Niech żyją literki

Mamo, a jaka to literka? A co tu jest napisane? Mój synek uwielbia zadawać pytania i zaczyna się złościć, że nie umie czytać. Nie staram się go uczyć na siłę, nie sadzam przed komputerem i nie włączam gier językowych. Kiedyś się nauczy – w domu po prostu zaczęły się pojawiać książki poświęcone literkom. A raczej powinnam powiedzieć: zaczynamy je oglądać częściej niż wcześniej i zwracamy uwagę bardziej na literki niż na obrazki.

Pierwszy przywędrował do domu Alfabet z obrazkami napisany przez Małgorzatę Strzałkowską i genialnie zilustrowany przez Anitę Andrzejewską i Andrzeja Pilichowskiego-Ragno (Nowa Era).

 

Zauroczyła mnie ta książka – zresztą i tak kupuję książki dla dzieci wręcz maniakalnie, a na dodatek zawsze mam wytłumaczenie, że to dla syna. Książka jest nie tylko wysmakowana, piękna graficznie (w 2005 roku zdobyła nagrodę IBBY) i zabawna, ale także niesłychanie rozwija wyobraźnię i kreatywność. Na jednej stronie widnieje literak (mała i duża), a na drugiej jest obrazek i króciuteńki wierszyk. Ale jaki obrazek….

   

 
Wszystkie ilustracje powstały właściwie z niczego: a raczej z różnych patyków i innych pozornie bezużytecznych przedmiotów zalegających na półkach i w piwnicach. Po każdej lekturze tej książki wracamy ze spaceru obładowani szpargałami, patykami, liśćmi. Aż żałuję na ulicach poniewiera się tak mało kółek zębatych, starych szpulek i drucików. Możemy bawić się w poszukiwanie rzeczy (jak Pippi, śmieje się wtedy Tymek, może znajdziemy szpulkę?).

   

Po powrocie do domu próbujemy również stworzyć coś z niczego. Nie zawsze nam się udaje, ale zabawa jest przednia. I ile możliwości: korzeń może być wilkiem albo jaszczurką, albo wężem, albo krokodylem, albo…

Inną książką, która mnie zachwyciła, a Tymkowi spodobała się bardzo jest Alfabet dla najmłodszych Michała Pruskiego z ilustracjami Moniki Pollak, wydany przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.

  

Książka jest bardzo starannie wydana. Na każdej stronie znajduje się zabawny wierszyk opisujący daną literę z informacjami, jak ją napisać. Na dodatek w tekście wiersza literka będąca jego bohaterką jest wyróżniona (pogrubiona, pokolorowana), a więc dobrze widoczna. Ilustrację stanowi zbiór rzeczy zaczynających się na daną literę, bardzo inteligentnie połączonych, a czasami po prostu poustawianych obok siebie, co jednak wcale nie przeszkadza.

  

Można czytać podpisy pod rysunkami, można czytać wierszyk lub po prostu oglądać ilustracje. Naprawdę świetna lektura i Tymek nie mógł się od niej oderwać (mamo, a czemu atleta ma naszyjnik i czemu mówisz, że to amulet, co to jest amulet, i czemu ten pan ma kolczyk – ech, tu wychodzi niechęć mojego syna do biżuterii, którą uznaje on za coś absolutnie zbędnego i nadającego się tylko do wyrzucenia). Na końcu książki jest część przeznaczona do ćwiczeń i mój syn, aż się rwie, żeby pouzupełniać literki w linijkach. A wiersze są dobrze napisane, zabawne, czasami absurdalne. Doskonała robota.

A chrapkę mam na jeszcze dwie książki, które niedawno się ukazały: Od A do Z Janusza Minkiewicza (Dwie Siostry):

  

i Mój pierwszy alfabet Elżbiety Wasiuczyńskiej (LektorKlett)

  

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym alfabecie, za trudnym dla Tymka, który jednak bardzo spodobał się ośmioletniemu synowi naszych znajomych. To Arcytrudny alfabet Marty Pokorskiej, wydany przez Dwie Siostry.

