Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Reklamy

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Janosz

Informacja, że będzie kręcony film o Janoszu, sprawiła, że wyciągnęłam z półki jego książki. Dawno do nich nie zaglądaliśmy, a przecież „Panama” to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Zaczytywaliśmy się kiedyś razem przygodami Misia i Tygryska, a bandażowanie stało się naszym sposobem na smutek. Piotr zresztą od razu przejął książkę i zaczął czytać swoją ulubioną historię, czyli „Ja ciebie wyleczę, powiedział Miś”, śmiejąc się tak samo, jak za pierwszym razem. Mało ostatnio Janosza na księgarnianych półkach.

Mam wrażenie, że Janosza albo się lubi, albo nie. Obok jego książek nie da się przejść obojętnie. Nasza przygoda z tym autorem i jego książkami zaczęła się od małego skandalu. „Świerszczyk muzykant i kret” to wariacja na temat znanej chyba wszystkim bajki o świerszczyku-lekkoduchu, który przez całe lato muzykuje, a zimą przymiera głodem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

U Janosza jest tak samo, a jednak trochę inaczej. Jego Świerszczyk jest kobietą, co wywołało gwałtowny sprzeciw Babci. Malutki Piotruś poprosił o lekturę swojej ulubionej książeczki, Babcia przeczytała, a potem wygłosiła rodzicom kazanie. No właśnie, Janosza się albo lubi, albo nie — dorośli miewają z nim problemy, dzieci raczej nie.

Był sobie raz Świerszczyk, który

przez całe lato wciąż tylko grał

na swoich skrzypeczkach.

Dla własnej przyjemności

i małym polnym zwierzątkom

do tańca.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

Zimą biedny Świerszczyk chodził od domku do domku, szukając schronienia i pomocy. Poszedł do Żuka Jelonka, do bogatej Myszy — wszyscy go wyrzucali. No bo jak to? Bezdomny próżniak, całe lato tylko rzępolił… — mam wrażenie, że słowa Jelonka i Myszy nie straciły swojej mocy, nadal przejmują mnie dreszczem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W końcu Świerszczyk trafia do Kreta, który ma troszkę krótki wzrok i całkiem ślepe oczy. Krecik chętnie przyjmuje bezdomnego — i tutaj zaczyna się problem. Janosz odwraca sens bajki. Kret nie stara się Świerszczyka „naprawić”, wykazać mu brak rozsądku, nauczyć rozwagi. Takich wątków szukajcie w klasycznej wersji bajki. Kret bowiem przyjmuje Świerszczyka takim, jakim jest. Nie próbuje go/jej zmieniać, ale cieszy się jej towarzystwem i raduje, że może słuchać muzyki. Bo – jak mówi Janosz, ten, kto źle widzi, ten bardzo lubi słuchać muzyki.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W norce Kreta zapanowała idylla, pięknie zilustrowana przez autora. Kret i Świerszczyk bardzo się lubią. Cenią swoje towarzystwo i to, co mogą sobie dać. Janosz daje swoim bohaterom wolność i prawo do błędów. Pozwala im zostać takimi, jakimi są. A że Babcia dopatrzyła się w tej idylli niestosownych treści. No cóż!

Potem przywędrowała do nas „Panama”. I do razu stała się hitem.

Janosz, Panama

Piotrek polubił rozważnego Misia i szalonego Tygryska. Na kartach książki przewija się wielu ich zabawnych znajomych, Zając w szybkobieżnych butach, Lew w niebieskich porciętach, Ciocia Gąska z gęsim winkiem. Miś i Tygrysek czasami zdają się bardzo mali i dziecinni, czasami zachowują się jak nastolatki, czasami jak dorośli, ale trudno nie czuć do nich sympatii. Każda z historyjek ma szczęśliwe zakończenie, ale nie jest to klasyczny happy end. Gdzieś w tle dziecko dowiaduje się, jak ważna jest przyjaźń, że skarbem czasami jest to, co mamy na wyciągnięcie ręki, a mityczna kraina szczęśliwości może znajdować się właśnie tu, gdzie jesteśmy.

Janosz, Panama

Mnóstwo w tych historyjkach dowcipu, czasami podszytego ironią i melancholią. Jak jednak nie lubić bohaterów, którzy tak cudownie potrafią się o siebie troszczyć? I czy można nie podziwiać doktora Żabiego Skrzeka, którzy tak szybko zdiagnozował, na co cierpi Tygrysek?

