Jak przeklinać, to przynajmniej oryginalnie

Zdarza Wam się czasami przekląć? Chyba każdemu się zdarza. Takie czasy. Mnie też, choć bardzo, bardzo staram się nie używać słów paskudnych. Moje dzieci brzydkie wyrazy znają, choć wypowiadają rzadko (nie wiem, jak jest, gdy nie słyszę, ale skarg nie było). Nie jestem w stanie ochronić ich przed wulgaryzmami, bo atakują z każdej strony. Pamiętam zaabsorbowanie mojego syna, gdy na ławeczce koło nas przysiadło dwóch młodzieńców. Potem odkryłam, że dziecię moje liczyło — nie wulgaryzmy, tylko zwykłe słowa. Mamo, tylko 15! Śmiać się czy płakać?

Jak przekręcać

Co robić? Jak chronić dzieci? Jak dbać o język? Jak pokazać, że emocje można oddać w różny sposób? Od dzisiaj mam jedną radę — trzeba koniecznie, ale to koniecznie przeczytać Jak przekręcać i przeklinać Michała Rusinka, a potem zaopatrzyć się w notes i długopis i zacząć słuchać i tworzyć. Zgodnie z radą na okładce:

Gdy gra na nerwach ktoś lub coś ci,

gniew budzi, drażni, wścieka, złości,

raczej nie ciskaj się w amoku,

nie gryź i nie niszcz sprzętów wokół,

lecz zawrzyj złość swą w takich słowach,

co się nie mieszczą w zwykłych głowach,

i ciśnij nimi o podłoże…

To ci pomoże!

To świetna książka dla dzieci i dorosłych. Barwna i radosna, przykuwająca uwagę od pierwszej strony. Kolorowe buzie na okładce pokazujące różne emocje to strzał w dziesiątkę, a w środku jest jeszcze lepiej — Joanna Rusinek bawi się kolorem, tak samo jak Michał Rusinek bawi się słowem. Z przyjemnością oglądałam ilustracje, czytałam wierszyki i śmiałam się w głos, a belwebraidź do sęka chyba na stałe zagoszczą w moim repertuarze.

 Jak przekręcać

Warto poczytać tę książkę, gdy ma się kiepski nastrój. Będzie doskonałym lekarstwem na nudę i chandrę. No bo jak się nie śmiać lub przynajmniej nie uśmiechnąć?

Skoro są TE NISÓWKI,

Powinny być i TAMTE przecież.

Wiedzą to nawet półgłówki,

więc z czego się śmiejecie?

Wierszyki Michała Rusinka są lekkie, dowcipne, zabawne, kunsztowne. Aż zazdrość bierze, że człowiek tak nie potrafi. Ale, ale… Może warto spróbować i stworzyć własny język, do prywatnego użytku? Może nie będzie aż tak wyszukany, za to własny i pełen prywatnych znaczeń. Ten tomik zachęta do zabawy słowami, do słuchania języka dzieci, do przetwarzania i przekręcania, do szukania w słowach drugiego i trzeciego dna, do zabawy najbardziej absurdalnymi skojarzeniami, do wymyślania własnego repertuaru słów mocnych i pełnych emocji, które niczyich uszu nie urażą. Przypomnijmy sobie dzieci uczące się mówić, wyłapujmy lapsusy językowe i zabawne przestawki, wyjdźmy poza „niech to dunder świśnie” i „kurczę blade”. Ta lektura bardzo zachęca do kreatywności językowej. Mocne słowa są nam w życiu potrzebne, więc wymyślmy własne. Oporni i przyzwyczajeni do konwencji mogą zacząć zabawę, korzystając z listy przekręceń i przekleństw zamieszczonych w książce.

Jak przekręcać

Wyobraziłam sobie właśnie piękną przyszłość. Idę z chłopakami na spacer, a tu z orlika dobiega przepiękna polszczyzna: komba bruca, gdzie strzelasz, chłopie! No rusz się, ofel! A ten co, raptem totem! Ech, jakby było pięknie! Czytajmy naszym dzieciom Rusinka, niech przekręcają i wydziwiają językowo. Niech zobaczą, jak pięknie można się językiem bawić i jak wiele można stracić, ograniczając się do piętnastu słów.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci.