  
Litery alfabetu zostały wykorzystane jako pretekst do wyjaśniania różnych trudnych słów, takich jak abstynencja, ekscentryk, fobia czy ultimatum.

  

Pod każdym hasłem znajduje się krótka definicja danego słowa, a na stronie obok – wierszyk obrazujący sens terminu. Wierszyki są różne, czasami świetne, czasami – moim zdaniem – trochę naciągane, ale książka jest przepiękna. To bardzo dopracowana, starannie wydana pozycja, gdzie nie ma miejsca na przypadek i fuszerkę. Naprawdę warto (to po prostu czysta przyjemność) do niej zajrzeć i potrzymać ją w ręku.

Reklamy

Hej, hej… Święta!

Miało być całkiem o czymś innym… O literkach i kolorowych obrazkach. Skoro jednak udało mi się ukraść chwilę z czasu przeznaczonego na przygotowywanie, sprzątanie, pakowanie, układanie to napiszę o książkach, które Tymka wprowadziły w atmosferę Świąt.

Pierwsza z nich to „Opowieść pod choinkę” Caroline Repchuk z ilustracjami Josephine Martin. Po polsku opowiedziała tę historię Wanda Chotomska. Książka została wydana przez Egmont.

  

Przyznaję, że w księgarni ominęłabym tę książkę szerokim łukiem. Miałabym wrażenie, że jest to książka do czytania tylko w Boże Narodzenie: liście ostrokrzewu, grube kartki, wypukłe zdobienia. Ale pewnie doskonale nadaje się na efektowny prezent.

Jest to historia o misiu, który obudził się zimą i ze zdumieniem stwierdził, że świat jest biały. Chodzi po lesie i szuka kolorów. Pomagają mu w tym inne zwięrzęta-przyjaciele: ryś przynosi żółte liście, wiewiórka — jarzębinę, sójka — błękitne piórka. 

Gdy choinkę ubierali, przyszedł Łoś
i pokazał, że on także przyniósł coś.
Gwiazdkę przyniósł. I powiedział:
— Smutki w kąt! Życzmy sobie kolorowych,
zdrowych Świąt!
Kolędujmy i dziękujmy za ten świat.
I kochajmy się,
jak brata kocha brat. 

Ech, chyba jednak wolę bardziej zawoalowany przekaz. Tymkowi jednak książeczka się podobała, bo ilustracje są naprawdę ładne.

Druga książka, którą czytaliśmy przed Świętami to „Wigilijna opowieść” wydana przez Bellonę z ilustracjami Stephanie Ryder.

  

Po okładce widać, że nie ma nic wspólnego z Dickensem.

Muszę się przyznać, że boję się kupować opowieści biblijnych dla dzieci. Większość jest napisana tak infantylnie lub tak sztucznie, że nie da się tego czytać. Najczęściej są zanurzone w lukrze i przesłodzone. Ta książeczka jest napisana prostym językiem. Opowiada historię narodzin Jezusa prosto i zwyczajnie, tak że trzylatek bez problemów ją zrozumie. Nie ma epatowania grozą, ale jest zagrożenie. Na dodatek ilustracje też są proste i zwyczajne. Nie ma złoceń, widać, że wszystko dzieje się „daleko od Polski” (niedawno rozbawiła mnie w książce o podobnej tematyce ilustracja przedstawiająca zaśnieżone Betlejem).
Po lekturze Tymek miał masę pytań i chciał czytać tę książkę jeszcze raz, a potem jeszcze raz. Poprosił, żebyśmy nie oddawali jej do biblioteki przed Świętami, a babci, która przyszła z wizytą powiedział: wiesz, w tej książce jest wspaniała historia, przeczytasz mi?  Moim zdaniem, to najlepsza rekomendacja.

