Niemapy to jest to!

Mam ochotę zakrzyknąć: niech żyją Niemapy! Znacie? Jeśli nie, to koniecznie obejrzyjcie na stronie niemapa.pl, a potem poszukajcie w dobrych księgarniach. To obowiązkowe wyposażenie każdego rodzica podróżującego z dzieckiem po Polsce,  a także świetny sposób na planowanie podróży, kreatywne wspólne spędzanie czasu i dobrą zabawę.

Niemapa

Niemapy to wspólne przedsięwzięcie mam z Mamy Projekt i grafików z Ładnego Halo. Każda mapa-niemapa jest starannie zaprojektowana pod względem graficznym i tekstowym – to mały przewodnik i zabawa z kartografią w jednym. Z równym przejęciem oglądają je dzieci i dorośli uświadamiający sobie, jak wiele ciekawych miejsc mają tuż pod nosem lub kawałeczek dalej. Każda niemapa jest trochę inna, więc warto obejrzeć wszystkie. Nie da się na ich podstawie wytyczyć trasy dojazdu (od czego mamy GPS-y?), ale za to da się tak zaplanować trasę, by obejrzeć to, co warto zobaczyć. A na dodatek taka niemapa nic nie waży i zajmuje mało miejsca.

Niemapa
To może jako przykład weźmy Łódzkie – co tam może być ciekawego? Łódź to jeszcze… Wiadomo, przemysł, Piotrkowska, kino i Ziemia Obiecana, ale województwo? Autorzy niemapy zaproponowali aż 30 miejsc, które warto (poza Łodzią) w Łódzkiem obejrzeć. Są tam miejsca tak oczywiste, jak Nieborów czy ruiny zamków, ale także propozycje zaskakujące, jak nocleg na polu namiotowym w Ldzaniu czy warsztaty w Bolimowie. Miejsca to nie wszystko. Z każdym z nich skojarzone jest zadanie do wykonania lub jakaś propozycja zabawy – w Grotach Nadgórzyckich w Tomaszowie Mazowieckim można sobie wyobrażać cały dzień w jaskini, a w Arboretum w Rogowie stworzyć własną mandalę. Wolicie inne zabawy? To może ktoś ma ochotę na malowanie lub łamigłówki? Na każdej stronie niemapy można znaleźć wiele interesujących informacji, zadań i propozycji.
Na razie niemap jest tylko kilka: Poznań, Łódź, Łódzkie, Rzeszów, Wrocław, Lublin, Gdynia, Warszawa, Kielce. Na stronie oglądałam wszystkie, w ręku miałam dwie: Łódzkie i Poznań. Obie bardzo mi się podobały, a moi synowie oglądali je z ogromnym zainteresowaniem. Do każdej niemapy dołączona jest pocztówka „Pozdrowienia z…”, którą można wysłać do przyjaciół. Zaprojektowana w tym samym stylu, co niemapy zachęca do odwiedzenia miejsc i zabawy z kartografią. Poszukajcie niemap, a dowiecie się, jak w Poznaniu mówią na tramwaj i co to jest sztangiel w Rzeszowie. Do dzieła!

Recenzja ukazała się także na portalu Miasto Dzieci.

O wyobraźni i wędrowaniu

Jako dziecko uwielbiałam wędrować palcem po mapie. Niszczyłam wychuchane atlasy mojego ojca, wyrysowując na nich podróże moich ulubionych bohaterów. Każda wyprawa Tomka Wilmowskiego była wyrysowana innym kolorem. Tato przestał się gniewać, gdy odkrył, że bez błędu wyliczam długość i szerokość geograficzną i mogę z nim dyskutować o klimacie Indii, a ćwiczenia z geografii wypełniam „od deski do deski” we wrześniu. Uznał, że pomazane atlasy to stosunkowo niska cena.

Teraz próbuję zarazić pasją do wędrowania po mapie moich synków. Na ich półkach stoi wiele różnorodnych atlasów: świata, poszczególnych kontynentów czy krajów.  Najchętniej zawiesiłabym na ścianach mapy, żeby moje dzieci ćwiczyły wyobraźnię. I jest kilka fajnych książek, które naprawdę w tym pomagają.

Pierwsza z nich to „Mapy” wydane przez Dwie Siostry. Dokładnie można je sobie obejrzeć na stronie wydawnictwa oraz na stronie autorów, państwa Mizielińskich. O „Mapach” powiedziano już chyba wszystko: że piękne, że ogromne, że ciekawe, że dla każdego, że mnóstwo informacji, że, że, że….

