Albert, odwaga i czary

Do opowieści o Albercie ciągle z Piotrusiem wracamy. Będę despotyczna i autorytarna: kto jeszcze nie zna Alberta, ten po prostu MUSI go poznać, to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego przedszkolaka. Albert pomaga dzieciom oswoić lęki, pokazuje, że inne dzieci też mają emocje, podobnych rzeczy się boją, a podobne je śmieszą. Te książki wzbudzają zainteresowanie nawet najbardziej odpornych na lekturę przedszkolaków (testowane). To także lektura obowiązkowa dla rodzica, bo Gunilla Bergström jakoś mimochodem i cieplutko obśmiewa wyobrażenia dorosłych o sobie samych i o dzieciach i pozwala nabrać dystansu do moralizowania i wychowywania. Chciałabym tak wnikliwie widzieć problemy moich dzieci, patrzeć na ich kłopoty z taką czułością i zrozumieniem. Historie o Albercie się nie nudzą, pewnie za jakiś czas Piotruś będzie już na nie za duży, ale na razie ciągle ma ochotę do nich wracać. Przetestowaliśmy je na znajomych przedszkolach, które zawsze z uwagą ich słuchały — i te trzyletnie, i te pięcioletnie. Dziesięciolatek zwykle stwierdza, że są fajne, ale krótkie. 

Dzieci boją się różnych rzeczy. Najczęściej są to duchy, potwory i różne dziwadła niewidzialne dla dorosłych. Piotruś też się boi, a my oswajamy jego strachy na różne sposoby i z różnym efektem. Odkrycie, że Albert także boi się różnych rzeczy i że — tak jak Piotruś — wie, że one nie istnieją, ale i tak się boi, bardzo mojego synka pocieszyło.

Kto straszy, Albercie?

„Kto straszy, Albercie” to książka o pięcioletnim Albercie, który czasami zapomina, że potwory, tajemniczy Marsjanie i duchy nie istnieją. Kiedy się o tym zapomina, czas zaczyna inaczej płynąć, meble w domu zaczynają tajemniczo trzeszczeć, a dobrze znane mieszkanie zamienia się w groźną krainę, gdzie jak najszybciej trzeba znaleźć sobie bezpieczną kryjówkę. Tato Alberta uczy go zaklęcia, które sprawia, że duchy przestają być straszne, ale czasami najlepiej po prostu zapalić światło. I wtedy można się już zacząć śmiać.

Kto straszy, Albercie?

Piotruś posłuchał historii o lękach Alberta z ogromną ciekawością. Cieszyło go, że Alberta także atakują różne paskudne stwory (mamo, jego też atakuje Kamerus Obskurus – o nim było tutaj). Wypróbował potem zaklęcie Alberta i zastanawiał się, czy znalazłby w sobie odwagę, by samemu zejść do piwnicy. Jak na pięciolatka Albert jest bardzo, bardzo samodzielny.

Druga książka o Albercie jest przeznaczona dla trochę starszych dzieci. Jest dłuższa, mniej w niej obrazków — to raczej nie jest książka do czytania „na raz” dla mało wprawionego czytacza. Albert jest w niej starszy, chodzi do szkoły, bawi się samodzielnie w parku z kolegami i marzy, by mieć psa. Tatuś Alberta obawia się, że fascynacja jego synka jest chwilowa, a potem sam będzie musiał zająć się czworonogiem. Ostatnio prowadzimy z Piotrusiem bardzo podobne rozmowy, więc książka idealnie trafiła w gusta mojego synka.

Hokus-pokus, Albercie

Albert i jego kolega, Wiktor, spotykają w parku PRAWDZIWEGO czarodzieja. Czarodziej potrafi wyjmować monety z nosów chłopców i robić mnóstwo innych sztuczek — a na dodatek ma psa i Albert może się nim zajmować. Chłopcy zaprzyjaźniają się ze starszym panem i jego muzą, Singoallą (bardzo fajna i sympatyczna muza). Potem wszystko się komplikuje, bo nawet czarodziej miewa czasami kiepskie pomysły, a nie wszystkie marzenia można łatwo spełnić.

Hokus-pokus, Albercie

„Hokus-pokus, Albercie” oglądaliśmy także w kinie. Film wykorzystuje historię opisaną w książce i dość mocno ją rozbudowuje. Dobrze, że najpierw przeczytaliśmy książkę, bo potem Piotruś mógłby być rozczarowany różnicami i szukać w książce filmowych opowieści. Dzięki rozszerzeniu scenariusza film może z powodzeniem oglądać i pięciolatek, i dziesięciolatek, i obaj będą mieli potem nad czym rozmyślać. Świetnie pokazano w nim dziecięcą wiarę w czary i magię, ale także to, że często my, dorośli nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co dzieci zrobią, gdy uwierzą, że mamy nadprzyrodzone moce. Film tak mocno zapadł mi w pamięć, że byłam przekonana, że pewne sceny NA PEWNO są w książce. Nie było ich, ale mogłaby je spokojnie napisać Gunilla Bergström.  W filmie nie ma fajerwerków ani superbohaterów, za to jest mnóstwo sytuacji „z życia wziętych”, znanych na pewno prawie każdemu dziecku. Jeśli zobaczycie „Hokus-Pokus” gdzieś w kinie, koniecznie się wybierzcie, bo warto.