A na koniec wiersz z tomu „Księżyc jak mandarynka” Juliana Kornhausera

Pod choinką prezenciki:
dla myszuni trzy guziki,
dla chomika pół marchewki,
dla kwiatuszków dwie konewki,
dla pieseczka cud-piłeczka,
barwne znaczki dla albumu,
a dla muszli trochę szumu,
dla orzechów spory dziadek,
dla talerzy garść pomadek,
sznurowadła dla bucików —
pełno jest tam prezencików.

A co dla mnie pod choinkę?
Leśnych wspomnień odrobinkę.

Wszystkim, którzy zaglądają na tego bloga, życzę Wesołych Świąt i prezentów, które wywołają uśmiech i będą tak dobrze dobrane, jak sznurowadła do bucików. Do zobaczenia po Świętach!

Mama Mu i guzy

Jakoś mało czasu mam przed Świętami. Dni za krótkie i czas za szybko płynie. Czytamy z Tymkiem dużo, co chwila wędrujemy do biblioteki, która okazała się zaskakująco dobrze zaopatrzona, tylko pisać o wszystkich lekturach nie mam kiedy. Dzisiaj będzie więc o książkach, które mój syn dostał na Mikołajki, tak żeby zdążyć przed Bożym Narodzeniem.

Mikołaj przyniósł Tymkowi na swoje imieniny dwie książki, obie z Zakamarków: „Mama Mu nabija sobie guza” i „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”.

 

Tymek bardzo ucieszył się z obu. Po rozpakowaniu paczki stwierdził: wiesz mamo, ten Mikołaj, to chyba mnie jednak zna.

I natychmiast zażądał lektury. Przyznaję, że trochę się jej obawiałam, bo zerknęłam do tej Mamy Mu wcześniej i wydała mi się trochę za krótka i za bardzo moralizatorska. Na szczęście mam już trochę więcej niż trzy lata — Tymek zaśmiewał się w głos i książka bardzo mu się podobała. Wszystko mu się podobało: że krowa próbowała przeskoczyć przez płot, że miała wielkiego guza, że Pan Wrona miał niezbyt pewną siebie minę, gdy wrócił z poszukiwania lodów, i że nie smakował mu szpinak (zobacz, on też nie lubi szpinaku!), że szpinak służył do zmniejszenia guza (też przykładałaś mi coś z lodówki, pamiętasz?). Trochę był zdziwiony, że szpinak smakuje Mamie Mu — niestety do tej pory nie udało mi się namówić syna do jedzenia szpinaku, twierdzi, że jest „za zielony”. A mi książka podobała się z każdym słowem bardziej, gdy spoglądałam na mojego jaśniejącego i śmiejącego się syna. Niech żyje Mama Mu! I Pan Wrona oczywiście…

  

Może należałoby zacząć akcję: Cała Polska czyta Mamę Mu? Moim zdaniem, to świetna lektura dla każdego dziecka. A my już czekamy na następną część.

„Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” to ostatnia z serii kolorowych książeczek o rezolutnej Lotcie. Przeczytaliśmy więc z Tymkiem już wszystko — i na pewno będziemy czytać książki o Lotcie jeszcze wiele razy.

  

Co prawda ta Lotta jest wielkanocna, ale jakoś wcale nam to nie przeszkadzało. To znaczy Tymkowi nie przeszkadzało, bo ja w trakcie lektury nagle z przerażeniem stwierdziłam, że sześcioletnia Lotta odkrywa, że to tata jest wielkanocnym zajączkiem. I Mikołajem też — to już dopowiada Jonas. Książka została więc trochę ocenzurowana. Tymek wierzy w Mikołaja, i niech tak jeszcze przez jakiś czas zostanie. Za jakiś czas sam się domyśli. Pomyślałam, że Astrid Lindgren wybaczy, że opuściłam jedno zdanie.

