Atlas mitów

Jak wiele mitologii znacie? A wasze dzieci? Na pewno grecką, bo ciągle uczą się o niej w szkole. Może nordycką? Znajdą ją w wielu książkach fantasy. Pewnie kojarzą egipskich bogów z głowami zwierząt. Być może wiedzą coś o hinduskiej. A przecież mitologii jest tak dużo, jak ludów. Pamiętamy historie, na których opierały się wielkie cywilizacje, ale mitologia nie jest wyłącznie ich domeną. Swoje historie o bogach, bohaterach i stworzeniu świata mieli Aztekowie i ludy Polinezji, Słowianie i plemiona z głębi Afryki, pewnie wszystkie ludy świata. Thiago de Moraes zaprasza na wędrówkę po niektórych z nich.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” (Nasza Księgarnia) to ogromna i ciekawie zilustrowana podróż przez mitologie. Napisana i narysowana z myślą o dzieciach, ale przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem. Autor prowadzi nas przez różne kontynenty i ludy, od starożytnych Greków po afrykański lud Jorubów czy pochodzących z Amazonii Janomamów. Jak napisał wydawca w przedmowie do wydania brytyjskiego:

„Atlas mitów” to przystępne wprowadzenie do dwunastu spośród najbardziej fascynujących kultur na naszej planecie. Niektóre z opisywanych wierzeń stanowią dziś już tylko część historii, natomiast inne są nadal święte dla wielu ludzi na całym świecie. My jednak nie próbowaliśmy objaśniać współczesnych praktyk religijnych, ponieważ nie jest to tematem naszej książki. Najważniejsze są tutaj opowieści przekazywane przez wieki z pokolenia na pokolenie, pomagające w zrozumieniu ludzkiej egzystencji i otaczającego świata. (s. 2)

Thiago de Moraes dodał, że inspiracją do stworzenia tej książki były jego dzieci. Czytał im książki, które sam lubił w dzieciństwie, a przy okazji wyobrażał sobie te wszystkie wspaniałe, cudowne i niesamowite krainy. Teraz my możemy cieszyć się nimi razem z naszymi dziećmi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każda część dotycząca jednej mitologii jest tak samo skonstruowana. Najpierw dostajemy ogólny opis wierzeń. Nie znajdziecie tutaj suchych informacji i poważnych faktów. Thiago de Moraes potrafi popatrzeć na mity z przymrużeniem oka i z humorem krótko podsumować najważniejsze fakty. Piotrek przeczytał mi ze śmiechem cały tekst wprowadzający do mitologii azteckiej, który zaczyna się tak:

Ogień, powodzie, jaguary i kilku bardzo głodnych bogów. Nie uwierzycie, na ile okropnych sposobów może dojść do końca świata. (s. 31)

Powstrzymalibyście się przed lekturą dalszej części? Ja i moje dziecko byliśmy ogromnie ciekawi, co było dalej i o co chodzi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każde wprowadzenie kończy się króciutką notką „Gdzie?”, która wskazuje, gdzie zawędrowaliśmy. Warto wiedzieć, czy akurat jesteśmy w Europie, w Indiach czy może w amazońskiej dżungli. Na początku książki dostajemy szczegółowe instrukcje, co zawiera każda część i jak poruszać się po książce.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Po ogólnej planszy czas na mapę. Thiago de Moraes zaszalał: cała kosmogonia na jednej planszy. Rewelacyjna. Do długiego studiowania i wnikliwego obserwowania. I rozpaczliwego poszukiwania, gdzie jest ten numerek, bo — jak dla mnie — kolejność tych numerów jest znana tylko autorowi. Ale zabawa przy tym przednia, a i informacji całkiem sporo.

Thiago de Moraes

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Następną część stanowią opowieści charakterystyczne dla danej mitologii oraz plansza z artefaktami i postaciami. Coś dla smaku i pobudzenia apetytu na więcej.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” nie stanowi wyczerpującego kompendium mitów i kultury danego obszaru. Historie zostawiają niedosyt i zachęcają do dalszych badań i lektur. Piotr po lekturze atlasu wyciągnął z półek inne mitologie i szuka w nich informacji o mumiach, trzęsieniach ziemi, bogach i potopach. Pewne mity i historie zdają się być uniwersalne i powtarzać niezależnie od kultury. Niektóre są całkiem odmienne i stanowią świadectwo innych warunków życia i zaskakującego dla nas spojrzenia na świat.

Książka Thiago de Moraesa uczy nas pokory. Pokazuje, jak mało wiemy i jak wiele fascynujących historii zostało jeszcze do odkrycia. Niezależnie od tego, w co wierzymy, możemy cieszyć się bogactwem ludzkiej wyobraźni i podziwiać sposoby, w jakie ludzie tłumaczyli sobie świat — od fiordów Norwegii po polinezyjskie wyspy. Warto wyruszyć w tę podróż.

No i znajdziecie w tym atlasie świat Słowian. Co prawda przytoczone opowieści wywodzą się bardziej z kultury rosyjskiej niż polskiej, ale dobrze, że się tutaj znalazły. Pewnie znawcy słowiańskiej mitologii mieliby dużo do powiedzenia, ale ja się ogromnie cieszę, że moje dziecko mogło przeczytać nie tylko o Odynie i Zeusie, ale także o Świętowicie, Mokoszy i Marzannie. To tylko jedna z wersji tej historii, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów, tł. Anna Nowak, Nasza Księgarnia 2018