Janosz, Panama

A na koniec mój ulubiony dialog:

No, to teraz zamów sobie twoją najulubieńszą potrawę — powiedział Miś, kiedy byli już sami w domu. — A ja ci ją ugotuję.

— Pstrąg w migdałowym sosie z grzankami! — wykrzyknął Tygrysek.

— Wymyśl coś innego — rzekł Miś.

— Makaron jajeczny z migdałowym sosem i grzankami — zaproponował Tygrysek.

— Wymyśl jeszcze coś innego — nalegał Miś. — Powiedz wreszcie: rosołek!

Życzę Wam najsmaczniejszych rosołków i dużo radości z czytania Janosza, jeśli go jeszcze nie znacie.

PS. Podczas jednego z pobytów w Polsce Janosch, urodzony w Zabrzu, poprosił, żeby używać polskiej wersji jego pseudonimu, stąd Janosz.

 

Janosz, Panama, tł. Emilia Bielicka, Znak 2011

Janosz, Świerszczyk muzykant i Kret, tł. Emilia Bielicka, Znak 2006

 

Lubicie duchy?

Piotruś bardzo lubi straszydła. Lubi duchy, strachy, yeti, wilkołaki, wampirki i zombiaki — książka z potworami od razu przyciąga jego zainteresowanie. Nie może być straszna (szukamy raczej przyjaznych straszydeł), ale bohaterski duch od razu wzbudza jego sympatię. Na przykład taki, jak Kostek.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka przywędrowała do nas z biblioteki. Teraz mam problem, bo dziecko odmawia oddania bibliotecznego egzemplarza, dopóki nie będzie miało własnej. „Mamo, muszę ją mieć, a najlepiej od razu kup wszystkie trzy części”. Tak zaczyna się książkoholizm.

Początki naszej znajomości z Kostkiem wcale jednak nie wyglądały tak różowo. Kostek, a właściwie Żywokost, to piesek Dusi, córki lordów Pepperów, właścicieli Pechowej Woli. Poznajemy go w chwili śmierci, gdy z żywego psa zamienia się w ducha. Kostek staje się duchem-pupilem — to najbardziej bohaterski, odważny i przywiązany do ludzi typ ducha. Pupil zrobi wszystko, by ochronić swojego pana i jego dom. Ta część lektury była dla nas najtrudniejsza. Piotruś z trudnością przełknął scenę śmierci psa i opisy rozpaczy Dusi. Dużo rozmawialiśmy, ale w naszym przypadku ten fragment zdecydowanie nie nadawał się do czytania przed snem. Nie jest drastyczny ani przerażający, po prostu Piotr potrzebował czasu i rozmowy, by uporać się z tematyką odchodzenia, starości i żalu po stracie wiernego zwierzęcego przyjaciela.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Po śmierci Kostek odkrył, że nie jest jedynym duchem w Pechowej Woli. Spotyka innych pupili — domostwo należy do Pepperów do wielu stuleci — gąsiora Gabriela, zająca Walentego, zwariowaną małpkę Orlando i chomika Marcina. Wszyscy są duchami, niektórzy już od wielu stuleci. Jest jeszcze pajęczyca pani Jones — czarny charakter wśród duchów. Pupile stworzyły S.O.S — Stowarzyszenie Opiekunów Spirytualnych (hi, hi, bardzo podoba mi się koncept tłumaczy), ale tak naprawdę niewiele muszą robić. Co prawda Pepperowie są ekscentryczni i bardzo biedni, ale swoim spirytualnym opiekunom nie sprawiają kłopotu. Czasami trzeba naprawić deskę do prasowania, innym razem wyłowić pilota do telewizora z pojemnika na chleb czy znaleźć klucze, które roztargniony lord Pepper położył w dziwnym miejscu. Duchy trochę się nudzą, choć niestrudzony Gabriel bardzo stara się zapewnić im rozrywkę (nie ma to jak dyskusja na temat wiekopomnego dzieła pt. Wielka księga nawozu). Wszystko jednak się zmienia, gdy na scenie pojawia się Nora Pacyna i Kryspin Ozgrozzo. Duchy będą miały pełne ręce, skrzydła i łapy roboty.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka Claire Barker rozkręca się powolutku. Początki wcale nie zapowiadają dramatycznego finału, gdy nagle wszystko zaczyna się dziać naraz. Sporo tutaj humoru: Pepperowie są naprawdę ekscentryczni, duchy zabawne, a walka z natrętami wywoływała u Piotrusia wybuchy śmiechu.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Fragmenty śmieszne przeplatają się z dramatycznymi i takimi, przy których młody czytelnik zamiera i — już teraz natychmiast — chce wiedzieć, co będzie dalej. To zgrabnie napisana opowieść o odwadze, odpowiedzialności, przyjaźni i wierności, która jest silniejsza niż śmierć. Mój syn nie może się doczekać, kiedy zaczniemy kolejną część. I cały czas się zastanawia, co autorka mogła wymyślić, skoro już pokonano wszystkich wrogów. Koniecznie musimy się tego dowiedzieć.