A książka wydała mi się bardzo na czasie, bo przecież mówi także o dzieleniu się i dawaniu. I o tym, że dawanie może dawać równie dużo przyjemności, co otrzymywanie. A wielkanocny zajączek może przynieść czekoladowe aniołki i bałwanki. W tym momencie Tymek westchnął: też bym chciał dostać tyle czekolady… Może więc dobrze, że czytaliśmy wielkanocną Lottę przed Bożym Narodzeniem. Mikołaj nie musi przynosić „aż tyle” czekolady. Za to przyniesie książki — chyba czas na kolejne półki w bibliotece….

Językowe połamańce

Mowa oczywiście o Małgorzacie Strzałkowskiej — jednej z najciekawszych — moim zdaniem — autorek dla dzieci. Bardzo lubię jej wiersze i zabawy językowe, książki jej autorstwa można kupować w ciemno: bywają cudowne lub ciut gorsze, ale jeszcze nie trafiłam na kiepski utwór.

Zaczęło się od „Zbzikowanych wierszyków łamiących języki” (Polskie Towarzystwo Wydawców Książek). Jeszcze nie byłam mamą Tymka, ale książka spodobała mi się bardzo. I to zarówno tekst, jak i ilustracje Piotra Nagina. Wiersze kipią od pomysłów, a wpadają w ucho jak wiersze Tuwima i Brzechwy.

 
Wiele wierszy wydanych w tej książce można znaleźć w „Wierszykach łamiących języki”, wydanych przez wydawnictwo Media Rodzina.

A potem urodził się Tymek. Zaśmiewał się, gdy szeptałam mu do ucha: bzyczy bzyg znad Bzury zbzikowane bzdury. I do tej pory lubi czytać ze mną najpierw „Chrząszcza” Jana Brzechwy, a potem „Chrząszcza” Małgorzaty Strzałkowskiej:

Trzynastego, w Szczebrzeszynie
Chrząszcz się zaczął tarzać w trzcinie.
Wszczęli wrzask szczebrzeszynianie:
— Cóż ma znaczyć to tarzanie?!
Wezwać trzeba by lekarza!
Zamiast brzmieć, ten chrząszcz się tarza!
Wszak Szczebrzeszyn z tego słynie,
że w nim zawsze chrząszcz BRZMI w trzcinie!
A chrząszcz odrzekł niezmieszany:
— Przyszedł wreszcie czas na zmiany.
Drzewiej chrząszcze w trzcinach brzmiały,
teraz będą się tarzały.

Lubię soczyste barwy ilustracji zamieszczonych w „Zbzikowanych wierszykach”. Są lekko absurdalne, zabawne. Na widok kruka w purpurowym kapturku po prostu nie można się nie uśmiechnąć:

Za parkanem wśród kur na podwórku
kroczył kruk w purpurowym kapturku,
raptem strasznie zakrakał
i zrobiła się draka,
bo mu kura ukradła robaka.

Potem trafiły do nas „Wiersze, że aż strach” (Media Rodzina). Ilustracje to „kolaże autorki, wyklejane we wtorki” — też bym chciała umieć takie robić. Na dodatek do tej książki dołączona była płyta z wierszami w wykonaniu Jerzego Stuhra.

 
Bardzo lubię jego interpretację.Tymek żądał lektury „Baby Jagi zza komina” codziennie. Zaglądał za kominek i zastanawiał się, jak nakarmić Babę Jagę, żeby nie była taka malutka i nie płakała. A kiedy zaczął bać się różnych strasznych czarownic, wystarczyło przypomnieć sobie ten wierszyk, by strach znikał, a przynajmniej się zmniejszał.

