Problemy z Babcochą

„Babcochę” poznałam dzięki Zuzance. To moja siostrzenica, która też bardzo lubi książki. Lubi się także dzielić swoimi odkryciami. Pewnego dnia specjalnie dla mnie przywiozła do Babci „Babcochę” Justyny Bednarek (Poradnia K). Byłam pewna, że to oznacza, iż sama połknęła ją od deski do deski, ale spotkała mnie niespodzianka. Zuzka powiedziała, że jakoś nie może jej skończyć, ale mnie się na pewno spodoba. I jest krótka, więc szybko przeczytam i się nie zmęczę. A, i ilustracje są fajne, i dużo ich jest. No to przeczytałam.

Justyna Bednarek, Babcocha

Mnie się podobało, nawet bardzo, ale zrozumiałam rezerwę Zuzi. Wypróbowałam „Babcochę” także na Piotrusiu: „Mamo, to dziwna książka” i „za mało tu przygód albo takie nieprawdziwe te przygody”. Magicznie przekształcona przez zjawienie się czarownicy rzeczywistość Grajdołka świetnie trafia do dorosłych, a gorzej do dzieci. Może to kwestia wieku? Może ośmio- i dziewięciolatki są już za bardzo racjonalne i  konfrontują opowieść ze swoimi doświadczeniami? Baśń i fantazję są w stanie połknąć, bo ta bajkowa rzeczywistość jest całkowicie inna niż ich życie, a realizm magiczny im skrzypi? Mnie przypominał się Marquez i Mary Poppins, a Piotrek kręcił nosem i wytykał, że po soku się nie śpi i że książka oszukuje, bo ci dorośli pewnie pili alkohol. Może młodsze dzieci łatwiej przełknęłyby tę lekturę?

U nas „Babcocha” wskoczyła na półkę z książkami dla dzieci, które bardziej podobają się dorosłym. Stoi w doborowym towarzystwie: tuż obok „Pana Kuleczki” i „Starego Noe”. Ciągle mam jednak nadzieję, że zdołamy ją razem przeczytać, bo to bardzo mądra opowieść.

Justyna Bednarek, Babcocha

Grajdołek, do którego Babcocha przybyła na gradowej chmurze, to maleńka wioska, zagubiona wśród lasów i pagórków. Grajdołek to naprawdę grajdołek, dziura zabita dechami, gdzie nigdy nic się nie dzieje, na ławce przed sklepem siedzą miejscowi i popijają, a zjawienie się kogoś nowego staje się sensacją. Szczególnie gdy nowa osoba jest czarownicą. Babcocha umie czarować, a jej czary wcale nie są takie niewinne, choć zawsze odczyniane w dobrej sprawie. Chyba najbardziej zazdroszczę jej umiejętności zamieniania się w muchę — też bym sobie chętnie polatała swobodnie tu i tam. Babcocha ma dobre oko, dużo zauważa, za to niewiele mówi. Woli działanie — czasami wystarczy niewiele. Jej obecność sprawia, że w Grajdołku zaczynają dziać się cuda, niektóre malutkie, a inne większe. Po lekturze dorosły czytelnik zostaje z poczuciem spokoju i nostalgii, gdzieś w głębi duszy odzywa się tęsknota za czasem, gdy cuda zdawały się możliwe, a życie było prostsze. Czekam na moment, gdy będę mogła ją przeczytać jeszcze raz — tym razem z Piotrkiem.

Justyna Bednarek, Babcocha, il. Daniel de Latour, Poradnia K 2018

Reklamy

Kto to jest patriota?

No właśnie… Piotrek przyniósł takie pytanie ze szkoły i zaczęliśmy się zastanawiać. Kto to jest patriota? Dziecię uznało, że odpowiedź jest prosta… Trzeba bronić ojczyzny i za nią umrzeć. I już! Włosy mi się zjeżyły… A potem opadły, bo przypomniały mi się własne szkolne czasy, „Bagnet na broń”, „ze spuszczoną głową powoli wraca żołnierz z niemieckiej niewoli”, „Czerwone maki na Monte Cassino” i „Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem”. Pewnie moim rodzicom włos się jeżył tak samo jak mi… Nasza polska historia była trudna i krwawa, a teraz moja rola, by zacząć się z dzieckiem zastanawiać, kto jest patriotą dzisiaj. I co to znaczy bronić ojczyzny dzisiaj. I jak można ją chronić z szacunkiem dla innych. Ten trochę przydługi wstęp jest po to, by pokazać książkę, która bardzo pomaga rozmawiać o patriotyzmie i obowiązkach wobec ojczyzny.

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej (Czarna Owieczka) to jedna z lepszych książek dla dzieci poruszających temat patriotyzmu i miłości do ojczyzny we współczesnym świecie. Bardzo podoba mi się definicja patriotyzmu, którą tutaj znalazłam:

Patriota to ktoś taki, kto myśli nie tylko o sobie, ale też o innych, nie kłamie, potrafi słuchać, chce się rozwijać i stara się być dobry. 

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

To dopiero początek rozważań. Autorka prowadzi wywód w prosty, zrozumiały dla dzieci sposób. Jest tutaj sporo o tym, co było i dlaczego teraz używamy słowa „ojczyzna” rzadziej niż kiedyś.

