Trombocyty? – to oczywiste…

Miało być o pewnym wędrowcu, który zauroczył i mnie, i Tymka, ale w międzyczasie pojawiła się książka, która zawładnęła wyobraźnią mojego dziecka. Zaczął ją oglądać w bibliotece, potem obejrzał jeszcze raz w domu, potem jeszcze raz, a potem stwierdził, że jeszcze będzie ją oglądał, ale najpierw trzeba by przeczytać…

No więc przeczytaliśmy „Nóż w palcu. Skaleczenie” Wojciecha Feleszko wydaną przez Hokus-Pokus. Już sam tytuł przyciąga uwagę, a cóż dopiero okładka:

  

Jakoś skojarzyła mi się z Kill Billem Tarantino, a Tymka zafascynowała… Mamo, mi krew nigdy tak nie tryskała, gdy się skaleczyłem (i na szczęście – to już dodała mama, niezbyt zachwycona perspektywą opatrywania i zszywania takiej rany). Ilustracje Ignacego Czwartosa są bardzo zabawne (mamo, a czemu ten tato śpi z misiem?) A potem Julka Nosek skaleczyła się w palec i jej pięcioletni brat Kajtek wygłosił taką przemowę:

Krew? Ale fajnie! – ucieszył się z zamieszania. – Obcięłaś sobie palec i będą ci przyszywać? I zawiozą cię na sygnale! Weźmiesz mnie? – dopytywał się z zazdrością.

Tymek zaczął się śmiać. I nie mógł przestać… Patrzył na ilustrację, na której mama pędzi z Julką do szpitala i znowu zaczynał się śmiać – mamo, ale ona nie powinna jechać bez pasów, stwierdził potem kategorycznie.

  

I zaczął tropić na każdej kartce fioletowe paciorkowce.
Jego największą sympatię zdobył szef trombocytów Wąsal. I jego tajemniczy eliksir. I nic dziwnego: od jakiegoś czasu Tymek z lubością miesza w łazience różne mikstury i eliksiry, co dla rodziców oznacza częstsze zakupy mydeł, szamponów, pasty do zębów… Na szczęście ich nie wypija – nauczony doświadczeniem niestety. Z miesiąc temu przygotował miksturę z soku jabłkowego, wody, cukru, mielonych goździków, dużej ilości cynamonu i paru innych składników, co prawda spożywczych, ale niekoniecznie przeznaczonych do konsumpcji na surowo. Piekliśmy szarlotkę i dziecko tak się pięknie bawiło… – tylko że w pewnej chwili, zanim zdążyłam zareagować, synek wlał połowę tegoż płynu w siebie, i nawet stwierdził, że smaczne. Skończyło się na szczęście tylko na nudnościach i bólu brzucha, ale od tamtej pory Tymek wlewa przygotowane przez siebie preparaty w zabawki albo wypija „na niby”. Zawsze mają bardzo skomplikowany skład i niesamowite właściwości.
Bardzo ciekawe są definicje i informacje podane w ramkach, napisane łatwym i ciekawym językiem, szybko zapadają w pamięć. Potem wiadomo, że trombocyty wcale nie mają trąb, co to jest znieczulenie i dlaczego paciorkowce noszą właśnie taką nazwę.
No cóż, teraz musimy znaleźć pierwszą książkę z serii „Na sygnale”, tę o lądowaniu rinowirusów — Tymek nie przepuści, bo co drugi dzień pyta: A tę drugą to już masz? Przecież w niej są przygody Limfocyta, tego co wygląda jak superman. No mamo, musimy przeczytać o jego przygodach. Coś mi się zdaje, że będzie to doskonała lektura na jesień…

Reklamy

Cudowny pan Leśmian

Bardzo lubię wiersze Leśmiana…. Ale nie czytałam ich jeszcze Tymkowi. Choć pewnie dusiołki i inne stworki spodobałyby mu się bardzo. Przeczytaliśmy za to „Baśń o rumaku zaklętym”.

Już od dawna zamierzałam zacząć czytać z Tymkiem „Klechdy Sezamowe”. Gdzieś jednak wcięło mój egzemplarz z dzieciństwa, nie mogłam ich znaleźć, więc zarzuciłam ten pomysł. A potem wpadł nam w ręce egzemplarz „Baśni o rumaku zaklętym” — nie jakiś tam przedruk, tylko księga wspaniale ilustrowana przez Józefa Wilkonia i przepięknie wydana przez wydawnictwo Oficyna Olszynka. Dziwne to wydawnictwo, chyba także zaklęte, a w każdym razie tajemnicze, bo trudno znaleźć o nim jakiekolwiek informacje. Ale wydana przez nie książka to po prostu arcydzieło.