Zwierzęta, które znikają

„Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych” (Nasza Księgarnia) trochę oszukuje… W bardzo pozytywnym sensie, ale nie dajcie się zwieść pozorom. To wcale nie jest książka tylko dla najmłodszych, choć wielki format, wspaniałe ilustracje Nikoli Kucharskiej i sympatyczne ptaszydło na okładce tak sugerują. To nie tylko album o dinozaurach, mamutach i tygrysach szablozębnych. Oczywiście każdy wielbiciel wymarłych gadów, słoni i kotów, niezależnie od wieku, ogromnie się z tej pozycji ucieszy i znajdzie w niej coś ciekawego, ale ta książka oferuje znacznie więcej. To doskonale zakomponowany i skłaniający do myślenia przewodnik, który uświadamia, jak bardzo człowiek ingeruje w środowisko. To przez nas gatunki znikają z powierzchni naszej planety w zastraszającym tempie na naszych oczach. I tylko my możemy ten trend zatrzymać.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Zwierzęta, które zniknęły” to książka dla młodszych i starszych. Warto wspomnieć, że to dzieło kilku osób. Nikola Kucharska firmuje całość i odpowiada za szatę graficzną, ale testy napisały inne osoby: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek. Katarzyna Gładysz i Paweł Łaczek odpowiadają także za opracowanie naukowe całości. Dzięki wspólnej pracy powstał atlas, który nie tylko zachwyca warstwą graficzną, ale zawiera naprawdę dużo ciekawych i mądrze skomponowanych informacji.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Atlas stworzeń wymarłych” może zainteresować dzieci w każdym wieku. Młodsi skupią się na warstwie obrazkowej. Z wypiekami na twarzy będą oglądać postozuchy, edafozaury, pterodaktyle, mamuty, niedźwiedzie jaskiniowe, smilodony i inne fascynujące zwierzęta, które — czasami na szczęście dla nas — nie przechadzają się już po łąkach i lasach. Ilustracje stworzone przez Nikolę Kucharską zapadają w pamięć i kuszą szczegółami.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To świetna książka do oglądania. Znajdziecie w niej mnóstwo gatunków — również tych mniej znanych — oraz wiele odniesień do Polski i znajdowanych na naszych terenach skamieniałości. Fajnie jest wiedzieć, że z Czatkowic pod Krakowem pochodzi najstarsza na świecie żaba, która wcale nie potrafiła skakać, choć na nazwie czatkobatrach można połamać sobie język. Tam samo zresztą, jak na innych: procynozuch, oligokifus czy dsungaripterous — spróbujcie je szybko przeczytać. Ja miałam problem, Piotrek też. Można się razem pośmiać i poćwiczyć język.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść o zwierzętach zaczyna się w czasach prehistorycznych. Na początku książki znajdziecie drzewo genealogiczne zwierząt — i będziecie mieli szansę sprawdzić, jak wyglądała ich ewolucja. „Zwierzęta, które zniknęły” zapraszają czytelnika do podróży w przeszłość. Wędrówka zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu. Zaczynamy ją przed milionami lat, gdy pojawiły się pierwsze płazy, a potem gady.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść sunie przez wieki, a czytelnik ma szansę zobaczyć, jak zmieniała się fauna ziemi. Wielkie giganty zostały stopniowo zmienione przez mniejsze giganty. Przy okazji dowiadujemy się trochę o anatomii dinozaurów, paleontologach, budowie gadziego jaja, poznajmy miejsca, w których znaleziono najwięcej skamielin i dowiadujemy się, jakie naukowcy mają teorie na temat wymierania. Informacji znajdziecie w tej książce naprawdę dużo. Zostały napisane przyjaznym językiem, widać, że autorzy starali się przekazać wiadomości jak najprościej i zrozumiale. Każdy termin jest wyjaśniany, dlatego warto przeglądać strony po kolei. Jeśli napotkacie niezrozumiałe określenie — u nas były to synapsydy (czyli gady ssakokształtne) — to jest ogromna szansa, że zostało ono wyjaśnione we wcześniejszej partii tekstu.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Wędrówka w poszukiwaniu wymarłych gatunków stopniowo prowadzi nas do czasów bardziej współczesnych. Pojawiają się daty, które można sobie wyobrazić: 1445 rok — to wtedy wyginęły ostatnie moa, 1627 — wtedy padł ostatni tur. Daty stają się coraz bliższe naszym czasom, a czytelnikowi robi się mniej wygodnie. Tak niedawno zniknęły z ziemi tygrysy balijskie, wilki Ezo, tarpany, zebry kwagga czy gołębie wędrowne. Nikola Kucharska nie skupia się bowiem tylko na wielkich gatunkach. W książce poznamy także wymarłe ptaki i owady, stworzenia małe i duże, lądowe i morskie. Całkiem niefajnie robi się, gdy przejdziemy na dwie ostatnie rozkładówki. Na pierwszej z nich autorka książki pokazała gatunki, które zniknęły całkiem niedawno — w latach 1925-2012.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To oznacza, że przez jeszcze chwilę temu mogliśmy je oglądać. Na ostatniej stronie mamy gatunki, które jeszcze istnieją, ale są skrajnie zagrożone, znikają na naszych oczach. Znikają, bo my ludzie jesteśmy najbardziej inwazyjnym gatunkiem na Ziemi. Zabieramy innym gatunkom siedliska i niszczymy je, sprawiamy, że zmienia się klimat, sprowadzamy nowe gatunki, a wraz z nimi zagrożenia, z którymi gatunki rodzime nie mogą sobie poradzić. „Atlas stworzeń wymarłych” to książka, która pokazuje, że gatunki wymierają cały czas. Czasami z przyczyn naturalnych, ale niestety współcześnie najczęściej z powodu działań człowieka. Ten atlas uświadamia, że jeśli chcemy zachować zwierzęta, musimy zacząć działać. Na dużą i na małą skalę. Warto coś zrobić, aby atlasy zwierząt, które już zniknęły — nawet tak piękne, jak ten przewodnik — przestały robić się coraz grubsze. Nie przywrócimy do życia dinozaurów czy mamutów, ale możemy zadbać, by orangutany czy kozice miały gdzie żyć.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To naprawdę fantastyczna książka, która rozbudza ciekawość i zmusza do zastanowienia się, co dalej. To jak, może warto zacząć chociażby od segregacji śmieci?

 

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych, teksty: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs, Paweł Łaczek, Nasza Księgarnia 2018

 

Skamieliny i pióra, czyli naukomiks w akcji

Wiecie, co to jest naukomisk? Ja też nie wiedziałam. Naukomiks, czyli komiks poświęcony nauce, zgarnęliśmy z bibliotecznej półki, a Piotrka zafascynował tak bardzo, że niechętnie go oddawał. Wypożyczył go zresztą ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ogląda i podczytuje tę książkę z narastającą fascynacją, którą zresztą doskonale rozumiem. To świetna pozycja — nie tylko o dinozaurach, ale chyba przede wszystkim o rozwoju nauki. Nie będziecie mogli się od „Dinozaurów. Skamielin i piór’ oderwać (Nasza Księgarnia).

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Mało które dziecko nie ulega fascynacji dinozaurom. Wielkie i groźne stworzenia intrygują także dorosłych. MK Reed i Joe Flood w swojej książce pokazali narodziny i rozwój paleontologii. Skupili się nie tylko na informacjach o tym, jak wyglądały i żyły prehistoryczne gady, ale także na tym, jak my — ludzie dochodziliśmy do tych informacji. I dla mnie ta warstwa była chyba nawet ciekawsza.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Gotowi na wyprawę w głęboką przeszłość? Zacznę tak, jak autorzy komiksu: przez 165 milionów lat dinozaury kroczyły po ziemi, a potem niespodziewanie zniknęły. Ludzie odkrywali ich kości od najdawniejszych czasów. Te znaleziska wpływały na wyobraźnię i prawdopodobnie przyczyniły się do powstania wielu legend i baśni. Gryfy, mitologiczne stwory, chińskie smoki — prawdopodobnie stworzyliśmy je na wzór wielkich kości, które odkrywaliśmy wokół siebie. Fascynacja zaczęła narastać na początku rewolucji przemysłowej, gdy zaczęliśmy głębiej kopać i odkrywać tajemnice schowane w ziemi. MK Reedowi i Joemu Floodowi udało się niesamowicie spójnie połączyć historię dinozaurów z opowieścią o nas samych i o tym, jak zmieniała się nasza świadomość. Może wróćmy do książki:

W roku 1800…

Ziemia miała 6006 lat.

