Książki zbójeckie

Za każdym razem nie wiem, co mnie kusi, żeby im to czytać. Potem żałuję, ale jest już za późno. Efektów nie da się odwrócić, moje dzieci wchłonęły w siebie truciznę i szaleją po domu, a ja – po raz tysięczny – obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie będę im takich książek czytać. Od tej pory tylko książki dydaktyczne, nowelki, Orzeszkowa i Prus. Może lepiej bez „Antka”, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy. Skupimy się na bajeczkach z morałem i koniec! Po jakimś czasie zapominam, co sobie obiecałam.

Pierwszą książką, która wywarła taki wpływ na mojego Starszego, jeszcze wtedy jedynaka, były przygody Emila ze Smalandii. Po lekturze pewnego znamiennego fragmentu znalazłam dziecko przy kuchennej szafce, gdzie przymierzało wazę na zupę. Tak, tak, musiał sprawdzić, czy da się do wazy włożyć głowę. Nasza – na szczęście – była za mała. Od tamtej pory co jakiś czas pojawia się lektura, która działa tak mocno, że po prostu trzeba sprawdzić, czy da się to zrobić. I sprawdzają, z większym lub mniejszym natężeniem.

Może do rzeczy. Czytamy z Piotrusiem „Ja i moja siostra Klara” Dimitera Inkiowa (wydawnictwo Tatarak). Znacie?

Ja i moja siostra Klara

Szczerze mówiąc, to teraz Piotruś jej słucha, bo nie miałam siły na lekturę po raz sto trzydziesty któryś. Książka trafiła doskonale w gusta mojego młodszego syna, a starszy posłuchał jej i uznał, że to dla młodszych dzieci, co nie przeszkodziło mu testować pewnych zachowań na braciszku – ach, jakby było miło, gdyby Piotrek chciał płacić za przywilej noszenia Tymkowego plecaka.

Bohaterami tej książki jest dwójka rodzeństwa: chłopiec (narrator, czyli ja) i jego siostra Klara, trochę starsza, taka wczesna podstawówka. A to, co bohaterowie robią, u każdego rodzica powoduje przyrost siwych włosów, a u każdego dziecka wywołuje radosne błyski w oku (słucham i pluję sobie w brodę: ja naprawdę pozwoliłam im tego słuchać?). Hmm, testowanie, czy tort na cześć gości nie jest zatruty? Świetna zabawa! Walka ze złodziejem przez wieszanie wiadra wody nad drzwiami? Superpomysł – moje spytały, czy nie wybieram się przypadkiem do teatru! Przefarbowanie jamnika (na szczęście nie mamy) – ekstra! Nauka pływania w wannie? Smarowanie niemowlaka kremem przeciwzmarszczkowym? – da się zrobić! Chłopcy co chwila wybuchają śmiechem (Tymek też, choć oczywiście jest już „za stary” na takie lektury), a przesympatyczni i zwariowani bohaterowie książki rozrabiają dalej. Rozrabiają cudownie, w najlepszym stylu książkowych rozrabiaków i na dodatek tak bardzo prawdopodobnie – jako rodzic jestem w stanie wyobrazić sobie prawie każdą taką sytuację w rzeczywistości. To cudowna książka na smutek i chandrę – nie da się przy niej nie śmiać. Nie da się także nie lubić Klary i jej braciszka – tylko pamiętajcie, żeby ich nie mylić, to bardzo ważne.

Lektura obowiązkowa – tylko później trzeba przez jakiś czas uważnie obserwować, czy i jak zakiełkowały pomysły. Bo to, że zakiełkują jest więcej niż prawdopodobne. Teraz nie pozostaje mi nic więcej, jak znaleźć kolejne części – Piotrek już na nie czeka.

Dimiter Inkiow, Ja i moja siostra Klara, Tatarak 2008

Reklamy

Trudne książki – co to takiego?

Przyjaciele zadali mi pytanie, czy czytam z chłopcami trudne książki. Trudne, czyli jakie? I trudne dla kogo, dla dziecka czy dla rodzica? A na jakim poziomie ma być ta trudność? Zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią, zaczęłam mnożyć pytania. Czy baśnie braci Grimm są trudne? Pamiętam swój zachwyt z czasów wczesnej podstawówki, czytałam je nałogowo (nosiłam wydanie broszurowe w plecaku, serio) i jakoś nie wyrosłam na seryjnego mordercę, choć krew się w nich lała (to była ta wersja z obcinaniem palców w Kopciuszku). Teraz trudna jest dla mnie lektura książek dla dzieci napisanych tak, że mam je ochotę natychmiast wrzucić do pieca i nie umiem, bo nie potrafię zniszczyć książki. Czasami trudność wynika z języka, który jest bardziej hermetyczny, czasami jest związana z zawartością – i tutaj mam wrażenie, że często to sam rodzic wyolbrzymia tę trudność, bo albo chce dziecko chronić za wszelką cenę, albo boi się jego reakcji, albo przekłada swoje obawy na dziecko. Trudne książki to te bardziej wymagające, które nie wpuszczają za łatwo do swojego świata, bo wymagają uwagi i skupienia, a nie rekompensują tego wartką akcją. Są jeszcze książki, które budzą mnóstwo pytań i zmuszają do udzielania niełatwych odpowiedzi i chyba takie są dla mnie w tej chwili najtrudniejsze.

Na przykład te, w których mowa jest o śmierci dziecka. Dlatego trudna była lektura „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren i „Mostu do Terabithii” Katherine Paterson. I oczywiście moi chłopcy mnie zaskoczyli, chyba już powinnam się do tego przyzwyczaić.

„Braci Lwie Serce” czytali już obaj chłopcy – to znaczy dziesięciolatek przeczytał sam, a Piotrusiowi przeczytałam ja.

