Galop ’44

Szukałam dla syna książki o II wojnie światowej. Z mojej perspektywy, książki o najnowszej historii. Z jego perspektywy książki o prehistorii, równie odległej, co Piastowie czy rozbiory. Ciągle zaskakuje mnie ta różnica w ocenie. Nie zauważyłam chwili, gdy czasy mi stosunkowo bliskie — może z powodu opowieści wysłuchanych w dzieciństwie, może z powodu programu w szkole, tych wszystkich nielubianych apeli, capstrzyków i pochodów, a może po prostu to różnica pokolenia — stały się odległe i niezrozumiałe dla moich dzieci. No ale oni nie mają babci i dziadka, którzy czasami, bardzo rzadko, wspominali wojnę, a w ich wojennych historiach przewijała się Treblinka, obozy pracy, rozstrzelania, Niemcy i Rosjanie, i przyjaciel, który zginął w lesie. Dziadek prowadził nas w listopadzie na jego grób i opowiadał o tym, który już zawsze będzie mieć 19 lat. Ciągle więc szukam książek, które poruszają, pokazują historię i uczą, że trzeba pamiętać i warto wiedzieć, jak wyglądała tamta rzeczywistość i czym różniła się od zabaw rekonstruktorów.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Dzięki poleceniom mądrych ludzi (jeszcze raz bardzo dziękuję autorkom blogów Mała czcionkaMały pokój z książkami za polecenie) trafił do naszego domu „Galop ’44” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej — trafił i od razu został zaanektowany przez nastolatków. Ustawiła się kolejka, polecali go sobie nawzajem, a do mnie docierały krótkie i zdawkowe, ale jakże symptomatyczne opinie: że naprawdę ciekawe i że co prawda nie lubi takich podróży w czasie, ale w tej książce dobrze się to rozwiązanie sprawdziło, że nie mogła przestać czytać i bardzo się wzruszyła, że to taka prawdziwa książka i lepsza niż „Zwiadowcy”, że sprawdzali, czy to wszytko prawda. „Galop ’44” zmusił nastolatki do myślenia — przeczytałam więc tę książkę, gdy tylko do nas wróciła.

Przeczytałam — i nie mogę przestać o niej myśleć. Ta lektura łapie dorosłego za serce i ściska za gardło. Starałam się zapanować nad wzruszeniem, ale po prostu się nie dało. W pewnej chwili czytelnik łapie się na tym, że ma mokrą twarz — a akcja jest tak wciągająca, że nie ma czasu na ocieranie łez. Monika Kowaleczko-Szumowska na kartach tej książki pokazała Powstanie — nie pomijając niczego: brudu, humoru, piosenek, lęku, głodu i smrodu, złości, beznadziei, odwagi i brawury, śmiałości i rozsądku, tchórzostwa i siły, szczęścia i pecha. Doskonale wiedziałam, jak skończy się większość tych historii, ale i tak cały czas miałam nadzieję, że może jednak, że może tym razem… Po tej lekturze ma się ochotę pognać do Muzeum Powstania Warszawskiego i popatrzeć na wszystkie eksponaty jeszcze raz, z jeszcze większym szacunkiem i czcią.

Akcja książki dzieje się tutaj i tam — w czasie Powstania. Przez przejście w Muzeum trafia w tamte czasy dwóch chłopców: trzynastoletni Mikołaj, rozbrykany i dość beztroski, z typową dla naszych czasów nieumiejętnością skupienia się na czymkolwiek, entuzjastycznie nastawiony do ludzi i wydarzeń oraz jego siedemnastoletni brat, Wojtek, sceptyczny, małomówny, racjonalny i zamknięty w sobie. Zderzają się dwa podejścia: młodszy brat traktuje pobyt w powstańczej Warszawie jak przygodę — błyskawicznie znajduje przyjaciół i wsiąka w miasto. Starszy najchętniej od razu by stamtąd uciekł. Jego racjonalizm buntuje się w zderzeniu z optymizmem powstańców, bo przecież doskonale wie, jak to wszystko się skończy. Właściwie początkowo jedynym bodźcem do działania jest dla Wojtka chęć wyciągnięcia Mikołaja z powstania i uniknięcia kłopotliwych pytań rodziców.