Gunilla Bergström, Hokus-pokus, Albercie, Zakamarki 2015

Gunilla Bergström, Kto straszy, Albercie?, Zakamarki 2014

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Zakamarki

Reklamy

Duch z butelki, czyli jeszcze raz o Uno i Mattim

Całkiem niedawno pisałam o spotkaniu Mattiego i Uno z yeti, więc wypadałoby opowiedzieć o innej książce. „Duch z butelki” przywędrował do nas w worku Mikołaja, Piotruś od razu polubił tę opowieść, więc na blogu też pojawi się od razu. Tymek, zaglądając mi przez ramię (nie cierpię tego zwyczaju mojego syna), stwierdził, że „Yeti” to ciekawsza historia i już, ale ta druga też może być.

Duch z butelki

O czym więc jest ta historia? Uno i Matti byli na pchlim targu. Znaleźli tam mnóstwo skarbów, a wśród nich niebieską, zakorkowaną butelkę. Po jej otwarciu przed oczami chłopców pojawił się prawdziwy duch, strażnik starego lasu. Duch jest bardzo szczęśliwy, że w końcu wydostał się z butelki, obiecuje więc spełnić trzy życzenia chłopców (mamo, a jeśli on będzie niebezpieczny, tak jak ten dżin od rybaka? – to była obawa Piotrusia, któremu nie tak dawno czytałam opowieść o „Geniuszu i rybaku”). Ten duch jest jednak bardzo przyjacielski, choć trochę znużony przebywaniem w zakmnięciu. Kto by jednak nie był znużony po czterech tysiącach lat?

Chłopcy wybierają się z nim w podróż do lasu, choć chyba nie są przygotowani na wszystkie niespodzianki.

Piotrusiowi bardzo się ta historia podobała, a najbardziej podobało się to, że jest tutaj mama. Od razu po rozpakowaniu prezentu przejrzał książkę, a potem przybiegł podekscytowany: „zobacz, jest ich mama! To znaczy, że w tamtej książce pewnie była w drugim pokoju. Albo wyszła do pracy!”

Historia o Mattim i Uno jest krótka i zwarta. Życzenia chłopców są cudownie dziecięce, tak samo, jak brak zaskoczenia, że z butelki może wyjść duch (może nie może? u mnie w domu mieszka mnóstwo niewidzialnych stworów:-)). Trzylatek wysłucha tej opowieści bez problemów, tym bardziej że ilustracje są barwne, szczegółowe i zajmujące. Pięciolatek wprawiony w słuchaniu bajek może być trochę rozczarowany, że już się skończyło, ale przecież zawsze można zacząć od początku. Czytaliśmy tę historię już kilka razy, pierwszy raz tuż po Wigilii, bo przecież nie dało się już dłużej czekać.

Albert Albertson

Znacie Alberta? Jeśli nie, to koniecznie musicie poznać, bo Albert – tutaj zacytuję opis z Zakamarków – jak każdy „kilkulatek czasem ma problemy z zasypianiem, potrafi rano strasznie się grzebać przed wyjściem do przedszkola i jest niezwykle pomysłowy, zwłaszcza jeśli bardzo czegoś chce. Dzieci rozpoznają w Albercie swoje zachowania i emocje – radość zabawy, ciekawość świata, nieograniczoną fantazję, ale też złość, zazdrość czy strach”. Nic dodać, nic ująć – przygody Alberta to lektura obowiązkowa każdego przedszkolaka.

Piotruś z radością słucha każdej książeczki o Albercie, ale ma swoje ulubione. Jedną z nich jest „Dobranoc Albercie Albertsonie”, którą po cichu nazywamy z mężem „poradnikiem, jak dręczyć rodzica”.

Dobranoc, Albercie Albertsonie

Obaj moi synowie zaśmiewali się z Taty Alberta, który przyniósł sok, wytarł podłogę, zmienił pościel, tropił lwa… Wszytko po to, by jego synek w końcu zasnął. Czy jest jakiś rodzic, któremu nie zdarzyło się zasnąć przed dzieckiem lub razem z nim? Mnie się zdarza, więc ta książeczka trafia także do mnie. Bałam się przez moment, że chłopcy będą powielali pomysły Alberta dla samej zabawy i chęci odgrywania scenek, ale spotkało mnie przyjemne zaskoczenie. Obaj stwierdzili, że nie wolno się tak zachowywać i już. Wymyślają więc własne sposoby na wydłużenie i utrudnienie (rodzicom) procesu usypiania.

Drugą książką o Albercie bardzo lubianą przez Piotrusia jest „Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie”.

Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie

Tym razem Tatuś chciałby spokojnie poczytać gazetę, więc pozwala Albertowi pobawić się swoją skrzynką z narzędziami. Ech, chyba każdy wie, o co chodzi. Jak miło czasami nie patrzeć, co robi dziecko i zająć się swoimi sprawami. A że później czasami spotyka nas niespodzianka, no to cóż 🙂

Gunilla Bergström cudownie portretuje świat dziecka i jego relacji z dorosłymi. Zdumienie tym, jak dziwni i naiwni bywają dorośli. Próby wciągnięcia dorosłych do zabawy i sprawdzenia, czy dadzą się nabrać. Chęć naśladowania dorosłych prac. Potrzebę wspólnego przebywania i zabawy z nawet najbardziej zajętym Tatą (mamą też). Moi synowie rozpoznają w zachowaniach Alberta swoje emocje i uczucia, łatwiej im przyznać, że sami się zachowują podobnie, łatwiej im także ocenić, czy tak można, czy nie. Autorka na kilku stronach potrafi nakreślić prawdziwy, choć odrobinę przejaskrawiony, obraz relacji dorosłego i dziecka – pozbawiony jakiegokolwiek dydaktyzmu. Warto zajrzeć do książeczek o Albercie.

Yecik, plecik, plums

Do pisania o tej książce przymierzałam się już od dawna, bo to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Czytaliśmy ją także dzieciom w przedszkolu i ogromnie się im podobała. Zresztą trudno nie ulec urokowi tej historyjki. Wracamy do niej szczególnie często zimą, gdy mój synek z utęsknieniem czeka na śnieg.

Eva Susso, Benjamin Chaud, Yeti

Uno i Mati, dwaj chłopcy mieszkający z Tatusiem w małym domku wśród wzgórz doczekali się śniegu i mogli w końcu pojeździć na deskach. Po zjeździe postanowili poszukać innej drogi, żeby nie musieć wspinać się na górę, i zagubili się w lesie. A tam spotkali… prawdziwego człowieka śniegu, białego, kudłatego i wielkostopego. Piotruś ma nadzieję, że kiedyś gdzieś, może w lesie, a może wśród wzgórz, uda się nam/jemu także spotkać yeti. Właśnie takie: przyjazne, uśmiechnięte, sympatyczne, rymujące radośnie: yecik, plecik, plums, yecik, plecik, piruecik. Można potem skakać po domu i wyśpiewywać śmieszne rymowanki: yecik, plecik, bambolecik, yecik, krecik, pistolecik, yecik, śmiecik, kotlecik.

Uno i Mati to kolejni bohaterowie, którzy są blisko związani z tatusiami. Nie ma tutaj postaci mamy. To tato wiąże szaliki, smaży naleśniki, pakuje chłopakom mandarynki do kieszeni, żeby mieli co jeść. To taki zwyczajny tato na co dzień, który ma czas dla swoich dzieci. Moi synowie bardzo lubią, gdy tę książkę czyta im właśnie Tato, bo przecież – jak mówią – to historia o synkach i tatusiu, a takie są bardzo potrzebne.

Może ktoś ma przepis na zupę szyszkowo-jagodową? Bo po każdej lekturze szukam wymówek, dlaczego nie mogę ugotować tej pysznej potrawy yeti 🙂

Lasse, Maja i Perry

Lupa, komputer, lornetka, pędzelek, pistolet, notes, telefon, noktowizor, radar, aparat fotograficzny, kamera….. I wiele innych rzeczy. Według mojego syna to wszystko są rekwizyty detektywa. Aaa, zapomniałabym o najważniejszym – potrzebna jest czapka kominiarka i jeszcze chustka na twarz. Przecież detektywa nikt nie powinien zauważyć – musi być zamaskowany od stóp do głów 🙂 Być może po ostatniej lekturze mój synek zażąda prochowca.

Fascynacja kryminałem zaczęła się od Lassego i Mai, dwojga detektywów z powieści wydawanych przez Zakamarki. Razem z nimi rozwiązaliśmy już tajemnicę gazety, szkoły, mumii, złota i pociągu.

     