Dinozaury są znane jako potwory.

Żyły kilka tysięcy lat temu.

Zginęły w czasie biblijnego potopu.

Żadne dinozaury nie żyją w tym czasie na Ziemi.

Jesteśmy tego wszystkiego pewni.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Taką wiedzę mieliśmy raptem 200 lat temu. Z narastającym zainteresowaniem czytałam o kolejnych odkryciach, o sporach między naukowcami, o teoriach i kontrteoriach. Naukowcy walczyli ze sobą słowem, paszkwilem, plotką i pomówieniem. Niektórzy z nich zdobywali ogromną sławę i popularność. Inny umierali w biedzie i zapomnieniu, ale wielkie kości skryte w ziemi nie przestawały fascynować. Marsh i Cope prowadzili regularną wojnę — rzucali w siebie kamieniami, podkupywali swoje znaleziska, podrzucali sobie fałszywki, a nawet niszczyli stanowiska dynamitem, żeby drugi badacz nie był w stanie niczego znaleźć. Dinozaury rozpalały świat nauki do czerwoności.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Autorzy komiksu zadbali także o to, by pokazać rolę kobiet. Piszą o badaczkach, poszukiwaczkach — kobietach, które często w ogromnym stopniu wspierały naukowców, dostarczały znaleziska i materiały. Poszukiwały świadectw przeszłości z ogromnym poświęceniem, ale ich nazwiska usuwano z oficjalnych publikacji lub traktowano je protekcjonalnie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o „Drzewie kłamstw„, które pokazuje pozycję kobiety w nauce z trochę innej strony. W naukomiksie kobiety odzyskują należne im miejsce, a były zaangażowane w badania nad dinozaurami właściwie od samego początku.

Wstawki takie, jak cytowana powyżej (Jest rok…) przewijają się przez cały komiks. Stanowią kamienie milowe, zaznaczają upływ czasu, pozwalają na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, czego się dowiedzieliśmy. Pod koniec książki znajdujemy podsumowanie naszej wiedzy z 2000 roku. Minęło 200 lat.

W roku 2000…

Ziemia ma 4,5 miliarda lat.

Dinozaury są znane jako wymarli gadzi przodkowie ptaków.

Żyły 250-65 milionów lat temu.

W dzisiejszych czasach żyją potomkowie dinozaurów. 

Jesteśmy prawie pewni tego wszystkiego.

Czy wiemy już wszystko? Na pewno nie? Ciągle jest wiele do odkrycia. Dinozaury wciąż fascynują. Kluczowe zdaje się jedno słowo „prawie”. Nauczyliśmy się trochę pokory. Już wiemy, że kolejne znaleziska mogą niektóre nasze teorie przewrócić do góry nogami. Największa wartość „Dinozaurów. Skamielin i  piór” polega na tym, że pokazuje zmianę i dynamikę nauki. Nic nie jest dane tu i teraz. Ta książka nie powiela schematów i nazw, ale stara się pokazać, że nasza wiedza ciągle się zmienia. I że kolejne odkrycia ciągle czekają. Może właśnie na młodych czytelników naukomiksu?

Aha, nigdy już nie spojrzę tak samo na kury.

 

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra. Nasza Księgarnia 2018

 

 

Oj, Ella, Ella!

Byczymy się! Leżymy w wodzie. Albo na trawie. Obserwujemy łabędzie i kaczki. Matka przypomina lemura, bo wokół oczu ma śliczne jasne obwódki (lemury co prawda mają czarne, ale to szczegół). Piotrek zdobył na plecach dziwny wzorek — krem od słońca się wymył. Przeżyliśmy inwazję jętkopodobnych owadów. Trochę jesteśmy brudni i bardzo pogryzieni przez komary. Fajnie jest.

Obok łóżek jak zwykle leżą sterty książek, bo przecież wakacje bez książki się nie liczą. Starszy pojękuje, że za chwilę nie będzie miał czego czytać. Młodszy pochłonął po raz kolejny dwa tomy „Jędrka” (w jego przypadku najlepiej sprawdza się to, co już czytał). Ale niekwestionowaną królową tego wyjazdu pozostaje Ella. Przeczytaliśmy pierwszy tom jej przygód, a Matka do końca życia nie odpokutuje tego, że drugi został na stole w kuchni. Dziecię mi tego nigdy nie wybaczy (a przynajmniej do powrotu do domu). Tutaj nisko muszę się pokłonić Pani Iwonie Kiuru, która kiedyś przetłumaczyła tę książkę, a całkiem niedawno mi ją poleciła. Zajrzyjcie także na Moje fińskie fascynacje – bloga Pani Iwony, na którym opowiada o fińskiej literaturze dla dzieci. Warto.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele

Ella to tytułowa bohaterka książki „Ella i przyjaciele” Timo Parveli. Dwa tomy przygód Elli wydała Nasza Księgarnia jakiś czas temu, więc musicie poszukać tych książek w bibliotece – naprawdę warto, jeśli macie akurat ochotę się pośmiać. Działa na wszystkich — nawet na zbuntowanych dwunastolatków. Lepiej nie czytać przy jedzeniu, bo parsknięcia śmiechem po prostu nie da się powstrzymać.

O czym to jest? Hmm, zależy, kto czyta. To książka, którą trochę inaczej czytają dzieci, a trochę inaczej  dorośli. Jak wyczytałam w Wikipedii, Timo Parvela był nauczycielem. Wygląda na to, że w książce skorzystał z własnych doświadczeń — obiektem żartów są tutaj i dzieci, i ich ukochany nauczyciel. To może do rzeczy. Ella jest w pierwszej klasie. Ma pana nauczyciela. Pan był fajny, ale nagle tak jakby stał się trochę mniej fajny. Dzieci doszły do wniosku, że ktoś pana prześladuje, najpewniej szantażysta. Jak wiadomo (dzieciom), szantażyści są zwykle łysi i wysocy, za to truciciele niscy i pomarszczeni. Wystarczy się więc dobrze rozglądać, bo przecież nie można pozostawić pana bez pomocy. Cała historia zbudowana jest na różnicach w postrzeganiu świata przez dzieci i dorosłych. Dzieci są kreatywne, ciekawskie i pomysłowe (dzieci z klasy Elli są ciekawskie, pomysłowe i kreatywne do dwunastej potęgi), dorośli wolą uporządkowany świat, ale także wprowadzają chaos. Tę opozycję Timo Parvela rozgrywa bezbłędnie i doskonale balansuje na linii rozdzielającej powieść od kabaretu. Większość historii nadaje się na anegdotę, ale cała opowieść wydaje się prawdopodobna, choć oczywiście przejaskrawiona i wyolbrzymiona.