Mizielińscy. Mapy

„Mapy” to nie jest typowy atlas. To książka, która skłania do tworzenie mnóstwa planów i organizowania podróży. Moich chłopcy już od dawna wiedzą, gdzie pojadą i co obejrzą. Piotrek ogląda mapy bardziej wybiórczo: był czas, gdy szukał na nich tylko pociągów, teraz bardziej interesują go zamki, więc zamiast Japonii, planuje odwiedzić Europę. Tymka fascynuje ogrom informacji zawartych w obrazkach. On już nie wyobraża sobie, że można nie czytać, a tutaj odkrywa, że wiedza niekoniecznie musi być zawarta w literach. To prawie jak odkrycie znaczenia hieroglifów w starożytnym Egipcie.

Mimo że „Mapy” są ogólnie znane, nie mogłam odmówić sobie przyjemności wrzucenia ilustracji 🙂

Mizielińscy. Mapy

Mapy narysowane przez Aleksandrę i Daniela Mizielińskich przypominają mi starożytne freski. To wiedza zawarta w obrazkach, bez skali geograficznej, bez bardzo uproszczonych symboli. Świat jest bogaty, a jednocześnie łatwiejszy do zaakceptowania i przyswojenia niż na tradycyjnych mapach. Wydaje się ogromny, ale jest także bardziej przyjazny, łatwiejszy do oswojenia i wspaniały w swojej różnorodności.

Drugą książką, którą podsuwam swoim chłopakom, jest „Dokąd iść? Mapy mówią do nas” Heekyound Kim z ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło, wydana przez Entliczek.

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Trudno mi ubrać w słowa to, co myślę o tej książce. Są tam przeróżne mapy: mapa krwiobiegu i londyńskiego metra, mapa z patyczków i kamyków używana dawno temu przez mieszkańców Wysp Marshalla i mapa starożytnego Rzymu, mapa genomu i mapy azjatyckie, wybijające nas trochę z europejskiej dumy i zmuszające do zastanowienia nad naszą pozycją w świecie. Z całej tej książki bije szacunek do inności i fascynacja ludzkimi próbami uporządkowania tego, co nas otacza, i tego, co ciągle jest tajemnicą.

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Książka kończy się słowami: „Wiemy, że mapy mówią nam różne rzeczy. Istnieją mapy, których mowy nie można zrozumieć: mapa turecka, narysowana 8200 lat temu; mapa twoich myśli; mapa, którą narysowałaś/eś na pościeli… (W Korei, gdzie dziecko zrobi siusiu do łóżka, mówi się, że „narysowało mapę”). Co te mapy nam mówią?”

Wcale mnie nie dziwi, że co jakiś czas przyłapuję moich synów na przeglądaniu tej książki. Świat wokół nas może jawić się jako wielka mapa, którą musimy nauczyć się odczytywać. A wypatrywanie tropów wokół to doskonały sposób, by ten świat poznać. Możemy śledzić emocje, szukać śladów przeszłości, patrzeć, jak powstają nowe drogi, szukać nowych ścieżek. Można wyrysować mapę swojego domu i mapę swojej rodziny – świetna książka, która prawie siłą namawia do działania, rozmowy i uważnego patrzenia.

A na koniec trzecia książka… Czy myśleliście kiedyś, żeby pojechać tam, gdzie jeszcze nikt nie był? Albo odkryć coś, co jeszcze nie zostało odkryte? Wtedy warto zajrzeć do „Atlasu wysp odległych” wydanego przez Dwie Siostry.

Atlas wysp odległych

Jak napisała w podtytule sama autorka, Judith Schalansky, to pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie była i nigdy nie będzie.

Wyobraźmy sobie wyspy maleńkie jak okruszek. Tak małe, że w zwykłych atlasach nawet nie są zaznaczone lub są maleńkim ziarenkiem rzuconym na ocean. Ich nazwa zwykle zajmuje dużo więcej miejsca, niż zaznaczona na mapie powierzchnia. I właśnie takie wyspy zostały opisane w atlasie.

Atlas wysp odległych

To książka bardziej dla Tymka niż dla Piotrka.

Atlas wysp odległych

A może nawet bardziej dla jeszcze starszych dzieci? Jak cudownie jest planować podróże i marzyć, że gdzieś na oceanie jest wyspa tak maleńka, że jeszcze nikt jej nie odkrył? Ta książka to opis wysp, ale także wypraw, które doprowadziły do ich odkrycia. Świat staje się bliski, na wyciągnięcie ręki. Wyspy zaczynają być prawdziwe i realne, przestają być tylko punktem na mapie. Ta książka to chwila oddechu w  zagonionym świecie i doskonały powód, by ciągle marzyć.

Miłych wypraw palcem po mapie.

Dziki, dziki, dziki Zachód

Wbrew pozorom nie będzie o Bolku i Lolku. Choć może powinno być, bo Tymek przechodzi „fazę Bolka i Lolka” (chyba muszę zacząć zapisywać jego kolejne fascynacje) i mógłby oglądać przygody chłopców w nieskończoność. A zaraz po obejrzeniu filmu potrafi zażądać lektury książki z tymi samymi historiami.