Lasse i Maja to dwoje dzieci mieszkających w Valleby. Oboje potrafią patrzeć i wyciągać wnioski, więc chętnie pomagają Komisarzowi, który – nie ma co kryć – za bardzo sobie nie radzi. A w miasteczku ciągle się coś dzieje: ktoś kradnie złoto z banku, znikają psy, a porywacz żąda okupu, a w muzeum egipska mumia kradnie obrazy. Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai ma pełne ręce roboty.
Tymek ma dużo radości z zabawy w detektywa. Przybiega do mnie i prosi o zadanie – i mama musi wymyślać sprawy do rozwiązania. Czasami podkładamy mu w domu rzeczy do odnalezienia – aby je odnaleźć, musi najpierw odszukać mapę i inne wskazówki. Czasami są to poukrywane w różnych miejscach karteczki ze strzałkami, czasami jakieś przedmioty leżące w nieoczekiwanych miejscach. Bawimy się także tylko w wyobraźni – wymyślamy napady na bank i na sklep, rozmawiamy, szukamy śladów – bardzo lubię słuchać historii wymyślonych przez moje dziecko – rośnie z niego fajny chłopak o bogatej wyobraźni. Ostatnio wymyślaliśmy, o czym mogą śnić przykryte śniegiem zabawki na placu zabaw i skojarzenia mojego syna wprawiły mnie w osłupienie, tak były nieoczywiste dla dorosłego.
Wydawnictwo Zakamarki poleca serię o Lassem i Mai dla dzieci samodzielnie czytających – dla ośmioletniego syna moich przyjaciół książka była jednak za prosta i po prostu się nią znudził. Tekst jest jednak wydrukowany dużą czcionką, co na pewno ułatwia samodzielne czytanie. Nie ma go także jakoś specjalnie dużo – zdarzało nam się przeczytać książkę za jednym zamachem, choć początkujący czytacz raczej tego nie dokona. Dla prawie pięciolatka książka jest idealna – niezbyt skomplikowana intryga, wyraziste postacie, sporo ilustracji. Ilustracje są zresztą kontrowersyjne – moim zdaniem są po prostu dość brzydkie. Tymkowi nie przeszkadzają – stara się nawet czasami sam coś rysować – może właśnie o to chodziło. Ilustracje w książkach nie onieśmielają dziecka, jest ono w stanie narysować podobne, schematyczne postacie. A umieszczenie na początku mapy Valleby to doskonały pomysł. Tymek uwielbia ją oglądać i wytycza trasę Mai i Lassego.

   

Niedawno wyobraźnią Tymka zawładnął inny detektyw: Perry Panther, bohater cyklu wydanego przez Naszą Księgarnię. Perry to kocur, który został prywatnym detektywem, gdy policja wiele razy odrzuciła jego podania o pracę:

Tak, tak, będę najsłynniejszym kocim detektywem wszech czasów. Takim Sherlockiem Holmesem przedmieścia.
Mój wzrok błądzi w ciemności. Tam, w ogródkach i na podwórkach, aż się przecież roi od niewykrytych przestępstw i nierozwiązanych spraw. Wszędzie czają się kanałowe szczury-kryminaliści i impertynenckie psy bojowe, podstępni dozorcy domów i perfidne pinczerki, podli złodzieje rowerów i nielegalni handlarze świnek morskich. I ja te ich nadużycia ukrócę. Za jedyne parę puszek kociego jedzenia pomogę moim zrozpaczonym klientom i zaprowadzę porządek.

No i Perry rozpoczyna działalność: w garażu swojego pana. Ubrany w prochowiec rozwiązuje swoją pierwszą sprawę: odnajduje uprowadzoną kotę Tilly.
Tymkowi pierwszy tom „Detektyw Perry Panther i mysia mafia” (Markus Grolik, Nasza Księgarnia 2007)

    

podobał się bardzo, więc na pewno będzie chciał poznać następne przygody sympatycznego kocura. A sama powieść ma trochę cech czarnego kryminału, oczywiście dostosowanego do dzieci (niedoceniony bohater wyznający szlachetne zasady, niesprzyjające okoliczności prowadzenia śledztwa: deszcz leje, brak pomocy). Chandler to to nie jest, ale świetna lektura dla małoletniego miłośnika detektywów i intryg.

Ja chcę mieć rodzeństwo

Przyznaję, że ciąża była dla mnie zaskoczeniem, ale bardzo się cieszę, że będę mieć drugie dziecko. A Tymek rozpromienił się cały na tę wiadomość i nie może się doczekać. Ogląda mnie z każdej strony, zastanawia się, czy przez pępek dałoby się braciszkowi dostarczyć jakieś zabawki, bo pewnie mu nudno, wymyślił imię (mamo, to będzie Piotruś, tak jak w Narnii) i nie dopuszcza dyskusji, że może rodzice też mają coś do powiedzenia na ten temat :-). Na początku bacznie mi się przyglądał, a ja nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że mój sprytny synek szukał rurki, którą to dziecko jest ze mną połączone. Miał nadzieję, że będzie ją widać: może wyjdzie mi nosem, może uchem, może przez pępek albo jakąś inną drogą. Był bardzo rozczarowany, gdy dowiedział się, że rurki nie zobaczy.

A przy okazji nowego dziecka nie możemy nie czytać książek o dzieciach i rodzeństwie. Nie obyło się też bez pytań: skąd się biorą dzieci? I jak to będzie, gdy to dziecko w końcu się urodzi. Tymek co prawda twierdzi, że małe dzieci są nudne i są psujami, ale jakoś nie przenosi tej wiedzy na brata: on, Tymek, nauczy go przecież od razu chodzić i mówić, i kupi mu za pieniądze ze skarbonki gormita, żeby nie musiał zabierać Tymkowych. I tutaj na pomoc przyszła Astrid Lindgren i jej przezabawna i mądra książka „Ja też chcę mieć rodzeństwo”, wydana przez Zakamarki.