 

Michał Rusinek, Jak przekręcać i przeklinać, Znak 2016

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Kto kogo zjada

Pojawia się coraz więcej pięknych i dobrze napisanych książek o przyrodzie. Cieszą oczy dorosłych i dzieci, pobudzają wyobraźnię. Takie tytuły jak „Animalium”, „Inwentarz drzew”, „Inwentarz zwierząt”, „O rety! Przyroda” są na ustach wszystkich, którzy interesują się książkami. U mnie będzie o książce, która już dobrych kilka lat temu zagościła na półce chłopców. Na dodatek była to jedna z pierwszych książek, którą moi synowi znali na pamięć.

Najpierw Tymek, a potem Piotruś przychodzili z książką pod pachą i mówili: wiesz, mamo, był kwiat, i przyszły mszyce, i zjadły kwiat, i przyszła biedronka… Bardzo żałuję, że „Kto kogo zjada” jest niedostępne na półkach w księgarniach, bo świetnie pokazuje, co to jest łańcuch pokarmowy.

Kto kogo zjada

 Tak jak w opowieści moich synów, wszystko zaczyna się i kończy na kwiatku, ale w międzyczasie dzieje się dużo.

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

 Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Przez jakiś czas słowa „i zdechł, bo był bardzo stary” kończyły każdą opowieść synów. Pojawiły się znowu, gdy zaczęliśmy grać w kości-opowieści (story cubes). Tymek opowiadał historię, widać było, że się trochę zaplątał, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech i ze śmiechem dodał: a potem zdechł, bo był bardzo stary.

Książka Aleksandry i Daniela Mizielińskich niczego nie ukrywa ani nie upiększa. Ilustracje są oszczędne, czarno-białe, narysowane trochę „po dziecinemu”, a jednocześnie – gdy przyjrzymy się im bliżej – widać, jak bardzo są dopracowane, mimo iż składają się z samych kropeczek i kreseczek (a może właśnie dlatego). Czcionka nierówna, jakby lekko ponadgryzana. Tekstu nie jest dużo, proste zdania plus kilka informacji naukowych, oznaczonych gwiazdką.

Moje dzieci odczytały przekaz płynący z tej książki od razu: nic w przyrodzie nie ginie, nic się nie marnuje, jeden organizm przekształca się w drugi. W tej historii człowieka nie ma. Mam wrażenie, że ta książka dojrzewa wraz z czytelnikiem, a może to odbiorca dojrzewa, by zobaczyć więcej. Pewne pytania pojawiają się z wiekiem. Piotrusia ciągle jeszcze interesuje tylko to, kto kogo zjada, czy jeż naprawdę może zjeść jajko, a sowa jeża. Tymek pytał o węża z okładki, który zjada własny ogon. Zaczął dopytywać się, gdzie w łańcuchu pokarmowym jest człowiek i sam doszedł do wniosku, że tam, gdzie wilk, ryś, żbik i inne drapieżniki, a może jeszcze wyżej. Im więcej się o tej książce myśli, tym więcej potrafi przyjść do głowy niepokojących myśli i pytań, ale może to już domena dorosłego.

Jedyną wadą tej książki jest sposób klejenia, który nie pozwala do końca rozłożyć kartek i część ilustracji ginie gdzieś na zgięciu. Szkoda. Może kiedyś pojawi się kolejne wydanie, gdzie będzie można podziwiać rysunki w całości.

Aleksandra Mizielińska, Daniel Mizieliński, „Kto kogo zjada”, Znak 2010

Więcej ilustracji można znaleźć na stronie hipopotam studio.

Boggarty, elfy, kwikołki i inne stwory – witamy w Spiderwick!

Tymek dostał „Kroniki Spiderwick” (wydawnictwo Znak) od Mikołaja. I dobrze, że Święty postarał się od razu o obie książki, bo dziecko chyba oberwałoby mi głowę z podniecenia, gdyby nie mogło przeczytać wszystkiego od razu. Księga pierwsza, obejmująca tomy: „Przewodnik terenowy” i „Kamienne oko”, kończy się bowiem w takiej chwili, że natychmiast ma się ochotę sprawdzić, co było dalej. Tymek skończył Księgę pierwszą, wziął z półki Księgę drugą chyba nawet bez chwili odpoczynku (tomy „Sekret Lucindy”, „Żelazne drzewo” i „Gniew Mulgarata”), a potem żałował, że nie ma kontynuacji.