Bohaterem książki jest mały Krzyś, który jeszcze nie wszystko rozumie i zadaje dużo pytań — chłopiec na każdym obrazku ubrany jest w koszulkę i majteczki, czego nijak nie mógł zrozumieć Piotrek. Bo niby dlaczego ten Krzyś chodzi w bieliźnie? Warstwa ilustracyjna „A ja jestem Polak mały” może się nie podobać, ale autorce udało się naprawdę dobrze pokazać dylematy współczesnego świata, zaznaczyć, jak różne brzmienia i znaczenia może mieć słowo „ojczyzna” i zadać sporo ważnych pytań. Chociażby takie, co się dzieje, gdy spotka się patriota z patriotą, a każdy z nich pochodzi z innego kraju. Zdarza się wam myśleć o patriotyzmie innych i jak ci inni mogą reagować na nasz patriotyzm?

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

Dobrze było porozmawiać o  tym, co to jest mała ojczyzna i czy ojczyzną może być cały świat. I co to właściwie znaczy. Eliza Piotrowska podrzuca bardzo sensowne odpowiedzi i stawia mądre pytania, które mogą zaskoczyć nie tylko dziecko. Aż dziw, że taka cieniutka książeczka może tak bardzo (pozytywnie) zamącić w głowie i otworzyć oczy. To bardzo nowoczesny i przemawiający do mnie model patriotyzmu, w którym jest miejsce na miłość do symboli, na pamięć o historii i szacunek dla innych oraz mądrą troskę o współczesność.

 

Eliza Piotrowska (tekst i ilustracje), A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały, Czarna Owieczka 2013

 

Mamoo! To jest o Pate!

Dziecko wpadło do kuchni podekscytowane. Mamo… Wiesz, to jest on! Od Elli! No pamiętasz! Znalazłem tę książkę na półce. I tam są wszyscy! I Ella też. Mamooo! Ale to jest śmieszne. To ten Pate od hokeja. No posłuchaj, przeczytam Ci fragment.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Piotr znalazł „Patego” na półce, na której położyłam nowe nabytki. Szukał czegoś do czytania, bo nieoczekiwanie moje Młodsze zamieniło się z dziecka, które woli, żeby mu czytać, w dziecko, które czyta samo (i nadal lubi, żeby mu czytać). Jego reakcja była niesamowita: popatrzył na książkę, przeczytał kawałek, a potem przybiegł w podskokach do kuchni. Od tej pory zdążył już przeczytać „Pate pisze bloga” dwa razy, ciągle zagląda do tej książki i od czasu do czasu czyta nam swoje ulubione fragmenty. Upewniał się także, czy ilustracje mnie śmieszą. Szczególnie pan ratownik. Mogę to przyznać oficjalnie — śmieszą. Rysunki to naprawdę mocny punkt tej książki i Piotrek spędził długie chwile, rozpracowując szczegóły i czytając podpisy.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Książka Timo Parveli, wydana przez Widnokrąg w serii „Bliskie dalekie sąsiedztwo” i brawurowo przetłumaczona przez Iwonę Kiuru, to swoisty samograj. Świetnie może zachęcić do czytania. Bohaterem jest Pate, który dostał od swojego nauczyciela zeszyt. Jego klasowy kolega Tukka uznał jednak, że zeszyt to zabytek i założył Patemu bloga. Miał być supertajny, ale jakimś cudem dowiedziały się o nim wszystkie dzieci z klasy: Ella, Sampa, Tina — cała ferajna znana nam z „Elli i przyjaciół„. Żeby zacząć czytać Patego, nie musicie znać Elli — dla Piotrka był to po prostu bonus i dodatkowy impuls do czytania. A jak już poznacie Patego, zrozumiecie, dlaczego tak bardzo zachwyciła Piotra „Ella”. W „Pate pisze bloga” Pate chyba ciągle jest w pierwszej klasie i ciągle jest tak samo niedopasowany do rzeczywistości. A może nawet bardziej?

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Cała książka ma konstrukcję bloga, na którym Pate opisuje swoje przygody ze stryjem. Nie jest łatwo, gdy nagle dowiadujesz się, że masz stryja. Początki znajomości nie były udane, bo chłopiec pomylił stryja z ptakiem, a potem przez jakiś czas było tylko gorzej, choć trzeba przyznać, że Pate się starał. Trudno jednak dogadać się z kimś, kto nie przepada za dziećmi i skupia się głównie na oszczędzaniu czasu. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie. Inna perspektywa wprowadzona jest za pomocą komentarzy klasy (wszystkie dzieci kibicują Patemu i chętnie udzielają rad) oraz dialogów przytaczanych przez chłopca. Dzięki temu poznajemy punkt widzenia stryja, rodziców czy pewnej uroczej ratowniczki.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Dla dorosłego w pewnym momencie stało się oczywiste, w jakim kierunku zmierza akcja, ale ośmiolatkowi nic nie przeszkadzało. Timo Parvela zderza ze sobą rzeczywistość dziecka i dorosłego, sprytnie rozgrywając różnice w postrzeganiu świata. Wykorzystuje humor sytuacyjny i językowy — Pate odczytuje komunikaty dorosłych dosłownie, nie dostrzegając przenośni, sarkazmu czy ironii. Pate to kwintesencja dziecięcości — pojmuje świat prosto, jest kompletnie oderwany od rzeczywistości, maksymalnie angażuje się w to, co robi (jeśli to coś uznał za ważne i istotne), a psoci przy okazji i mimo woli.