Nie potrafię powiedzieć, który wiersz z tego tomu lubię najbardziej: „Cztery jędze spod Swarzędza”:

Nad rzeczułką pod Swarzędzem
przędzą przędzę cztery jędze,
przy przędzeniu życie pędzą,
o pieniądzach w kółko ględzą. (…)

„Coś strasznego” (Na ulicy Batorego, szło trawnikiem COŚ STRASZNEGO, szło i wyło, i trąbiło. Co to było? Co to było?) czy „Szarpacza” (Na poddasze kamienicy wpada szarpacz Sczepan Socha, który strasznie cza-czę kocha.) A może wszystkie? Warto poczytać wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej, by odświeżyć język i pokazać dziecku, że można mówić inaczej, że w polszczyźnie jest wiele ciekawych wyrazów. Ha, tłumaczyłam, co znaczy drzewiej, warzyć, oczeret i hurkot. Te wiersze grają, śpiewają i mruczą. Słychać w nich nocne trzaski i piski, szumy i szepty. To doskonały przykład dobrej poezji dla dzieci i tego, jak świetnie można się bawić językiem.

A na koniec wiersz z książki „Zielony, Żółty, Rudy, Brązowy!”, również wydanej przez Media Rodzina:

Ptak się kuli pośród liści,
mokną drzewa, mokną krzewy,
a ja biegnę przez kałuże,
a ja biegnę wśród ulewy…

Drży na deszczu pączek róży,
mokną grusze i jabłonie,
a ja biegnę przez kałuże,
krople deszczu łapię w dłonie…

Kiście bzu zwiesiły głowy,
mokra ziemia pachnie deszczem,
a ja krzyczę prosto w chmury:
— Padaj deszczu! Padaj jeszcze!

Zima

Z utęsknieniem czekam na śnieg i mróz. Mam dosyć szarości i krótkich dni. Tymek chyba uważa podobnie, bo od jakiegoś czasu czytamy książki o zimie — takiej prawdziwej zimie, z padającym śniegiem, lepieniem bałwana i przygotowywaniem się do Świąt. Oboje mamy ochotę piec pierniczki i wycinać ozdoby na choinkę. Tymek wybiera więc do czytania zimowe książki…

Najważniejsza jest Lotta. Tymek bardzo lubi książkę „Pewnie że Lotta umie prawie wszystko” z Zakamarków.

Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko

Pamiętam, że pierwszy raz czytaliśmy tę książkę jesienią, co wcale nie przeszkadzało w lekturze. Tymek przeżywał tę historię, prawie się popłakał… Ale może po kolei.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Dzieci mają ferie, rodzice przygotowują Święta. Lotta chce pomóc mamie: ma wyrzucić śmieci i zanieść świąteczny chleb cioci Berg. Tak proste, wydawałoby się, czynności są przyczyną ogromnego zamieszania… Lotta gubi Niśka! Bez obawy, wszystko skończy się dobrze, choć sytuacja wygląda dramatycznie.
Po południu nowa tragedia: w mieście zabrakło choinek. Spadło za dużo śniegu (mamo, to może być „za dużo” śniegu, spytał raz Tymek, a ja przypomniałam sobie śnieżne zimy z mojego dzieciństwa i zrobiło mi się żal synka) i nie można wjechać do lasu, więc w całym mieście nie ma choinek — taką nowinę przyniósł tato Lotty, Jonasa i Mii. Dzieci wpadły w rozpacz. Lotta też miała płakać, ale wcześniej musiała kupić gazetę dla cioci Berg. A gdy była na stacji benzynowej, wjechała na nią ciężarówka pełna choinek…

Tymek bardzo mocno przeżywał rozmowę Lotty z kierowcą ciężarówki. Krzyczał, denerwował się, tupał. A zaraz potem śmiał się i cieszył, gdy wszystko dobrze się skończyło, bo oczywiście musiało się dobrze skończyć, choć rozwiązanie wcale nie jest oczywiste. Astrid Lindgren wspaniale oddała atmosferę przygotowania do Świąt, oczekiwania, sprzątania. I doskonale wyłapała także cechę dzieci, które do pewnego wieku uważają, że potrafią wszystko, przynajmniej „na niby”. Mój synek „na niby” potrafi wszystko.

