Dom, rodzina i matematyka

Wiecie co? Fajnie, że ciągle są biblioteki, w których można znaleźć ciekawe książki. Często chodzimy do miejskiej biblioteki i zwykle udaje nam się wygrzebać na półkach coś interesującego, przynajmniej dla Piotrusia. Czasami są to książki, o których istnieniu nie miałam pojęcia, więc wszyscy mamy frajdę. U nas na dodatek można polecić bibliotece książki do kupienia i one rzeczywiście po jakimś czasie lądują na półkach. Nieźle mamy 🙂

Z biblioteki przywędrowała do nas książka wydana już kilka lat temu przez Wytwórnię.  Od razu skojarzyła mi się z „Klapu klap” i nic dziwnego — za jej szatę graficzną odpowiada ta sama osoba, Magdalena Matoso. 

W naszym domu jest

Bardzo mi się ta książeczka podoba… I nie tylko mnie. Piotruś przy jej lekturze świetnie się bawił, nawet Tymek do niej zajrzał, bo skusiły go nasze chichoty. „W naszym domu jest” Isabel Minhós Martins to zabawa matematyką i liczeniem, która zachęca do rozmyślania o własnej rodzinie i zastanawiania się, kim i jacy jesteśmy.

W naszym domu jest

W naszym domu jest nas czworo, jest u nas osiem nóg i kilkanaście płetw (ostatnio trudno mi się doliczyć, ile mamy właściwie rybek, bo akwarium przypomina zieloną dżunglę). Apetyty też nam dopisują — szczególnie, gdy mróz trzaska za oknem i nie chce się nosa wyściubiać z domu. Chętkę na rzeczy tłuste i słodkie można więc bezkarnie zwalić na aurę — mamo, upieczemy babeczki na kolację? takie czekoladowe…

W naszym domu jest

„W naszym domu jest” to krótka książeczka, która nadaje się już dla bardzo młodego czytelnika, ale na pewno spodoba się przedszkolakom. Wszystko w niej jest dopracowane: grafika, czcionka, kolory.  To bardzo nowoczesna książka, w której litery i znaki graficzne nawzajem się uzupełniają i przenikają — to jak zabawa w szukanie tropów i śladów. 

W naszym domu jest

Można tę książkę czytać po prostu, strona po stronie. Nie ma ich zbyt wiele, więc pójdzie szybko. Można także zacząć się bawić i uczyć już od pierwszej strony. No więc, ile mamy razem piegów? Czy ryby mają nosy i czy można je doliczyć do puli? Ile włosów ma pies dziadków? Przeliczamy nasze własne palce, paluchy i paznokcie. Bardzo lubię tego typu książki, które nienachalnie i jakby od niechcenia aktywizują całą rodzinę i sprawiają, że zaczynamy się bawić i myśleć. Świat zaczyna się wykrzywiać i pokazuje drugie oblicze.

W naszym domu jest

W „W naszym domu jest” matematyka przeplata się z anatomią, kształty wabią, a kolory grają. Warto do niej zajrzeć. I warto chodzić do biblioteki i szukać tam skarbów sprzed kilku i wielu lat.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Wytwórnia.

Isabel Minhós Martins, W naszym domu jest, il. Magdalena Matoso, Wytwórnia 2013

Nauka liczenia to jest to!

Liczymy, dodajemy, odejmujemy, kombinujemy — każdy z chłopaków na swoim poziomie. Tymek to już klasa wyższa, z politowaniem czasami patrzy na Piotrusiowe wysiłki: phi, to przecież najłatwiejsze w świecie. Młodszemu liczenie idzie coraz lepiej, magiczny próg dziesięciu przekroczyliśmy dawno temu i teraz co jakiś czas mój synek próbuje policzyć do miliona… albo do miliarda, albo do biliona lub dowolnej liczby, która jest jeszcze większa. A może by tak do googolplex?

W takim to momencie trafiła do nas książka Tulleta 10 razy 10, wydana przez wydawnictwo Babaryba.

10 x 10

Piotrusiowi książka się spodobała, choć było mu trochę szkoda, że tak mało jest tam do czytania. Oglądał ze śmiechem, jak można się bawić liczeniem, choć jednocześnie co chwila podkreślał, że to książka dla młodszych niż on. Całkowicie się z nim zgadzam. Dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z liczeniem, będą miały z tą książką mnóstwo radości. Hervé Tullet bawi się tutaj liczeniem, tak jak w innych swoich książkach bawi się kolorami, cieniami czy konwencją książki. Te trochę starsze mogą się czuć odrobinę zawiedzione, że już wszystko wiedzą, ale przecież można się nią bawić na różne sposoby. 