Trudno mi było określić, ile Pate ma lat — nawet Piotrek zauważył, że chłopiec bardzo mało wie o świecie i wszystko odbiera bardzo dosłownie. Trochę mi to zgrzytało, bo spryt i samodzielność chłopca trochę kłóci się z jego naiwnym i bezkrytycznym postrzeganiem świata. Taki jednak model pisania przyjął Timo Parvela i jestem skłonna to zaakceptować, bo „Pate pisze bloga” to niesłychanie zabawna i wciągająca książka, która — co całkiem istotne dla mnie jako dla dorosłej i mniej odpornej osoby — nie sięga w nadmiarze po fizjologię i obrzydliwości. Podkreślam „w nadmiarze”, bo trochę skrzeku i innych obrzydliwości tu jednak znajdziecie. Akurat tyle, by dziecko wybuchnęło śmiechem i koniecznie chciało się dowiedzieć, co było dalej. No i koniecznie muszę teraz kupić drugą część Patego. To przecież oczywiste, jak uznał Piotrek.

 

Timo Parvela, Pate pisze bloga, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018

 

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Pszczoły

Świat ekscytuje się drugą książką Piotra Sochy („Drzewa” za chwilę zdominują blogosferę, bo każdy będzie chciał je mieć i się pochwalić), a ja z Piotrusiem z zapałem zapoznajemy się z jego „Pszczołami”. Dopiero teraz. A co!

Piotr Socha, Pszczoły

Dlaczego teraz? Oczywiście widzieliśmy książkę Piotra Sochy wcześniej, oglądaliśmy w księgarni i u przyjaciół pierwsze wydanie, ale wtedy jakoś przeszła przez echa. No tak, piękna! No tak, duża! Tak, tak, można obejrzeć i odłożyć na bok. Po prostu nie wywołała wtedy tego „ach!”, które sprawia, że natychmiast, już i od razu chce się mieć tę książkę na półce.

Minęło trochę czasu i Piotra zafascynowały owady społeczne. „Pszczoły” pojawiły się u nas ponownie i tym razem powaliły całą rodzinę na kolana. Że piękna, że ogromna, że ciekawa, że tyle informacji, że się nie spodziewałam, że mądra, że, że, że… No właśnie! Książka musi trafić na swój czas. A u nas teraz panuje moda na „Pszczoły”.

Piotr Socha, Pszczoły

Żeby w pełni docenić „Pszczoły”, trzeba spędzić nad tą książką trochę czasu, uważnie poprzyglądać się planszom i wczytać w tekst. Dopiero wtedy dociera do człowieka ogrom pracy, jaką wykonał Piotr Socha, i ogrom wiedzy, jaką z tej książki można zdobyć (tutaj trzeba się głęboko ukłonić przed autorem tekstu, Wojciechem Grajkowskim). A na dodatek wszystko jest napisane przyjaźnie, ale nie infantylnie. To nie jest książka dla maluchów. To książka dla każdego.

Piotr Socha, Pszczoły

Czego tutaj nie ma! Wszystko jest! I o pochodzeniu pszczół, i o tym, jak wyglądają, i o tym, jak robią miód, i o tym, jak tańczą. Aaaa…. I jeszcze mnóstwo o tym, jak i kiedy życie pszczół splotło się z życiem człowieka. Znajdziecie tutaj wiele interesujących informacji, ciekawostek i anegdot. Wiedzieliście, że pszczoła musi pokonać 150 tys. kilometrów, żeby powstał 1 kg miodu? Robi wrażenie, prawda?
Piotr Socha, Pszczoły

Bardzo zaimponował mi sposób zakomponowania tekstu i jego związek z ilustracjami. Lekturę „Pszczół” można traktować jako ćwiczenia na skupienie i uważność. Elementy niektórych ilustracji są ponumerowane — wyjaśnienie znajdziecie w tekście, ale nie po kolei. Nawet sobie nie wyobrażacie, z jaką uwagą Piotrek śledził notatkę o ulach, żeby dowiedzieć się, gdzie używane są poszczególne konstrukcje. I do tej pory przepytuje, czy wolałabym ul w kształcie niedźwiedzia, czy jednak Adama i Ewę.

Piotr Socha, Pszczoły

Pszczoły towarzyszyły już ludziom pierwotnym, są obecne na ilustracjach pochodzących ze starożytnego Egiptu, Grecy uważali go za pokarm bogów, a Napoleon uczynił pszczołę jednym z symboli swojego cesarstwa.  W „Pszczołach” zajdziecie wiele takich informacji. Czyta się to wszystko z narastającym zachwytem i coraz większą ciekawością. Świetna książka. Niech żyją pszczoły!

Piotr Socha, Pszczoły

No to biegnę szukać „Drzew” w małych księgarniach, a wszystkim, którzy jeszcze „Pszczół” nie oglądali, gorąco je polecam.

Piotr Socha, Pszczoły, op. tekstu Wojciech Grajkowski, Wydawnictwo Dwie Siostry 2015

Z czego się cieszyć?