Kroniki Spiderwick 1

Kroniki Spiderwick 2

Historia zaczyna się klasycznie: rodzeństwo Grace’ów trafia do starego, wiktoriańskiego domu. Od teraz będą tu mieszkać razem ze swoją mamą – musieli się wyprowadzić z Nowego Jorku, gdy tato zostawił rodzinę. Mallory, zapalona florecistka, Simon, miłośnik zwierząt, i jego bliźniak Jared – od odejścia ojca traktowany jako ten, który sprawia kłopoty – nie spodziewali się, że wraz z przeprowadzą zaczyna się najbardziej przedziwna i zaskakująca przygoda w ich życiu.

Przeszukując dom, dzieci znajdują tajemniczą księgę, spisaną przez ich ciotecznego pradziadka, Artura Spiderwicka, a w niej opis większości dziwnych i cudownych stworzeń, które żyją tuż obok ludzi, ale na ogół wolą się nam nie pokazywać. Jared ze zdumieniem czytał o boggartach, skrzatach, trollach, gryfach i innych bajkowych stworzeniach, które według Artura zamieszkiwały okolice Spiderwick. Odkrycie księgi oznaczało także wielkie niebezpieczeństwo – dzieci musiały przekonać do siebie wiele stworów niechętnie nastawionych do ludzi oraz walczyć z groźnym Mulgaratem. Ich kapryśnym przewodnikiem w tym świecie staje się domowy skrzat Naparstek, który nie przypomina krasnoludka, a potrafi zamienić się w złośliwego boggarta.

„Kroniki Spiderwick” to fantasy przeznaczone dla dzieci. Bohaterowie są dziećmi i nie tylko walczą z groźnymi stworami, ale także borykają się z problemami typowymi dla dzieci: z niezrozumieniem dorosłych i własnymi emocjami, nad którymi tak trudno czasami zapanować. Historia, ładnie i ciekawie przetłumaczona na język polski przez Zuzannę Naczyńską, niesamowicie wciąga. Razem z rodzeństwem Grace’ów wędrujemy po okolicach Spiderwick i ich oczyma oglądamy cuda, które objawiają się im przed oczami. Opowieść kryje w sobie sporo niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Nie wiem, czy chłopcy koniecznie chcieliby zobaczyć goblina (Piotruś obejrzał obrazki w książce), ale sądzę, że kwikołkiem i pukiem by nie pogardzili 🙂 „Kroniki Spiderwick” to odpowiedź na naszą potrzebę poszukiwania tajemnicy i dziecinnej wiary, którą czasami zachowujemy także jako dorośli, że tuż obok nas kryje się coś jeszcze, a baśnie zawierają w sobie ziarenko prawdy. Dla mnie pewnym „dalszym ciągiem” tej historii jest „Baśniobór” Brandona Mulla, oparty na podobnym pomyśle („Kroniki” były pierwsze). Oba tomy to fajne wprowadzenie w świat fantasy, tym bardziej, że kolejne części są dość krótkie, a druk dostosowany do potrzeb młodszego czytelnika. Bardzo ważne są także ilustracje – można nie tylko poczytać o naszych magicznych sąsiadach, ale także je obejrzeć.

Tymek oglądał także film, który również bardzo mu się podobał. Według mnie, książka jest mniej „straszna”.

Opinia Tymka:  Ta książka jest wciągająca. Wydaje się gruba, ale ma dużo obrazków. Z książki najbardziej podobał mi się  postać Jareda.  Ja osobiście nie chciałbym mieszkać w takim domu, ale chciałbym przelecieć się na gryfie 😎 . Nie można dużo pisać o tej historii, żeby nie zdradzać sekretów.