  

Znamy ją już od dawna, ale teraz jej lektura nabrała nowego sensu. Peter, bohater książki, chce mieć rodzeństwo, bo ma je kolega z podwórka – można wtedy pchać wózek i wszyscy zazdroszczą 🙂 Rodzi się Lena i niestety nie wszystko wygląda pięknie i cukierkowo: są wrzaski i zabiegana, zmęczona mama. Peter jest wściekły, zastanawia się, czy nie dałoby się zamienić siostry na trzykołowy rowerek albo przynajmniej wystawić jej za okno, żeby nie słyszeć ciągłych krzyków. Ta książka nie ukrywa emocji starszego dziecka, które czuje się odrzucone i niekochane. I pokazuje, jak ważna jest umiejętność zauważenia jego frustracji, wciągnięcia go do opieki nad młodszym dzieckiem, podkreślenia jego wagi.
Kiedyś Tymek, słuchając tej książki, śmiał się w głos. Wydaje mi się, że teraz słucha jej bardziej uważnie i refleksyjnie. Zastanawia się, czy Piotruś (nazwa ciągle robocza ;-)) będzie się go słuchał, czy będzie zabierał mu zabawki i wrzeszczał. Mam nadzieję, że lektura książki Astrid Lindgren pozwoli nam przekonać Tymka, że rzeczywistość nie musi być tak wspaniała, jak on sobie wyobraża. I że utrwali w nim przekonanie, iż rodzice kochają swoje starsze dzieci, mimo iż te młodsze wymagają większej uwagi.

Nie obyło się też bez pytań: skąd się biorą dzieci… 🙂 Nie chcieliśmy sprzedawać Tymkowi bajeczki o bocianach, zającach i kapustach, ale nie chcieliśmy też mówić za dużo i skupiać się na fizjologii. Tymek wie, że do powstania dziecka potrzebna jest kobieta i mężczyzna (mama i tata). A jeśli chodzi o fizjologię… No właśnie, na razie oglądamy książkę „Poznajemy nasze ciało” z serii „Dlaczego? Kiedy? Jak?” (Firma Księgarska Jacek Olesiejuk).

  

Pokazano w niej różnice między dziewczynką i chłopcem, krótko opowiedziano o ciąży… Tymek otwiera okienka i spogląda na dziecko w brzuchu książkowej mamusi: Piotruś jest już taki duży? A gdy go czujesz, to bardziej jest to cios pięścią czy karate? Jak myślisz? No i co odpowiedzieć? 🙂 Włożył sobie poduszkę pod bluzkę i pochodził z pięć minut, ale szybko stwierdził, że to bardzo niewygodne, choć może to być sposób na ochronę przez ciosami mieczem. Musiałam mu szybko wytłumaczyć, że mój brzuch trochę się różni od poduszki i niekoniecznie lubię, gdy tłucze się w niego mieczem, nawet plastikowym.

Przyjaciele pożyczyli nam książkę Babette Cole „Mama zniosła jajko” (Nasza Księgarnia). Przyznaję, że jest zabawna i interesująca, ale…

  

Hmm, jakby to powiedzieć. Nie wiem, czy to jest książka dla czterolatka. Jak na razie obejrzeliśmy ją tylko raz. Tymek z dużą radością wysłuchał fragmentów, w których rodzice-hipisi tłumaczą swoim dzieciom, skąd się biorą dzieci. Gdy usłyszał, że „chłopaków robi się ze skorupek ślimaków. Z błotka, kokonów i psich ogonów” zaczął się śmiać w głos. Oglądał obrazki i wykrzykiwał: mamo, to przecież nie tak, dzieci nie rodzą się w kwiatach ani nie przynoszą ich dinozaury, prawda? Obejrzał sobie inne ilustracje i nie zadawał pytań. A ja odłożyłam książkę na półkę. Szczerze mówiąc, stchórzyłam. Przestraszyłam się… Chyba właśnie fizjologii i tego, co sobie dośpiewa mój synek. A potrafi być dociekliwy, oj potrafi 🙂 Byłam w stanie wyobrazić sobie całą serię pytań, na które ciężko by mi było odpowiedzieć. Książka Cole i jej zabawne ilustracje bardzo mi się jednak podobają, więc może się odważę i jeszcze do niej wrócimy.