Bracia Lwie Serce

Podczas lektury przypomniałam sobie własne emocje z dzieciństwa. Było takie słuchowisko w radiu – razem z bratem płakaliśmy jak bobry. Po latach dopiero uświadomiłam sobie, na czym tak płakałam, bo tytuł kompletnie wyleciał mi z głowy. Tymek połknął „Braci” w jeden wieczór i uznał, że to bardzo ciekawa, choć trochę za krótka historia. Piotruś był nią zafascynowany, choć jednocześnie zadawał miliony pytań. Trudnych: o śmierć, o biedę, o choroby i o to, dlaczego chorują dzieci, o życie po życiu i o to, dokąd odchodzą ludzie po śmierci. Tymka bardziej fascynowała Nangijala i Tengil, dlaczego tak strasznie nękał ludzi z Doliny Dzikich Róż, dlaczego Jossi zdradził i czemu ludzie zdradzają. Bałam się, że przesadzam i że Piotruś jest za mały, ale mój młodszy syn od razu po skończeniu książki zażądał ponownej lektury, bo teraz już wszystko wie i może posłuchać jeszcze raz.

Warto czytać „Braci Lwie Serce”, żeby móc potem rozmawiać o odpowiedzialności i dojrzewaniu, nawet jeśli będą to trudne rozmowy. Śmierć i zło zawsze są i będą w świecie, nawet jeśli będziemy bardzo starali się je odrzucić i ochronić dzieci, a mam wrażenie, że fantastyczny świat Astrid Lindgren pozwala je w piękny sposób oswoić, jednocześnie pokazuje jedyny, choć trudny sposób, by ze złem walczyć: przez zaangażowanie i odpowiedzialność.

„Most do Terabithii” Katherine Paterson podsunęłam starszemu, bo jęczał, że nie ma co czytać. Jęczy tak średnio kilka razy w tygodniu.

Most do Terabithii

Przeczytał przez jedno popołudnie, a potem przyszedł i powiedział: wiesz, mamo, całkiem to było fajne. Trochę jak „Bracia Lwie Serce”, tylko dzieje się w tym świecie. Ale Piotrkowi jeszcze tego nie czytaj, nie zrozumie.

Znacie tę historię? W zapyziałej amerykańskiej mieścinie pojawia się dziewczynka – przybysz z innego świata. Leslie jest mądra, błyskotliwa, obyta w świecie, ma rozległe horyzonty, o które dbają jej rodzice – pisarze. Zderzenie ze światem ubogiej amerykańskiej prowincji jest brutalne, a byłoby jeszcze trudniejsze, gdyby nie Jess, chłopiec o talencie i wrażliwości artysty, którego rozumie jedynie pani od muzyki. Dzieci tworzą sobie magiczną krainę, do której uciekają przez światem: Terabithię. Tymek żałował bardzo, że tak wiele dzieje się tu i teraz, a tak mało jest Terabithii, i że ta książka jest tak bardzo smutna. Daje ona dużo siły: do życia dalej po tragedii i do świadomego kształtowania losu swojego i innych, ale koniecznie trzeba o niej porozmawiać. Moje dziecko miało poczucie, że Jess został skrzywdzony, że ktoś (kto?) zabrał mu najpiękniejszy dzień życia, darowując w zamian wyrzuty sumienia. „Most do Terabithii” to dobry pomost do bardziej dorosłych i poważnych książek.

Macie książki, które trudno Wam się czyta z dziećmi? Dlaczego są trudne? A może nie ma takich książek i trudność kryje się w nas?

Astrid Lindgren, Bracia Lwie Serce, Nasza Księgarnia 2004

Katherine Paterson, Most do Terabithii, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom

Wędrówki z dziadkiem po Nikiszowcu

Książkę „Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Nikiszowcu wędrowali” – czyli „Ô tym, kiej Maciek Szpyrka cuzamen ze starzikiym wandrowali po Nikiszu” zdobyliśmy w konkursie organizowanym na FB przez wydawnictwo BIS. Bardzo się z tego cieszę, bo książkę przeoczyłam, a okazała się bardzo, bardzo interesującą lekturą.

Jak Maciek

Piotruś prosił o tę lekturę już kilka razy – no przeczytaj mi o tym Maćku i o tym dziadku.

Może najpierw o samej historii… Magdalena Zarębska napisała prostą i piękną opowieść o miłości, do ludzi i do miejsca. Ciągle szukam właściwego określenia, żeby w żaden sposób tej książki nie skrzywdzić i nie zubożyć. Wydaje mi się po prostu prawdziwa, szlachetna w prostocie, tak jakby trafiła w samo sedno tego, co w relacjach międzyludzkich najważniejsze. Mogę sobie wyobrazić dorosłego Maćka, który patrzy na swoje zdjęcie z dziadkami i snuje tę opowieść. Dla mnie z tej książki bije tęsknota za przeszłością i światem, który minął, a w którym ludzie mieli dla siebie czas. I ten czas bliskości polegającej po prostu na byciu razem, na rozmowach i wspólnych zajęciach został zaklęty na kartach tej opowieści o spacerze dziadka i wnuczka po Nikiszowcu.

Dla chłopaków była to trochę bardziej egzotyczna historia. Nie mają dziadka górnika, więc opowieść o kopalni, fedrowaniu i o dobrym duchu Skarbniku była dla nich bardzo ciekawa. Równie interesujące były jednak wzmianki o tym, jak wygląda dom dziadków. No bo kto jeszcze waży w kuchni składniki na wadze z szalkami? W niewielu domach zostały w kuchniach piece na węgiel. Węglarka to dla Tymka wagon na węgiel.

Nikiszowiec

To ja śmiałam się podczas lektury, że w domu mojej Babci, a ich Prababci stał kiedyś podobny kredens i taka sama waga. Bardzo żałowali, że nie spotkali mojego Dziadka, a ich Pradziadka, który także hodował gołębie – choć nie pozwalał wnuczkom ich karmić. Widoczne dziadkowie z familioków mieli podobne zainteresowania, co dziadkowie z Podlasia. Mam wrażenie, że opowieść o Nikiszowcu broniłaby się sama, nawet gdyby nie była przetłumaczona na śląski.

To tłumaczenie sprawia jednak, że książka jest absolutnym ewenementem i aż chce się prosić o jeszcze. Drogie Wydawnictwo BIS może być tak serię? Marzy mi się opowieść po kaszubsku, po poznańsku, ale by było fajnie! Tłumaczenie tej historii na śląski to strzał w dziesiątkę. Sami posłuchajcie:

Na ścionach a szajderach wszysiscko sie zwyrto. Je sam epne larmo a butel. Bestóż fes ważne som sztajgry. Dowajom pozor na bergmonow, a czasym podpowiedzom, kiej nojlepiyj onaczyc arbajt. – Jezderkusie, jo by sie cykoł fedrować na grubie. Sam je ćmok a oszkliwie!