W książce znajdziemy kilka części opowiadających osobne historie. Bohaterem wszystkich jest Ella, jej przyjaciele z klasy oraz pan nauczyciel. Znajdziecie tutaj historię o szantażyście, opowieść o wizycie w teatrze (ja śmiałam się w innych momentach niż Piotrek) oraz relację z wycieczki klasowej, która sprawiła, że Tato Piotrka popłakał się ze śmiechu. To może próbka:

Pan będzie miał dziecko, przekaż dalej – szepnęła do mnie Hanna. […]

– Nic nie przekażę – odpowiedziałam. – Wiadomość i tak się po drodze pozmienia i wyjdzie z tego coś całkiem śmiesznego.

– Z czego wyjdzie coś śmiesznego? – spytał Tuukka, który stał przede mną.

– Z pana dziecka – wyjaśniłam.

– Pan będzie miał śmiesznego niemowlaka, podaj dalej – powiedział Tuukka do Sampy.

– Pan wiezie w las śmierdzącego robaka – przekazał Samppa Tiinie.

– Pan niesie w torbie śpiącego prosiaka – szepnęła Tiina do Patego. (s. 85-86)

Jak widzicie, czasami historia zaczyna się od niewielkiej zmiany znaczenia.

Na tylnej okładce wydawca umieścił informację, że Ella i jej przyjaciele bardzo przypominają Mikołajka. Coś w tym jest — w tej historii dzieci także inaczej postrzegają rzeczywistość, nie rozumieją metafor i przenośni, samodzielnie wyjaśniają trudne słowa i doskonale się przy tym bawią (w innych momentach niż dorośli), a ich wyobraźnia nie zna granic. Ella nie jest jednak klonem Mikołajka — choć raczej dobrze by się razem bawili. Czasami tylko w trakcie lektury miałam wrażenie, że sensem życia dzieci jest prześladowanie dorosłych, a dorośli  niestety sami się o to proszą.

A teraz podsumowanie. „Ella” to świetna książka do rodzinnego czytani. Rozbawi i was, i dzieci, choć pewnie będziecie się śmiać w innych momentach. Autor czasami dyskretnie macha do dorosłych, ale dba o młodego czytelnika. Może i Timo Parvela zebrał w tej książce wszystkie zabawne momenty ze swojej nauczycielskiej kariery i jeszcze je podkoloryzował, ale wyszło lekko i zabawnie. Tymek długo opierał się przed tą lekturą. W końcu nasze wybuchy śmiechu (przeczytałam tę książkę Piotrkowi, potem Piotrek przeczytał ją swojemu Tacie, a potem przeczytał jeszcze raz, już tylko sobie) sprawiły, że postanowił spróbować. A potem przez jakiś czas z jego łóżka dochodziły śmiechy, chichoty, parsknięcia i porykiwania. Słychać było, że dobrze się bawi. Doskonała lektura na smutki. A przed nami jeszcze druga część, la, la, la… Może i dobrze, że zostawiłam ją w kuchni.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele, t. 1, tł. Iwona Kosmowska (Kiuru), Nasza Księgarnia 2008

Dom nie z tej ziemi

To nie jest łatwa książka. Zdecydowanie warto przy jej czytaniu towarzyszyć dziecku. I nie bać się pytań, które pewnie się pojawią, czemu się dzieje tak, jak w historii Marysi i czy naprawdę tak bywa.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Małgorzata Strękowska-Zaręba napisała mądrą, ważną i piękną książkę dla dzieci. Nie będę Wam opowiadać, o czym jest ta historia, bo może ktoś jej jeszcze nie zna — tak jak my do niedawna. Warto dochodzić do rozwiązania samodzielnie i samemu rozsupłać węzeł jawy, snu i zmyślenia, by dojść do prawdy. Nie warto wcześniej szukać streszczeń i objaśnień — dajcie opowieści szansę i pozwólcie się zaskoczyć.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

„Dom nie z tej ziemi” to książka wymagająca skupienia i uwagi. Warto ją czytać powoli. Małgorzata Strękowska-Zaręba przeplata to, co rzeczywiste z tym, co wyobrażone, a granica jest bardzo płynna. Często nie wiadomo, gdzie przebiega i czy to, o czym przed chwilą czytaliśmy wydarzyło się naprawdę, czy tylko się wydawało. Czy krasnale ogrodowe mogą mrugać? Czy dom może nie rzucać cienia? Ciągle nasuwa mi się pod palce termin „realizm magiczny”, bo rzeczywistość w tej książce jest przesycona magią, zabobonem, wiarą w cuda i sekrety. Tak chyba czasami łatwiej wytłumaczyć sobie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić. Tak często patrzą na świat dzieci.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Bohaterów jest dwoje — Marysia o kręconych włosach i Damian, zwany Pająkiem. Tajemnicza Marysia jest szefową, to ona powoli wprowadza Daniela w sekrety domu, na który nigdy nie pada deszcz. Wesoły Daniel na początku traktuje spotkanie z dziewczynką jak zabawę, a potem odkrywa, że wszystko dzieje się na poważnie. Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie udało się napisać książkę nie tylko o różnych domach, ale także o przyjaźni, zaufaniu i dorastaniu. Naprawdę warto zachęcić dziecko do jej lektury, mimo że nie jest to książka łatwa. Dla mnie ta opowieść to także świetne wprowadzenie do późniejszych, bardziej dorosłych historii i świetny pretekst do pokazanie dziecku, że pisać można bardzo różnie.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Jeszcze słowo o ilustracjach Daniela de Latour. Cała książka utrzymana jest w stonowanej szaro-żółtej kolorystyce. Ilustracje są bardzo oszczędne, przyciągają wzrok i podkreślają atmosferę tajemnicy. Świetnie dopełniają tekst, ale nie przyćmiewają go i nie odrywają uwagi od historii. Książka wydaje się ascetyczna i przemyślana. A od dziewczynki na okładce po prostu trudno oderwać wzrok. Zresztą sami sprawdźcie.

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, il. Daniel de Latour, Nasza Księgarnia 2017

Opowieści Heleny Bechlerowej

Robię porządki na półkach. Musimy zwolnić na nich trochę miejsca, bo na podłodze rosną stosy książek. Wygląda to tak: Matka przegląda książki i wspomina wczesnodziecięce zachwyty Synów, a potem układa śliczną i równą stertę „do oddania”. Z tej sterty chłopcy co chwila wyciągają jakąś książkę i upychają z powrotem na półce — bo bardzo lubią, bo to ciekawe, bo będą jeszcze to czytać. Są też takie książki, których żadne z nas nie ma ochoty oddawać, mimo iż zaglądamy do nich rzadko. Na przykład książki Heleny Bechlerowej.

Mieliśmy ich więcej. Gdzieś zniknął „Dom pod kasztanem”, „Zajączek z rozbitego lusterka” i opowieść o zgubionym misiu — pewnie je komuś pożyczyłam. Zostały cztery, każda z nich trochę inna i każda dla nas magiczna.