Właśnie skończyliśmy książkę (a raczej dwie), która co wieczór wprawiała nas (Piotrusia i mnie) w dobry nastrój i jednocześnie sprawiała, że nie mogliśmy skończyć czytać. Tak jakoś płynnie jedno opowiadanie przechodziło w drugie, że absolutnie nie mieliśmy ochoty przestać — ja czytać, Piotr słuchać. Dopiero zerknięcie na zegarek działało jak stoper. Poznajcie Cieszka.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka, Nowe ucieszki Cieszka

Cieszko to bohater dwóch książek Zdenka Svĕráka, człowieka-orkiestry. Jest reżyserem, aktorem, komikiem, scenarzystą oraz autorem książek — świetnych książek. Wydawnictwo Dwie Siostry wydało dwa tomy przygód synka ogrodnika „Ucieszki Cieszka” i „Nowe ucieszki Cieszka”, obie rewelacyjnie przetłumaczone przez Dorotę Dobrew i ciekawie zilustrowane przez Ewę Stiasny (ach, te wyklejki, trzeba je koniecznie przestudiować i dokładnie obejrzeć przed każdą lekturą).

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Cieszko tak naprawdę ma na imię Boguszek, ale ponieważ potrafi się cieszyć najlepiej na świecie imię „Cieszko” bardziej do niego pasuje.

Naprawdę trudno uwierzyć, z czego ten Cieszko potrafił się cieszyć. Na przykład kiedy poparzyły go pokrzywy. Inne dziecko na jego miejscu zaraz zaczęłoby płakać albo przynajmniej stanęłyby mu świeczki w oczach. A Cieszko, kiedy go ta pokrzywa smagnęła, co prawda powiedział: „Auu!”, bo takie „Auuu!” samo się człowiekowi wyrywa, ale zaraz potem oznajmił z przejęciem:

– Patrzcie! Jakie dziwne bąbelki mi wyskoczyły! Takich jeszcze nie miałem! (Ucieszki Cieszka, s. 6)

Tak, Cieszko naprawdę potrafi się cieszyć. I potrafi swoją radością zarażać innych.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Mały synek ogrodnika mieszka z rodzicami w pobliżu miasta w dużym gospodarstwie ogrodniczym. Nie chodzi jeszcze do szkoły, ma najlepszą przyjaciółkę Katarzynkę w okularkach i kochanego pieska Kwika. Ma także nieprzyjaciela — łobuzisko Hugo. Sami posłuchajcie, że to naprawdę nie jest taki zwykły chuligan.

Cieszko spojrzał w górę i zobaczył Hugona. Tutaj musimy powiedzieć, co to za ptaszek. A więc przede wszystkim nie jest to żaden ptaszek, tylko kawał kołka. Ale nie wyobrażajcie sobie czasem żadnego zgrabnego patyczka. Kiedy mówię: Hugo to kołek, chcę przez to powiedzieć, że jest w wieku, kiedy ma się rozumu tyle co kołek, oraz że z niego niewychowany łobuz, kłamczuch i zawistnik. Mógłbym też napisać, że ładny z niego kwiatek, ale lepiej nie, bo jeszcze moglibyście wyobrazić go sobie jako niezapominajkę, a wtedy bylibyście w strasznym błędzie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy na niego mówić: łobuzisko Hugo. (Ucieszki Cieszka, s. 18)

Na szczęście zwykle triumfuje sprawiedliwość i łobuzisko Hugo dostaje to, na co zasługuje.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka są… zwyczajne, wydawałoby się — dostępne na wyciągnięcie ręki, przynajmniej dla tych dzieci, które mają szansę pobiegać po podwórku i pobuszować w krzakach. Zdenĕk Svĕrák ma niesamowite oko, potrafi oczami Cieszka zachwycić się codziennością. Świat jest pełen cudów, wystarczy się tylko rozejrzeć i dostrzec to, co nam ucieka, co przestaliśmy dostrzegać, bo takie zwyczajne i nijakie. Cieszka raduje wszystko: przylot motyli, przeganianie szpaków z truskawek, deszcz, wyprawa na targ, śnieg i lód, i wiatr, i mgła. Świętuje urodziny psa (rewelacyjna opowieść o tym, jak chłopiec kupował winko dla psa), rozmawia z ogrodniczymi sprzętami, uśmiecha się do świata, pomaga rodzicom, czasami psoci (ale za to z jakim polotem). Niesamowicie jest pomysłowy i zaradny, bo też nikt mu nie mówi ciągle: nie rusz, zostaw, nie wolno.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Fascynujący jest język tej książki. Tutaj wtrącenie: nie wiem, jak zrobiła to Dorota Dobrew, ale tłumaczenie jest rewelacyjne. W żadnym momencie lektury nie czułam, że to tłumaczenie. Zdenĕk Svĕrák bawi się znaczeniem słów i związków frazeologicznych, prowadzi z młodym czytelnikiem grę na znaczenia. I brzmi to doskonale po polsku, nie słychać fałszu, nie czuć, że coś zostało naciągnięte, przeinaczone. Nie czuć także wysiłku tłumacza — jest lekkość i zabawa. To wspaniała książka, która daje ogromną przyjemność obcowania z pięknym językiem i inteligentnym tekstem. Tłumaczce należą się ogromne brawa.

Zresztą posłuchajcie sami:

Mamusia wyjrzała przez pięciopalczasty wizjer  powiedziała:

– Ojejku! Wszyscy święci okładają się poduszkami!

To było coś w sam raz dla Cieszka. Skoczył na równe nogi i zawołał:

– Hura! Bójka! Idziemy popatrzeć!