Drugą książką, którą czytamy jest „Patrz Madika, pada śnieg” Astrid Lindgren, również opublikowana przez Zakamarki.

 Patrz, Madika, pada śnieg

To dość dramatyczna historia małej Lisabet, która po prostu chciała spróbować, jak się jedzie na płozach sań… Tymek słucha jej z zapartym tchem. Wrzeszczy na Andersona, radzi Lisabet, co ma robić w lesie. I jest wzruszony (tak samo jak jego mama) podczas czytania końcowego fragmentu książki, gdy zmęczeni, zrozpaczeni rodzice wracają i w łóżku starszej córki zamiast jednaj znajdują dwie dziewczynki. Po pierwszej lekturze długo kiwał głową i powtarzał: tak, tak, dobrze że się znalazła.

Historia jest dramatyczna, ale zima przedstawiona w tej książce jest cudowna. Bardzo lubimy z Tymkiem oglądać ilustracje Ilon Wikland. Miasteczko przedstawione jest bardzo szczegółowo, można wpatrywać się w nie bardzo długo i odnajdywać nowe szczegóły:

Patrz Madika pada śnieg

 

Zwykle nasze pierwsze zadanie polega na odnalezieniu domu Madiki i Lisabet. Gdy oglądam te ilustracje, tęsknię za śniegiem. Nie wiem, czy ktoś inny pokazał śnieg równie pięknie, co Ilon Wikland.

Patrz Madika pada śnieg

Szkoda, że zima rzadko wygląda tak pięknie jak na tych ilustracjach. Aż chce się skakać, tarzać w zaspach i lepić bałwana.

Kolejną książką o zimie, którą czytamy, jest „Boże Narodzenie w Bullerbyn”, też wydane przez Zakamarki (ale się zakamarkowo zrobiło na blogu — czytamy też książki z innych wydawnictw, przysięgam), ale o niej może innym razem.

PS. Sylwetkę Ilon Wilkland opisała na swoim blogu Zofia Frankowska.

 

Cudowne oglądanie

A teraz o książce, którą mogę polecić i dużym, i małym. Marzę o tej książce bezustannie — i ciągle ją pożyczam od znajomych, bo jakoś nie mogę na nią trafić w księgarni. Książka jest wielka i formatem, i zawartością, choć składa się głównie z ilustracji. Tekst jest przeznaczony raczej dla starszych czytelników.

Wydawnictwo EneDueRabe wydało książkę „Gdzie jest moja siostra” Svena Nordqvista w zeszłym roku. Zwróciła moją uwagę w księgarni formatem, kolorem i niesamowicie oryginalnymi ilustracjami. A ponieważ moja koleżanka wyrwała mi ją z ręki, to teraz ma za swoje i ciągle musi mi ją pożyczać.

   

Mały braciszek szuka swojej siostry, bardzo ciekawej świata, która nagle zniknęła:

Pomóż mi jej szukać!
Moja siostra zniknęła!
Mieliśmy wyjść się pobawić,
a tu nagle jej nie ma,
ciągle trzeba jej szukać,
tu i tam, pod i nad,
wszędzie i w kółko.

  

Stary Dziadek i młodszy Braciszek wyruszają w podróż balonem w poszukiwaniu Siostrzyczki. Braciszek musi zastanowić się, co lubi jego Siostra, gdzie mogła się schować, o czym marzyła, żeby poszukiwania odniosły skutek.
Poszukiwacze podróżują przez krajobrazy jak ze snu, przez niesamowite bajeczne krainy o takiej masie szczegółów, że książkę można oglądać i oglądać bez końca.

  

Jeden krajobraz przechodzi w drugi, równie dziwny i niesamowity. Na każdej stronie można bezustannie odnajdywać nowe szczegóły. A w momencie, gdy już wydaje się, że nic nowego nie może zaskoczyć, objawia się nowy szczegół i nowa perspektywa.