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

„Za złotą bramą” Heleny Bechlerowej to książka o sile wyobraźni. Jej bohaterowie Kasia i Piotruś mieszkają w starym domu — naprawdę starym i zniszczonym przez wojnę. Czeka ich przeprowadzka do nowego mieszkania, bo na miejscu starego budynku staną nowe bloki. Mama się cieszy, ale babcia i pan Sebastian, ich sąsiad, nie są zachwyceni.

— Sufit nad samą głową, okien więcej niż ścian, a każdy pokój — trzy kroki wzdłuż i trzy wszerz. No i bez strychu.

— Pewno, że strych jest ważny — powiedział Piotruś, a Kasia pomyślała, że dom bez strychu i bez tego wszystkiego, co na nim powinno być, jest nudny i nieciekawy. Powiedziała to głośno:

— W domu bez strychu wcale nie warto mieszkać. 

Pan Sebastian zgadzał się z tym, mama — nie.

— Co tam strych! Za to wszędzie widno, żadnych ciemnych kątów, wszystko nowe i wesołe!

— No właśnie. Może za nowe i za wesołe — mruknął pan Sebastian, ale tak, żeby nie wszyscy go słyszeli.

Stary dom ma mnóstwo tajemniczych zakamarków i wielu sekretnych lokatorów. Dzieci towarzyszą im w przeprowadzkach w miejsca magiczne i tajemnicze, bo w jakie inne miejsca może się przenieść wodnik z fontanny, dama z obrazu, skrzydlate konie z kominka czy echo błąkające się po opuszczonych pokojach? Obaj moi synowie nie rozumieli, dlaczego Kasia i Piotruś muszą opuścić taki wspaniały, stary, cudowny, tajemniczy dom i przenieść się do bloku. Nawet jeśli na dachu starego domu rośnie brzózka. Niesamowitą atmosferę tej książki podkreślają ilustracje Jana Marcina Szancera. Sami popatrzcie.

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Po lekturze tej książeczki chłopcy powtarzali wierszyk-zaklęcie.

Niech zaskrzypi

klucz i zamek,

niech otworzy

Złotą Bramę!

Całkiem inną atmosferę ma „Wesołe lato” z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. W mojej prywatnej klasyfikacji książka ta należy do „książek o zabawkach”, tak jak opowieści o Misiu Uszatku czy „Nocne kłopoty zabawek Doroty„. Kiedyś było ich więcej — teraz zabawki do książek trafiają raczej za pośrednictwem filmów. „Wesołe lato” to historia białego króliczka Groszka, któremu znudziło się mieszkanie w kącie koło stolika razem z lalkami, marynarzem, tygrysem i jamnikiem. Przeniósł się więc do ogródka.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Było takie lato, gdy czytałem tę książkę Piotrusiowi w kółko. Kończyliśmy, a potem zaczynaliśmy od początku. Moje dziecko zaśmiewało się z przygód króliczka, któremu co chwila ktoś zjadał dach chatki. Bawiła go kocia chatka na kociej łapce, która potrafiła nawet znaleźć krzak z kiełbaskami, z radością towarzyszył w harcach wiewiórczanych dzieci.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

„Wesołe lato” jest przeznaczone dla małych dzieci. To proste historie o codziennych kłopotach i radościach. U nas te opowiadania sprawdziły się rewelacyjnie — bawiły, śmieszyły, przykuwały uwagę. Może i odrobinę trącą myszką, ale Piotrkowi wcale to nie przeszkadzało.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Dwie kolejne książeczki  to opowiadania wydane w serii „Poczytaj mi mamo”. Mam do nich sentyment, bo pamiętam je z własnego dzieciństwa. „Kolczatek” to jedna z ładniejszych opowieści o jesieni i początku wiosny — pamiętacie małego jeżyka?

Helena Bechlerowa, Kolczatek

„Kolczatka” ilustrowała Danuta Przymanowska-Boniuk. Zawsze podobała mi się kolorystyka tej książeczki. Wyobrażałam sobie, jak jeżyk przechodzi od ciepłych żółci, brązów i szarości jesieni do żywej zieleni i jasnej żółci wiosny, choć pewnie w dzisiejszym wydaniu byłoby to lepiej widoczne.

Helena Bechlerowa, Kolczatek

Helena Bechlerowa, Kolczatek

Na koniec zostawiłam sobie „Przygodę na balkonie” z ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś. Chłopcy, tak samo jak ja kiedyś, czytali tę prostą historyjkę o chorobie, sile wyobraźni i tęsknocie za dziećmi głównie dla obrazków. Dla mnie ilustracje Marii Orłowskiej-Gabryś to synonim marzenia i wyobraźni. Naprawdę. W każdej ilustrowanej przez nią książce widziałam ucieleśnioną fantazję i gdybym mogła, wskoczyłabym tam bez wahania. Taki ze mnie cudak.

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Książki Heleny Bechlerowej chyba długo jeszcze będą stały na naszej półce. A może zachowam je dla przyszłych wnuków? 🙂

 

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą, il. Jan Marcin Szancer, Nasza Księgarnia 1984

Helena Bechlerowa, Wesołe lato, il. Hanna Czajkowska, Nasza Księgarnia 1970

Helena Bechlerowa, Kolczatek, il. Danuta Przymanowska-Boniuk, Nasza Księgarnia 1984

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie, il. Maria Orłowska-Gabryś, Nasza Księgarnia 1982

 

W poszukiwaniu Czerwonego Smoka

Książki do wyszukiwania są stale obecne w biblioteczce Piotrusia. Bardzo je lubimy: samo wyszukiwanie szczegółów to dopiero początek zabawy. Można przecież opowiadać własne historie, śledzić przygody pobocznych bohaterów, wytyczać trasy, budować labirynty. Możliwości jest moc. Bardzo się więc oboje ucieszyliśmy, gdy znaleźliśmy „W poszukiwaniu Czerwonego Smoka” (Nasza Księgarnia) na bibliotecznej półce.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Na pierwszy rzut oka jest to książka-bliźniaczka „W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki”, o której już tutaj pisałam. Piotr ciągle do Marchewki zagląda i świetnie się bawi. Wciąż intrygują go ilustracje Sébastienna Telleschiego, choć wymyśla do nich swoje własne historie. Do „Czerwonego Smoka” zajrzał raz, obejrzał i odłożył na bok — szczerze mówiąc, wcale mu się nie dziwię.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Pomysł na historię jest całkiem niezły — Księżniczka znalazła swojego Rycerza, więc jej towarzysz, Czerwony Smok, może już wyruszyć w świat, poszukać szczęścia i miłości. Powód jednocześnie banalny i wzniosły, a Smok przemierza w poszukiwaniu wybranki cały świat. Kolejne etapy jego trasy poznajemy na kolorowych planszach.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Przyznaję, że mam problem z ilustracjami Maud Lienard. Oglądałam je na blogu artystki — znacznie lepiej, moim zdaniem, wyglądają pojedyncze detale niż cała plansza. Nie wiem, z czego to wynika, może te lekko zgeometryzowane formy dają wrażenie chaosu, a może to po prostu kwestia gustu. Ja mam wrażenie, że na każdej planszy oglądam bardzo podobne motywy, trudno mi odróżnić jedną od drugiej. Na dodatek na planszach przemieszano teraźniejszość i przeszłość — w Europie obok Big Bena i Wieży Eiffla mamy wikińskie drakkary, rzymski rydwan i chyba starożytnych Greków. Na każdej planszy dziecko powinno odnaleźć Czerwonego Smoka — nie jest to trudne zadanie, a twórcom książki zabrakło pomysłu na inne zabawy. Plansze są podobne, ale nie da się na nich chociażby odnaleźć tych samych postaci i snuć opowieści o innych bohaterach.