Chłopcy spotykają ludzi znanych z kart historii — autorka nie wymyślała postaci, tylko zaludniła swoją powieść ludźmi, którzy naprawdę w powstaniu uczestniczyli, których historie odnalazła w archiwum Muzeum lub usłyszała od żyjących powstańców. Na kartach „Galopu ’44” spotkamy Stefana Korbońskiego (ps. Zieliński) i jego żonę Zofię, którzy przygotowywali depesze dla radiostacji „Świt”, Jana Rodowicza, czyli Anodę, Janka Warda, Anglika, który przez całe Powstanie nadawał depesze o sytuacji w Warszawie, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wiktora Dobrzańskiego. Przewija się tutaj mnóstwo postaci — Monika Kowaleczko-Szumowska dała im twarze, zmieniła definicje z encyklopedii w żywe osoby. Trudniej się myśli o bohaterstwie, trudniej się głosi stereotypowe hasła, gdy tłum zaczyna zmieniać się w pojedyncze osoby.

Nietrudno zgadnąć, że Powstanie zmieniło Mikołaja i Wojtka. „Galop ’44” to jednak nie jest tylko książka o przemianie. Autorka nie ucieka przed trudnymi pytaniami o sens walki, ale odpowiedź pozostawia czytelnikowi. Co jakiś czas w książce pojawia się fragment naświetlający daną sytuację z perspektywy historycznej. Narrator rysuje sytuację na froncie, pokazuje, jakie były przyczyny danej decyzji, a jakie były lub mogły być jej skutki. Obraz nakreślony przez Monikę Kowaleczko-Szumowską jest wielobarwny, zmusza do zastanawiania się, zachęca do własnych poszukiwań, do dalszego poznawania historii walki. Powstanie w jej książce nie jest zabawą, romantycznym zrywem, tylko dramatyczną historią ludzi, którzy coraz mocniej zdają sobie sprawę, że nie są w stanie wygrać. A jednak walczą dalej. Na mnie chyba ciągle najmocniej działają historie tych, którzy przeżyli i zginęli tuż po wojnie z rąk NKWD.

Przeczytajcie „Galop ’44” i dajcie go swoim nastolatkom. Zajrzyjcie z nimi do Muzeum Powstania Warszawskiego, a może na Powązki. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka powinna znaleźć się na liście lektur, bo pokazuje historię ludzi i miasta, a nie suche daty. U mnie będzie czekała na półce na Piotrka.

 

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44, Literacki Egmont 2014

 

Reklamy

Porozmawiajmy o… samochodach

Macie w domu fanów czterech kółek? Wasze dziecko marzy, że wymyśli najlepszy samochód na świecie? W takim razie ta książka jest dla Was! A może lubicie historie o wynalazkach i ciekawostki, jak powstały różne otaczające nas rzeczy? W tej książce znajdziecie takie informacje. Może jednak najbardziej fascynuje Was moda? Tak, jest też coś o tym. Jednym słowem, to książka dla wszystkich. I piszę to z pełną odpowiedzialnością, mimo iż „oczywistym” odbiorcą docelowym są chłopcy. To bardzo ciekawa książka o historii motoryzacji, która bez problemu powinna zainteresować dziewczynki.

Michał Leśniewski, Ale auta

 „Ale auta. Odjazdowe historie samochodowe” Michała Leśniewskiego ze wspaniałymi ilustracjami Macieja Szymanowicza to przede wszystkim opowieść czy raczej opowieści o samochodach, i to tych dawniejszych. Autor zaczyna swoją gawędę w 1769 roku, kiedy to Joseph Cugnot zaprezentował pierwszy pojazd napędzany silnikiem parowym. Próba nie była zbyt udana, ale właśnie wtedy zaczęła się historia motoryzacji!

Michał Leśniewski, Ale auta

Kolejni wynalazcy testowali różne pomysły ze zmiennym szczęściem. Na karatach książki poznajemy historię Karla Benza i jego żony, która udowodniła światu, że wynalazek męża umożliwia pokonanie naprawdę dużych odległości. Spotykamy się z Panem Dunlopem, którego tak bardzo irytowały koleiny, jakie zostawiał na ścieżce rowerek jego syna, że aż wynalazł pompowane opony. Towarzyszymy druhowi Jerzemu Jelińskiemu, który latach dwudziestych postanowił objechać samochodem cały świat i w ten sposób rozsławić Polskę. Michał Leśniewski opowiada o wielu barwnych postaciach i robi to niesamowicie ciekawie, aż chce się czytać i słuchać.

Michał Leśniewski, Ale auta

Oprócz opowieści o ludziach znajdziemy w tej książce ciekawostki o rzeczach i historie samych samochodów (np. Forda T, malucha czy Warszawy). Dla mnie fascynujące było czytanie o tym, jak kierowcy sygnalizowali zamiar skrętu czy zawracania, jak powstały znaki drogowe. Pierwsi kierowcy samochodów musieli wozić ze sobą mnóstwo sprzętu — mogli liczyć tylko na siebie, a w samochodach mogło popsuć się wiele. Cały rozdział poświęcony jest strojom dla automobilistów. Nosili specjalne czapki i maski, szuby i rękawiczki, które z czasem stawały się coraz bardziej subtelne i zaczęły pełnić także funkcje dekoracyjne. Moda szybko wkroczyła do świata motoryzacji.

