Kot, który gada – i nie jest to kot w butach!

Był sobie raz staruszek Pettson, samotny i smutny, który mieszkał w małym domu trochę na uboczu i już nie potrafił się śmiać. Pewnego szczęśliwego dnia przyszła do niego sąsiadka, Beda Anderson, popatrzyła, a jakiś czas później przyniosła mu kotka. Kotek był malutki, zadziorny i śliczny, więc Pettson od razu się w nim zakochał, a na dodatek w końcu miał do kogo mówić. Jak się do kogoś dużo mówi, to ten ktoś sam może zacząć mówić. Kotek Findus, kiedy już zaczął mówić, gadał bez końca i Pettsonowi już nigdy nie było nudno. A dzięki temu my możemy z uśmiechem czytać o przygodach tej cudownej pary.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

„Kiedy mały Findus się zgubił”, książka wydana przez Media Rodzinę, to jedna z wielu opowieści o przyjaźni trochę zbzikowanego staruszka i zwariowanego gadającego kota w zielonych spodenkach. Każdą część można czytać oddzielnie, ale moi chłopcy byli zachwyceni faktem, że w końcu wiedzą, jak to się wszystko zaczęło.

Autorem tekstu i ilustracji jest Sven Nordqvist. Mam wrażenie, że jego obrazki towarzyszą Tymkowi i Piotrusiowi od zawsze. Obaj lubili i lubią Mamę Mu, obaj z zachwytem ciągle szukają siostry w „Gdzie jest moja siostra„. Moi synowie bardzo lubią szukać na ilustracjach ciągle nowych szczegółów – obrazki Svena Nordqvista są bardzo dynamiczne, szkatułkowe, przy długim oglądaniu odkrywają tajemnice i sekrety. Często pokazują świat wielowarstwowy, oprócz znanych nam istot zaludniają je różne dziwne stwory i stworki. Czasami mam wrażenie, że zmieniają się z czasem, gdy nagle odkrywamy jaką dziwną chatynkę pod łopianem, a wydaje nam się, że tydzień temu, gdy czytaliśmy tę samą książkę, raczej jej nie było.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

Czytaliśmy chyba wszystkie opowieści o Findusie, kilka mamy w domu, a w podróży często słuchamy audiobooka w świetnej interpretacji Jerzego Stuhra. Ten zwariowany kot, którego wszędzie pełno, to kwintesencja dziecka. Jest ciekawski, kreatywny, wygadany, zaborczy, ruchliwy, zadaje mnóstwo pytań i zawsze ma energię do zabawy. Staruszek Pettson to uroczy dziwak, a jego relacje z otoczeniem są genialne. Cała okolica (czyli tak naprawdę sąsiad Gustavson) traktuje go jak wariata i szaleńca, a on niewiele sobie z tego robi.

Lubię początek tej opowieści, bo przypomina mi moje dzieci. Findus, bezpieczny w domu, prosi Pettsona, by opowiedział mu, jak to było, gdy był mały i się zgubił. (Piotruś uwielbia takie historie o samym sobie, jak to było, gdy był malutki). A potem toczy się wspaniała opowieść, przy której moje dzieci raz po raz wybuchają śmiechem. Czasami opowieści o Findusie są odrobinę przegadane, ale w niczym to nie przeszkadza. Mam nadzieję, że też go polubicie.

Z Findusem i Pettsonem można się także poznać na stronie z grami – można na niej poukładać puzzle, zagrać w memory lub wydrukować figurki bohaterów książki. A przede wszystkim pooglądać wspaniałe ilustracje Svena Nordqvista.

Reklamy

Mama Mu i guzy

Jakoś mało czasu mam przed Świętami. Dni za krótkie i czas za szybko płynie. Czytamy z Tymkiem dużo, co chwila wędrujemy do biblioteki, która okazała się zaskakująco dobrze zaopatrzona, tylko pisać o wszystkich lekturach nie mam kiedy. Dzisiaj będzie więc o książkach, które mój syn dostał na Mikołajki, tak żeby zdążyć przed Bożym Narodzeniem.