Cała książka puszcza zresztą oko do dorosłego. Na planszach można śledzić nawiązania do bohaterów literackich czy znanych postaci (Marylin Monroe), a sam tekst skierowany jest chyba tylko do dorosłych odbiorców. Piszę „chyba”, bo po prostu nie wiem. Tekst miał być żartobliwy i zabawny, to widać. Pełno w nim związków frazeologicznych, ukrytych rymów, zabaw słownych. Małe dziecko raczej ich nie dostrzeże, a czy rodzic doceni?— mnie raczej drażniły. To może przykład: Nauczyłem się grać na dziwacznym instrumencie muzycznym, czyś w rodzaju bardzo długiego fletu. Moim profesorem był Didier Ridoo.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Zakończenie książki rozłożyło mnie na łopatki co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, Czerwony Smok zakochuje się w latawcu. Co prawda jest to wspaniały smoczy latawiec, ale ta metafora jak dla mnie zbyt niezrozumiała. Po drugie, książka ma morał. Tak, tak, morał. Brzmi on tak:

A ty, czytelniku, pewnie się zastanawiasz, jaki wniosek wyciągnąć z podróży Czerwonego Smoka? To łatwe: miłość trzyma się tylko na sznurku (nie ma powodu zmieniać się w kłębek nerwów!). Znalazłeś za gruby sznurek? Jeśli jednak to nie jest grubymi nićmi szyte i daje się rozsupłać węzły, życie okazuje się pełne niespodzianek. Szczęśliwym można być jedynie z dwoma końcami sznurka. Wystarczy umieć tworzyć więzi.

Odpadam. Nie lubię książek z morałem. Nie lubię książek, w których autor mi tłumaczy, co powinnam czuć i jak rozumieć jego tekst. Tych słów kompletnie nie rozumiem i nie podejmuję się wytłumaczyć. Jak dla mnie logiki nie ma w nich wcale. Wszystko jest za grubymi nićmi szyte.

Muszę być jednak uczciwa: to nie jest brzydka książka. Ilustracje są kolorowe, zwierzęcy bohaterowie mogą się podobać. Została bardzo starannie wydana i może przyciągnąć uwagę dzieci. W kategoriach książek do wyszukiwania zdecydowanie polecałabym jednak inne pozycje, chociażby Detektywa Pierra, Miasteczko Mamoko czy Jaki to miesiąc Marcina Strzembosza.

 

Frédéric Bagères, W poszukiwaniu Czerwonego Smoka, il. Maud Lienard, tł. J. Sztuczyńska, Nasza Księgarnia 2017

Jak to działa? Zwierzęta

Przyznaję, że czytamy chyba same starocia. Chyba… Bo tak naprawdę to wieczorami bawimy się z Piotrkiem wspólnie przy przygodach Lunga (mama czyta, Piotruś przeszkadza, zastanawiając się na głos, jak można złapać krasnala skalnego, czy dużo jest homunkulusów na świecie i czy koboldy naprawdę istnieją), w ciągu dnia Piotruś brnie przez „Doktora Dolittle” (lekturę trzeba przeczytać), a potem płynnie przeskakuje do „Jak to działa? Zwierzęta” Nikoli Kucharskiej (Nasza Księgarnia). Gdyby to była lektura, znałby już ją na pamięć.

Jak to działa. Zwierzęta

Piotruś uwielbia książkową Klarę, która uwielbia zadawać pytania. Pytania Klary wywołują salwy śmiechu — nie dlatego, że Klara zadaje głupie pytania, tylko dlatego, że tych pytań jest tak dużo, to prawdziwy słowotok.

Dziadku? A czemu kot widzi w ciemności lepiej ode mnie? Po co kot mruczy? Czy skorupa żółwia to część żółwia, czy tylko jego domek? Czemu moja ara tak śmiesznie stroszy piórka na twarzy? Ile lat może żyć taka papuga? No i czemu ona tak głośno skrzeczy? 

Jak to działa. Zwierzęta

To tylko mała próbka możliwości Klary — na szczęście dziewczynka ma Dziadka, który cierpliwie i z miłością wszystko jej wyjaśnia. A że nosi przy sobie notatnik, to przy okazji dużo rysuje. I tutaj przechodzimy do tego, co w książce najfajniejsze (tutaj Piotr się ze mną nie zgadza, bo uważa, że najciekawsze i najfajniejsze są komiksy), a jednocześnie chyba najbardziej kontrowersyjne: do przekrojów zwierząt będących jednocześnie informacją, jak działają zwierzęta.

Jak to działa. Zwierzęta

Jak to działa. Zwierzęta

Dziadek Klary wyjaśnia jej szczegółowo na obrazkach, jak działają zwierzęta. Nie są to jednak klasyczne przekroje, jak z podręczników anatomii. Zwierzęta Nikoli Kucharskiej mają pokazane ośrodki tupania, centra czystości i termometr w uszach. Wszystkie informacje są prawdziwe i sprawdzone: jeże przecież naprawdę tupią — choć nie mają aparatu tupiącego w postaci ślicznego trzewiczka jak z Rumcajsa, świnie naprawdę wykrywają trufle — choć nie robią tego za pomocą cudnej maszynki rodem z SF, niedźwiedzie kochają miód — choć nie noszą słoiczka w kieszonce obok żołądka. Po co to wszystko piszę? Nikola Kucharska użyła mnóstwa wspaniałych ikonek i obrazków, by pokazać cechy zwierząt, by opowiedzieć, jak one żyją, co lubią, a czego unikają (wiedzieliście, że psy mają gruczoły potowe tylko na poduszkach łap?). Dzieci nie dowiedzą się jednak z tych przekrojów, gdzie leży wątroba niedźwiedzia, gdzie są jego płuca, a gdzie trzustka. Jeśli takich informacji szukacie, musicie zajrzeć do innej książki.

Jak to działa. Zwierzęta

Przy uważnej lekturze znajdziecie jednak odpowiedzi na wszystkie pytania, które zadawała Dziadkowi Klara i wiele więcej fascynujących informacji. Piotrek często zadawał pytania: „czy naprawdę…” Zawsze odpowiedź brzmiała: tak, naprawdę. Zdarzało się jednak, że zaglądaliśmy do atlasów zwierząt, żeby sprawdzić, czy naprawdę, tak bardzo nieprawdopodobne wydawały się niektóre cechy.