Ledwie mamusia zdołała zawiązać mu na szyi szalik i wcisnąć na głowę ciepłą czapkę, a już stał za progiem. I aż musiał zmrużyć oczy, bo wszędzie wokół była śnieżnobiała biel. Wszystko zniknęło pod śniegiem. A śnieg ciągle prószył i przykrywał wszystko, na co natrafił. Tam, gdzie wczoraj były różne rzeczy, dzisiaj wznosiły się białe górki. 

– Gdzie oni są, tatusiu? – zapytał Cieszko i ciekawsko wyjrzał przez zaśnieżony płot.

– Kto?

– Wszyscy święci. Nie widzę ich. (Nowe ucieszki Cieszka, s. 122)

Zdenek Sverak, Nowe ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka to rewelacyjna lektura: ciepła, mądra, zabawna, wciągająca i pełna radości. Doskonała do czytania w dzień i wieczorem, do lektury w klasie i w domu, na plaży i przy kominku. Po prostu trzeba Cieszka znać. I uczyć się od niego cieszyć każdym dniem.

Zdenĕk Svĕrák, Ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2013

Zdenĕk Svĕrák, Nowe ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2017

Bałagany i plamy

Pamiętacie moje zachwyty nad „Co się stało? Małe wypadki” Karoliny i Hansa Lijklemów? Książka cały czas nam się podoba, a teraz dołączyły do niej dwie kolejne: „Co się stało? Wielkie plamy” i „Co się stało? Straszny bałagan”, obie wydane przez Widnokrąg.Co się stało? Straszny bałagan

Co się stało? Wielkie plamy
W obu autorzy wykorzystują ten sam pomysł, co poprzednio, zestawiając zabawny rysunek (na miarę dziecięco-domowych katastrof) z dowcipnym komentarzem-pytaniem będącym czymś w rodzaju skróconej do maksimum opowieści o domowych (dziecięcych i nie tylko) przygodach. Wyobraźnia zaczyna pracować tak samo mocno, jak przy pierwszej części, choć w przypadku dwóch nowych książek nie było już efektu zaskoczenia. Takiego WOW!, jakie fajne, jakie inne, które wyrwało się matce i synowi przy okazji pierwszej części. Oboje z Piotrkiem doskonale wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać, ale odkrywanie katalogu zabawnych scenek zawartych na kartach książki było przyjemnością i wywoływało wybuchy śmiechu mojego syna, który zestawiał swoje doświadczenia i przeżycia z rysunkową historyjką.

Co się stało? Wielkie plamy

Co się stało? Straszny bałagan

Mam wrażenie, że w dwóch nowych częściach podpowiedzi, co się mogło stać, są trochę bardziej oczywiste niż w pierwszej, ale może być tak, że autorzy książek trafili po prostu w moje rodzinne doświadczenia — sami przyznają, że czerpią z codzienności. Zbite wazony i połamane linijki są codziennością, gdy ma się dwóch synów, a mogą być zaskoczeniem dla kogoś innego. Każde z pytań skłania jednak do zastanowienia się, co się stało i jak do tego doszło. I że czasami przyczyna bywa nieoczywista, a nasze zachowanie może mieć zaskakujące konsekwencje. A jeśli do tego dochodzi refleksja, że może dałoby się inaczej… Czasami Piotr wpadał na alternatywne rozwiązanie, a czasami lektura prowadziła  do niezbyt pedagogicznych odkryć — widzisz mamo, inni też grają w domu w piłkę, a ty się złościsz! Hmmm…

Co się stało? Straszny bałagan

Co się stało? Wielkie plamy

Piotrek miał tylko jedno, maleńkie zastrzeżenie. Dlaczego te wszystkie psoty zawsze robią dzieci, tatusiowie, dziadkowie lub wujkowie? Przecież mamy też psocą! I to niesprawiedliwe, że ich tutaj nie ma, bo przecież, pamiętasz, jak spaliłaś patelnię i zrobiło się strasznie dużo dymu? Albo jak spadła Ci taca na podłogę? (Tiaa, ciekawe, co jeszcze mi wypomni)Sprawiedliwość społeczna musi być! Dlatego mam ogromną prośbę do autorów o uwzględnienie w następnych książkach mam, babć i cioć. Nich też coś mają z życia.

U nas powstaje właśnie prywatna kronika Strasznych wypadków. A co! Nie zamierzamy jej publikować, więc mam nadzieję, że autorzy nie pozwą nas o plagiat 🙂

 

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Wielkie plamy, Widnokrąg 2018

Karolina i Hans Lijklema, Co się stało? Straszny bałagan, Widnokrąg 2018

Wielka księga robali

Piotrek kocha robale. Marzy o własnym pajączku, choćby maleńkim, i z radością wita w łazience każdego gościa o kilku odnóżach. Prywatne mrowisko to by było dopiero coś. W ogrodzie dziadków pracowicie wynajduje mrówcze ścieżki, śledząc z zacięciem zabiegane owady i tropiąc ich tajemnice. Do każdego odkrycia dorabia historię. O mrówczej wojnie, o wielkim martwym żuku, o ataku czerwonych gryzących mrówek, o zagubionym pędraku. Jego zachwyt wzbudza odkrycie gniazda skorków w starej szufladzie. Z radością przyjąłby atak termitów lub przemarsz mrówek legionistek — najlepiej, gdyby przy tej okazji zjadły jakiegoś konia. W domu przewraca się mnóstwo książek o owadach — szczególnie tych społecznych, bo zwyczaje mrówek, pszczół, termitów, szerszeni, os, trzmieli (na pewno o jakichś zapomniałam) są po prostu fascynujące. Zgadzacie się? Jeśli tak, to zajrzyjcie z nami do „Wielkiej księgi robali” Yuvala Zommera (Wydawnictwo Wilga).

