Miasteczko Mamoko

Tymek dostał „Miasteczko Mamoko” na urodziny. Trochę się obawialiśmy, bo nam, to znaczy mamie i tacie, książka podobała się bardzo. Byliśmy nią zachwyceni od momentu odkrycia części ilustracji na stronach autorów, Aleksandry i Daniela Mizielińskich, czyli Hipopotam studio. A nie zawsze to, co podoba się nam, cieszy się równym uznaniem naszego syna.

  

Tymek zareagował jednak na książkę entuzjastycznie – oglądał, przeglądał: od przodu, od tyłu, od środka. Wypytywał o imiona i nazwiska postaci na okładce – to zresztą rewelacyjny pomysł, że większość postaci jest nazwana. Można śledzić przygody lwa, kota, żyrafy. Właściwie każda postać pojawia się na każdej stronie.
Tymek zabrał tę książkę na wakacje i pokazywał wszystkim znajomym dzieciom. Siadały na podłodze i z zapałem wyszukiwały kolejne postacie: a teraz sprawdzimy, co się działo z kosmitą… Nie, z kotkiem… Zwykle udawało im się dojść do porozumienia, a książkę mogły oglądać bez końca, śledzić ją jak labirynt, komentować.
Doskonała pozycja do oglądania i opowiadania. Zabawna perspektywa i masa szczegółów tylko uatrakcyjniały oglądanie (hmm, lekturę?). Każde dziecko mogło opowiedzieć historię postaci, która najbardziej mu się podobała — i zdarzały się dyskusje, kto jest najciekawszy.

  

A przy okazji ujawniła się zabawna różnica między chłopcami i dziewczynkami: Tymek oglądał każdą stronę jak miejsce akcji, interesowały go postacie i to, co się z nimi dzieje. Znajome dziewczynki najpierw przejrzały całą książkę, sprawdzając, jaki kolor przeważa na każdej stronie 🙂

PS. Przestałam w końcu spać bez końca — okazało się, że Tymek będzie miał brata. I to właśnie mój nowy niespodziewany potomek odpowiadał za moje wiosenne zmęczenie, które przedłużyło się aż do lata. Może teraz uda mi się pisać więcej, bo stosik książek na półce Tymka nieustannie rośnie.

PS2. Polecam także lekturę artykułu o książkach obrazkowych w najnowszym numerze Rymsa.

Reklamy