La Belle Sauvage — czyli powrót do świata Lyry

Nigdy nie napisałam na blogu o „Mrocznych materiach” Philipa Pullmana. Kiedy czytałam tę trylogię, chłopcy byli za mali na jej lekturę. Potem przeczytałam ją jeszcze raz razem ze Starszym i uderzyło mnie, jak dziwnie nierówna jest ta seria, meandrująca od wciągającej przygodówki dla młodzieży w pierwszym tomie po coś w rodzaju traktatu filozoficznego i kłótni z religią czy kościołem w trzecim — bardzo to było niespójne. Wykreowany przez Pullmana świat, równoległy do naszego, tak podobny, a jednocześnie odmienny, ma w sobie moc przyciągania, dlatego chętnie sięgnęłam po „La Belle Sauvage”, kolejną książkę z uniwersum Lyry,

Philip Pullman, La Belle Sauvage

Akcja „La Belle Sauvage” dzieje się w roku narodzenia Lyry. Bohaterem powieści jest jedenastoletni Malcolm Polstead, syn właściciela oberży nad Tamizą. Malcolm jest właściwie ideałem — miły, odpowiedzialny, inteligentny, sprytny, sprawny. Oczywiście czasami psoci, ale nie za bardzo. Budzi sympatię, ale jest mało wiarygodny. Czytelnik zapomina, że ma do czynienia z dzieckiem, bo chłopiec nie zachowuje się jak dziecko — nawet jeśli przyjmiemy inne niż 20-wieczne standardy. Na dodatek Malcolm budzi zaufanie i wszyscy łatwo zdradzają mu największe i najbardziej tajne sekrety — może po prostu wydaje się mało groźny, bo jest miły i sympatyczny, ale mi coś tutaj jednak nie grało.

W Anglii trwa walka o władzę, choć właściwie wydaje się, że wygrało ją Magisterium, coś w rodzaju zbrojnej ręki i służb specjalnych kościoła. Pullman w tej części kontynuuje swoją walkę z kościołem i religią jako przejawem wszelkiego zła, choć jednocześnie pojawiają się tutaj dobre i opiekuńcze siostry zakonne. Magisterium jest jednak groźne i niebezpieczne, a sięga po broń i propagandę rodem z komunizmu. Ponieważ urodziłam się w słusznie minionej epoce, razi mnie przerobienie opowieści o Pawliku Morozowie na opowieść o świętym. Magisterium nie działa finezyjnie, lecz sięga po metody komunistyczne, by rozbijać rodziny i więzi społeczne. Pullman sięga jednak po te same mechanizmy i metody, by pokazać manipulacje kościoła. Strasznie to prymitywne i łopatologiczne. Trudno mi także zrozumieć, jakim cudem tak wszechwładną i silną organizację może pokonać jedenastolatek.

Większość akcji to opowieść o ucieczce Malcolma, który z pomocą koleżanki ratuje małą Lyrę (swoją drogą naprawdę trudno mi wyobrazić sobie jedenastolatka, który od pierwszego wejrzenia zapałał ojcowską miłością do niemowlęcia). Chłopiec mierzy się z mnóstwem niebezpieczeństw. Czego tu nie ma: powódź stulecia, deszcz i głód rywalizują ze ścigającym dzieci wynaturzonym naukowcem, zagrożeniem ze strony Magisterium (oraz świeckiej tajnej organizacji, która wspiera chłopca, ale nie zawaha się wstawić go na niebezpieczeństwo, aby zrealizować swoje cele) i koniecznością stawienia czoła potworom zrodzonym z magii. W końcu nie wiadomo, co dzieje się naprawdę, a co jest efektem majaczeń. W czasie lektury miałam poczucie niespójności między światem „La Belle Sauvage”, a światem „Mrocznych materii”, który był inny niż nasz, ale raczej bliżej mu było do steampunku niż fantasy. W książce dzieje się mnóstwo, akcja jest wartka, czyta się tę historię szybko, tylko w głębi głowy cały natrętnie brzmiało pytanie „po co to wszystko?”. Cała powieść ma nam pokazać, jak ważna jest Lyra — taki rozbudowany na ponad 400 stron wstęp do „Mrocznych materii”, bo — jak wyczytałam w opisie drugiego tomu — kolejna część „Księgi Prochu” dzieje się po wydarzeniach opisanych w trylogii.

Kilka słów o tłumaczeniu. Jestem przyzwyczajona do wyborów poprzedniej tłumaczki trylogii, Ewy Wojtczak. „La Belle Sauvage” tłumaczył Wojciech Szypuła. Mam pełną świadomość, że każdy tłumacz ma prawo do swoich wyborów, ale podczas czytania raziło mnie tłumaczenie „dust” jako „proch”. To słowo zbyt mocno kojarzy mi się ze śmiercią (prochem jesteś i w proch się obrócisz) oraz z prochem armatnim i nie pasuje mi jako określenia czegoś, co wypełnia wszechświat. Wolę „pył”, tak jak było w poprzednim wydaniu. Trochę mi też szkoda pancernych niedźwiedzi.

Wydawnictwo zdecydowało się zastosować dość nietypową czcionkę, czego efektem są dziwne połączenia między literami „c” i „t” oraz „s” i „t”. Przypominają trochę czcionkę gotycką, ale początkowo takie zrosty utrudniają lekturę, bo w języku polskim istnieją także czcionki „ć” i „ś”, do których łudząco upodobniają się „c” i „s” w niektórych miejscach powieści.

La Belle Sauvage - problem z czcionką

La Belle Sauvage - problem z czcionką

Mylące są także trzy kropki na okładce — w pierwszej chwili zdawało mi się, że kupiłam tom trzeci, a nie pierwszy.

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Warto, jeśli polubiliście „Mroczne materie” i macie ochotę na wizytę w świecie ludzi i dajmonów. Trudno jednak określić, dla kogo jest ta lektura. Wartka akcja, młody bohater i mnóstwo przygód sugerują, że dla młodzieży, ale łopatologiczna propaganda sprawiają, że nadaje się dla bardziej wyrobionego czytelnika. I żeby było jasne: nie mam nic przeciwko krytyce kościoła i dyskusji z religią, ale nie przekonuje mnie sposób, w jaki robi to Pullman.

 

Philip Pullman, La Belle Sauvage, tł. Wojciech Szypuła, MAG 2020

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s