(A po polsku: Na ścianach i chodnikach wszystko jest w ruchu. Panuje tam wielki hałas i zgiełk. Dlatego tak ważni są sztygarzy. Pilnują bezpieczeństwa górników, a czasem podpowiadają, jak najlepiej wykonać pracę. – Ja bym się bał pracować w kopalni. Ciemno tam i strasznie!)

Nie jest to właściwy zapis gwary, bo w edytorze nie mam odpowiednich czcionek. Robi wrażenie, prawda? Tymek był totalnie zaskoczony, bo nie spodziewał się, że język, którym mówi się w pewnym regionie Polski, jest tak odmienny. Rozbawił go farorz, starka i brify. Spędził nad książką długie chwile, czytając na głos i próbując wymawiać niektóre słowa, tak jak podpowiada tłumacz na śląski, Bernard Kurzawa. A potem szukaliśmy w sieci przykładów różnych gwar i dialektów. U mnie ta książka będzie stała na tej samej półce, co „Cuda Wianki”. Pod względem estetycznym są całkowicie odmienne, ale doskonale się uzupełniają, bo pokazują cudowną różnorodność: motywów, wzorów, kolorów – a także języków (niezależnie od tego, czy nazwiemy je gwarami, dialektami czy językami właśnie).

Prosimy o więcej 🙂

Magdalena Zarębska, Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Nikiszowcu wędrowali, Wydawnictwo BIS 2013

Wirusy i limfocyty, czyli co się dzieje, gdy dopada nas przeziębienie

Chorujemy rodzinnie, zaatakował nas jakiś paskudny wirus. Wiecie, jak to jest: z nosa cieknie, gardło boli, powieki nie chcą się otwierać. Słuchamy bajek, oglądamy filmy, trochę czytamy, choć nie za dużo, bo wysiada mi gardło ku rozpaczy Piotrusia.

Gdy pojawia się w domu jakaś choroba, Piotruś (tak jak kiedyś Tymek) najpierw żąda, żebyśmy obejrzeli odcinek serialu „Było sobie życie”, a potem wyciąga z półek książki Wojciecha Feleszko o rodzinie Nosków i doktorze Florentym Orzeszko i zaczyna się zastanawiać, co nas zaatakowało. O książce „Nóż w palcu. Skaleczenie” już kiedyś pisałam, więc dzisiaj będzie o „Lądowaniu rinowirusów”, bardzo na czasie, i o biegunce (tak, tak o rotawirusach!). Obie wydało wydawnictwo Hokus-Pokus.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów

Kajtek, syn państwa Nosków, dostał w przedszkolu temperatury. Zaatakowały go rinowirusy, które tylko czekały na taką okazję – udało im się przeskoczyć z ręki Jasia. Jaś wytarł nos ręką, a nie chusteczką, ręki nie umył – wymarzone środowisko dla złośliwych mikrobów.

Teraz dygresja: z punktu widzenia rodzica książki Wojciecha Feleszko to świetny materiał dydaktyczny. Wcale nie chodzi o wiedzę na temat wirusów, bakterii czy procesów zachodzących wewnątrz organizmu, choć takich informacji jest tutaj sporo i łatwo je zapamiętać. W obu historiach autor podkreśla, jak ważne są podstawowe zasady higieny – bez moralizowania, jakby przypadkiem. Wszystkie znane mi dzieci, które czytały te książki, zaczynały częściej biegać do łazienki, żeby umyć ręce. Szczególnie dobrze działała na nie opowieść o rotawirusie.

„Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie” to opowieść o zwykłym zaziębieniu, takim jakie dopada właściwie każde dziecko kilka razy do roku. Kajtek także zachowuje się jak typowe dziecko: marudzi, narzeka, nie chce łykać syropu i wpuszczać kropli do nosa. Ma jednak szczęście, że leczy go doktor Orzeszko, który ma ogromny talent do wyjaśniania, dlaczego branie lekarstw jest ważne. W nosie Kajtka opasły Limfocyt, głównodowodzący obrony, walczy z paskudnym Rinowirusem i jego szajką.

Aaaaaaalarm! – wrzasnął – Wstawać, śpiochy i gamonie! Zbierać broń! Jakieś łajdaki dostały się do naszego nosa! To pewnie znowu Rinowirus i jego banda! – ryknął na swoich ludzi. – Baczność! Wymarsz! – zakomenderował, zakładając przez ramię chlebak z czerwonym krzyżykiem i dopinając w pośpiechu pas na wielkim brzuchu.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów

Dla Piotrusia ważna jest główna historia, z której można się dowiedzieć, jak przebiegała batalia, jaką broń dostały limfocyty, gdy Kajtek połknął syrop, co robiły wirusy, aby zwiększyć swoją liczebność. Tymek uważnie czyta wszystkie dodatkowe informacje. Niektóre są zabawne, inne poważne, ale można się z nich sporo dowiedzieć o wirusach i pracy lekarza.

W drugiej książce „Wielki grzmot. Biegunka” Kajtek nie myje rąk po zabawie ze szczurem Maurycym. Biedny nie wie, że szczurek przydźwigał do domu szczurzy skarb, na którym siedziało mnóstwo paskudnych rotawirusów.

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot

Rotawirusy zamieniają żołądek i jelita Kajtka w wielki wirusi plac zabaw. Efekty tych zabaw prawie każde dziecko zna z prawdziwego życia. Na szczęście na miejscu jest dzielny Limfocyt, który na okręcie ORP „Immunoglobulina” wydaje wirusom morską bitwę. Jej efekt nie był jednak przesądzony – przydała się pomoc doktora Orzeszko.

Damy radę – stanowczo oświadczył Doktor Orzeszko. – Wykurzymy je bakteriami! – dodał z tajemniczym uśmiechem, sięgając do swojej torby. […]

Bakterie? – zaniepokoił się tata.  – Czy to aby nie za wiele, dla takiego malucha?

Nie! – ucieszyła się Julka. – Zarazimy go bakteriami, żeby go wyleczyć z wirusów.

Oczywiście wszystko dobrze się skończy. Po lekturze tej książki moje dzieci starannie myły ręce i co jakiś czas przypominały mi, że trzeba myć klamki, myszki (te od komputera) i piloty od telewizora, bo na nich siedzi najwięcej wirusów i bakterii. Tak, tak, takich informacji też się można z tej książki dowiedzieć.