PS. Może mój opór bierze się z moich własnych doświadczeń? Byłam dzieckiem, które wiedziało, skąd się biorą dzieci. Naprawdę wiedziało, bo w domu była masa książek. A jednak, gdy urodził się mój najmłodszy (młodszy ode mnie o 13 lat) brat, przeżyłam szok. Bo uświadomiłam sobie, że moi rodzice muszą uprawiać seks! No wiedziałam, że ludzie to robią. Jacyś inni ludzie – ale moi rodzice, no nie, to niemożliwe… Przecież są za starzy 😉 I po prostu nie wiem, czy chcę, by moje czteroletnie dziecko już teraz wiedziało, jak to się technicznie odbywa. Może mu wystarczy wiedza, że potrzebna jest mama i potrzebny jest tata, i muszą się bardzo kochać i przytulać? Ech…

Nusia

Znowu będzie o szwedzkiej literaturze dla dzieci wydawanej przez Zakamarki. Książki z tego wydawnictwa rozpychają się na półkach, a Tymek bardzo, bardzo lubi je czytać i oglądać. Tym razem będzie o Nusi. Historie o Nusi zostały napisane i zilustrowane przez Piję Lindenbaum.

Najpierw pojawiła się w domowej bibliotece Nusia i wilki.

 

Nusia jest w wieku mojego synka, chodzi do przedszkola. Nie lubi skakać z dachu ani przez strumyk (bo można się zmoczyć albo obetrzeć kolano), głaskać psa (bo może mieć drzazgę w łapie albo może go boleć głowa. A wtedy może być zły i mocno ugryźć), dotykać robaków (robaki powinny być w ziemi). Nusia wszystkiego się boi i do wszystkiego podchodzi z ostrożnością.
Jednak gdy gubi się w lesie i spotyka wilki, nie boi się niczego. Wymyśla im zabawy (bawią się w wilka i gąski – oczywiście wilkiem jest Nusia), głaszcze je, karmi zupą błotno-jagodową, ratuje z opresji.

Nagle między drzewami zapalają się małe żółte lampeczki. Słychać zgrzytanie ostrych zębów. To wilki stoją i czają się za drzewami.
– NO DALEJ, wyłaźcie! – woła Nusia – Jestem dziecko, które zgubiło swoje przedszkole!
– To nasz las – zgrzytają zębami wilki. – Wracaj do domu i baw się w swoim lesie.
– Kiedy ja nie wiem, jak mam wrócić, nie rozumiecie czy co? – odpowiada Nusia.

To opowieść pełna humoru, o strachu i jego przełamywaniu i o tym, jak dziecko przekształca na swój sposób świat dorosłych. Tę książkę powinni przeczytać rodzice. Pozwala zajrzeć do świata dziecka, na chwilę podejrzeć jego schemat myślenia. Pewne rzeczy dla dzieci są oczywiste, bo są i już. Dorośli mogą się zastanawiać, dla dziecka wiele rzeczy jest prostych, choć często poglądy, jakie prezentuje, to absurd czystej wody. No pewnie mamo, z wilkami bym sobie dał radę, co to dla mnie – kategorycznie stwierdził kilka razy mój synek. I na sosnę też bym wszedł.
A wiecie, co najbardziej zaskoczyło mojego synka w tej książce (to odkrycie z czasów, gdy zaczął chodzić do przedszkola)? Że opiekunem dzieci jest pan Radzio! Mamo, to mężczyźni też mogą pracować w przedszkolu?

Pod choinkę Tymek dostał drugą książkę o Nusi – Nusia i bracia łosie.

 

Ta książka jest tak radosna i tak absurdalna, że można ją czytać w kółko i wcale się nie nudzi.
Nusia zaprosiła do domu łosie, które spotkała na progu. Zawsze marzyła o rodzeństwie, a teraz nadarzyła się okazja, by mieć braci, na dodatek od razu kilku i starszych. Wydarzenia jednak potoczyły się inaczej, niż wyobrażała sobie Nusia. Łosie wcale nie chciały zachowywać się w wymyślony przez dziewczynkę sposób: skakały po tapczanie, robiły szałas w szafie, piły wodę z sedesu i nie potrafiły bawić się zabawkami: – W takim razie możemy pobawić się zwierzątkami – mówi Nusia. Ustawia je ładnie. (…)
Ale bracia tak się nie bawią. Rzucają krokodylem. A lew pożera wszystkie małpy.
– Ziuuuu, nadlatuje Spiderman! – woła jeden brat i rzuca pingwinem przez pokój.Ta scena za każdym razem wywołuje u Tymka salwy śmiechu. Pingwin – Spidermanem, no nie mogę. Co ten łoś wymyślił…. Podoba mu się także to, że łosie rysują głównie burzę i noże. Bardzo te łosie są rozbrykane i bardzo się to podoba mojemu synkowi.
A odpowiedź na pytanie: czy warto mieć rodzeństwo staje się trochę bardziej skomplikowana. Może jednak zwierzęta nie powinny mieszkać w domu? – zastanawiał się Tymek, wcześniej snujący plany posiadania geparda i kilku innych przedstawicieli fauny. Nie powiem, że nie ucieszyłam się z takiego odkrycia.

Ja nie chcę iść spać!

Słyszę takie zdanie prawie co wieczór: bo jeszcze trzeba się trochę pobawić — dzień taki krótki, bo tyle rzeczy jest jeszcze do zrobienia, obejrzenia, opowiedzenia, w tyle punktów trzeba jeszcze postukać młotkiem, tyle zamków z klocków ułożyć.

