Ala Baba i dwóch rozbójników

Znacie dzieci, które nie potrafią przestać zmyślać? Takie, które właściwie cały czas opowiadają niestworzone historie i czasem trudno rozróżnić, co jest prawdą, a co zmyśleniem? Najsłynniejszym takim dzieckiem pozostaje chyba Pippi Pończoszanka. Pamiętacie jej opowieści? Takie dziecko mieszka także w moim domu i przyznaję, że czasami niełatwo się z nim dogadać. A ostatnio pokochaliśmy Alę, obdarzoną bujną wyobraźnią bohaterkę książki Joanny Wachowiak.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Pięknie się ta książka zaczyna:

Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam — chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi. I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam. Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.

Ten wstęp zaintrygował i Piotrusia, i Tymka. Starszy połknął książkę przez dwa wieczory. Uznał, że jest fajna i wartą ją przeczytać Piotrusiowi: bo on też dużo zmyśla. Hmm, nie wiem, czy mój Młodszy czegoś się z tej lektury nauczył, ale na pewno słuchał jej z uwagą i fascynacją: bo to takie ciekawe! Trudno o lepszą rekomendację.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Ala, bohaterka i narratorka książki, to zwykła dziewczynka. Mieszka w bloku, chodzi do szkoły, ma rodzeństwo i niesamowitą wyobraźnię. Zaczyna opowiadać, by uwolnić się choć na chwilę od dwóch braci w wieku przedszkolnym, bliźniaków Filipa i Leona. A jej historie są tak wciągające i niesamowite, że mój Piotruś przez dłuższy czas wierzył, że Ala naprawdę zabierze chłopców na kosmiczną wyprawę. Pytania, czy oni jednak polecą, towarzyszyły lekturze całej książki, choć jednocześnie Piotruś zastanawiał się, czy chłopcy będą źli, gdy się zorientują, że Ala buja.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Opowieści Ali, choć fantastyczne, są jednak mocno związane z naszą rzeczywistością. Tak jakby dziewczynka podświadomie oswajała świat, w którym żyje. Nie jest to bowiem wyłącznie zabawna książka. Ala jest samotna, a jednocześnie oderwana od rzeczywistości. Pogrążona w marzeniach nie zauważa świata, który ją otacza, a zamiast rozmowy i przebywania z rówieśnikami woli snuć przypuszczenia i domyślać się, co czują, myślą i jacy są. Czasami tak jest łatwiej. Opowieści dziewczynki, choć wymyślane dla braci, sprawiają, że zmienia się sama Ala, która nagle zaczyna dostrzegać realny świat.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Joanna Wachowiak napisała bardzo ciekawą i mądrą książkę, która wciąga dziecko i nie nudzi rodzica. Można przy niej wspólnie pomilczeć, pośmiać się i dużo rozmawiać. Powieść Joanny Wachowiak doceniło także jury 24. Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego — na książkę można zagłosować w konkursie dla czytelników tutaj.

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa BIS.

Joanna Wachowiak, Ala Baba i dwóch rozbójników, il. Teresa Zalewska/Hoya, Wydawnictwo BIS 2016

 

Wędrujemy po Afryce

Końcówka zimy nas nie rozpieszcza. Chłopcy co chwila łapią przeziębienie, kaszlemy i kichamy. Mam już serdecznie dość i wypatruję wiosny, słońca i błękitnego nieba. Dla równowagi wyciągnęłam z półki książkę, która przenosi nas do krajów, gdzie rzadko pada, a śnieg leży tylko na szczytach gór. Czytamy z Piotrusiem „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego.

Tymek poznał tę historię jakiś czas temu. Przymierzał się nawet do „dorosłej” książki, ale przegrała z łatwiejszymi lekturami. Jeszcze zdąży ją przeczytać. Zastanawiałam się, czy Piotruś nie będzie się nudził, ale niepotrzebnie się martwiłam. Historia Kazimierza Nowaka i jego podróży po Afryce bardzo go zainteresowała i zadawał mnóstwo pytań.