Myślę, że medyczna historia rodziny Nosków nie byłaby tak sugestywna i oddziałująca na wyobraźnię, gdyby nie ilustracje Ignacego Czwartosa.

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot

Jego wirusy są niesamowite. Wyglądają jak banda kosmitów, całkiem odmiennych od tego, co znamy na co dzień. Obraz wirusów przyklejających się do dłoni na długo zapada w pamięć. Obaj moi chłopcy mają swoje ulubione ilustracje, próbowali także sami wymyślać, jak mogłyby wyglądać „najfajniejsze” wirusy. Po lekturze książek wydanych przez Hokus-Pokus podawanie leków jest łatwiejsze i jakoś szybciej się zdrowieje. Być może powinny być sprzedawane w aptekach jako jeden z suplementów diety zwiększających odporność.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie, Hokus-Pokus 2011

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot. Biegunka, Hokus-Pokus 2013

Polski folklor dla dużych i małych

„Cuda Wianki. Polski folklor dla dużych i małych” Marianny Oklejak przydźwigałam z biblioteki. Mamy taką wspaniałą bibliotekę, w której Panie Bibliotekarki dbają, by na półkach szybko pojawiały się nowości i nagradzane książki. „Cuda Wianki” po prostu leżały na półce i kusiły, żeby je obejrzeć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądałam je już kilka razy, za pierwszym razem w pośpiechu, potem spokojniej, zachwycając się kolorem, kompozycją, doborem motywów. To piękna, bardzo przemyślana książka, po którą dziecko raczej samo nie sięgnie…

Żeby wszystko było jasne: zakochałam się w tej książce. Jest cudowna. Nie mogę się od niej oderwać, ale chłopców muszę do niej zaganiać i zachęcać. Za każdym razem, gdy ją przeglądam, myślę sobie, jak ważny w tym przypadku jest rodzic, który podsunie ją dziecku, zachęci do zajrzenia do środka. Nasze dzieci lepiej znają zwyczaje afrykańskie czy indiańskie niż dawne polskie. A teraz można powiedzieć: popatrz, to Polska właśnie. Taka kolorowa, różnorodna, rozśpiewana, zakręcona i fajna. Taka była – a może ciągle jest? Mam wrażenie, że ta książka – chyba nawet w większym stopniu niż inne książki autorskie – wymaga aktywnej współpracy dorosłego z dzieckiem, rozmowy, wspólnego oglądania, badania, pytania, zachwycania się. Ciągam swoich synów po muzeach i skansenach, ale u Marianny Oklejak folklor po prostu żyje i tętni energią, nie jest nudny, jest intrygujący i przyciągający jak magnez.

Chłopcy podeszli z rezerwą, popatrzyli, powiedzieli, że raczej ładne i że obejrzą. Koronki, stroiki i inne buciki ich nie zainteresowały (przecież chłopcy nie interesują się modą – taki archaiczny pogląd prezentują jeszcze moi synowie). Na początku zafascynowały ich przebierańcy. Z narastającym zdumieniem i zadziwieniem oglądali kolędników. I słychać było żal, że prawdziwych kolędników już nie ma, że czasami widać diabła i anioła, a oni by chcieli zobaczyć turonia i gwiazdę kolędniczą, i śmierć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądaliśmy tę książkę z Babcią – dała się namówić i opowiedziała, jak życie na podlaskiej wsi wyglądało tuż po wojnie, a chłopcy słuchali. Niektóre zwyczaje znają w wersji okrojonej: Dziadkowie ciągle urządzają im wojny na pisanki w wielkanocny poranek (sami muszą te pisanki pomalować), w Niedzielę Palmową budzę ich palemką, tak jak mnie budziła prababcia, którą ledwo pamiętam (ale palma bije, nie zabije pamiętam), ale większość brzmi dla nich jak piękna bajka z dawnych lat.

Potem śledziliśmy historię ukrytą na ilustracjach i wycinankach. Podpowiedziałam im tylko, że opowieści są dwie: jedna wesoła, a druga smutna, zamotane ze sobą i się przenikające. I zaczęło się poszukiwanie: mamo, to zagadka. Pewnie, że zagadka: pełna koloru, czarująca wzorami, różnorodnością, radością życia i poszukiwaniem piękna. Jak bardzo ludzie musieli być spragnieni piękna i koloru, jak bardzo musieli być wyczuleni na harmonię barw i kształtów, że udało im się tak pięknie wszystko dobrać, tak cudownie zgrać.

Teraz czekam, aż przyjdzie paczka z naszą własną książką. Niech wycinankowy konik poskacze po naszej półce. Tymek stwierdził, że kolory i wzory w tej książce są piękniejsze niż na ubraniach w skansenie. I właśnie tak ma być. Wielkie podziękowania należą się wydawnictwu Egmont za to, że wydało książkę, która przerabia folklor na baśń i pokazuje, jak pięknie można się nim cieszyć do dziś.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Marianna Oklejak, Cuda Wianki, Wydawnictwo Egmont, 2015

Kto kogo zjada

Pojawia się coraz więcej pięknych i dobrze napisanych książek o przyrodzie. Cieszą oczy dorosłych i dzieci, pobudzają wyobraźnię. Takie tytuły jak „Animalium”, „Inwentarz drzew”, „Inwentarz zwierząt”, „O rety! Przyroda” są na ustach wszystkich, którzy interesują się książkami. U mnie będzie o książce, która już dobrych kilka lat temu zagościła na półce chłopców. Na dodatek była to jedna z pierwszych książek, którą moi synowi znali na pamięć.

Najpierw Tymek, a potem Piotruś przychodzili z książką pod pachą i mówili: wiesz, mamo, był kwiat, i przyszły mszyce, i zjadły kwiat, i przyszła biedronka… Bardzo żałuję, że „Kto kogo zjada” jest niedostępne na półkach w księgarniach, bo świetnie pokazuje, co to jest łańcuch pokarmowy.

Kto kogo zjada

 Tak jak w opowieści moich synów, wszystko zaczyna się i kończy na kwiatku, ale w międzyczasie dzieje się dużo.