Kuba, Łukasz i lokomotywa

Michael Ende kojarzył mi się do tej pory tylko z dwiema książkami: uwielbianą przeze mnie w dzieciństwie „Momo”, no i oczywiście z „Niekończącą się historią”. Przyznaję jednak, że chyba najpierw obejrzałam film, a książkę przeczytałam dużo, dużo później i niewiele z niej pamiętam. Na pewno jednak do niej wrócę – razem z Tymkiem, szczególnie po zaprzyjaźnieniu się z Kubą Guzikiem
Tym razem jednak nie będzie ani o Momo (próbowaliśmy, ale Tymek jest jeszcze za mały) i nie o „Niekończącej się historii”, tylko o dwóch innych książkach Micheala Ende, bo „Kuba Guzik i maszynista Łukasz” oraz „Kuba Guzik i Dzika Trzynastka” na długo zdominowały nasze wieczory i oboje żałowaliśmy, że już się skończyły. Obie książki wydał Znak (razem z innymi książkami Michela Ende).

    

Stały na półce od jakiegoś czasu, a pewnego dnia zaczęliśmy je czytać tak trochę od niechcenia, żeby w końcu zobaczyć, co to jest i trochę dlatego, że nie mieliśmy pomysłu na inna lekturę… I wciągnęło nas oboje, i to bardzo. Może pierwszy tom troszeczkę mniej: dłużej się zaczyna, akcja jest na początku mniej wartka – przecież trzeba wszystkich przedstawić.Akcja książki zaczyna się na Trochanii, maleńkiej wyspie, na której mieszka tylko czworo mieszkańców: maszynista Łukasz i jego lokomotywa Emma, pani Coo, pan Rękawek. Nie, nie pomyliłam się: Emma jest jak najbardziej legalną mieszkanką wyspy 🙂 No i oczywiście król: Alfons za Kwadrans XII. Pewnego dnia na wyspę przypływa statek pocztowy i dowozi paczkę, zaadresowaną co prawda doTroskanii, ale o takim miejscu nikt nigdy nie słyszał. W ten sposób na Trochanię trafia Kuba Guzik, którego nikt jeszcze tak nie nazywa. A że Trochania jest naprawdę maleńka i nie ma na niej miejsca na dom jeszcze jednego obywatela, Łukasz postanawia odpłynąć z niej lokomotywą (tak, tak, odpłynąć), żeby zrobić miejsce dla swojego najlepszego przyjaciela Kuby, a Kuba postanawia mu towarzyszyć, bo przecież przyjaciela się nie zostawia w potrzebie. I obaj wyruszają w podróż razem z maszynistą Łukaszem – w podróż, z której przywiozą wiele nowych doświadczeń i wielu nowych przyjaciół.

Nie chciałabym opowiadać tutaj historii Guzika. Warto może wspomnieć, że w książce są smoki, piraci – groźna Dzika Trzynastka – księżniczka (i to niejedna), a nawet cesarz. Tymek z zafascynowaniem słuchał opowieści o cudownej Mandalii, o pozornym olbrzymie i podziwiał odwagę maleńkiego Ping Ponga – bardzo już mądrego. Emma co prawda przez całą książkę nie wypowiada ani słowa, ale jest bardzo ważną bohaterką.

Naprawdę gorąco polecam – czekam z niecierpliwością, aż Piotruś podrośnie, bo mój młodszy synek kocha lokomotywy (mamo, tutu, bucha, buch, buch i ma magon…), więc na pewno spodoba mu się ta książka. Na razie jednak pewnie próbowałby wyrwać z niej kartki, więc niech może jeszcze trochę poczeka na półce.

Jaśki

Narodziny Piotrka wiele pozmieniały w naszym domu. Wcześniej zwykle przed snem czytała mama, a teraz częściej czyta tata, bo mama biega z wrzeszczącym Piotrkiem po domu albo zasnęła tak mocno razem z nim, że nawet wystrzał z armaty nie byłby w stanie jej obudzić (choć ciche stękanie Piotrka i owszem). Najczęściej tata czyta Mikołajka, bo uwielbia go i on, i Tymek, ale całkiem niedawno furorę zrobiły Jaśki Jeana-Philippe’a Arrou-Vignoda, wydane przez Znak.