 

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata, il. Ross Collins, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina 2016

Pax, czyli pokój

Wróciliśmy z wyjazdu do Dziadków. Ulepiliśmy kilka bałwanów i jedną lamę, zbudowaliśmy pół igloo, podziwialiśmy bażanty, karmiliśmy sikorki. Piotr nurkował w śniegu, przekopywał się przez zaspy i co kilka kroków produkował na podwórku „orzełki”.

Przeczytaliśmy też kilka książek. Jedną z nich Tymek połknął pewnego poranka, a potem zapytał się, czy też byłam wzruszona. Musiałam przeczytać.

Sara Pennypacker, Pax

Na pewno zetknęliście się z tym tytułem. „Pax” Sary Pennypacker (Wydawnictwo IUVI) pojawiał się w różnych zestawieniach, zdobył kilka wyróżnień. Czasami porównywany jest do „Małego Księcia” (no przecież chłopiec i lis, więc jak nie porównywać?), choć nie sądzę, by miało to większy sens. To mądra książka, która spokojnie obroni się sama.

„Paxa” można czytać na wielu poziomach. Jest to powieść drogi, opowieść o przyjaźni i o odkrywaniu siebie, historia o odpowiedzialności, traktat o wojnie… Pewnie takich „dużych” tematów znalazłoby się jeszcze kilka. Wszystko zostało  opakowane w prostą i ujmującą historię Petera, chłopca po przejściach, i Paxa, lisa wychowanego przez Petera.

Początek tej opowieści jest naprawdę mocny. Scena rozstania chłopca i lisa działa na emocje i myślę, że dla młodszych dzieci może być bardzo trudna. Gdzieś pod skórą zaczynamy czuć niepokój, że coś jest nie tak, że jesteśmy postawieni przed pytaniami, na które chyba wolelibyśmy nie odpowiadać, że musimy „zobaczyć”, choć wolelibyśmy odwrócić wzrok. Pewien niepokój zostaje z nami do ostatniej strony, a autorka nie serwuje nam prostego happy endu.

Sara Pennypacker, Pax

Narracja prowadzona jest z dwóch punktów widzenia: w niektórych rozdziałach widzimy świat oczami Paxa, uczącego się na nowo, jak być dzikim i jak przetrwać. W tych fragmentach widać fascynację Sary Pennypacker światem dzikich zwierząt i jej wiedzę o lisach. „Pax” to nie jest książka przyrodnicza, ale Sara Pennypacker ma chyba podobną wrażliwość na naturę, co Peter Wohlleben. Jej zwierzęta czują, porozumiewają się, współczują, cierpią — są jednak zwierzętami, a nie tylko odbiciem ludzkich cech. Inne rozdziały opowiadają historię Petera. Chłopiec ciągle nie uporał się z poczuciem winy za coś, czego nie zrobił, i ucieka przed emocjami, szczególnie mocno boi się złości. Tęskni, cierpi, wstydzi się. Jego wędrówka „do Paxa” będzie także wędrówką ku dorosłości i dojrzałości. Pomoże mu w tym Vola, okaleczona dziwaczka mieszkająca na odludziu. A on pomoże jej.