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

 Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Przez jakiś czas słowa „i zdechł, bo był bardzo stary” kończyły każdą opowieść synów. Pojawiły się znowu, gdy zaczęliśmy grać w kości-opowieści (story cubes). Tymek opowiadał historię, widać było, że się trochę zaplątał, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech i ze śmiechem dodał: a potem zdechł, bo był bardzo stary.

Książka Aleksandry i Daniela Mizielińskich niczego nie ukrywa ani nie upiększa. Ilustracje są oszczędne, czarno-białe, narysowane trochę „po dziecinemu”, a jednocześnie – gdy przyjrzymy się im bliżej – widać, jak bardzo są dopracowane, mimo iż składają się z samych kropeczek i kreseczek (a może właśnie dlatego). Czcionka nierówna, jakby lekko ponadgryzana. Tekstu nie jest dużo, proste zdania plus kilka informacji naukowych, oznaczonych gwiazdką.

Moje dzieci odczytały przekaz płynący z tej książki od razu: nic w przyrodzie nie ginie, nic się nie marnuje, jeden organizm przekształca się w drugi. W tej historii człowieka nie ma. Mam wrażenie, że ta książka dojrzewa wraz z czytelnikiem, a może to odbiorca dojrzewa, by zobaczyć więcej. Pewne pytania pojawiają się z wiekiem. Piotrusia ciągle jeszcze interesuje tylko to, kto kogo zjada, czy jeż naprawdę może zjeść jajko, a sowa jeża. Tymek pytał o węża z okładki, który zjada własny ogon. Zaczął dopytywać się, gdzie w łańcuchu pokarmowym jest człowiek i sam doszedł do wniosku, że tam, gdzie wilk, ryś, żbik i inne drapieżniki, a może jeszcze wyżej. Im więcej się o tej książce myśli, tym więcej potrafi przyjść do głowy niepokojących myśli i pytań, ale może to już domena dorosłego.

Jedyną wadą tej książki jest sposób klejenia, który nie pozwala do końca rozłożyć kartek i część ilustracji ginie gdzieś na zgięciu. Szkoda. Może kiedyś pojawi się kolejne wydanie, gdzie będzie można podziwiać rysunki w całości.

Aleksandra Mizielińska, Daniel Mizieliński, „Kto kogo zjada”, Znak 2010

Więcej ilustracji można znaleźć na stronie hipopotam studio.

Historia wierszem pisana

To może zacznijmy tak:

Tam, gdzie dzisiaj są pola, 

wioski ludne i miasta,

przed wiekami dawnymi

bór ogromny wyrastał.

Stare dęby szumiały

dziki zwierz mieszkał w lasach.

Posłuchajcie powieści 

O pradawnych tych czasach.

To początek opowieści o Lechu, Czechu i Rusie pióra Czesława Janczarskiego. Czytałam z Piotrusiem wiersze o początkach państwa, o najdawniejszej historii i była to bardzo ciekawa przygoda. Nie macie wrażenia, że kilkadziesiąt lat temu pisano więcej książek wierszem?

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Tę i dwie inne książki Wydawnictwa Łódzkiego znalazłam na półce Dziadków i Piotruś od razu się w nich zakochał. Chyba będziemy musieli je od Dziadków na trochę pożyczyć, bo mój synek codziennie chce słuchać o początkach polskiego państwa. Wszystkie trzy zostały zilustrowane przez Jana Zielińskiego. Styl jego ilustracji, wyrazisty i mocny, bardzo dobrze podkreśla opowiadaną historię. Sprawił także, że wszystkie trzy książki wydają się pochodzić z jednej serii, choć – przynajmniej według katalogu Bibliotieki Narodowej – stanowiły odrębne pozycje.

Historii Lecha, Czecha i Rusa opowiadać nie muszę, bo wszyscy ją znają. Może więc zamiast niej kilka ilustracji Jana Zielińskiego.

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

To najkrótsza z trzech bajek – pisana regularnym siedmiozgłoskowcem. Ma w sobie rytm, który łatwo wyczuć przy głośnym czytaniu, wpada w ucho i sprawia, że ma się ochotę na więcej.

Od Lecha, Czecha i Rusa przeszliśmy do „Starej Kuźni” Igora Sikiryckiego. Wydaje się, że mało kto o nim pamięta, a szkoda, bo jego wiersze bardzo przemawiają do wyobraźni i skrzą się humorem („Orzeszek” wywołał napad głupawki u Piotrusia i jego braci).

Sikirycki, Stara kuźnia

We wsi Stare Karczmiska, 

Niedaleko od Puław, 

Stoi kuźnia, a w kuźni

Mieszka kowal Mikuła.

Ponad dachem dwa dęby

Rozpostarły konary.

Dęby jeszcze zielone,

Chociaż każdy z nich stary.

Kiedy słońce ich korę

Złoci blaskiem porannym,

Drzewa szumią na wietrze

Jak ogromne fontanny.

I wydaje się wtedy, 

Że szumiące listowie

O historii tej ziemi 

Rozpoczyna opowieść.

Historia jednej kuźni to pretekst do opowieści o czasach najdawniejszych, gdy ludzie nie znali jeszcze żelaza. Pierwsze mieczy i noże wykonane z tego kruszcu przybywały wraz z kupcami z dalekich stron i kosztowały majątek. Z czasem jednak pojawił się także nowy rzemieślnik, kuźnik, który potrafił i wytapiać rudę, i wykuwać z niej tak potrzebne narzędzia.

Sikirycki, Stara Kuźnia

W „Starej Kuźni” Igor Sikirycki opowiedział historię człowieka, który po latach wraca w rodzinne strony i musi zapracować na nowe imię. Stracił stare miano, uciekając potajemnie z kupcami przed wielu, wielu laty. Długo dyskutowaliśmy z Piotrusiem o znaczeniu imion i nazwisk. Ciekawa była ta rozmowa, bo szukaliśmy rodowodów naszych imion, a nie było to proste, a potem wymyślaliśmy historie, jak nasi przodkowie zdobyli właśnie takie, a nie inne nazwisko.

Na koniec zostawiłam sobie opowieść najsmaczniejszą, legendę o królu Popielu Anny Świrszczyńskiej.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Hen, przed wiekami, przed dawnymi,

szumiały puszcze w polskiej ziemi.

W tych puszczach wielkich, pięknych, dzikich

żyły niedźwiedzie, łosie, żbiki.