Mikołaj przyniósł Tymkowi na swoje imieniny dwie książki, obie z Zakamarków: „Mama Mu nabija sobie guza” i „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”.

 

Tymek bardzo ucieszył się z obu. Po rozpakowaniu paczki stwierdził: wiesz mamo, ten Mikołaj, to chyba mnie jednak zna.

I natychmiast zażądał lektury. Przyznaję, że trochę się jej obawiałam, bo zerknęłam do tej Mamy Mu wcześniej i wydała mi się trochę za krótka i za bardzo moralizatorska. Na szczęście mam już trochę więcej niż trzy lata — Tymek zaśmiewał się w głos i książka bardzo mu się podobała. Wszystko mu się podobało: że krowa próbowała przeskoczyć przez płot, że miała wielkiego guza, że Pan Wrona miał niezbyt pewną siebie minę, gdy wrócił z poszukiwania lodów, i że nie smakował mu szpinak (zobacz, on też nie lubi szpinaku!), że szpinak służył do zmniejszenia guza (też przykładałaś mi coś z lodówki, pamiętasz?). Trochę był zdziwiony, że szpinak smakuje Mamie Mu — niestety do tej pory nie udało mi się namówić syna do jedzenia szpinaku, twierdzi, że jest „za zielony”. A mi książka podobała się z każdym słowem bardziej, gdy spoglądałam na mojego jaśniejącego i śmiejącego się syna. Niech żyje Mama Mu! I Pan Wrona oczywiście…

  

Może należałoby zacząć akcję: Cała Polska czyta Mamę Mu? Moim zdaniem, to świetna lektura dla każdego dziecka. A my już czekamy na następną część.

„Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” to ostatnia z serii kolorowych książeczek o rezolutnej Lotcie. Przeczytaliśmy więc z Tymkiem już wszystko — i na pewno będziemy czytać książki o Lotcie jeszcze wiele razy.

  

Co prawda ta Lotta jest wielkanocna, ale jakoś wcale nam to nie przeszkadzało. To znaczy Tymkowi nie przeszkadzało, bo ja w trakcie lektury nagle z przerażeniem stwierdziłam, że sześcioletnia Lotta odkrywa, że to tata jest wielkanocnym zajączkiem. I Mikołajem też — to już dopowiada Jonas. Książka została więc trochę ocenzurowana. Tymek wierzy w Mikołaja, i niech tak jeszcze przez jakiś czas zostanie. Za jakiś czas sam się domyśli. Pomyślałam, że Astrid Lindgren wybaczy, że opuściłam jedno zdanie.

A książka wydała mi się bardzo na czasie, bo przecież mówi także o dzieleniu się i dawaniu. I o tym, że dawanie może dawać równie dużo przyjemności, co otrzymywanie. A wielkanocny zajączek może przynieść czekoladowe aniołki i bałwanki. W tym momencie Tymek westchnął: też bym chciał dostać tyle czekolady… Może więc dobrze, że czytaliśmy wielkanocną Lottę przed Bożym Narodzeniem. Mikołaj nie musi przynosić „aż tyle” czekolady. Za to przyniesie książki — chyba czas na kolejne półki w bibliotece….

Cudowne oglądanie

A teraz o książce, którą mogę polecić i dużym, i małym. Marzę o tej książce bezustannie — i ciągle ją pożyczam od znajomych, bo jakoś nie mogę na nią trafić w księgarni. Książka jest wielka i formatem, i zawartością, choć składa się głównie z ilustracji. Tekst jest przeznaczony raczej dla starszych czytelników.

Wydawnictwo EneDueRabe wydało książkę „Gdzie jest moja siostra” Svena Nordqvista w zeszłym roku. Zwróciła moją uwagę w księgarni formatem, kolorem i niesamowicie oryginalnymi ilustracjami. A ponieważ moja koleżanka wyrwała mi ją z ręki, to teraz ma za swoje i ciągle musi mi ją pożyczać.

   

Mały braciszek szuka swojej siostry, bardzo ciekawej świata, która nagle zniknęła:

Pomóż mi jej szukać!
Moja siostra zniknęła!
Mieliśmy wyjść się pobawić,
a tu nagle jej nie ma,
ciągle trzeba jej szukać,
tu i tam, pod i nad,
wszędzie i w kółko.