  

To jest książka, w której najpierw powstały niesamowite ilustracje:

Pomysł stworzenia tej książki pojawił się po raz pierwszy 25 lat temu. Miała to być podróż przez bajeczne krajobrazy, stanowiące jedną długą, spójną ilustrację. Z początku nie było żadnego tekstu, ważne były tylko obrazy. (…)

Powodem, dla którego pomysł ten mnie wciąż prześladował i nęcił, były chyba obrazy, które opowiadają i pochłaniają całą uwagę. Wszystko może się wydarzyć i niczego nie trzeba wyjaśniać. Chciałem wykonać duże ilustracje, w które mogłem wejść i pozostać w nich na długo.

To fragment wypowiedzi Svena Nordqvista ze strony wydawnictwa EneDueRabe.

Tymka te ilustracje pochłaniają na bardzo długo. Może je oglądać, kontemplować szczegóły bez końca. Na dodatek ta książka to zagadka. Na każdej stronie trzeba wypatrzyć Siostrzyczkę. Jej jasna czupryna czasami mignie w krzakach, czasami błyska w promieniu — nie jest łatwo ją znaleźć. Na kilku ilustracjach jeszcze jej nie wypatrzyliśmy, więc jeszcze dużo zabawy przed nami. Ta książka rewelacyjnie rozwija wyobraźnię.

Martynka

Nigdy nie przypuszczałam, że napiszę o tej książce. Oglądałam tę serię w księgarni, ale ilustracje nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia (są „zbyt śliczne” jak dla mnie, nie przepadam za taką estetyką), a poza tym Tymek zwykle kręcił nosem i twierdził, że to książki dla dziewczyn. W bibliotece wybrał jednak jedną z książek, wróciliśmy z nią do domu i okazało się, że trzeba było ją przeczytać od razu. A potem jeszcze raz.

 

Przygody Martynki bardzo Tymka zaciekawiły, choć nie wszystkich opowiadań słuchał równie uważnie. Z zainteresowaniem słuchał o łapaniu psotnych królików i zabawach z fretką, z ciekawością śledził historię o szpitalu (przyznaję, to opowiadanie świetnie oswaja dziecko ze szpitalem). Najmniej zainteresowała go historia tańca i baletu — niestety w tym przypadku mój synek jest typowym chłopcem i na rytmikę w przedszkolu zaczął chętnie chodzić dopiero, gdy przekonaliśmy go, że to specjalny, bardzo męski, rodzaj ćwiczeń.

Seria o Martynce to dzieło panów Gilberta Delahaye’a (tekst) i Marcela Marliera (ilustracje). Na stronie wydawnictwa Publicat (Papilon to jedna z marek, pod którą wydaje książki to wydawnictwo) przeczytałam, że Martynka ma już ponad 50 lat, powstała w Belgii w 1954 r. Estetyka książeczek z tej serii bardzo przypomina lata 50-te. I chyba przez ilustracje przygody Martynki wydały mi się nieautentyczne. W jeden historii dziewczynka trafia do całkiem współczesnego szpitala, w drugiej nagle akcja przenosi się wyraźnie w lata 60-te lub wcześniej. Ja czułam zgrzytanie, Tymkowi to jednak nie przeszkadzało. Może problem polega na zestawieniu w jednym tomie tak różnych opowiadań? Może nie razi to tak bardzo w pojedynczych książeczkach?

Martynkę tłumaczy Wanda Chotomska. Język i sposób narracji to jedna z największych zalet tej serii. Bajki są opowiedziane bardzo ładną polszczyzną, słowa toczą się wartko, rymy i asonanse wzbogacają zdanie i nie przeszkadzają. Doskonale widać, że Pani Wanda Chotomska nie traktuje tej pracy jak chałtury — to świetnie przygotowany tekst, który czyta się z przyjemnością. I muszę przyznać, że Tymek mógł słuchać tych opowiadań bez patrzenia na obrazki, tekst broni się sam.