Wśród lasów białe świecą wioski,

gdzie kmiecie orzą łan ojcowski.

Stoi tam sławny gród Kruszwica,

jezioro Gopło wzrok zachwyca.

W Kruszwicy włada przez lat wiele

książę, co zowią go Popielem.

Ma Popiel bogactw w bród,

pije co dzień złoty miód,

ma zbrojnych sług orszaki,

myśliwskie psy i rumaki,

bursztynu pełne komory,

skór drogich i srebra wory.

Skrzy się ten wiersz i mieni, zmienia się metrum wraz ze zmianą bohatera, widać kunszt Anny Świrszczyńskiej. Po lekturze mam wrażenie, że cały utwór rozpisano na trzy głosy: inaczej brzmią opisy, w innym rytmie opowiada się o Popielu, jeszcze trochę inaczej o biednych mieszkańcach okolicznych wiosek. A Piotrusiowi wierszowana legenda spodobała się ogromnie. Musiałam mu wyjaśnić znaczenie kilku wyrazów (komora, gęśle, warzyć), ale słuchał z przejęciem. Długo także zastanawiał się, czy to możliwe, aby myszy kogoś zagryzły.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Warto było grzebać na półce u Dziadków. Szkoda, że Czesław Janczarski został sprowadzony tylko do bycia autorem Misia Uszatka i Wojtka strażaka. Szkoda, że gdzieś przepadły wiersze Sikiryckiego. I na pewno będę szukać innych legend w wersji Anny Świrszczyńskiej, bo napisała ich przynajmniej kilka. Ciągle mi się zdaje, że czytam z chłopcami za mało wierszy, że poezja została gdzieś zepchnięta na drugi plan przez akcję i atrakcję. Te bajki pokazują, że wiersz może wciągać i kusić, migotać i mienić się, a pięcioletnie dziecko nie jest za małe, by za nim podążyć.

Czesław Janczarski, „O Lechu, Czechu i Rusie”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

Igor Sikirycki, „Stara kuźnia”, Wydawnictwo Łódzkie, 1982

Anna Świrszczyńska, „Jak myszy Popiela zjadły”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

 

„Prządki złota” i bajki z różnych stron świata

Dzisiaj wspomnień ciąg dalszy. Wspomnienia wspomnieniami, ale bajki wydawane przez Krajową Agencję Wydawniczą w serii „Baśnie i legendy z całego świata” nadal zachwycają i wzbudzają zainteresowanie. O tym, że seria nazywała się właśnie tak, dowiedziałam się, sprawdzając dane wydawnicze na stronach Biblioteki Narodowej. W dzieciństwie nazywaliśmy je bajkami ze ślimakiem-krasnoludkiem, bo nie mogliśmy się pogodzić, kogo/co przedstawia logo na okładce.

Na półkach dziadków leżą cztery zaczytane książeczki. Dwie z nich należą do ulubionych bajek Piotrusia. Tymek także je uwielbiał, ale teraz twierdzi, że zna je już na pamięć i nie ma ochoty słuchać więcej.

„Prządki złota” w opracowaniu dwóch niezrównanych propagatorek baśni z całego świata, Wandy Markowskiej i Anny Milskiej (przygotowane przez nie bajki zdecydowanie zasługują na osobny wpis) znamy także jako „Lilię wodną”, bo pod takim tytułem można je znaleźć w zbiorze „Bajarka opowiada”.

Prządki złota

Dawno, dawno temu głębokim lesie, w samym sercu puszczy stała mała chatka, w której mieszkała zła czarownica. Więziła ona trzy piękne siostry, porwane w dzieciństwie od matki i ojca. Całymi dniami dziewczęta przędły złote nici, które czarownica przywoziła nie wiadomo skąd. Gdy wyjeżdżała, ostrzegała służki, by z nikim nie rozmawiały i dawała im tyle pracy, że nie miały czasu na sen. Zdarzyło się raz, że do domu prządek trafił młody książę, który zabłądził w lesie w czasie polowania. Najmłodsza siostra nie usłuchała ostrzeżenia czarownicy, tak bardzo podobał jej się młodzieniec. Gdy odjechał, obiecując szybki powrót, dziewczyna z przerażeniem spostrzegła, że jej nici straciły blask. Królewicz rzeczywiście powrócił po ukochaną, ale w bajce wydarza się jeszcze wiele. Młodzi muszą pokonać mnóstwo przeszkód, a wiatrowy czarodziej z Finlandii trafił do grupy najsilniejszych bohaterów mojego młodszego syna. Piotruś może słuchać tej bajki w kółko i ciągle niepokoi się o los młodej prządki i czy uda się tym razem pokonać zły czar. Z wielkim przejęciem ogląda także ilustracje Julitty Karwowskiej-Wnuczak. Na mnie obrazki w tej książce robiły wielkie wrażenie. Widziałam potem różne wydania, ale czarownica z tej bajki wygląda dla mnie właśnie tak, jak narysowała ją pani Karwowska.

Prządki złota

Prządki złota

Drugą książeczką, którą kocha mój młodszy syn, jest „Wdzięczność szczupaka” Aleksego Tołstoja (znowu w opracowaniu W. Markowskiej i A. Milskiej).

Wdzięczność szczupaka

To klasyczna rosyjska bajka o trzech braciach: dwóch mądrych i głupim i leniwym Miszce. Miszka ma jednak szczęście i dobre serce, dzięki temu wszystko mu się udaje: zdobywa i carewnę, i piękny pałac, a nawet nabywa chyba trochę rozumu 🙂 Miszka zdobył sobie wdzięczność czarodziejskiego szczupaka, a było to tak:

Wyrąbał (Miszka) otwór w lodzie, zaczerpnął do wiader wody, odstawił je na bok i patrzy w przeręblę. Zobaczył w wodzie szczupaka; złapał go i mówi:

– Ot, będzie smaczna kolacja.

Aż tu ryba woła ludzkim głosem:

– Miszka, Miszka, puść mnie, rzuć mnie do wody, odwdzięczę ci się stokrotnie.

Śmieje się Miszka i mówi:

– Co mi przyjdzie, jak cię rzucę do wody? Nie, zaniosę cię do domu, oddam bratowej, a ona ugotuje rybnej zupy.