Picturebook Nikoli Kucharskiej podzielony jest na cztery części. Opisano w nich zwierzęta domowe, parkowe, gospodarskie i leśne. Znalazło się miejsce na zabawne przedstawienie zawodów, które może wybrać miłośnik zwierząt (od fryzjera psów po zootechnika) i krótkie opisy inspirujących postaci (od Karola Linneusza po Adama Wajraka). Dla mnie „Jak to działa? Zwierzęta” to świetna lektura rodzinna do wspólnej zabawy i szukania ciekawostek. A że lektura czasami kończy się wspólnym oglądaniem seriali przyrodniczych? Co w tym złego? Życie zwierząt jest przecież takie tajemnicze i interesujące!

PS. Muszę podkreślić — na wyraźne życzenie Piotra — że najfajniejsze są komiksy i dymki związane ze zwierzętami i że w następnej książce powinno być ich więcej, bo jest za mało historyjek do czytania. Tak się rodzi miłość do książek 🙂

 

Zdjęcia pochodzą z bloga Nikoli Kucharskiej.

Nikola Kucharska, Jak to działa? Zwierzęta, Nasza Księgarnia 2017

Atlas miast – nie tylko na wakacje

Wakacje powoli zbliżają się do końca. Jeszcze planujemy kilka wycieczek, ale na horyzoncie pojawiła się już szkoła (moi chłopcy nie są tym zachwyceni). Nie oznacza to wcale, że na półce lądują mapy i atlasy, które towarzyszą nam podczas letnich wypraw. Lubimy podróżować palcem po mapie i w książkach szukać inspiracji do kolejnych wycieczek. Jedna z takich książek zdołała nawet podzielić rodzinę, bo Piotrkowi i mnie się podoba, a Starszemu i Tacie już nie bardzo.

Atlas miast

„Atlas miast” (ilustracje: Martin Haake, tekst: Georgia Cherry, Nasza Księgarnia) leży na stosiku książek podręcznych już od jakiegoś czasu. Przed wakacjami Piotruś szczegółowo oglądał wszystkie strony, planując wakacyjne wyprawy. Założył, że musimy (po prostu MUSIMY) odwiedzić Lizbonę, Ateny, Meksyk i Hongkong i bardzo się zasmucił, gdy okazało się to niewykonalne. Nie ostudziło to jednak jego ochoty do oglądania atlasu i planowania kolejnych podróży.

Atlas miast - Ateny

To może teraz trochę szczegółów. „Atlas miast” to autorski, ilustrowany przewodnik po 30 miastach świata. Każde miasto zostało przedstawione na dwóch sąsiadujących stronach. Na każdej rozkładówce znajdziemy kilka podstawowych informacji — w jakim kraju znajduje się miasto, w jakim języku mówią jego mieszkańcy i ile osób w nim mieszka, kilka zdań opisu i flagę kraju — oraz całą masę rysunkowych ciekawostek i sugestii, co można w danym mieście zrobić. Wskazówki są przeróżne, od zwiedzania ciekawych miejsc (na przykład w Pradze autorzy proponują wycieczkę śladami duchów i legend) po kulinarne (w Czechach zachęcają do spróbowania ciastka o nazwie kolač).

Atlas miast - Lizbona

Co nam się podoba? Wspaniała okładka ze stylizowanymi znaczkami z poszczególnych miast. Grafika, grafika! (tutaj, mówiąc szczerze, Tato Piotrusia kręci nosem, bo jemu się mniej podoba) i bardzo spójna konwencja kolorystyczna każdego miasta. Nawet zastanawiałam się, czy ja też odbierałabym Ateny na pomarańczowo. Ciekawy dobór informacji o każdym mieście i czasami bardzo nietypowe propozycje spędzania czasu. Zadania dla dzieci (typu: znajdź pięć matrioszek) — szkoda tylko, że jest ich tak mało i tak łatwo znaleźć poukrywane przedmioty. Bezpośredni sposób zwracania się do czytelnika — Piotrusia zwroty „znajdź, odwiedź, spróbuj, obejrzyj” zachęcały do dalszych poszukiwań i dopytywania się o przedstawione na ilustracjach zabytki i miejsca.

Atlas miast - Warszawa

Co się nam nie podobało? Dziwny układ miast — Warszawa sąsiaduje z Buenos Aires i Hongkongiem, choć inne miasta europejskie przedstawione są „obok siebie”. W wydaniu oryginalnym Warszawy nie było — w polskim wydaniu plansza warszawska zastąpiła Kapsztad (stąd dziwne miejsce Warszawy w atlasie) i właśnie tego dotyczy moje kolejne zastrzeżenie. W „Atlasie miast” nie ma ani jednego miasta z Afryki, co od razu dostrzegło moje Młodsze, gdy bawiliśmy się w zaznaczanie miast na mapie świata. Trochę szkoda…

Moje najpoważniejsze zastrzeżenie dotyczy jednak czegoś innego. Na każdej planszy widoczna jest postać ubrana w stylizowany ludowy strój, która wita się z czytelnikiem słowem używanym w danym kraju. Mamy tutaj Hello, Hola, Hej, Cześć, Ahoj i mnóstwo innych pozdrowień. Wszystkie są zapisane alfabetem używanym w danym kraju (super!) i tylko przy rosyjskim znajduje się transkrypcja (buuu!). To świetnie, że czytelnik wie, że ПРИВЕТ należy czytać jako „Priwiet”, ale równie fajnie byłoby się dowiedzieć, jak należy wymawiać pozdrowienie w Atenach, Hongkongu czy Mumbaju. Mnie osobiście ułatwiłoby to życie — długo szukałam dla Piotrusia informacji, jak mówi się „cześć” w Indiach i w Japonii.

Mimo tych drobnych zastrzeżeń „Atlas miast” gorąco polecam wszystkim podróżnikom — i tym rzeczywistym, i tym wędrującym tylko palcem po mapie. Świetnie rozbudza ciekawość i pokazuje, że w miastach świata warto pamiętać nie tylko o zabytkach i przeszłości. 

 

Martin Haake (il.), Georgia Cherry (tekst), Atlas miast, Nasza Księgarnia 2017

 

Mity rządzą…

Fascynacja Piotra mitami wchodzi chyba w fazę manii… Sama nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy jednak bać. Mówi o mitach, żyje nimi, rysuje ilustracje, opowiada, przepytuje znajomych ze znajomości greckich bogów. Pytania: wujeeek (babciu, ciociu), a ty znasz mity? nikogo już w rodzinie nie dziwi. Niezależnie od odpowiedzi, Młodszy sprawdza prawdomówność dorosłego: taak? to powiedz, kto to była Artemida i ile głów miał piesek Hadesa? Zeus podobno mieszka w naszej piwnicy, a Młodszy wybiera się do Grecji w celu reaktywacji starych wierzeń. Książki mitologiczne przewalają się po całym domu, a Tymek zaczyna znacząco pukać się w czoło 🙂

Dla wszystkich, którzy chcieliby sprzedać taką pasję swoim dzieciom, przygotowałam zestawienie Piotrkowych najukochańszych książek o starożytnej Grecji.