Ech, pewnie wszystko, co piszę brzmi dziwacznie, ale bardzo staram się nie zdradzić Wam całej historii. Sama warstwa fabularna jest dość prosta, ale dużo dzieje się pomiędzy. Są w tej powieści fragmenty, które wbijają w krzesło. Vola cierpi na zespół stresu pourazowego, została okaleczona w czasie poprzedniej wojny. Opis tego, jak wracała do życia, jest naprawdę przejmujący. Chwilami miałam wrażenie, że wszystkiego jest w tej książce „za dużo”, ale jednocześnie właśnie zderzenie ludzi (i zwierząt) po przejściach sprawiło, że po lekturze „Paxa” ma się ochotę pomilczeć, a potem porozmawiać. Mocno zarysowane postacie Petera i Voli oraz Paxa zapadają w pamięć. Poboczni bohaterowie są tylko naszkicowani kilkoma kreskami, widzimy ich zachowania i nawyki, a lisy są dużo bardziej wyraziste niż ludzie.

Sara Pennypacker, Pax

 

Zastanawiałam się z Tymkiem, czy „Pax” nadawałby się na lekturę szkolną. Ech, ile tutaj tematów. Choćby taka odpowiedzialność — która odpowiedzialność jest ważniejsza? Za ojczyznę? Za dziecko? Za bezbronną istotę, która nam zaufała i którą wyrwaliśmy z jej środowiska? To może drugie pytanie. Jaka jest cena wojny? I dlaczego tak niechętnie o niej mówimy? Czy wojna to choroba? Można rozmawiać i rozmawiać. Tymek uznał, że książka może i by się nadawała, ale jest smutna. A nikt nie chce smutnych książek. Chyba boimy się smutku. U Sary Pennypacker ten smutek niesie jednak nadzieję. Bo na szczęście czasami jabłko pada bardzo daleko od jabłoni.

„Pax” został zilustrowany przez Jona Klassena (pamiętacie „Gdzie jest moja czapeczka?). Obrazki przykuwają wzrok i naprawdę szkoda, że nie ma ich więcej.

 

Sara Pennypacker, Pax, il. Jon Klassen, tł. Dorota Dziewońska, IUVI 2016

Kacper i Emma

Najpierw był film. Cała klasa Piotrusia poszła do kina na „Magiczne święta Kacpra i Emmy”. Po powrocie ze szkoły Piotruś mówił i mówił, i mówił, i mówił. Cały czas o filmie. O tym, jaki jest fajny, mimo że z aktorami. I że chciałby mieć takich przyjaciół jak Kacper i Emma. Że wszystko mu się podobało, że chciałby zobaczyć inne filmy. To trwało kilka dni, aż w końcu ojca tknęło i postanowił sprawdzić, czy aby nie ma książki. Okazało się, że „Karsten og Petra” Tora Åge Bringsværda to seria bardzo popularna w Norwegii. Matce udało się w Polsce znaleźć tylko jedną książkę „Kacper i Emma — najlepsi przyjaciele”  (Czarna Owieczka). Piotruś znalazł ją pod choinką.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Tak prawdę mówiąc, to mój syn jest już trochę za duży na tę książkę. Kacper i Emma mają po cztery lata, poznają się w przedszkolu, dla obojga jest to nowe miejsce. W tomie zebrano trzy pierwsze historie z serii — jedna jest o Kacprze, jedna o Emmie i jedna o nich obojgu. Nawet trochę żałowałam, że ta książka nie trafiła do nas wcześniej, bo jako przygotowanie do przedszkola sprawdza się rewelacyjnie.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Piotr wcale nie uważa, że jest na opowieści o Kacprze i Emmie za duży, choć chciałby wiedzieć, jak im się wiedzie w szkole. To jedna z niewielu książek, którą mój syn przeczytał od razu od deski do deski. Zajęło mu to tylko chwilę, bo tekstu nie jest dużo. A jak skończył, natychmiast zaczął czytać od początku.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

Powiedziałabym, że ta książka jest bardzo skandynawska w umiejętności pokazywania dziecięcych uczuć i rozterek. Tor Åge Bringsværd prostym językiem pokazał lęk przed rozstaniem, strach przed  nowym miejscem, początki przyjaźni, radość z odnalezienia w przedszkolu kogoś, kogo się lubi. To zwykłe sytuacje, tak czasami banalne dla dorosłego, i tak trudne dla dziecka. Trzy  historyjki, które aż proszą się o rozmowę: o nieśmiałości, o lęku, o bliskości. Świetne.