 

Nie wiem, czy trzeba porównywać tę książkę do Mikołajka, bo broni się sama – Tymek domagał się lektury Jaśków co wieczór i stanowczo protestował przeciwko zastosowaniu w tym przypadku zasady: mama czyta jedną książkę, a tata inną. Jaśki miały być czytane co wieczór i już. Trudno zresztą mu się dziwić, bo przygody braci wciągają i bawią także dorosłych.
Jaśki to sześciu braci: trochę przemądrzały Jan-A (trudno mu się dziwić, jest najstarszy i próbuje określić swoje miejsce w rodzinie i w życiu), narrator opowieści Jan-B, Jan-C, który nigdy nic nie rozumie, Jan-D zwany Janem Demolką (ukochany bohater mojego synka, bo on też by chciał wszystko rozwalać), Jan-E (sepleni, bo ma włos na języku) i malutki Jan-F. Mają tak samo na imię, bo ich tata uznał, że tak będzie prościej. Czasami pomysły dorosłych nie są najlepsze, bo Janom aż tak łatwo nie jest, szczególnie gdy mama upiera się, by zakładali takie same ubrania. Tymkowi jednak pomysł nazwania dzieci tak samo przypadł do gustu i nawet proponował, żebyśmy zmienili imię Piotrka.
Przygody Jaśków, bitwy z innymi chłopakami, wyjazdy na obozy – wszystko wywołało entuzjazm Tymka, który do tej pory opowiada o ich niektórych pomysłach (a wiesz, jak Jaśki byli na obozie, to strzelali do kaczki z łuków, a cięciwy zrobili z linek od namiotów, wyobrażasz sobie?). To świetna książka, która powinna zainteresować pięciolatka i wciągnąć starszego czytelnika (dziesięciolatek nie mógł się od niej oderwać). A rodzice na pewno nie będą się przy niej nudzić. Przy okazji dziecko uświadomi sobie, że były takie czasy, gdy nie było telewizorów i chyba nawet dzieci mniej się wtedy nudziły. Porównywać tej książki z Mikołajkiem nie warto, ale przeczytać na pewno tak.

Miłość do Pompona

Tymek oszalał na jego punkcie. Książka spodobała mu się tak bardzo, że zabronił jej komukolwiek pożyczyć, nawet ukochanemu Kubie, dziewięcioletniemu synowi naszych przyjaciół, w którego jest wpatrzony jak w obrazek: mamo, nie możemy jej pożyczyć, bo pewnie znowu będziemy ją czytać. Zastanawiam się co prawda, na ile mój syn rozumie tę historię. A może to nieważne? Mamo, Pompon jest sprytny i tak śmiesznie mówi… Może to wystarczy? Na pewno nie przyciągnęły go obrazki, bo nie ma ich zbyt wiele i właściwie każdy przedstawia zielonego smoka.

   

A mowa oczywiście o książce Joanny Olech „Pompon w rodzinie Fisiów” wydanej przez Znak. Książka teoretycznie przeznaczona jest dla dzieci w wieku od 6 do 10 lat, ale mój prawie czterolatek zaśmiewał się w trakcie lektury w głos.

 

Pompon to smok, który przypadkiem znalazł się w rodzinie Fisiów. Wyszedł przez odpływ w umywalce. Zajęły się nim w tajemnicy przed rodzicami dzieci państwa Fisiów: Malwina i Gniewosz — okazało się, że smok szybko rośnie (ale przez przesady, osiągnął około metra), potrafi mówić, uwielbia muchy i korniszony, jest piekielnie inteligentny i trudno jego obecność utrzymać w tajemnicy (szczególnie przed rodzicami). Rodzeństwo opiekowało się nim z poświęceniem, zdołało nawet zabrać go na zieloną szkołę (trudno było tę historię wytłumaczyć Tymkowi, który po prostu nie rozumie, jak można gdzieś wyjeżdżać bez rodziców) — a potem żałowało 😉 Narratorką jest Malwina, więc całą historię widzimy z punktu widzenia dziewczynki w wieku szkolnym. Zderzenie naszego świata z przemądrzałym smokiem, który doskonale odnajduje się we współczesności jest niesamowite.