Afryka Kazika

Kazimierz Nowak to ciekawa postać – podróżnik, marzyciel, który w dwudziestoleciu wojennym wybrał się do Afryki na rowerze i samotnie przemierzył ją z północy na południe i z powrotem. Wyobrażacie to sobie? 40 tysięcy kilometrów rowerem, konno, pieszo, na wielbłądzie, czółnem… Nawet w dzisiejszych czasach wydaje się to trudne i prawie niewykonalne, a ten poznaniak to zrobił. Przejechał Afrykę rowerem – przez pustynie, przez dżunglę, właściwie bez broni, często bez pieniędzy, bo zarabiał pisaniem artykułów do polskich gazet. W „Afryce Kazika” Łukasz Wierzbicki przedstawił skróconą i trochę wygładzoną wersję tej podróży, która w dzisiejszym świecie chyba nie mogłaby się odbyć.

Afryka Kazika

Piotruś słuchał z niedowierzaniem: mamo, pojechał do Afryki bez broni? Nie miał strzelby, a obronił się przed lwem? Mamo, on był bardzo odważny, prawda? Był odważny (i chyba jednak trochę szalony, bo odrobina szaleństwa jest potrzebna, by rzucić się w wir takiej przygody). Łukasz Wierzbicki nakreślił pozytywną postać marzyciela o otwartym umyśle, człowieka bez uprzedzeń (no może z wyjątkiem zupy z szarańczy), który pogodnie przyjmuje wszystko, co przynosi mu życie i tak samo traktuje każdego człowieka. Kazik to bardzo sympatyczny bohater: brata się z ludźmi i wędruje z przekonaniem, że po prostu nic złego nie może go spotkać.

Afryka Kazika

Piotrusiowi najbardziej podobała się przygoda z lwem, wędrówka po bagnach i spotkanie z wielkim wężem. Martwił się, gdy Kazikowi rozpadł się rower i cieszył, gdy podróżnikowi podarowano konia. Po zakończeniu lektury prawie od razu zapytał, kiedy pojedziemy do tej Afryki, żeby to wszystko zobaczyć. Skoro Kazikowi się udało… Na razie podróżujemy palcem po mapie – a raczej po różnych mapach Afryki. Wytyczamy szlak wędrówki, sprawdzamy, co jeszcze Kazik mógł zobaczyć.

Mapa Afryki

Wstęp do książki to relacja z odsłonięcia przez Ryszarda Kapuścińskiego tablicy poświęconej Kazimierzowi Nowakowi na poznańskim dworcu. A potem rozpoczyna się wyprawa. Zaczyna się i właściwie kończy na dworcu w Poznaniu, odjazd i powrót to klamry spinające całą historię, bo przecież po każdej podróży bezpiecznie wraca się do domu. I z całego podróżowania właśnie to jest najprzyjemniejsze. Opowieść prowadzona jest w pierwszej osobie – słuchamy Kazika i z napięciem towarzyszymy mu w jego wędrówce.

Warto tę książkę przeczytać z dziećmi, by mogły poznać szalonego Polaka. Dla mnie Kazimierz Nowak trafił do grona słynnych podróżników i odkrywców, ludzi, którzy potrafili realizować swoje marzenia. Zajmuje w tej grupie miejsce koło innych sławnych, o których wyprawach lubię czytać, mimo iż nie zawsze kończyły się szczęśliwie. Dobrze, że Łukasz Wierzbicki przypomniał tę postać.

I tutaj wtręt dorosłej matki: bardzo lubię historię Kazimierza Nowaka, historię człowieka, który swoje sny o Afryce zamienił w fascynującą i wyczerpującą przygodę. Czytam ją jednak zawsze ze ściśniętym gardłem, bo nie mogę pozbyć się myśli o żonie i dzieciach podróżnika. Zostali sami w Poznaniu na sześć lat, a Kazimierz przepłacił swoją podróż śmiercią – zmarł w niespełna rok po powrocie. Tego jednak chłopcom jeszcze nie powiedziałam.

Łukasz Wierzbicki, Afryka Kazika, BIS, 2011

Wędrówki z dziadkiem po Nikiszowcu

Książkę „Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Nikiszowcu wędrowali” – czyli „Ô tym, kiej Maciek Szpyrka cuzamen ze starzikiym wandrowali po Nikiszu” zdobyliśmy w konkursie organizowanym na FB przez wydawnictwo BIS. Bardzo się z tego cieszę, bo książkę przeoczyłam, a okazała się bardzo, bardzo interesującą lekturą.