Co można liczyć? Palce, kolory, kształty, graczy potrzebnych do różnych gier… Otacza nas mnóstwo liczb, wystarczy się tylko rozejrzeć, popatrzeć uważnie i wybrać kategorię. A co by było, gdybyśmy u każdej ręki mieli nie pięć, a dziesięć palców? I co by przypominała taka ręka? Wodorosty (tak jak u Tulleta) czy może rozgwiazdę albo strasznego potwora (to inna wariacja jak z Tulleta)? Opowiedzieliśmy z Piotrusiem kilka bajek z liczbami, narysowaliśmy kilka stworów wielookich, wieloustych i wielouszych. Bawiliśmy się świetnie…

I wtedy przyszedł Tymek. Mój starszy syn popatrzył na książkę o liczeniu z zainteresowaniem. Wziął ją do ręki, przejrzał i przybiegł — bardzo oburzony, że autor wciska Piotrusiowi kit. Tymek bowiem powiedział: sprawdzam i policzył: nogi u krocionoga (mamo, tu wcale nie ma tysiąca nóg, jak jest napisane, tylko najwyżej dwieście) oraz widzów (skoro jest ok. 40 widzów w pionie i ok. 80 widzów w poziomie, to na kartce nie może być dziesięciu tysięcy widzów). Na nic zdały się tłumaczenia, że autor używa metafory, moje starsze dziecko uznało, że książka jest fałszywa i już. Nawet zaproponował, żebyśmy z Piotrusiem czytali tylko do tej kartki o krocionogu. Wniosek: bawcie się Tulletem, ale nie pokazujcie go starszym dzieciom, jeśli akurat są w fazie myślenia racjonalnego i sprawdzania tego, co napisane.

Hervé Tullet, 10 razy 10, Babaryba 2014

Przytulanie

Uwielbiam przytulać moje dziecko 🙂 Póki więc nie protestuje, przytulamy się, głaskamy, turlamy, gilgamy i bawimy w wyszukiwanie sposobów tulenia. W nocy słyszę jego tuptanie do naszej sypialni: wtula się we mnie z całej siły, zanurza łapki w moich włosach i natychmiast zasypia: a ja czuję, jak jego ciało się rozluźnia i jak opuszcza go stres i napięcie. I nie mam sumienia odnosić go z powrotem do jego pokoju.

A będzie o książeczce, która najbardziej zdystansowane dziecko nakłoni do przytulania i uścisków. „Najbardziej przytulaśny przytulasek” Sarah Nash i Daniela Howartha trafiła do nas, gdy Tymek był malutki.

 

To historia małego Lamparcika, którego mama wyrusza na polowanie. Mały czuje się bardzo samotny i nieszczęśliwy. Każde napotkane zwierzę chce mu jakoś pomóc i przytula go na swój sposób (małpa go huśta, wąż owija, hiena liże — to jedyna znana mi książka, w której hiena wygląda przesympatycznie). Żaden sposób nie jest jednak tak dobry, jak mamusiny, co chyba oczywiste ;-)Mam trochę zastrzeżeń do strony językowej tej książki. To znaczy nie ma w niej żadnych rażących błędów, po prostu mam wrażenie, że mogłaby być przetłumaczona trochę bardziej gładko. Tekstu jest niewiele, ta książka nadaje się już dla najmłodszych dzieci. Można więc ją sobie opowiedzieć zamiast czytać. No więc czytamy, opowiadamy, a potem się przytulamy: to może teraz tak jak wąż, a teraz z huśtaniem, a teraz… Mamo, a jak przytulałby Lamparcika słoń? Chyba huśtałby go na trąbie, co? Trzeba się więc pohuśtać. A potem znowu poprzytulać.

Ta książeczka nie tylko może być pretekstem do świetnej zabawy i pogłębiania bliskości z rodzicami, ale także oswaja z nieobecnością. Lamparcica poszła na polowanie, jej synek został sam, ale później mama wróciła. To ważna lekcja dla dzieci. Mamo, ty też wracasz z pracy, jak ta Lamparcica, powiedział mi dawno temu synek. I chyba dzięki temu czekanie było łatwiejsze.