Historia Pompona jest jak najbardziej współczesna i napisana współczesnym językiem. Pompon jest twórczy, bezczelny, wspaniały. Pisze bloga, czyta książki, kłamie w żywe oczy, potrafi udawać niewiniątko i jest przesympatyczny. Czytałam tę książkę z prawdziwą przyjemnością. I śmiałam się serdecznie, czasami w tych miejscach, co Tymek, czasami w innych.
Tymka na przykład bardzo rozbawiła ta rozmowa:

– Co masz zamiar robić pod naszą nieobecność? — zapytał Tata.
– Hmm, może ugotuję obiad… — odpowiedział smok.
– Umiesz gotować? — zdziwił się Tata.
– Jasne! My, smoki, potrafimy prawie wszystko!
– A jakie produkty będą ci potrzebne? — wtrąciła Mama.
– Rabarbar i szare mydło — odparł Pompon bez wahania.

A mi bardziej podobała się ta:

– Kto to zrobił? – krzyczała Mama. – Uduszę drania! Pytam po dobroci – KTO?! Była sobota, ósma rano, ledwo otworzyliśmy oko. Mama stała na środku pokoju, potrząsając dramatycznie pustym słoikiem po kremie.- Nie wiem, o co pytasz, ale to na pewno nie ja – odpowiedziałam przezornie. – Ani ja! – zapewnił Gniewek. W takim razie to musiałem być JA – dobiegł nas spod kocyka głos Pompona. – A o co właściwie chodzi? – O krem przeciwzmarszczkowy, który dostałam od Świętego Mikołaja – wysyczała Mama, zbliżając się do Pomponowego łóżeczka ze złowrogim wyrazem twarzy. – Dolce & Gabbana, potwornie drogi krem! Przyznaj się, gadzie, zjadłeś? – ryknęła Mama, zrywając kocyk z Pompona.- O jejku, żeby zaraz „gadzie”? Tyle rabanu o odrobinę perfumowanego tłuszczu? – fuknął smok, próbując naciągnąć kocyk na głowę. – Per-fu-mo-wa-ne-go tłuszczu? – Mama wyglądała, jakby miała za chwilę eksplodować. Pożarłeś mój najlepszy krem, troglodyto!!! A muchy to niełaska? A robale? – cedziła z furią. – Owszem, poproszę! – odparł Pompon i oblizał zielony pyszczek.- Trzymajcie mnie, bo go rzucę Sznyclowi na pożarcie! Albo wepchnę z powrotem do odpływu umywalki! – Mama rzuciła się w pogoń za Pomponem, który przecisnął się między prętami łóżeczka i prysnął, ile sił w nogach.

Ten trochę przydługi cytat pochodzi ze strony z blogiem Pompona, na której można znaleźć więcej historii z jego pełnego przygód życia. Zdradzę tajemnicę i powiem, że Pompon wtarł w siebie rzeczony krem. (Czy młody, przystojny smok nie ma prawa nawilżać i ujędrniać? — to oczywiście cytat). I jak tu się nie śmiać? Najchętniej przepisałabym jeszcze trochę cytatów 🙂 To naprawdę bardzo dobra powieść dla dzieci o współczesnym świecie. Hmm, może nawet zagłosowałabym w wyborach na Pompona, gdybym bardziej gustowała w rosówkach 😉 A tak to muszę tylko jechać z Tymkiem do Krakowa, żeby sprawdzić, czy Pompon przypadkiem nie zamieszkał w smoczej jamie 🙂

PS. Program wyborczy Pompona: ulga podatkowa dla każdego obywatela, który ma ogon (tak zwane ogonkowe), nisko oprocentowane kredyty na zakup smoczej jamy, narodowy program zrównania szans edukacyjnych smoków i rosówki za darmochę.
PS.2 Portrety Pompona pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

Koszmarny Karolek

Tymek znowu jest chory, a ja mam wrażenie, że po zwolnieniu z powodu choroby dziecka będę potrzebowała zwolnienia „na ukojenie nerwów”. Pierwszy atak choroby już minął, opanowaliśmy sposób podawania (i przyjmowania) antybiotyków i teraz trzeba wymyślać zabawy. Czasami bywa trudno…

Mam syna wyciszać, żeby regenerował siły. Świetne jest czytanie, więc czytamy dużo. A Tymek zakochał się w Koszmarnym Karolku. Wszystko przez książkę „Nie bądź koszmarny, Karolku!” wydaną przez Znak. Pani bibliotekarka podsunęła ją nam jeszcze przed chorobą, moje dziecko zajrzało do środka i natychmiast dostrzegło, że chłopiec na obrazkach trzyma Gilberta, ukochanego misia Małej Księżniczki. W ten sposób dowiedziałam się, że serię o Karolku ilustrował Tony Ross.