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Nasze pierwsze zetknięcie z tą książką nie było zbyt udane, przyznam od razu. „Wielka księga robali” jest duża i piękna, ale nie zalewa ogromem wiedzy. Jest tutaj sporo informacji, ale nie tak dużo, jak się spodziewałam. Przeznaczona jest dla dzieci, które dopiero odkrywają fascynujący mikroświat. Te, które z wypiekami na twarzy obejrzały „Mikrokosmos”, a po nocach studiują atlasy owadów, mogą poczuć się rozczarowane…. bo po prostu nie jest to książka dla nich!

„Wielka księga owadów” zafascynuje jednak każdego, kto na widok pająka zaczyna histerycznie krzyczeć. A także tego, kto myli mrówkę z termitem i uważa ćmę za nieudanego motyla. Tato Piotrusia uświadomił mi, że „normalni” rodzice (to znaczy tacy, którzy nie wysłuchują codziennie informacji o zwyczajach żywieniowych mrówek, nie uzupełniają co jakiś czas wielkiego rysunku mrowiska, nie wiedzą, co robi królowa pszczół po wykluciu, i w żaden sposób nie kojarzą Aleksandra Macedońskiego z miodem) mogę być zaskoczeni niektórymi informacjami z książki. Fakt, mogą.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Może na początek spis treści, który doskonale współgra z tematyką książki. Miło obcować z czymś tak przemyślanym pod względem edytorskim i tłumaczeniowym. W środku „Wielkiej księgi robali” bzyczy 18 rozdziałów o robalach (od biedronek po pająki i dżdżownice). Uwaga: nie mylić robali z owadami, bo to nie to samo. Na początku lektury znajdziecie rozdział, w których wszystko zostało dokładnie wyjaśnione na drzewie rodowym robali. Oprócz informacji o rodzajach robali dostajemy w pigułce informacje o ich zwyczajach żywieniowych, jak je najłatwiej podglądać, gdzie mieszkają, jak się rodzą — to wiedza bardzo przydatna, bo ułatwia powstrzymanie pierwotnych odruchów gonienia i zgniatania wszystkiego, co lata i ma odnóża.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Rozkładówki nie są przeładowane wiedzą. Większość przestrzeni zajmuje rysunek owadów — można z niego wywnioskować, co lubią i gdzie żyją. Każda ilustracja została uzupełniona kilkoma krótkimi informacjami o najbardziej charakterystycznych cechach danego gatunku. Dodatkowo na prawie każdej rozkładówce dziecko znajdzie zadanie do wykonania. Najczęściej trzeba kogoś/coś znaleźć — siedmio- czy ośmiolatek nie powinien mieć z tym problemów, ale — przyznajcie sami — które dziecko nie lubi takich zadań?

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Autorzy książki — Yuval Zommer korzystał z pomocy specjalistki od owadów, Barbary Taylor — zatroszczyli się o informacje, które nie są oczywiste i skłaniają do dalszych poszukiwań. Wiedzieliście, że wije są starsze niż dinozaury, a pająki mają 48 kolan? Aż ma się ochotę pogrzebać w książkach i w sieci, by to sprawdzić. Na wieść o tym, że naukowcy wysłali biedronki w kosmos, mój młodszy syn przybiegł zaaferowany z pytaniem, czy przeżyły. A jak już zaprzyjaźnicie się z owadami, zaakceptujecie komary i zaczniecie z sympatią myśleć o karaluchach, zostanie wam zbudowanie stołówek dla owadów.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

„Wielka księga robali” dużo obiecuje. I można powiedzieć, że spełnia te obietnice, o ile trafi we właściwe ręce. Na okładce pojawia się informacja, że dzięki tej książce poznacie wszystkie rodzaje fruwających, biegających i żądlących owadów z różnych stron świata. Rodzaje może i tak, gatunki już nie. Dowiecie się jednak sporo i możecie być zaskoczeni — o ile wcześniej robalami się nie interesowaliście. Warto ją podsunąć dzieciom, które boją się owadów lub bezmyślnie je zabijają — na pewno pomoże wytłumaczyć, co robią pszczoły i dlaczego nie wolno pastwić się nad owadami. Nad niczym zresztą nie wolno. Wielkim plusem tej książki jest indeks — nie tylko ułatwia wyszukiwanie informacji, ale przede wszystkim sprawia, że dziecko może dowiedzieć się, jak wygląda książka popularnonaukowa w wersji light. A potem możecie już zacząć liczyć niebieskie muszki (są na każdej stronie).

A tak wyglądał plakat mojego syna na szkolny festiwal talentów.

Piotr, plakat

Yuval Zommer, Wielka księga robali, tł. Michał Brodacki, Wilga 2017

 

Przyklejamy!