Bawi, uczy, rozwija? — Bawidoc

Książeczki z serii Bawidoc są wydawane w Polsce przez różne wydawnictwa. Na początku przez Larousse, potem przez chwilę chyba przez Siedmioróg, a teraz Hachette. Niezależnie od tego, kto je wydaje, seria jest wspaniała. Uczy, bawi, rozwija — to naprawdę interaktywne książeczki.

Pierwsze trafiły do nas „Pory roku”. I na szczęście książka przetrwała, bo Tymek był mały, gdy ją dostał, i nie zawsze potrafił poradzić sobie z wyzwaniami, które przez nim stały.

  

W tej książeczce jest tyle okienek do otwierania, karteczek do odginania, miejsc do zaglądania, że dziecięce rączki mojego synka niechcący nadrywały, zaginały, przerywały… Był zrozpaczony, że coś „znowu się oderwało”. A potem wracał do eksploracji, bo rzeczywiście jest co oglądać.

„Pory roku” niosą masę informacji: o tym, że są pory roku i w jakiej kolejności po sobie następują, o tym, jakie czynności, warzywa i owoce są charakterystyczne dla danej pory roku, jaka panuje wtedy pogoda w różnych miejscach na kuli ziemskiej. W książce są przepisy kucharskie na każdą porę roku (jesienna szarlotka, zimowe piaskowe ciasteczka, wiosenne jarzyny i mus z brzoskwiń), masa pomysłów na doświadczenia i wiele ciekawostek. A wszystko podane w lekkiej, przyjemniej i zabawnej formie.
Tak wygląda strona przed rozłożeniem:

  

A tak po rozłożeniu:

  

Na każdej stronie tej książki jest coś, czego trzeba dotknąć: okienka, miniksiążki do rozkładania, dziurki, przez które trzeba spojrzeć, kółka, którymi trzeba pokręcić, nawet kufer i komoda, do których można zajrzeć. Wiedza sama wchodzi do główki.

Jakiś czas później trafiła do nas kolejna książka z tej serii. Tymek przeżywał wtedy okres fascynacji piratami. Zawsze musieli to być dobrzy piraci, ale zwykle miał masę pytań. „Pod piracką banderą” dostał w prezencie na urodziny i długo nie mógł się od niej oderwać.

  

Oglądał, rozkładał, kazał sobie czytać. A potem długo chodził z książką pod pachą i opowiadał: „Była sobie spokojna wyspa…:

  
A potem przyjechali na nią piraci:

 

I zobacz mamo, co się działo… I kucharz goni żółwia. Wiedziałaś, że żółwie to był przysmak piratów? I że robili wyścigi karaluchów…”

Moje dziecko stało się ekspertem. W książce świat piratów nie jest odmalowany w różowych barwach. Można tu znaleźć informacje o tym, że piraci przebierali się za kobiety, co robili z jeńcami i co jedli (robaczywe suchary nie spotkały się z entuzjazmem Tymka). Jest nawet przepis na pirackie danie:

Na 7 sucharów trzeba wziąć: 3 szklanki mąki, 3 łyżki wody, 1/2 torebki drożdży. Wszystko bardzo starannie zagnieść. Kiedy ciasto jest już gładkie, trzeba je odstawić na godzinę, żeby „odpoczęło”. Potem formować małe placuszki, nakłuć je widelcem i wstawić do pieca. Piec przez godzinę w średniej temperaturze. Podawać, zanim zalęgną się w nich robaki!

Przyznaję, że nie wypróbowałam przepisu i podana w nim ilość wody też wydaje mi się nieco dziwna. Syna zresztą odstraszyła wizja robaków. Trochę bał się, że będzie musiał je jeść po ciemku, tak jak piraci, żeby nie widzieć, co jest w jedzeniu, a Tymek uwielbia wiedzieć i widzieć, co je.

Trzecią książką, która do nas trafiła, jest „W dzień i w nocy”.

  

Tymek chyba przyjął ja najmniej entuzjastycznie ze wszystkich. Być może to wina tematyki, bo trudno mu zrozumieć, dlaczego gdzieś jest noc, gdy u nas jest dzień. Tymek wie, że ziemia jest okrągła, ale wizja przepaści, do której się spada na krańcu ziemi, wydaje się być jednak bardzo nęcąca. Zresztą nie tak dawno uraczył mnie informacją, że koniec świata jest na zachód od Dzikiego Zachodu, więc przynajmniej jedno stało się jasne.