Bardzo jestem ciekawa, jak rozwija się ta seria i jak zmienia się wraz z dorastaniem Kacpra i Emmy, bo to jedna z najlepszych książek o początkach przedszkola, jakie spotkałam. Naprawdę warto do niej zajrzeć, tym bardziej że kosztuje teraz w wydawnictwie mniej niż 10 zł.

Kacper i Emma - najlepsi przyjaciele

 

Tor Åge Bringsværd, Kacper i Emma — najlepsi przyjaciele, il. Anne G. Holt, tł. P. Horbowicz, Czarna Owieczka 2014

 

Zapraszamy do Raju

Wiem, wiem, powinno być podsumowanie roku 🙂 Ale nie będzie, choć ten rok był obfity w lektury. Mam za to dla Was propozycję lekturową na Nowy Rok — i wcale nie chodzi o książkę, która przed chwilą pojawiła się w księgarniach.

Też macie wrażenie, że ulegliśmy kultowi nowości i gonimy za świeżynkami? Książki znikają z księgarskich półek i z naszej pamięci, jedna goni drugą, a każda jest cudowna, fantastyczna, godna podziwu, wspaniała i po prostu trzeba ją mieć? Nawet nie przeczytać, ale mieć. Bardzo się cieszę, że wychodzi tyle ciekawych książek dla dzieci, ale mam kilka „ale”. Po pierwsze, nie da się tego wszystkiego przeczytać, a nawet czasami obejrzeć i dotknąć. Po drugie, w natłoku „tych najlepszych, które każdy musi mieć” giną czasami książki naprawdę ważne i wartościowe, które warto przeczytać, a może i o nich potem pomyśleć. Po trzecie, coraz rzadziej sięgamy do książek już przeczytanych, bo stos „nowych” zatrważająco szybko rośnie. I chyba zaczyna nam brakować czasu na przemyślenie tych wszystkich nowych lektur. Przyznaję, że nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Może nie trzeba sobie radzić? Może to po prostu znak naszych czasów, że coraz bardziej przyspieszamy, nawet w lekturach? Nie wiem, ale życzę Wam i sobie w Nowym Roku dobrych, niespiesznych i mądrych lektur, takich, które zostaną z Nami na długo.

A teraz obiecana książka, a raczej dwie. Zapraszamy na osiedle Raj.

Przygody w Raju

Zakamarki zaczęły wydawać przygody Zlatka i Bezy w 2014 r. Wyszło pięć części, dwie pierwsze trafiły do Piotrusia w Mikołajowym worku.  Ich autorką jest Moni Nilsson, która stworzyła także postać Tsatsikiego — na pewno go znacie. „Przygody w Raju” są przeznaczone dla młodszych czytelników, dużo tutaj obrazków, mało tekstu, ale za jest to tekst, na który warto zwrócić uwagę.

Przygody w Raju. Najlepsi przyjaciele

Nie wiem, jak Moni Nilsson to robi, ale jej prosty tekst jest prosty, a jednocześnie pełny, mądry, bogaty…. Możecie sobie wpisać różne przymiotniki. Moni Nilsson opowiada o świecie z perspektywy dzieci, ale nie jest to tylko świat dzieci. To współczesny świat z mnóstwem odcieni. Posłuchajcie tylko:

Piłka leży tuż przy nodze Zlatka. Wszyscy gapią się na niego. Ella i Aya zatrzymują swoje rowery. Hassan i Hasse przerywają grę. Śruba przestaje kląć i szukać w koszu puszek. Fatima wychyla się z balkonu. Tatuażysta wychodzi ze swojego studia. Jego tatuaże lśnią w słońcu . Zapada cisza.
W kilku krótkich zdaniach Moni Nilsson potrafiła pokazać świat osiedla Raj: różnorodny i różnokulturowy. Zlatan nie ma tutaj prostego życia — nie lubi i nie potrafi grać w piłkę, a to prawdziwe przekleństwo dla chłopca, którego ojciec i bracia kochają futbol. Świadectwem tej miłości są chociażby imiona: Diego, Ronaldo i Zlatan. Na szczęście na osiedle wprowadza się Beza. Ona i Zlatko zaczynają stanowić nierozłączną parę.