Ale szczupak zaczął błagać:

– Miszka, Miszka, zwróć mi wolność, a zrobię wszystko, o czym tylko zamarzysz. Zobaczysz, że nie pożałujesz.

Miszka się zgodził. Pamiętam z dzieciństwa, że słowa „Na rozkaz szczupaka, moja wola taka” przez długi czas towarzyszyły naszym zabawom. Prawie tak jak hokus-pokus i abrakadabra.

Ilustracje do tej bajki do dzieło Danuty Imielskiej-Gebethner i są bardzo udane. To jakby bajka rosyjska w pigułce.

Wdzięczność szczupaka

Wdzięczność szczupaka

Część ilustracji w tej serii była czarno-biała. Ze zdumieniem odkryłam, że upiększyliśmy je, czego w ogóle nie pamiętałam. Staranność naszych prac wskazuje jednak, jak ważne były to dla nas książki.

Wdzięczność szczupaka

Prządki złota

Na półce są jeszcze dwie książki. „Lech, Czech i Rus” autorstwa Ewy Szelburg-Zarembiny z ilustracjami Janusza Towpika oraz „Złota Kaczka” Artura Oppmana z ilustracjami Zofii Darowskiej.

Lech, Czech i Rus

Złota kaczka

Pomyślałam sobie właśnie, że chętnie kupowałabym podobne bajki dla moich synów. Piękna jest seria baśni wydawanych przez Media Rodzinę, ale myślę raczej o cieńszych i tańszych książeczkach, które przybliżałyby dzieciom baśnie z różnych stron świata. Może jakiś wydawca się skusi.

O kotkach, pieskach, myszkach i innych bohaterach

Ten tydzień na blogu będzie sentymentalny. Chłopcy spędzają ferie u dziadków i buszujemy po półkach w ich bibliotece. Co jakiś czas wyrywa mi się okrzyk radości, bo odkrywam jakiś skarb z dzieciństwa. Podglądam, jak reagują chłopcy na książeczki sprzed lat. Przypominam sobie swoje własne wczesnodziecięce, czytelnicze wzruszenia, pamiętam, jak wyrywaliśmy sobie książki z rąk (ktoś jeszcze kochał „Czarne okręty” Joe Alexa?). Stan wielu tomów wyraźnie wskazuje, że przeszły przez kilka rąk – było nas w domu pięcioro i wszyscy zaraziliśmy się od rodziców bakcylem czytania.

Na początku będzie o literaturze rosyjskiej/radzieckiej dla dzieci. Nie ma teraz takich książek na półkach w księgarniach. Znajomy pracujący w branży wydawniczej opowiadał mi, że rynek książki (czytaj: praw autorskich) w Rosji jest tak nieustabilizowany, że wydawcy nie chcą ryzykować. A ja z sentymentem oglądam książeczki z mojego dzieciństwa. Nie chciałabym wrócić do tamtych lat. Nie da się jednak ukryć, że książki mające jakieś związki z byłym Związkiem Radzieckim bardzo wyróżniały się w księgarni.

Z Piotrusiem czytamy książki wydane przez Biuro Propagandy Radzieckiej Sztuki Filmowej (to prawdziwa nazwa, nie pomyliłam się). Książki są prześliczne. Nawet teraz, gdy są bardzo zniszczone, widać, że musiały wyróżniać się kolorem i ilością ilustracji. Nie pamiętam, żebym oglądała takie bajki w telewizji, ale książki pamiętam bardzo dobrze. Naszą ukochaną książką była opowieść o myszce Pik. Bardzo „intensywnie” ją czytaliśmy – każda kartka jest właściwie osobno, postrzępione brzegi. Gdy jednak zadałam rodzeństwu pytanie o myszkę Pik, wszyscy się uśmiechali i mówili: „pamiętam”.

Myszka Pik

Myszka Pik to mała myszka badylarka. Kiedyś złapała ją dwójka rodzeństwa, chłopczyk i dziewczynka. Dzieci wyprawiły myszkę w podróż łódką z kory i tak zaczęła się jej przygoda. Spotkała trzmiele, łoś zniszczył jej norkę, polowała na nią sowa – w końcu trafiła do domu tego samego rodzeństwa.

Myszka Pik

Myszka Pik

Bajka oczywiście kończy się dobrze, a Piotrusiowi historia małej, dzielnej myszki, która lubiła grę na fujarce, spodobała się ogromnie. Ogląda obrazki, prosi o ponowne czytanie, mógłby jej słuchać bez końca. Coś w tej historii przemawia do dzieci, do ich wrażliwości i chęci pomagania. Mój synek bardzo współczuł myszce i bardzo chciałby jej pomóc.

Kolejną bajką, którą ogromnie lubiliśmy i która przypadła do gustu mojemu synowi, było „Na ratunek”.

Na ratunek

Piotruś bardzo przeżywał historię zwierzątek, które wyruszyły na ratunek przyjacielowi. Wiewiórka przyniosła alarmującą wieść: niedźwiedź porwał zająca. Prosi przyjaciół, by pomogli jej uratować zająca, a reakcje wcale nie są oczywiste.

Hej, bobrze – zawołała wiewiórka. – Chodź z nami ratować zająca!

– Przed kim? – zapytał bóbr. 

– Przed niedźwiedziem. – wyjaśnił borsuk drżącym głosem.

– Taak. – zawahał się bóbr.  – A może ten zając sam sobie winien, może pierwszy zaczął?

– Co zaczął? – zdziwiła się wiewiórka.

– Coś tam pewnie zaczął. – odburknął bóbr. 

Na ratunek

Na końcu okazuje się, że zającowi nic nie grozi, ale serce Piotrusia skradła pewna myszka, która była najdzielniejsza ze wszystkich. Mój synek bardzo dobrze się bawił przy tej bajce.

Bajek było jeszcze kilka, ale chyba mniej się podobały, bo są w lepszym stanie, choć zniknęły im okładki 🙂

Lubiliśmy historię o zwariowanych, niegrzecznych małpkach:

Małpki

i o przemądrzałym jajku-kurczaczku:

Kurczątko

Absolutnym hitem okazały się jednak „Bajeczki z obrazkami” Władimira Sutiejewa z ilustracjami autora (Wydawnictwo Lubelskie, 1990). Mój brat przyznał się, że bardzo lubił tę książkę i Piotruś także ją pokochał.

