Wyprawa do miasta śniących książek

Dzisiaj będzie o książce, która nie została napisana dla dzieci. Ile jednak można ścierpieć jęczenia: nie mam co czytać!? Za oknem lało, więc nie dało się Starszego wyprawić do biblioteki po kolejne lektury i zakazać mu powrotu, jeśli nie przyniesie co najmniej pięciu książek. Zdesperowana podeszłam do półek i zaczęłam je przeglądać. Na pewno jest tutaj coś, co nadaje się na lekturę dla pochłaniającego książki prawie jedenastolatka. Książka powinna być ciekawa, niezbyt straszna i odpowiednio opasła, żeby zajęła syna na dłużej. I jeszcze powinna wyglądać w miarę zachęcająco, żebym nie musiała go za długo przekonywać. Zerknęłam na jeden tomów i pomyślałam, że to może się udać. W ten sposób w ręce Tymka powędrowała książka Waltera Moersa „Miasto śniących książek”.

Miasto śniących książek

Dziecię moje najpierw popatrzyło nieufnie, obejrzało książkę z każdej strony, zerknęło na ostatnią stronę okładki, ściągnęło obwolutę (bo w łóżku niewygodnie się czyta książki z obwolutami, jak wyznało) i zaczęło czytać. Pierwsze wrażenia nie były porywające. Dziwne jakieś — stwierdził mój syn. Z każdą przeczytaną stroną było jednak lepiej. 

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to wspaniała baśń o miłości do książek. Rzecz dzieje się w Camonii, mitycznej krainie wymyślonej przez Moersa (czy raczej, jak twierdzi sam autor, tylko przez niego odkrytej). Bohaterem powieści jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, młody, zaledwie siedemdziesięciosiedmioletni smok, mieszkaniec Twierdzy Smoków. Jak wszyscy jego pobratyńcy, Hildegunst jest poetą. Widnieje zresztą jako autor „Miasta śniących książek” — to odkrycie poraziło Tymka, który długo zastanawiał się, czy to możliwe, że Moers rzeczywiście wykorzystał czyjś rękopis. Ojciec poetycki Hildegunsta, Dancelot, na łożu śmierci nakazuje mu udanie się w podróż i przekazuje zachwycający, genialny rękopis. Rzeźbiarz Mitów pragnie odkryć jego autora i trafia do Księgogrodu, miasta, w którym wszystko kręci się wokół książek. 

W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba „latających” handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorskich i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie.

Księgogród żyje książkami i z książek. Na nich skupia się całe życie mieszkańców — a przybywają tutaj książkomaniacy ze wszystkich stron Camonii. Można tutaj spotkać Przeraźnice, fernhachyckie karzełki, mgławce, Eydetów i wielu innych przedstawicieli przedziwnych ras i gatunków. W Księgogrodzie książki się wytwarza, książek się poszukuje i o książki się walczy. Tętniące gwarem ulice to tylko część miasta. Głęboko pod domami rozciągają się ogromne, niezgłębione katakumby, pełne starych książek, przerażających stworów i walczących ze sobą łowców książek. Hildegunst nie spodziewa się, że tajemniczy rękopis sprowadzi na niego mnóstwo kłopotów. Poszukując autora poematu, trafia do wszechwładnego antykwariusza, Fistomefela Szmejka, który okazuje się bardzo złowrogą postacią.

Nie chcę streszczać całej historii smoka, żeby nie psuć lektury. Warto jednak wspomnieć, że duża część książki rozgrywa się właśnie w podziemiach Księgogrodu, niesamowitym labiryncie pełnym kurzu i niebezpieczeństw, zamieszkałym przez istoty jak z koszmarnych snów.

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to triumf wyobraźni. Świat stworzony przez Waltera Moersa to bardzo spójny, całościowy opis cudownej, choć niebezpiecznej krainy. Chylę czoła przez tłumaczką Katarzyną Beną, która potrafiła przełożyć to dzieło. Cały język odwołuje się do książek: nazwy potraw (loczek poety, pasztet Księcia Zimnej Krwi, Pralinki Grozy czy Woda Pomysłów), zawodów, potworów. Miłośnicy literatury mogą mieć dużo zabawy odszyfrowując anagramy, pod którymi ukryto rzeczywistych twórców. Zresztą imiona i nazwiska fikcyjnych pisarzy i tytuły ich powieści to temat na całą rozprawę.

Tutaj „Tygrys w wełnianej skarpecie” Kalibana Sykoraksa — pierwsze wydanie! Tu: „Ogolony język” Adrastei Sinopy — ze słynnymi ilustracjami Elihu Wahacza! Tutaj z kolei: „Mysie hotele w świeżej wieprzowinie”, legendarny, humorystyczny przewodnik autorstwa Jodlera von Hinnena, w nienagannym stanie!

Tymek był zauroczony, a jego zachwyt wzrastał i wzrastał! Nie przestawał mówić o tej książce. Uznał, że jest bezcenna, że warto za nią zapłacić każde pieniądze, że pod żadnym pozorem nigdy mam jej nikomu nie oddawać. Opowiadał o niej z pasją, był pod wrażeniem oryginalności wyobraźni i szczegółowej narracji, która jednak pozostawała spójna i nie wprowadzała zamętu.

Moje dziecko nie bawiło się w wyszukiwanie odniesień do innych dzieł, bo po prostu ich jeszcze nie zna, ale doceniło bijący z tej książki zachwyt nad czytaniem i książkami. Ogromnie podobały mu się ilustracje. Stworzył je sam Moers i w niebywały sposób uzupełniają one lekturę: ile tutaj postaci, ile pomysłów, ile wątków. Otwarcie tej pięknie wydanej książki oznacza wejście do świata, który czaruje i uwodzi, i przepięknie gra skojarzeniami. 

Mamo, powiedział trochę zmartwiony Tymek, teraz inne książki wydają mi się takie, takie… płaskie i zwyczajne. To chyba główne niebezpieczeństwo tej lektury — świat Camonii wciąga i nie chce się go opuszczać. Skończyło się na tym, że Tymek pochłania „Kota alchemika”, wyciągniętą z półki inną powieść Moersa. I codziennie jęczy, czy znalazłam już „Labirynt śniących książek”, czyli kontynuację przygód Hildegunsta. A przecież chciałam, żeby przestał jęczeć…

Walter Moers, Miasto śniących książek, tłumaczenie Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006