Piotrek bardzo lubi naklejać, przyklejać i tworzyć obrazkowe historyjki. Pasja do przyklejania pojawiła już dawno temu i nie znikła z wiekiem, ale okazało się, że mało jest fajnych naklejek albo matka za mało się stara. Raczej to drugie, bo kiedy trafiły do nas „Góry” Justyny Styszyńskiej, dziecko się zakochało. I teraz nieustannie słyszę żale, że naklejek jest za mało — na szczęście można je odklejać i przyklejać wiele razy.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Po raz pierwszy widzę syna, który z uwagą ogląda każdą naklejkę i każdą stronę, rozważając, gdzie warto ją nakleić. Może krajobraz nocny? A może jednak nad jeziorem? Ale jeszcze to zwierzę przydałoby się zimą, więc trzeba dokładnie policzyć, ile rysiów, niedźwiedzi czy saren zostało.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

To kolejna naklejkowa książka Justyny Styszyńskiej wydana przez Widnokrąg, ale pierwsza, która do nas trafiła. W niewielkim, poręcznym kołonotatniku znajdziecie sporo ciekawych informacji o górach. Dziecko dowie się, co to jest szczyt, przełącz i dolina. Krajobrazy są trochę magiczne, kuszące pustką rozkładówek, zachęcające do spojrzenia w głąb i zabawą perspektywą. Gdzie przykleić nornika? Ten jest większy, więc musi być bliżej, a tego malutkiego — tutaj w kąciku.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Po krótkim wprowadzeniu o górach zaczyna się to, co dla nas najważniejsze, czyli opowieści o ich dzikich mieszkańcach. W książeczce znajdziecie informacje o kozicy, rysiu, świstaku, myszołowie, sarnie, łasicy, niedźwiedziu, pomurniku, wydrze, orle i norniku. Jak już wszystko przeczytacie i dowiecie się, co jada pomurnik i kiedy niedźwiedź traci swój łagodny charakter, będziecie mogli zabrać się do pracy. Dzięki kołonotatnikowej konstrukcji książki naklejki można z łatwością wyciąć — przecież przekręcanie kartek co chwila jest strasznie męczące.  Co by tu zrobić? Pięć pustych rozkładówek na końcu książki kusi, by zapełnić je mieszkańcami. Może tak scena u wodopoju?

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Piotruś uznał, że wszystkie te zwierzęta przyszły w odwiedziny do wydry Marianny — bohaterowie „Pafnucego” wciąż żyją w pamięci 🙂 Rysia na wszelki wypadek Młodszy umieścił po drugiej stronie jeziora, żeby mu głupie myśli nie przyszły do głowy. Przy okazji kolejnej ilustracji prowadziliśmy długie rozmowy o pomurnikach — po co im w górach takie czerwone skrzydła. Jeszcze nie znaleźliśmy przekonującego wyjaśnienia, choć hipotez mieliśmy mnóstwo.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

A jak komuś szybko nudzą się scenki rodzajowe (Piotrkowi się nigdy nie nudzą,  bo do każdej można opowiedzieć zajmującą historię), to może przejść do SF. Na stronie sąsiadującej z opisem zwierzęcia znajdziecie barwne plamy — można je uzupełnić tak, aby powstała głowa opisywanego zwierzęcia, ale równie dobrze może powstać ryś z rogami czy prawdziwy świstakowy niedźwiedź. Ogranicza Was tylko wyobraźnia (i liczba naklejek). Ale przecież można je odkleić i przykleić na nowo w innym miejscu, a potem znowu gdzie indziej, choć tak bardzo szkoda odklejać. Czasami zwierzęta mają ochotę skryć się w cieniu góry, a czasem powędrować po śniegu — a wtedy koniecznie, ale to koniecznie należy dorysować im ślady.

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy

Piotrek już sprawdził (przy użyciu starszego brata ;-)), jakie książki przygotowała Justyna Styszyńska i uznał, że powinnam kupić mu wszystkie — przecież będzie Dzień Dziecka, a potem imieniny, koniec roku szkolnego, Dzień Matki, Boże Ciało. Coś się wymyśli. I szkoda, że nie pojedziemy w tym roku w góry, bo przecież jest tam tak pięknie — właśnie tak, jak na ilustracjach Justyny Styszyńskiej. Wzrok zatrzymuje się na jednym szczycie, potem na następnym i następnym. Mamo, a jak fajnie będzie pomieszać te naklejki… Bo przecież biedronki żyją też w górach… Hmm, przestaję mieć pewność, że na Boże Ciało nie daje się dzieciom prezentów 🙂

Justyna Styszyńska, Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy, Widnokrąg 2018

Opowieści Heleny Bechlerowej

Robię porządki na półkach. Musimy zwolnić na nich trochę miejsca, bo na podłodze rosną stosy książek. Wygląda to tak: Matka przegląda książki i wspomina wczesnodziecięce zachwyty Synów, a potem układa śliczną i równą stertę „do oddania”. Z tej sterty chłopcy co chwila wyciągają jakąś książkę i upychają z powrotem na półce — bo bardzo lubią, bo to ciekawe, bo będą jeszcze to czytać. Są też takie książki, których żadne z nas nie ma ochoty oddawać, mimo iż zaglądamy do nich rzadko. Na przykład książki Heleny Bechlerowej.

Mieliśmy ich więcej. Gdzieś zniknął „Dom pod kasztanem”, „Zajączek z rozbitego lusterka” i opowieść o zgubionym misiu — pewnie je komuś pożyczyłam. Zostały cztery, każda z nich trochę inna i każda dla nas magiczna.