  

Stary Dziadek i młodszy Braciszek wyruszają w podróż balonem w poszukiwaniu Siostrzyczki. Braciszek musi zastanowić się, co lubi jego Siostra, gdzie mogła się schować, o czym marzyła, żeby poszukiwania odniosły skutek.
Poszukiwacze podróżują przez krajobrazy jak ze snu, przez niesamowite bajeczne krainy o takiej masie szczegółów, że książkę można oglądać i oglądać bez końca.

  

Jeden krajobraz przechodzi w drugi, równie dziwny i niesamowity. Na każdej stronie można bezustannie odnajdywać nowe szczegóły. A w momencie, gdy już wydaje się, że nic nowego nie może zaskoczyć, objawia się nowy szczegół i nowa perspektywa.

  

To jest książka, w której najpierw powstały niesamowite ilustracje:

Pomysł stworzenia tej książki pojawił się po raz pierwszy 25 lat temu. Miała to być podróż przez bajeczne krajobrazy, stanowiące jedną długą, spójną ilustrację. Z początku nie było żadnego tekstu, ważne były tylko obrazy. (…)

Powodem, dla którego pomysł ten mnie wciąż prześladował i nęcił, były chyba obrazy, które opowiadają i pochłaniają całą uwagę. Wszystko może się wydarzyć i niczego nie trzeba wyjaśniać. Chciałem wykonać duże ilustracje, w które mogłem wejść i pozostać w nich na długo.

To fragment wypowiedzi Svena Nordqvista ze strony wydawnictwa EneDueRabe.

Tymka te ilustracje pochłaniają na bardzo długo. Może je oglądać, kontemplować szczegóły bez końca. Na dodatek ta książka to zagadka. Na każdej stronie trzeba wypatrzyć Siostrzyczkę. Jej jasna czupryna czasami mignie w krzakach, czasami błyska w promieniu — nie jest łatwo ją znaleźć. Na kilku ilustracjach jeszcze jej nie wypatrzyliśmy, więc jeszcze dużo zabawy przed nami. Ta książka rewelacyjnie rozwija wyobraźnię.

Czy ktoś nie zna Pana Wrony?

Czy jest jakaś osoba w Polsce, która nie słyszała jeszcze o Mamie Mu i Panu Wronie? Ten wspaniały duet to bohaterowie cyklu książek Jujji i Tomasa Wieslanderów,  wydanych przez Zakamarki. Do tej pory w Polsce ukazały się cztery książki: „Mama Mu na huśtawce”, „Mama Mu na sankach”, „Mama Mu sprząta” i „Mama Mu buduje”. Szczerze mówiąc, nie mogę się już doczekać następnej części. Te książki sprawiają mi równie dużo przyjemności, co Tymkowi, a kto wie, czy nawet nie więcej.

Mama Mu to krowa — dziwna krowa, która mówi i której nie wystarcza bycie krową rozumiane jako bezmyślne przeżuwanie trawy. Mama Mu jest ciekawa świata, podgląda ludzi i chce spróbować różnych ludzkich przyjemności, np. bujania się na huśtawce czy jeżdżenia na sankach. A jej najlepszym, najserdeczniejszym przyjacielem jest Pan Wrona zamieszkujący we Wronim Lesie. Mama Mu jest pełna optymizmu i radości, Pan Wrona jest malkontentem, który lubi (i potrafi) narzekać. I mówić też lubi. Mieszanka piorunująca…

Jako pierwsza ukazała się „Mama Mu na huśtawce”.

 

Mama Mu ucieka z pastwiska do lasu, bo ma ochotę się pohuśtać. Potrzebna jest jednak pomoc Pana Wrony. Jego reakcja jest dość niechętna:

Jesteś krową, Mamo Mu. Owszem, dziwną, ale krową. Krowy. Się. Nie. Huśtają.
— Właśnie — odrzekła Mama Mu. — Więc chyba powinno się współczuć krowom, że nie mają nawet okazji się pohuśtać.
— Współczuć! — zawołał Pan Wrona. — Kra! Krowy chodzą tylko i się pasą! Jeszcze leżą, żują i gapią się przed siebie. I jeszcze są dojone. I to im wystarcza.
— A tobie by to wystarczyło? — zapytała Mama Mu.
— Mnie nie! — zawołał Pan Wrona. — Przecież jestem wroną.
— Mnie też to nie wystarcza — stwierdziła Mama Mu.