Jak Maciek

Piotruś prosił o tę lekturę już kilka razy – no przeczytaj mi o tym Maćku i o tym dziadku.

Może najpierw o samej historii… Magdalena Zarębska napisała prostą i piękną opowieść o miłości, do ludzi i do miejsca. Ciągle szukam właściwego określenia, żeby w żaden sposób tej książki nie skrzywdzić i nie zubożyć. Wydaje mi się po prostu prawdziwa, szlachetna w prostocie, tak jakby trafiła w samo sedno tego, co w relacjach międzyludzkich najważniejsze. Mogę sobie wyobrazić dorosłego Maćka, który patrzy na swoje zdjęcie z dziadkami i snuje tę opowieść. Dla mnie z tej książki bije tęsknota za przeszłością i światem, który minął, a w którym ludzie mieli dla siebie czas. I ten czas bliskości polegającej po prostu na byciu razem, na rozmowach i wspólnych zajęciach został zaklęty na kartach tej opowieści o spacerze dziadka i wnuczka po Nikiszowcu.

Dla chłopaków była to trochę bardziej egzotyczna historia. Nie mają dziadka górnika, więc opowieść o kopalni, fedrowaniu i o dobrym duchu Skarbniku była dla nich bardzo ciekawa. Równie interesujące były jednak wzmianki o tym, jak wygląda dom dziadków. No bo kto jeszcze waży w kuchni składniki na wadze z szalkami? W niewielu domach zostały w kuchniach piece na węgiel. Węglarka to dla Tymka wagon na węgiel.

Nikiszowiec

To ja śmiałam się podczas lektury, że w domu mojej Babci, a ich Prababci stał kiedyś podobny kredens i taka sama waga. Bardzo żałowali, że nie spotkali mojego Dziadka, a ich Pradziadka, który także hodował gołębie – choć nie pozwalał wnuczkom ich karmić. Widoczne dziadkowie z familioków mieli podobne zainteresowania, co dziadkowie z Podlasia. Mam wrażenie, że opowieść o Nikiszowcu broniłaby się sama, nawet gdyby nie była przetłumaczona na śląski.

To tłumaczenie sprawia jednak, że książka jest absolutnym ewenementem i aż chce się prosić o jeszcze. Drogie Wydawnictwo BIS może być tak serię? Marzy mi się opowieść po kaszubsku, po poznańsku, ale by było fajnie! Tłumaczenie tej historii na śląski to strzał w dziesiątkę. Sami posłuchajcie:

Na ścionach a szajderach wszysiscko sie zwyrto. Je sam epne larmo a butel. Bestóż fes ważne som sztajgry. Dowajom pozor na bergmonow, a czasym podpowiedzom, kiej nojlepiyj onaczyc arbajt. – Jezderkusie, jo by sie cykoł fedrować na grubie. Sam je ćmok a oszkliwie!

(A po polsku: Na ścianach i chodnikach wszystko jest w ruchu. Panuje tam wielki hałas i zgiełk. Dlatego tak ważni są sztygarzy. Pilnują bezpieczeństwa górników, a czasem podpowiadają, jak najlepiej wykonać pracę. – Ja bym się bał pracować w kopalni. Ciemno tam i strasznie!)

Nie jest to właściwy zapis gwary, bo w edytorze nie mam odpowiednich czcionek. Robi wrażenie, prawda? Tymek był totalnie zaskoczony, bo nie spodziewał się, że język, którym mówi się w pewnym regionie Polski, jest tak odmienny. Rozbawił go farorz, starka i brify. Spędził nad książką długie chwile, czytając na głos i próbując wymawiać niektóre słowa, tak jak podpowiada tłumacz na śląski, Bernard Kurzawa. A potem szukaliśmy w sieci przykładów różnych gwar i dialektów. U mnie ta książka będzie stała na tej samej półce, co „Cuda Wianki”. Pod względem estetycznym są całkowicie odmienne, ale doskonale się uzupełniają, bo pokazują cudowną różnorodność: motywów, wzorów, kolorów – a także języków (niezależnie od tego, czy nazwiemy je gwarami, dialektami czy językami właśnie).