 

Nie było odwrotu — Tymek musiał się dowiedzieć, skąd ten chłopiec ma TEGO misia. W trakcie czytania okazało się, że odpowiedź na to pytanie nie jest aż tak istotna. Tymek polubił Karolka od pierwszego przeczytania. Podobały mu się jego figle, a najbardziej to, że próbował odesłać Damianka do szpitala pocztą. Miał tylko jedno zastrzeżenie: ta książka jest za krótka i natychmiast musi się dowiedzieć, co jeszcze wymyślił Karolek.

Unikałam wcześniej książek o Karolku — sama nie wiem, dlaczego. Po lekturze „Nie bądź koszmarny, Karolku!” zaczęłam wręcz współczuć bohaterowi: trudno być bratem tak doskonałego chłopca jak Doskonały Damianek (potwornie wkurzająca postać, założyciel klubu doskonałych dobroczyńców, wielbiciel jarzyn… — tutaj możecie sobie dopowiedzieć każdą zaletę, jaka przyjdzie wam do głowy, na pewno Damianek będzie ją posiadał), a na dodatek nieustająco słyszeć od mamy „nie bądź koszmarny, Karolku!”.

Przeczytaliśmy już kilka tomów z przygodami Koszmarnego Karolka i muszę przyznać, że Karolek bywa rzeczywiście koszmarny. Jest cwany, przebiegły, złośliwy, wyznaje zasadę „cel uświęca środki”, ale ma w sobie „coś”, co nie pozwala go znielubić. Dużo trudniej polubić Doskonałego Damianka.
Trzeba przyznać, że Karolek jest niesłychanie kreatywny: nie zawsze jednak udaje mu się doprowadzić przedsięwzięcie do końca. Zwykle jest sprowadzany na ziemię — może nie spotyka go kara, ale dowiaduje się, że rzeczywistość to coś innego niż świat wyobraźni.
Czytałam w recenzjach, że świat Karolka jest przejaskrawiony, że brakuje w nim pozytywnych postaci. Przecież książka jest napisana z perspektywy Karolka, to jest świat „widziany” przez kilkuletniego, złośliwego i niegrzecznego chłopca, zafascynowanego zestawami „Kolacja Krwiożerczych Krwiopijców” i „Diabelskie Desery”. To jego oczami patrzymy na nauczycieli w szkole, rodziców, kolegów. Wydaje mi się, że warto o tym pamiętać podczas lektury.

Serce Koszmarnego Karolka zamarło. Twarz mu zastygła. Usta chciały coś powiedzieć, ale na próżno, żaden dźwięk nie został wyartykułowany.
Dwa Ryczące Dinozaury Tyranozaury! Najważniejsza zabawka w historii wszechświata! Każdy na tej ziemi chciał je mieć. Gdzie babunia ją dostała? Od tygodni była wyprzedana. Wredna Wandzia umrze z zazdrości, kiedy zobaczy i usłyszy dinozaury Karolka, jak wyjdzie z nimi do ogrodu.

Pewnie nie wszystkie dzieci widzą świat dorosłych w tak krzywym zwierciadle, ale sądzę, że Karolek dość dobrze oddaje ich lęki, złości i frustracje. A na dodatek jest to bohater, który nie boi się psocić.

Tymek bardzo lubi historie o Karolku. Nie wszystko rozumie, czasami trzeba mu je później tłumaczyć. I zwykle trzeba rozmawiać, o tym, co wolno, a czego raczej nie. Dopytuje się: mamo, ale kogo lubisz bardziej, Karolka czy Damianka, bo ja Karolka. Potrafi jednak dostrzec, że Karolek (i Damianek też) bywa niesprawiedliwy. Mamo, przecież tak nie wolno… — zaśmiewając się, mówił Tymek, gdy czytaliśmy o przyjęciu, które Karolek koncertowo popsuł swoim rodzicom (w tomie „Koszmarny Karolek i wszy”).
Nie wolno… — ale tak miło sobie pomarzyć.
Karolek wciąga. I może być doskonałą furtką do świata książek dla wielu łobuziaków.