  

Oglądał jednak „W dzień i w nocy” już kilka razy, robiliśmy doświadczenie z oświetlaniem globusa i umówiliśmy się na nocną wyprawę w poszukiwaniu sowy. Mam nadzieję, że dopiero na wiosnę…

PS.
W serii Bawidoc wydano jeszcze dwie książki: „Ciało” i „Cyrk”.

Śpiewanki z Muchomora

Trwa wielki remanent na półkach: przeglądanie, oglądanie, wyrzucanie… Najgorzej jest z tym ostatnim, bo książek wyrzucać nie potrafię. I Tymek odziedziczył po mnie tę cechę: nie pozwala wyrzucić żadnej zadrukowanej kartki — czasami cierpię z tego powodu okrutnie, gdy próbuję pozbyć się z domu gazetek typu Power Rangers edycja 125 czy nowe przygody Spidermana i innych superbohaterów, a mój syn broni ich z zaciekłością tygrysa. Najczęściej przegrywam, bo są to niestety bohaterowie współczesnych trzylatków. Całe szczęście, że nie ma (chyba) gazet o gormitach.

Śpiewanki wydane przez Muchomor pewnie powędrują do innych dzieci, ale jeszcze przez chwilę chcemy (hmm, ja czy Tymek?) się nimi nacieszyć. Nazwałam je śpiewankami, bo są to książeczki z tekstami dziecięcych piosenek, znanych już naszym dziadkom zapewne (wyjątkiem jest „Ptaszek z Łobzowa”). Pamiętam je z dzieciństwa, tę o czarnym baranie śpiewał mój dziadek, choć jego wersja nie była tak pogodna. Kartonowe książeczki wydane przez Muchomora można oglądać, czytać i wyśpiewywać.

    
    

Książeczki są ładne, dziecięco naiwne. „Miała baba koguta” zilustrowała Joanna Jung, „Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie” i „Jadą, jadą misie!” Agnieszka Żelewska, a „Jedzie pociąg z daleka” Ewa Kozyra-Pawlak. Choć w tym wypadku należało by raczej powiedzieć: wyszyła i uszyła.

Bardzo lubię ilustracje Pani Agnieszki Żelewskiej. Są jakby dziecięce, nie przerażają i nie onieśmielają swoją doskonałością. Tymek miał wrażenie, że on też może tak narysować. I próbował — jego misie miały po kilka głów albo składały się tylko z głowy, a baran tylko z nóg… Efekt nie był ważny — ilustracje są bardzo inspirujące, zachęcają dziecko (i mamę też) do twórczości. A na dodatek podpowiadają fajne pomysły: że trójkąty można wykorzystać do narysowania drzew, a misie to wyglądają właśnie tak…

    

 
 

To niesamowite, że tak prostymi — wydawało by się — środkami, można wyczarować tak wspaniały świat.

„Miała baba koguta” jest również wspaniale ilustrowana.

 

I bardzo inspirująca. Dla nas była ratunkiem w czasie podróży, szczególnie w korkach, gdy Tymek zaczynał odmawiać siedzenia w foteliku. Najpierw oglądaliśmy książeczkę i sprawdzaliśmy, gdzie baba umieściła zwierzęta. Potem szukaliśmy, kto na te zwierzęta czyha (na przykład na kurę łypie rudy lis). A potem zaczynał się koncert. Śpiewaliśmy tekst z książeczki na trzy głosy, później rozpoczynała się improwizacja: miała baba krokodyla, wsadziła go do badyla, miała baba konika, wsadziła go do chlewika, miała baba chomika, wsadziła go do słoika. W trakcie samochodowych występów czasami okazywało się, że trudno dopasować dalszą część zwrotki do początku, że rymu brakuje, bo polski to jednak trudny język. Najlepiej bawiliśmy się jednak, gdy Tymek zaczął już mówić i włączał się do zabawy. Śpiewać nie śpiewał, ale podrzucał pomysły: „a teraz ma być o antylopie gnu” albo „a teraz słonia”. Zwykle następował taki moment, gdy mocno schrypnięci, przeklinaliśmy w myślach babę, co to nie miała dosyć i ciągle gdzieś wsadzała biedne zwierzęta, a Tymek, śmiejąc się w głos, żądał dalszej zabawy. Na szczęście zwykle właśnie zajeżdżaliśmy pod dom…