Bajeczki z obrazkami

Jest to zbiór trzynastu krótkich opowiadań bardzo bogato ilustrowanych. To tak, jakby trzynaście książeczek dla dzieci umieścić w jednym tomie. Pod każdym obrazkiem jest niewiele tekstu, za to obrazki są szczegółowe i bardzo ładne. Piotrusiowi podobała się historia trzech kotków: białego, szarego i czarnego:

Bajeczki z obrazkami

A potem uznał, że cała książka podoba mu się bardzo. Chyba nie ma prawa nie podobać się pięciolatkowi.

Bajeczki z obrazkami

Bajeczki z obrazkami

Bajeczki z obrazkami

Bardzo żałuję, że nie można znaleźć tej książki na półkach księgarni, bo sądzę, że przebojem zdobyłaby serca maluchów.

Macie jakieś ulubione książki z dzieciństwa?

Tęsknota za Olimpem i boską mocą

Zbierałam się do tego wpisu dość długo. Tymek łyknął pierwszą serię książek o Percym Jacksonie już jakiś czas temu, ale zachwyt nad nimi ciągle trwa. Pierwsza seria wydaje się być przeznaczona dla trochę młodszych czytelników niż druga i mój syn nie mógł się od tych książek oderwać.

Percy Jackson - cała seria

Teraz pochłania kolejne tomy „Olimpijskich herosów” (kontynuacji serii), co oznacza, że czasami w wolne dni muszę go siłą wyciągać z łóżka (jeszcze tylko kilka stron, mamo!), chyba że natrafi na jakiś mniej wciągający fragment. To jednak nie wszystko: moje dziecko z zapałem zgłębia tajniki greckiej (a teraz i rzymskiej) mitologii. Przy okazji lektury książek Ricka Riordana Tymek przeczytał mitologię w opracowaniu Wandy Markowskiej, „Przygody Odyseusza” Jana Parandowskiego i wrócił do „Mojej pierwszej mitologii” i „Opowieści z zaczarowanego lasu” Niedawno tworzył wykresy porównujące bogów greckich i rzymskich i zastanawiał się, ile musiało być boginek drzew, lasów i strumyków. Na dodatek zażądał ode mnie „Iliady”, ale pod ręką było tylko tłumaczenie Dmochowskiego. Zajrzał i stwierdził, że może innym razem. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że lektura Percy’ego przyniesie takie efekty.

Pierwszą książką z serii, w której poznajemy Percy’ego i dowiadujemy się, dlaczego jest niezwykły, jest „Złodziej pioruna”.

Rick Riordan, Złodziej pioruna

Percy ma dwanaście lat. To trudny wiek. Czas, gdy zaczynają pojawiać się pryszcze, a świat przestaje być przyjazny. Harry Potter dowiedział się, że jest niezwykły w swoje jedenaste urodziny, dzieci ze „Spirit Animals” w wieku jedenastu lat są poddawane próbie, jedenaście lat ma Seth z „Baśnioboru”. Pewnie można by znaleźć więcej przykładów, że we współczesnej literaturze dla dzieci czas między dziesiątym a trzynastym rokiem życia wydaje się być szczególny. To czas przełomu i budzenia się świadomości, odkrywania, kim się naprawdę jest.

Na początku książki Percy mówi:

Wiecie co, wcale nie chciałem być herosem półkrwi. Nie prosiłem się o to, żeby być synem greckiego boga. Byłem zwyczajnym dzieckiem: chodzącym do szkoły, grającym w koszykówkę i jeżdżącym na rowerze. Nic szczególnego. Dopóki przez przypadek nie wyparowałem nauczycielki matmy. Wtedy się zaczęło. Teraz zajmuję sie walką na miecze, pokonywaniem potworów, w czym pomagają mi przyjaciele, a poza tym staram się po prostu przeżyć. 

Rick Riordan ożywił świat znany z mitologii (jest to chyba jego sposób na pisanie i bestseller). Greccy bogowie ciągle żyją, a Olimp znajduje się tam, gdzie bije serce cywilizacji, czyli – oczywiście – w Nowym Jorku. Bogowie nie tylko nie zniknęli, ale tak samo jak kiedyś zakochują się w śmiertelnikach lub śmiertelniczkach i mają z nimi dzieci. Właśnie one są herosami półkrwi i są narażone na niebezpieczeństwo, które wzrasta, gdy wkraczają w okres dojrzewania. Wtedy jednym ratunkiem jest ucieczka do obozu herosów, bezpiecznego azylu, w którym mogą nauczyć się, jak walczyć i jak przetrwać. Percy, syn Posejdona, ma jeszcze trudniej – Zeus uważa, że ukradł jego piorun i musi szybko udowodnić swoją niewinność. Do głosu dochodzą także wrogowie Olimpu, a młodzi herosi znajdują się w samym środku wydarzeń.

Książkę czyta się bardzo szybko. To wciągająca lektura – zrozumiałam fascynację Tymka, gdy sama do niej zajrzałam. Akcja jest wartka, postacie wyraźnie zarysowane i ciągle coś się dzieje. Odniesień do mitologii jest tutaj mnóstwo: w kolejnych książkach pojawiają się prawie wszyscy greccy bogowie, centaury, satyry, cyklopi i tytani, Dedal i Minotaur. Historia Percy’ego i kilku jego przyjaciół spaja wszystkie części, pokazując, jak ważna jest przyjaźń i że nawet bogowie mogą się czegoś od ludzi nauczyć i do czegoś ludzi potrzebować (niby wiemy to już od czasów starożytnych). Pierwszą serię bez oporów poleciłabym już dziewięciolatkom – jeśli lubią grube książki. Druga seria jest jeszcze grubsza i przeznaczona dla trochę starszych – Tymek czyta ją z zapałem, choć przyznaje, że wszystkie rozterki miłosne bohaterów nie za bardzo go interesują. Mam wrażenie, że obozem herosów by nie pogardził i chętnie przygarnąłby jakiegoś dziadka lub rodzica z olimpijskim rodowodem. Dla mnie to lektura na miarę Harrego Pottera, równie wciągająca. Film można obejrzeć, ale książki są zdecydowanie lepsze – Tymek stwierdził, że to całkiem inna historia.

Rick Riordan, Percy Jackson i bogowie olimpijscy, Galeria Książki 2009