Prosimy o więcej 🙂

Magdalena Zarębska, Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Nikiszowcu wędrowali, Wydawnictwo BIS 2013

Fajna ferajna – czyli dzieci w Powstaniu

Tymek od zawsze interesuje się historią. Pyta, jak było dawniej, co pamiętam, co pamięta babcia i dziadek, a co było jeszcze wcześniej. Już minął czas, gdy zdawało mu się, że babcia żyła w czasach dinozaurów, ale ciągle ciekawi go, jak było dawniej. I o ile historia dawna nie stwarza wielkiego problemu, o tyle historia najnowsza jest już trudniejsza. Historia najnowsza, czyli czasy II wojny światowej i cała historia powojenna. Ciągle zastanawiam się, jak o niej opowiadać, żeby nie przerazić, a jednocześnie nie sprawić, że wojna wyda się czymś fascynującym. To nie jest proste, ale rozmawiać trzeba.

Na szczęście jest teraz wiele książek, które takie rozmowy ułatwiają albo mogą pomóc je rozpocząć. Jedną z nich niedawno Tymek skończył czytać, a zaczął jeszcze w bibliotece. Potem nie mógł odłożyć, więc w czasie drogi powrotnej do domu musiałam na siłę odrywać syna od książki i tłumaczyć mu, że chodzenie i czytanie niekoniecznie idą w parze.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Fajna ferajna

„Fajna ferajna” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej, wydana przez wydawnictwo Bis, to prawdziwe historie dzieci, które uczestniczyły w Powstaniu Warszawskim i to powstanie przeżyły. Książka została napisana na podstawie relacji zachowanych w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Na jej kartach spotykamy odważne dzieci, które musiały sprawdzić się w trudnych czasach. Jest tam odwaga i strach, brawura i przerażenie, mieszanka przeróżnych emocji.

Fajna ferajna

Historie są napisane prostym językiem, ale dorosłego od razu chwytają za serce. Dzieci czytają je inaczej i zadają potem mnóstwo pytań: dlaczego dzieci musiały walczyć, dlaczego chodziły kanałami, czy to było dobre. Opisywane są rzeczy straszne, ale jednocześnie dające nadzieję: dzieci przetrwały, w historiach pojawiają się informacje o ich dorosłym życiu, o tym, co robiły dalej.

Świetnym uzupełnieniem książki są ilustracje Elżbiety Chojnej: utrzymane w czarno-biało-szarej tonacji, z czerwonymi akcentami. Robią ogromne wrażenie i świetnie podkreślają wagę tych opowieści, ale nie przytłaczają.

Fajna ferajna

To ważna książka, bo pokazuje ważne wzorce, że dziecko może być odpowiedzialne, rozsądne, mądre, a jednocześnie pozostawać dzieckiem. Oczywiście nie chciałabym, by moje dzieci musiały się kiedykolwiek sprawdzać w tak ekstremalnych sytuacjach, ale jednocześnie rodzic może uświadomić sobie, że można od dzieci więcej wymagać. I nie chodzi tutaj o lekcje czy dodatkowe zajęcia, ale o odpowiedzialność za decyzje i szacunek dla innych, świadomość, że z innymi trzeba się liczyć. Wojna nie wydaje się po takiej lekturze jedynie czasem „fajnej przygody”, kiedy można pobiegać i sobie postrzelać, ale czasem trudnym i przerażającym, kiedy trzeba działać w trudnych warunkach i podejmować decyzje, o których później chciałoby się zapomnieć. Czasem, w którym nagle znikają bliscy ludzie i trzeba sobie samemu radzić w świecie, a wszystko, co do tej pory było bliskie i znane, nagle staje się obce.

Wywiad z autorką, p. Moniką Kowaleczko-Szumowską, można przeczytać tutaj.

Czy jest ktoś, kto nie chce mieć dziadka?

Wiosna mnie rozleniwiła. To znaczy nie chce mi się pisać. Czytamy cały czas, stosik książek wartych opisania zatrważająco szybko rośnie, a ja wieczorami ziewam i zasypiam razem z Tymoteuszem. Chyba przydałaby się jakiś energetyczny koktajl 🙂

Jedną z książek, które leżą na stosiku, jest „Dziadek na huśtawce” Renaty Piątkowskiej wydany przez wydawnictwo BIS.