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

„Za złotą bramą” Heleny Bechlerowej to książka o sile wyobraźni. Jej bohaterowie Kasia i Piotruś mieszkają w starym domu — naprawdę starym i zniszczonym przez wojnę. Czeka ich przeprowadzka do nowego mieszkania, bo na miejscu starego budynku staną nowe bloki. Mama się cieszy, ale babcia i pan Sebastian, ich sąsiad, nie są zachwyceni.

— Sufit nad samą głową, okien więcej niż ścian, a każdy pokój — trzy kroki wzdłuż i trzy wszerz. No i bez strychu.

— Pewno, że strych jest ważny — powiedział Piotruś, a Kasia pomyślała, że dom bez strychu i bez tego wszystkiego, co na nim powinno być, jest nudny i nieciekawy. Powiedziała to głośno:

— W domu bez strychu wcale nie warto mieszkać. 

Pan Sebastian zgadzał się z tym, mama — nie.

— Co tam strych! Za to wszędzie widno, żadnych ciemnych kątów, wszystko nowe i wesołe!

— No właśnie. Może za nowe i za wesołe — mruknął pan Sebastian, ale tak, żeby nie wszyscy go słyszeli.

Stary dom ma mnóstwo tajemniczych zakamarków i wielu sekretnych lokatorów. Dzieci towarzyszą im w przeprowadzkach w miejsca magiczne i tajemnicze, bo w jakie inne miejsca może się przenieść wodnik z fontanny, dama z obrazu, skrzydlate konie z kominka czy echo błąkające się po opuszczonych pokojach? Obaj moi synowie nie rozumieli, dlaczego Kasia i Piotruś muszą opuścić taki wspaniały, stary, cudowny, tajemniczy dom i przenieść się do bloku. Nawet jeśli na dachu starego domu rośnie brzózka. Niesamowitą atmosferę tej książki podkreślają ilustracje Jana Marcina Szancera. Sami popatrzcie.

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą

Po lekturze tej książeczki chłopcy powtarzali wierszyk-zaklęcie.

Niech zaskrzypi

klucz i zamek,

niech otworzy

Złotą Bramę!

Całkiem inną atmosferę ma „Wesołe lato” z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. W mojej prywatnej klasyfikacji książka ta należy do „książek o zabawkach”, tak jak opowieści o Misiu Uszatku czy „Nocne kłopoty zabawek Doroty„. Kiedyś było ich więcej — teraz zabawki do książek trafiają raczej za pośrednictwem filmów. „Wesołe lato” to historia białego króliczka Groszka, któremu znudziło się mieszkanie w kącie koło stolika razem z lalkami, marynarzem, tygrysem i jamnikiem. Przeniósł się więc do ogródka.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Było takie lato, gdy czytałem tę książkę Piotrusiowi w kółko. Kończyliśmy, a potem zaczynaliśmy od początku. Moje dziecko zaśmiewało się z przygód króliczka, któremu co chwila ktoś zjadał dach chatki. Bawiła go kocia chatka na kociej łapce, która potrafiła nawet znaleźć krzak z kiełbaskami, z radością towarzyszył w harcach wiewiórczanych dzieci.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

„Wesołe lato” jest przeznaczone dla małych dzieci. To proste historie o codziennych kłopotach i radościach. U nas te opowiadania sprawdziły się rewelacyjnie — bawiły, śmieszyły, przykuwały uwagę. Może i odrobinę trącą myszką, ale Piotrkowi wcale to nie przeszkadzało.

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Helena Bechlerowa, Wesołe lato

Dwie kolejne książeczki  to opowiadania wydane w serii „Poczytaj mi mamo”. Mam do nich sentyment, bo pamiętam je z własnego dzieciństwa. „Kolczatek” to jedna z ładniejszych opowieści o jesieni i początku wiosny — pamiętacie małego jeżyka?

Helena Bechlerowa, Kolczatek

„Kolczatka” ilustrowała Danuta Przymanowska-Boniuk. Zawsze podobała mi się kolorystyka tej książeczki. Wyobrażałam sobie, jak jeżyk przechodzi od ciepłych żółci, brązów i szarości jesieni do żywej zieleni i jasnej żółci wiosny, choć pewnie w dzisiejszym wydaniu byłoby to lepiej widoczne.

Helena Bechlerowa, Kolczatek

Helena Bechlerowa, Kolczatek

Na koniec zostawiłam sobie „Przygodę na balkonie” z ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś. Chłopcy, tak samo jak ja kiedyś, czytali tę prostą historyjkę o chorobie, sile wyobraźni i tęsknocie za dziećmi głównie dla obrazków. Dla mnie ilustracje Marii Orłowskiej-Gabryś to synonim marzenia i wyobraźni. Naprawdę. W każdej ilustrowanej przez nią książce widziałam ucieleśnioną fantazję i gdybym mogła, wskoczyłabym tam bez wahania. Taki ze mnie cudak.

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie

Książki Heleny Bechlerowej chyba długo jeszcze będą stały na naszej półce. A może zachowam je dla przyszłych wnuków? 🙂

 

Helena Bechlerowa, Za złotą bramą, il. Jan Marcin Szancer, Nasza Księgarnia 1984

Helena Bechlerowa, Wesołe lato, il. Hanna Czajkowska, Nasza Księgarnia 1970

Helena Bechlerowa, Kolczatek, il. Danuta Przymanowska-Boniuk, Nasza Księgarnia 1984

Helena Bechlerowa, Przygoda na balkonie, il. Maria Orłowska-Gabryś, Nasza Księgarnia 1982