Przygody w Raju. Anioły, ciastka i wypadające zęby

Te cieniutkie, bogato ilustrowane przez Elin Lindell książeczki opowiadają o codziennym życiu: o przyjaźni, rodzinie, akceptacji, wrażliwości, rodzeństwie. Czasami są to sprawy bardzo ważne, czasami błahe. Widać tutaj dziecięcą wyobraźnię i wiarę w magię — cudowna jest opowieść o kupowaniu ciastek. Codzienność siedmiolatka to odkrywanie swoich uczuć, uczenie się, że inni też czują, dowiadywanie się, jak należy postępować, ale także przekraczanie granic czy delikatne mijanie się z prawdą (nie mylić z oszukiwaniem). Piotruś i moja bratanica połknęli te książeczki od razu i natychmiast zapragnęli dalszych części. Szwedzka rzeczywistość Zlatka i Bezy okazała się bardzo bliska polskiej: u nas też można spotkać ludzi grzebiących w śmietniku, na osiedlach grasują chuligani, a miła pani Ela w osiedlowym sklepiku potrafi dołożyć lizaka do zamówienia, całkiem jak Ali. I chyba każde dziecko chciałoby zanurzyć dłonie w niebie.

Opowieści o przygodach Bezy i Zlatka na osiedlu Raj warto podsunąć dzieciom. To może być fajna lektura na dobry początek Nowego Roku. Wszystkiego Dobrego!

 

Moni Nilsson, Najlepsi przyjaciele, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Moni Nilsson, Anioły, ciastka i wypadające zęby, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Ala Baba i dwóch rozbójników

Znacie dzieci, które nie potrafią przestać zmyślać? Takie, które właściwie cały czas opowiadają niestworzone historie i czasem trudno rozróżnić, co jest prawdą, a co zmyśleniem? Najsłynniejszym takim dzieckiem pozostaje chyba Pippi Pończoszanka. Pamiętacie jej opowieści? Takie dziecko mieszka także w moim domu i przyznaję, że czasami niełatwo się z nim dogadać. A ostatnio pokochaliśmy Alę, obdarzoną bujną wyobraźnią bohaterkę książki Joanny Wachowiak.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Pięknie się ta książka zaczyna:

Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam — chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi. I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam. Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.

Ten wstęp zaintrygował i Piotrusia, i Tymka. Starszy połknął książkę przez dwa wieczory. Uznał, że jest fajna i wartą ją przeczytać Piotrusiowi: bo on też dużo zmyśla. Hmm, nie wiem, czy mój Młodszy czegoś się z tej lektury nauczył, ale na pewno słuchał jej z uwagą i fascynacją: bo to takie ciekawe! Trudno o lepszą rekomendację.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Ala, bohaterka i narratorka książki, to zwykła dziewczynka. Mieszka w bloku, chodzi do szkoły, ma rodzeństwo i niesamowitą wyobraźnię. Zaczyna opowiadać, by uwolnić się choć na chwilę od dwóch braci w wieku przedszkolnym, bliźniaków Filipa i Leona. A jej historie są tak wciągające i niesamowite, że mój Piotruś przez dłuższy czas wierzył, że Ala naprawdę zabierze chłopców na kosmiczną wyprawę. Pytania, czy oni jednak polecą, towarzyszyły lekturze całej książki, choć jednocześnie Piotruś zastanawiał się, czy chłopcy będą źli, gdy się zorientują, że Ala buja.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Opowieści Ali, choć fantastyczne, są jednak mocno związane z naszą rzeczywistością. Tak jakby dziewczynka podświadomie oswajała świat, w którym żyje. Nie jest to bowiem wyłącznie zabawna książka. Ala jest samotna, a jednocześnie oderwana od rzeczywistości. Pogrążona w marzeniach nie zauważa świata, który ją otacza, a zamiast rozmowy i przebywania z rówieśnikami woli snuć przypuszczenia i domyślać się, co czują, myślą i jacy są. Czasami tak jest łatwiej. Opowieści dziewczynki, choć wymyślane dla braci, sprawiają, że zmienia się sama Ala, która nagle zaczyna dostrzegać realny świat.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Joanna Wachowiak napisała bardzo ciekawą i mądrą książkę, która wciąga dziecko i nie nudzi rodzica. Można przy niej wspólnie pomilczeć, pośmiać się i dużo rozmawiać. Powieść Joanny Wachowiak doceniło także jury 24. Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego — na książkę można zagłosować w konkursie dla czytelników tutaj.

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa BIS.

Joanna Wachowiak, Ala Baba i dwóch rozbójników, il. Teresa Zalewska/Hoya, Wydawnictwo BIS 2016