 

Może najpierw opowiem o ilustracjach, bo książka jest naprawdę piękna. W jakiś sposób odpowiada mojemu wyobrażeniu o tym, jak wyglądały kraje Orientu – i nie chodzi tylko o błyszczące, złote dachy minaretów czy kopuły na wieżach pałaców. Z obrazków bije przepych i egzotyka, są jednocześnie dokładne i niedomówione, pozwalają działać wyobraźni. A ten rumak… Sztuczny, mechaniczny koń, który wygląda jak prawdziwy. Nie żaden tam robot, tylko koń z krwi i kości. Tymek wzdychał sobie marzycielsko, bo w wakacje jeździł na kucyku i uznał, że potrafi już wszystko. A na takim koniu to można by zajechać i do Afryki, i pewnie nawet na Merkurego. Biały rumak wygląda tak wspaniale, że zdaje się, iż wyskoczy z kartek i pogalopuje po pokoju, a potem wyleci przez otwarte okno.

Trochę się obawiałam, że język Leśmiana może być zbyt hermetyczny, zbyt skomplikowany dla mojego czterolatka. Tymek słuchał dzielnie i uważnie, i bardzo wziął sobie do serca początek baśni:

Trzeba bardzo natężyć uwagę, aby od początku do końca wysłuchać baśni o zaklętym rumaku. Jest to bowiem baśń pełna zdarzeń niespodzianych i cudów niesłychanych. Naprawdę czarodziejska baśń. Toteż nieuważnemu i nieostrożnemu słuchaczowi łatwo zabłąkać się w tej baśni tak samo, jak się pewien chłopiec zabłąkał w lesie czarodziejskim. O północy wszystkie ścieżki i drogi tego dziwnego lasu zaczęły ze śmiechem skakać i pląsać i — rozpląsane — uciekały przed chłopcem, ile razy chciał na jedną z nich nastąpić nogą, ażeby po niej wrócić do domu. Trzeba być bardzo uważnym wówczas, kiedy się wchodzi do czarodziejskiego lasu, albo wówczas, kiedy się słucha naprawdę czarodziejskiej baśni. Nawet królowie perscy, arabscy i indyjscy natężali swoją królewską uwagę, gdy im opowiadano tę dziwną i straszną, i osobliwą, i niepojętą baśń o rumaku zaklętym.

Wciągnęła ta baśń mojego synka, domagał się, żeby czytać dalej, gnał z przedszkola do domu, bo przecież, mamo, musimy skończyć tę książkę. Zanurzaliśmy się razem w egzotycznym świecie znudzonych sułtanów, przepięknych księżniczek i potężnych magów. Język Leśmiana wcale się nie zestarzał, jego fraza nie nuży. Kaszmir, Bengal, Persja — nazwy zapraszające do marzeń, pachnące cynamonem i goździkami. Tymek słuchał i słuchał, a baśń płynęła powolnym nurtem… A jak śmiał się, gdy czytałam groźby księżniczki:

Jestem chora, od rana do wieczora trapi mnie zmora! Połknęłam potwora! Wpadłam do jeziora! Ratujcie, bo już pora! Poślijcie po doktora!

To przepięknie napisana baśń…
Tylko mój mąż w pewnej chwili odmówił czytania, bo uznał, że bajka jest zbyt drastyczna dla Tymka — nie chciał czytać mu o podskakującej głowie czarodzieja, która śni się księciu Firuzowi Szachowi. Nie zgadzam się z nim — Tymkowi trzeba wyjaśniać pewne rzeczy, rozmawiamy o tym, czym różni się sen i jawa, dlaczego czasami śnią nam się różne rzeczy i dlaczego młodemu księciu śniła się głowa czarodzieja. W każdej gazetce dla chłopców typu Power Rangers czy Ben 10 można znaleźć bardziej drastyczne historie. A spróbujcie poczytać opisy na kartach gormitów… Nie zamierzać jeszcze czytać z Tymkiem drastycznych baśni braci Grimm, ale nie chcę także serwować mu słodkiej papki. Dzieci potrzebują także jasnych rozstrzygnięć — dobro powinno być nagrodzone, zło ukarane. Baba Jaga nie musi koniecznie wylądować w piecu, ale powinna ponieść konsekwencje swoich niecnych uczynków.
Nie sądzę, że trzymanie dziecka w różowej, pastelowej klatce ma jakikolwiek sens – świat wokół nie jest różowy i pastelowy, trzeba nauczyć się przeżywać różne emocje. A także pokazywać, że nie wszystko jest oczywiste. Bo czy czarownik z baśni o zaklętym rumaku na pewno był zły? Czy może jednak zawinił książę, który lekkomyślnie uznał, że wie już wszystko o kierowaniu rumakiem…
Chciałbym mieć takiego konia, szepnął na koniec mój synek, zamykając książkę po obejrzeniu ilustracji (po raz kolejny zresztą). A ja bym chciała mieć tę książkę. I musiałam naprawdę z sobą walczyć, żeby oddać ją do biblioteki 😉