Szukałam książki o kowbojach, Indianach i Dzikim Zachodzie, bo filmy o Bolku i Lolku zbyt edukacyjne nie są (ze zgrozą patrzę czasami na ich wędrówki po niebie, próby ze spadochronem i przygody przeczące grawitacji — aż chciałoby się niektóre filmy opatrzyć napisem „dzieci nie róbcie tego same w domu”). Poszukiwania zakończyły się kupnem kolejnej książki. Tym razem padło na „Amerykę Północną” wydawnictwa LektorKlett.

 

Nie wiem, czy tę książkę można nazwać atlasem świata. Mapy są w niej dwie. Jest jednak ciekawa i ładnie wydana. Tymek z ciekawością słuchał informacji o Dzikim Zachodzie i Indianach, niektóre z nich kazał sobie czytać po kilka razy.

  
W atlasie zawarto podstawowe informacje na temat Ameryki Północnej: o historii i współczesności, o przyrodzie i krajobrazie, o zwyczajach i ludziach. Akurat tyle, moim zdaniem, ile jest w stanie przyswoić dziecko — przecież jeszcze trzeba dokładnie obejrzeć obrazki i zadać milion pytań. Na niektórych stronach „naklejona” jest karteczka z Notesu odkrywcy, a na niej trochę wiadomości o tym, jak i kiedy odkrywano Amerykę. To książka do oglądania i do czytania — na końcu znajduje się niespodzianka: baśń Zofii Staneckiej — oczywiście amerykańska.
Na stronach Merlina można zajrzeć do innych książek z tej serii, bo LektorKlett wydał sześć książek (oglądaliśmy także Afrykę). Bardzo podobają mi się ilustracje, według mnie oddają klimat kontynentów, w jakiś dziwny sposób współgrają z moim wyobrażeniem o tym, jak tam jest. Graficy bardzo umiejętnie wykorzystali sztukę ludową, wpletli na stronach wzory nawiązujące do pierwotnych mieszkańców tych kontynentów. Zresztą zobaczcie sami:

Afryka (w książce przedstawiono także historię Kazimierza Nowaka — to doskonały wstęp do lektury „Afryki Kazika”):

 

Azja:

 

Po lekturze „Ameryki Północnej” moje dziecko wybiera się do Meksyku. Chce spróbować czaszki z cukru…

Geografia dla trzylatka

Tymek wrócił z przedszkola naelektryzowany. Tak jak zwykle… A po tak długiej przerwie może nawet bardziej niż zwykle. Biegał, skakał, turlał się, przewracał, budował roboty, złościł się, tupał… Zazdroszczę mu energii i tego, jak niewiele czasu potrzebuje, aby się zregenerować.

W końcu wylądował przy półce z książkami i zaczął oglądać: jedną za drugą. Ostatnio fascynują go atlasy, wytycza na nich przedziwne szlaki, określa trasy, miesza kierunki. Droga może prowadzić przez morze, góry, wyspy. Gdzie tylko przesunie się palec albo na mapie znajduje się coś ciekawego. Hiszpania może sąsiadować z Polską, a trasa wycieczki prowadzić przez biegun północny. Świat stoi otworem przed trzylatkiem. Logika i wiedza kapitulują przed beztroską i radością wymieniania nazw, które jeszcze nic nie znaczą.

Atlasy dla dzieci są fascynujące: kolorowe, z wieloma ilustracjami. Tymek uwielbia „Mój pierwszy atlas obrazkowy”, wydany przez Firmę Księgarską Oleksiejuk.

 

Mapy uzupełnione są kolorowymi obrazkami, na których widać ludzi, budowle, zwierzęta, maszyny. Mój synek zapamiętał, że w Indiach grają w krykieta, a w Europie w piłkę nożną. Na każdej stronie jest zagadka: trzeba poszukać miejsca oznaczonego gwiazdką. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Kazanłyku w Bułgarii uprawia się róże na perfumy, a czerwona skała w Australii to Uluru. Przewodnikiem po atlasie jest sympatyczny pingwinek. Książka jest zszywana, mam więc nadzieję, że szybko się nie rozpadnie. I – co ważne — można ją swobodnie rozłożyć, nie giną informacje wydrukowane na styku stron.Tak jest niestety w drugim atlasie, równie ciekawym, choć przeznaczonym dla trochę starszych dzieci. „Atlas świata dla dzieci. Czy wiesz… co, gdzie, jak” Ewy Miedzińskiej, wydany przez wydawnictwo Publicat.

 

Na każdej stronie są dymki z informacjami, zdjęcia przyrody, rysunki. Wszystko to sprawia trochę chaotyczne wrażenie. Dziwi dobór kolorów, które są niby jaskrawe, a jednak bure — pewnie to wina druku i jakości papieru. Podstawowym problemem jest jednak sposób sklejania stron: zginęły fragmenty map i nazw, kontynenty mają dziwaczne kształty. Na styku stron powstał gigantyczny rów tektoniczny, czarna dziura. To duży mankament.