Trzeba uczciwie przyznać, że Mama Mu doskonale radzi sobie z marudzącym Panem Wroną. I wie, jakich argumentów użyć, żeby go przekonać do rzeczy, których na początku robić nie chce. Chciałabym tak umieć przekonywać Tymka do rzeczy, na które on nie ma ochoty.

Książkę uzupełniają ilustracje Svena Nordqvista (tak, autora Findusa). Jest na nich masa szczegółów, Pan Wrona mnoży się i zwielokrotnia, wydaje się, że za chwilę wyskoczy z kartki i zacznie fruwać po pokoju. Mama Mu spogląda zalotnie, radośnie lub smutno — bardzo jest przekonująca.

  

Moją ulubioną ilustracją jest ta, na której Pan Wrona śledzi gospodarza. Po prostu majstersztyk.

Trudno zdecydować, którą część lubimy najbardziej. Ja chyba „Mama Mu sprząta”. Tymkowi  podoba się chyba każda część. Lubi oglądać ilustracje i wyszukiwać na nich szczegóły (czy te dwa ptaki to są bardziej złe, czy bardziej zdumione?). Często wybucha śmiechem i komentuje. Możemy długo dyskutować, czy Pan Wrona ma rację, czy krowa może się huśtać, czy może trzymać młotek.

Jak zresztą się nie śmiać?

— Wędrowne ptaki, Mamo Mu — powiedział. — Czy wiesz, co to takiego?
— Wędrowne ptaki? — zdziwiła się Mama Mu.
— Takie jak ziąby, słowniki, jaszkółki, skobronki…
— Skobronki…?

Nie tylko Mama Mu ma wspaniałe i dzikie pomysły. W książce „Mama Mu sprząta” Pan Wrona zabiera się za sprzątanie obory. To znaczy najpierw trochę posprzątała Mama Mu, ale nie zadowoliło to jej przyjaciela (cudowny argument Mamy Mu: Patrzysz tylko na to, czego nie zrobiłam — powiedziała Mama Mu. — Popatrz na to, co zrobiłam — przy każdej lekturze postanawiam sobie wprowadzić taką filozofię w życie, ale na razie mi nie wychodzi). Pan Wrona podjął decyzję. Na początek wysprzątał własne gniazdo:

Pan Wrona latał po swoim gnieździe z zawrotną szybkością.
Zbierał wszystko i układał na stosie na środku podłogi. Najpierw wszystkie te rzeczy, które były nie na swoim miejscu. Następnie wszystkie rzeczy, które były na swoim miejscu. Wyszedł z tego przeogromny stos.

  

A potem zabrał się za oborę… Efekt wyglądał m.in. tak:

  
Uwielbiam Mamę Mu, uwielbiam humor tej książki i sposób, w jaki została przełożona. Mogłabym ją cytować w nieskończoność. Z ogromną sympatią spoglądam na wrony w parku i ciągle mam nadzieję, że któraś z nich zacznie gadać. A Tymek? Co jakiś czas dostaje pióropleksji (Mamo, zaraz dostanę pióropleksji!!), czytamy Mamę Mu średnio raz w tygodniu, a kiedy zobaczył zapowiedź nowej części na stronie Zakamarków nie dał się odegnać od komputera. Musieliśmy obejrzeć stronę tytułową, opublikowane strony i solennie przyrzec, że kupimy, jak tylko będzie dostępna.

Wyglada na to, że jesteśmy uzależnieni od Zakamarków…

PS. A na zakończenie jeszcze ilustracja z „Mama Mu buduje”, o której jakoś najmniej napisałam. Żeby przypadkiem ktoś nie pomyślał, że nie warto jej czytać…