Ten sam problem ma Lasse z książki Astrid Lindgren „Ja nie chcę iść spać” wydanej przez Zakamarki.  

 

To nietypowa książka — bo występują w niej zwierzęcy bohaterowie, jak chyba w żadnej innej książce Astrid Lindgren. Przyznaję, że wolę Lottę i Pippi, ale Tymkowi książka spodobała się ogromnie. Na pewno przyczyniły się do tego przepiękne ilustracje Ilon Wikland.

Mały Lasse nie chce spać. Jego mama codziennie musi z nim walczyć i w końcu, zniecierpliwiona nieustannie powtarzanymi przez chłopca słowami „tylko najpierw” kładzie go spać na siłę.

  

Krzyki Lassego słyszy także ciocia Lotten, starsza pani mieszkająca w tym samym domu. Pożycza mu ona okulary — niezwykłe, bo można przez nie zobaczyć, co robią zwierzęta. W ten sposób Lasse dowiaduje się, że wszyscy muszą iść spać.

  

Tymek bardzo lubi oglądać tę książkę. Opowiedział ją tacie, gdy ten wrócił z pracy. Z zapałem pokazywał kolejne scenki i mówił, co Lasse chciał jeszcze zrobić, dlaczego mama mysz gniewa się na syna i co robią wiewiórki.

Nie wiem, czy ta książka skłoni Tymka do wcześniejszego kładzenia się spać. To nieważne. Ważne, że Tymek o niej opowiada i chce ją oglądać. I marzy o tym, by zajrzeć do mysiej dziury i podejrzeć kłócące się wiewiórki. A marzenia to wielka rzecz.

Mama Mu i guzy

Jakoś mało czasu mam przed Świętami. Dni za krótkie i czas za szybko płynie. Czytamy z Tymkiem dużo, co chwila wędrujemy do biblioteki, która okazała się zaskakująco dobrze zaopatrzona, tylko pisać o wszystkich lekturach nie mam kiedy. Dzisiaj będzie więc o książkach, które mój syn dostał na Mikołajki, tak żeby zdążyć przed Bożym Narodzeniem.

Mikołaj przyniósł Tymkowi na swoje imieniny dwie książki, obie z Zakamarków: „Mama Mu nabija sobie guza” i „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”.

 

Tymek bardzo ucieszył się z obu. Po rozpakowaniu paczki stwierdził: wiesz mamo, ten Mikołaj, to chyba mnie jednak zna.

I natychmiast zażądał lektury. Przyznaję, że trochę się jej obawiałam, bo zerknęłam do tej Mamy Mu wcześniej i wydała mi się trochę za krótka i za bardzo moralizatorska. Na szczęście mam już trochę więcej niż trzy lata — Tymek zaśmiewał się w głos i książka bardzo mu się podobała. Wszystko mu się podobało: że krowa próbowała przeskoczyć przez płot, że miała wielkiego guza, że Pan Wrona miał niezbyt pewną siebie minę, gdy wrócił z poszukiwania lodów, i że nie smakował mu szpinak (zobacz, on też nie lubi szpinaku!), że szpinak służył do zmniejszenia guza (też przykładałaś mi coś z lodówki, pamiętasz?). Trochę był zdziwiony, że szpinak smakuje Mamie Mu — niestety do tej pory nie udało mi się namówić syna do jedzenia szpinaku, twierdzi, że jest „za zielony”. A mi książka podobała się z każdym słowem bardziej, gdy spoglądałam na mojego jaśniejącego i śmiejącego się syna. Niech żyje Mama Mu! I Pan Wrona oczywiście…

  

Może należałoby zacząć akcję: Cała Polska czyta Mamę Mu? Moim zdaniem, to świetna lektura dla każdego dziecka. A my już czekamy na następną część.

„Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” to ostatnia z serii kolorowych książeczek o rezolutnej Lotcie. Przeczytaliśmy więc z Tymkiem już wszystko — i na pewno będziemy czytać książki o Lotcie jeszcze wiele razy.

  

Co prawda ta Lotta jest wielkanocna, ale jakoś wcale nam to nie przeszkadzało. To znaczy Tymkowi nie przeszkadzało, bo ja w trakcie lektury nagle z przerażeniem stwierdziłam, że sześcioletnia Lotta odkrywa, że to tata jest wielkanocnym zajączkiem. I Mikołajem też — to już dopowiada Jonas. Książka została więc trochę ocenzurowana. Tymek wierzy w Mikołaja, i niech tak jeszcze przez jakiś czas zostanie. Za jakiś czas sam się domyśli. Pomyślałam, że Astrid Lindgren wybaczy, że opuściłam jedno zdanie.