 

To przesympatyczna historia dwójki przyjaciół: Marcina i Witka. Kiedy okazało się, że Witek nie ma dziadka i nie ma komu podarować pudełka na okulary zrobionego w szkole, Marcin wpadł na pomysł, że dziadkiem Witka może zostać jego sąsiad, pan Teofil. Na początku największą zaletą pana Teofila było posiadanie psa, ale z czasem okazało się, że starszy pan, choć łysy i stary, jest niesamowicie interesujący: nosi kolorowe koszule, huśta się aż do chmur, smaży rewelacyjne melaśniki, w szopie trzyma prawdziwą karetę. A na dodatek jest zegarmistrzem i wie wszystko o zegarach. Któż nie chciałby mieć takiego dziadka? O takiego dziadka to nawet można się pobić…

Tymek słuchał historii Marcina i Witka z wielkim zainteresowaniem. Obrazki w książce (autorstwa Artura Nowickiego) też mu się ogromnie podobały. Oczywiście też chciałby mieć takiego dziadka, jak pan Teofil, więc zaczął wysuwać różne propozycje pod adresem swoich własnych dziadków: mniej lub bardziej akceptowalne. A z dziadkami bywa różnie: oczywiście żaden nie trzyma w szopie karocy, ale mogą zapewnić czteroletniemu smykowi masę atrakcji: można z nimi urządzać wyścigi ślimaków, sadzić rośliny, łapać ryby, nosić drewno… Po prostu dziadkowie miewają masę pomysłów i często chce im się bawić z wnukami. Rodzicom po prostu czasami brakuje czasu.

Książka Renaty Piątkowskiej jest doskonale napisana, zabawna, momentami wzruszająca. Wspaniale pokazuje, jak między małym Witkiem i starym panem Teofilem nawiązuje się przyjaźń i zrozumienie. I jak bardzo potrzebni są młodzi starym, a starzy — młodym.

Gdy czytałam tę historię od razu przypomniała mi się przepiękna książka Angeli Nanetti „Mój dziadek był drzewem czereśniowym”, wydana przez Naszą Księgarnię. Stoi na półce w pokoju Tymka, a ja ciągle nie mam odwagi zacząć mu jej czytać. A przecież to opowieść jak najbardziej dla dzieci, tylko może ciut starszych niż mój synek.

 
To wzruszająca, czasami zabawna, a momentami bardzo smutna książka o naszych czasach: zapracowani, zabiegani i kłócący się ze sobą rodzice i dziecko próbujące znaleźć dla siebie bezpieczne miejsce. Ostoją Antonia stają się dziadkowie mieszkający na wsi: ciepli, otwarci, kochający wnuka. U babci Teodory i dziadka Oktawiana Antonio czuje się najlepiej: gdzie indziej można wspinać się po drzewach, wchodzić na sam czubek wielkiej czereśni, słuchać opowiadań o tym, jak mama była mała? Świat Teodory i Oktawiana jest rajski i spokojny, pachnący i smaczny. Po śmierci Teodory Oktawian trochę dziwaczeje, zmienia się, ale nadal uwielbia swojego wnuka i potrafi sprawić mu najpiękniejsze prezenty w najmniej spodziewanym momencie.
Świat Antonia nie zawsze jest taki sielski: jest w nim miejsce na rozwód rodziców, śmierć i starcze zniedołężnienie dziadka, oziębłości miastowych dziadków, którzy najbardziej kochają swojego pieska, bezduszność urzędników, którzy próbują zabrać dziadkowi ukochaną ziemię i wyciąć drzewo. Antonio chłonie to wszystko i próbuje sobie wytłumaczyć. Próbuje odpowiedzieć na pytania, czym jest starość, jak ważne są relacje z innymi. Ta historia bardzo chwyta za serce i zwraca uwagę na to, jak żyjemy i co powinno być ważne. Warto przeczytać tę mądrą opowieść i może spróbować żyć inaczej? I zauważyć siłę, którą daje dziecku bezwarunkowa akceptacja dziadków.