Numer jeden to oczywiście „Mity greckie dla dzieci w obrazkach” Nikoli Kucharskiej (Nasza Księgarnia, 2017)

Mity greckie dla dzieci

Szczegółowy opis możecie znaleźć tutaj. To książka, z którą Piotrek właściwie się nie rozstaje: ogląda, czyta, podsuwa innym pod nos, coś sobie opowiada. Nawet ilustracje z innych książek porównuje z wizją Nikoli Kucharskiej — to najlepsze wprowadzenie do mitów, jakie można znaleźć.

Kolejna pozycja na naszej liście to dwa tomy Katarzyny Marciniak, wydane przez Naszą Księgarnię. O pierwszym tomie „Mojej pierwszej mitologii” pisałam już tutaj. Księga druga to kontynuacja-rozszerzenie, trochę podobna, a trochę inna.

Moja pierwsza mitologia. Księga 2Moja pierwsza mitologia. Księga 1

„Moja pierwsza mitologia. Księga druga” (il. Marta Kurczewska) została podzielona na trzy części: „Przemiany”, „Bestiariusz” i „W królestwie Hadesa”. Piotruś bardzo żałował, że ta trzecia część jest tak krótka. W pierwszej spotykamy się z Owidiuszem, który zbiera historie do swojego słynnego poematu, w drugiej towarzyszymy młodemu Achillesowi i podsłuchujemy jego rozmowy z Chironem (Piotrek aż podskoczył do góry, gdy dowiedział się, że to właśnie Chiron został przemieniony w gwiazdozbiór Strzelca), a w trzeciej jedziemy na wycieczkę do Hadesu. Tak jak w pierwszym tomie każda historia jest uzupełniona króciutkim współczesnym opowiadaniem wyjaśniającym, jak używać powiedzonek, w których słychać echa starożytności.

Moja pierwsza mitologia

Moja pierwsza mitologia

Po lekturze mitów w wersji Katarzyny Marciniak przenieśliśmy się na chwilę do całkiem innej narracji. O „Opowieściach z zaczarowanego lasu” Nathaniela Hawthorne’a już kiedyś pisałam. Przed dwoma laty zachwycał się nimi Tymek, a teraz przyszedł czas na Piotrka — podobały mu się, choć musiałam zmieniać rzymskie nazwy bogów na greckie, moje młodsze wie, że Rzymianie nazywali greckich bogów po swojemu, ale postanowiło ignorować ten fakt. Mamo, ale jak czytasz, to zmieniaj Marsa na Aresa, dobrze?

Opowieści z zaczarowanego lasu

Nieustająco zachwycam się narracją Hawthorne’a, tak wciągającą i urokliwie odległą. Przy tej lekturze Piotruś czasami zasypiał: długa, barwna fraza autora lekko i łagodnie wprowadzała go w sen.

Czytaliśmy także mity w wersji jednego z najpopularniejszych polskich autorów dla dzieci 🙂 Oczywiście mowa o Grzegorzu Kasdepke. Mamy jego mity wydane przez wydawnictwo Wilga. 

Mity greckie

Tymek nie lubił tej wersji mitów, nudziły go i wolał inne książki. Piotrusiowi się podobała. Zaskoczyło go, że Grzegorz Kasdepke czasami przedstawia inny wariant mitu niż ten, który on sam poznał. Język tych mitów jest bardzo współczesny, a bogowie zachowują się podobnie do nas.

Mity towarzyszyły nam także w podróży — wydawnictwo Media Rodzina wydało audiobook z „Najpiękniejszymi mitami greckimi” Dimitera Inkiowa w interpretacji Piotra Fronczewskiego. 

Najpiękniejsze mity greckie

Mimo pewnego zmęczenia mitami, słuchaliśmy ich naprawdę z ogromną przyjemnością. To dzięki tej wersji Piotruś od razu zapamiętał historię Amora i Psyche oraz poznał niektóre przygody Odyseusza (ech, ten cyklop Polifen). Dimitera Inkiowa znaliśmy jako autora przygód Klary, ale jego mity (szczególnie w wykonaniu Piotra Fronczewskiego)  mogę gorąco polecić na każdą podróż.

Uff, uff, prawie dotarliśmy do końca 🙂 W pewnym momencie Piotrek zaczął się dopytywać o wierzenie innych narodów i ludów. Znaczy się dobrze: interesuje go jeszcze coś innego, pomyślała wtedy zmęczona już trochę mitologią matka. Dobrym rozwiązaniem okazały się „Mitologie” z serii „Odkrywanie świata” (Wydawnictwo Olesiejuk). Jakiś czas temu książki z tej serii zalegały na półkach w supermarketach.

Odkrywanie świata. Mitologie

W książce można znaleźć sporo informacji o podstawowych wierzeniach różnych ludów. Informacje są zwarte i krótkie, ale czasami bardzo dosadne i brutalne — można tutaj znaleźć historie pomijane przez innych autorów mitów (na przykład fakt, że Herkules w przypływie szału zabił swoją żonę i dzieci, za co potem pokutował). 

Odkrywanie świata. Mitologie

Piotrusiowi bardzo odpowiada czcionka tej książki — litery są duże i wyraźnie, dobrze dostosowane do początkującego czytacza.

Po domu przewalają się jeszcze dwie „greckie” książki: „Grecja bogów i herosów”

Grecja bogów i herosów

oraz „Mity Greków i Rzymian” Wandy Markowskiej.

Mity Greków i Rzymian

Pierwsza z nich służy głównie do pokazywania synkowi zabytków i map. Mity to piękne baśnie, ale warto także wiedzieć, jak żyli ludzie, którzy wierzyli w Zeusa, gdzie mieszkali i co pozostało po nich do naszych czasów. A mity Wandy Markowskiej to przejaw mojej desperacji — znudzona nieustannie maglowanymi wersjami dla dzieci sięgnęłam po wersję dla starszych, która bardzo się Piotrkowi spodobała. Mówi, że czasami jest to nudne, ale fascynują go kolejne imiona i nazwy — świat greckich bogów zaczął się rozszerzać i mienić jeszcze bardziej. Parandowskiego i Kubiaka pozwolę Piotrkowi odkryć samemu, gdy trochę podrośnie.

Na koniec chciałabym Wam pokazać plakat, jaki moje dziecko (przy współpracy rodziców) przygotowało na szkolny festiwal pasji i talentów. Uwierzcie, sam chciał — jego rodzice działali bardziej jak stoper, przerażeni, jak ich maluszek poradzi sobie z występem przed całą szkołą 😉 Piotr się uparł i będzie opowiadał o greckich bogach. W końcu to jego prawdziwa pasja, pewnie jedna z wielu, ale też taka, która bardzo rozszerza horyzonty.

Plakat

Trzymajcie za Piotrusia kciuki 🙂