A książka wydała mi się bardzo na czasie, bo przecież mówi także o dzieleniu się i dawaniu. I o tym, że dawanie może dawać równie dużo przyjemności, co otrzymywanie. A wielkanocny zajączek może przynieść czekoladowe aniołki i bałwanki. W tym momencie Tymek westchnął: też bym chciał dostać tyle czekolady… Może więc dobrze, że czytaliśmy wielkanocną Lottę przed Bożym Narodzeniem. Mikołaj nie musi przynosić „aż tyle” czekolady. Za to przyniesie książki — chyba czas na kolejne półki w bibliotece….

Zima

Z utęsknieniem czekam na śnieg i mróz. Mam dosyć szarości i krótkich dni. Tymek chyba uważa podobnie, bo od jakiegoś czasu czytamy książki o zimie — takiej prawdziwej zimie, z padającym śniegiem, lepieniem bałwana i przygotowywaniem się do Świąt. Oboje mamy ochotę piec pierniczki i wycinać ozdoby na choinkę. Tymek wybiera więc do czytania zimowe książki…

Najważniejsza jest Lotta. Tymek bardzo lubi książkę „Pewnie że Lotta umie prawie wszystko” z Zakamarków.

Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko

Pamiętam, że pierwszy raz czytaliśmy tę książkę jesienią, co wcale nie przeszkadzało w lekturze. Tymek przeżywał tę historię, prawie się popłakał… Ale może po kolei.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Dzieci mają ferie, rodzice przygotowują Święta. Lotta chce pomóc mamie: ma wyrzucić śmieci i zanieść świąteczny chleb cioci Berg. Tak proste, wydawałoby się, czynności są przyczyną ogromnego zamieszania… Lotta gubi Niśka! Bez obawy, wszystko skończy się dobrze, choć sytuacja wygląda dramatycznie.
Po południu nowa tragedia: w mieście zabrakło choinek. Spadło za dużo śniegu (mamo, to może być „za dużo” śniegu, spytał raz Tymek, a ja przypomniałam sobie śnieżne zimy z mojego dzieciństwa i zrobiło mi się żal synka) i nie można wjechać do lasu, więc w całym mieście nie ma choinek — taką nowinę przyniósł tato Lotty, Jonasa i Mii. Dzieci wpadły w rozpacz. Lotta też miała płakać, ale wcześniej musiała kupić gazetę dla cioci Berg. A gdy była na stacji benzynowej, wjechała na nią ciężarówka pełna choinek…

Tymek bardzo mocno przeżywał rozmowę Lotty z kierowcą ciężarówki. Krzyczał, denerwował się, tupał. A zaraz potem śmiał się i cieszył, gdy wszystko dobrze się skończyło, bo oczywiście musiało się dobrze skończyć, choć rozwiązanie wcale nie jest oczywiste. Astrid Lindgren wspaniale oddała atmosferę przygotowania do Świąt, oczekiwania, sprzątania. I doskonale wyłapała także cechę dzieci, które do pewnego wieku uważają, że potrafią wszystko, przynajmniej „na niby”. Mój synek „na niby” potrafi wszystko.

Drugą książką, którą czytamy jest „Patrz Madika, pada śnieg” Astrid Lindgren, również opublikowana przez Zakamarki.

 Patrz, Madika, pada śnieg

To dość dramatyczna historia małej Lisabet, która po prostu chciała spróbować, jak się jedzie na płozach sań… Tymek słucha jej z zapartym tchem. Wrzeszczy na Andersona, radzi Lisabet, co ma robić w lesie. I jest wzruszony (tak samo jak jego mama) podczas czytania końcowego fragmentu książki, gdy zmęczeni, zrozpaczeni rodzice wracają i w łóżku starszej córki zamiast jednaj znajdują dwie dziewczynki. Po pierwszej lekturze długo kiwał głową i powtarzał: tak, tak, dobrze że się znalazła.

Historia jest dramatyczna, ale zima przedstawiona w tej książce jest cudowna. Bardzo lubimy z Tymkiem oglądać ilustracje Ilon Wikland. Miasteczko przedstawione jest bardzo szczegółowo, można wpatrywać się w nie bardzo długo i odnajdywać nowe szczegóły:

Patrz Madika pada śnieg

 

Zwykle nasze pierwsze zadanie polega na odnalezieniu domu Madiki i Lisabet. Gdy oglądam te ilustracje, tęsknię za śniegiem. Nie wiem, czy ktoś inny pokazał śnieg równie pięknie, co Ilon Wikland.

Patrz Madika pada śnieg

Szkoda, że zima rzadko wygląda tak pięknie jak na tych ilustracjach. Aż chce się skakać, tarzać w zaspach i lepić bałwana.

Kolejną książką o zimie, którą czytamy, jest „Boże Narodzenie w Bullerbyn”, też wydane przez Zakamarki (ale się zakamarkowo zrobiło na blogu — czytamy też książki z innych wydawnictw, przysięgam), ale o niej może innym razem.

PS. Sylwetkę Ilon Wilkland opisała na swoim blogu Zofia Frankowska.