siedzimy i myślimy albo rozmawiamy. I jest dobrze i blisko, czego wszystkim życzę 🙂

Aurelka

„Maleńkie królestwo królewny Aurelki” autorstwa Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel zakupiłam na prezent dla córeczki naszych przyjaciół. Tymek popatrzył na okładkę, zajrzał do środka i zażądał lektury: bo tu jest zamek mamo. I może będzie smok… Przecież jak jest królewna, to musi być smok, nie?

 

Oczywiście był smok, choć może trochę inny niż Tymek sobie wymyślił. Smok Ryszard, czyli ZNSO — Zupełnie Niegroźny Smok Ogrodowy, model pokojowy 223 P. A Tymek polubił Aurelkę przeogromnie i przez jakiś czas chętnie wskakiwał do łóżka, aby tylko usłyszeć, co będzie dalej.Aurelka to dziewczynka, która pewnego dnia dostaje paczkę. A w paczce królestwo — maleńkie królestwo, jej własne. Na dodatek całkiem malutki Wielki Ochmistrz ma eliksir dopasowujący i Aurelka — a właściwie teraz Królewna Aurelka — może zacząć zarządzać własnym królestwem. Któraż dziewczynka nie marzy o tym, by zostać królewną, spotkać królewicza, chodzić w najpiękniejszych sukniach na świecie i móc robić, co jej się podoba? Tyle że rządzenie królestwem, nawet całkiem malutkim, okazuje się wcale nie takie proste. Aurelka musi zmienić swoje przekonanie o tym, co wolno królewnie i co ona może lub musi robić. Tron okazuje się twardy, suknie niewygodne, a królewicz zarozumiały. A gdy już upora się z najpoważniejszymi problemami, czeka ją spotkanie z czarownicą Jagą i gadającym wilkiem Arnoldem.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel cudownie bawi się konwencją, przekształca schematy znane z innych bajek, zmusza dziecko do myślenia i zastanawiania się. Mamo, czy na pewno tak było? – dopytywał się co jakiś czas Tymek. Myślisz, że ten wilk ma rację?

Aurelka ma cechy zwykłej dziewczynki: lubi się bawić, jest ciekawa świata i ma masę pomysłów. Czasami się złości i obraża, czasami nie wygląda ładnie. Budzi sympatię. To nie jest plastikowa, idealna księżniczka w wersji różowej. To czująca, wrażliwa, współczesna dziewczynka, która nie ma ochoty udawać, że najpiękniejsza na świecie suknia jest wygodna, a wyglądanie z wieży najciekawsze na świecie.

Bajkę czyta się doskonale. Rozdziały nie są zbyt krótkie ani zbyt długie. Bajka jest bardzo starannie wydana: wysmakowany, dopracowany i zabawny tekst wspaniale uzupełniają jakby pastelowe i trochę dziecinne ilustracje Jony Jung. A do tego różowa wstążeczka-zakładka. Doskonała lektura dla małych księżniczek, pokazująca im, że są także inne królewny niż te z Disneya. I dla małych książąt też. Rodzice również nie znudzą się przy czytaniu.
Tymek po lekturze stwierdził, że może nie warto walczyć z każdym smokiem. Nie podobało mu się tylko zakończenie (moim zdaniem, bardzo konsekwentne i mądre), tak bardzo chciał jeszcze słuchać i słuchać o przygodach Aurelki. Obraziłem się, bo nie chcę, żeby się już skończyło. I już!