Michał Leśniewski, Ale auta

Naprawdę warto zajrzeć do książki Michała Leśniewskiego. Gorąco polecam! A jeśli nie interesują wam samochody, to zajrzyjcie do tej książki dla ilustracji Macieja Szymanowicza. Trudno się od nich oderwać.

 

Michał Leśniewski, Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe, il. Maciej Szymanowicz, ArtEgmont 2017

 

Rycerzem być, po rycersku żyć…

Nietrudno się zorientować, że moi chłopcy kochają rycerzy, miecze, bitwy i zbroje. Lubią zbrojownie i muzea, chętnie chodzą na warsztaty historyczne, z zapałem oglądają i czytają książki.

Rycerzem być

Tymek lubi książki historyczne. Piotruś marzy, by kiedyś móc zostać rycerzem (zwykłym albo Jedi), więc książka o tym, że można być rycerzem nawet dzisiaj i co to właściwie znaczy, wydała się dla niego stworzona.

Rycerzem być

„Rycerzem być” Zofii Staneckiej to mądra opowieść dla przedszkolaków i młodszych szkolniaków. Bohaterem książki jest Marcel, sympatyczny pierwszoklasista, który zadaje mnóstwo pytań i chce zostać rycerzem. Poznajemy także jego rodzinę: tatę Grzegorza, mamę Maję, która nosi w brzuchu siostrę Marcela, dziadka Mariana, babcię Zytę i przyjaciół: Gracjana, Polę i Julię.

Rycerzem być

Każdy rozdział to osobna historyjka z życia Marcela. Czasami spotykamy go w kinie, czasami na meczu. Razem z chłopcem idziemy na wesele i nocujemy u dziadków. Te scenki ze zwykłego życia stały się dla Zofii Staneckiej pretekstem, by pokazać, jakie obowiązki i zasady powinny obowiązywać współczesnego rycerza. 

Rycerzem być

Nie jest łatwo! Piotruś chwilami nie mógł uwierzyć… Zasady są niby proste, ale… Współczesny rycerz powinien dzielnie wstawać rano do szkoły (Piotruś wyprostował się dumnie: ja nigdy nie marudzę, że nie chcę wstać), regularnie ćwiczyć i się uczyć, ubierać się w zbroję odpowiednią do okazji i pamiętać o szczoteczce do zębów, gdy wybiera się do babci. To tylko niektóre rycerskie powinności. Po każdym rozdziale najważniejsze zasady są zebrane na zabawnym rysunku Marty Ruszkowskiej. Zofia Stanecka nie unika także trudnych pytań: czy rycerz może się bać? Czy chłopcom wypada płakać? Dlaczego czasami wolno się głośno zachowywać, a czasami nie wolno? 

Jeśli wasze dzieci lubią rycerzy (a nawet wtedy, gdy nie lubią), zajrzyjcie do tej książki. To naprawdę ciekawe i niezbyt moralizatorskie wprowadzenie do zasad dobrego wychowania. Chciałabym, żeby Piotruś je zapamiętał, bo dobre wychowanie upraszcza życie i sprawia, że innym jest z nami łatwiej, a nam z innymi.

Zofia Stanecka, Rycerzem być, il. Marta Ruszkowska, Literacki Egmont 2016

Co czytaliśmy ostatniego dnia starego roku? — zamiast podsumowań

Nie będzie u nas podsumowań 🙂 Rok był bogaty i obfity, książki przelewały się po naszych półkach i po półkach w miejskiej bibliotece. Były takie, które wzbudzały zachwyt, takie, które rozczarowały, i takie, które do tej pory leżą na półce i czekają na dobry moment, żeby — mam nadzieję — zachwycić. Są też takie, o których marzymy.

Tymek uznał, że przeczytał mnóstwo fajnych książek, i cieszy się już na następne (no, dostałem tyle książek, że do urodzin powinno wystarczyć). Stary rok pożegnał lekturą „Zwiadowców”. Przepraszam, recenzji na blogu nie będzie, chyba że syn zechce napisać. Najnowszy tom serii („Zwiadowcy. Wczesne lata. Bitwa na wrzosowiskach”) mnie znużył i zaczęłam ziewać przy pięćdziesiątej stronie. Tymek i Oleś, mój bratanek, uważają, że to genialna seria, a ja się nie znam i mam się nie wypowiadać, bo pewnie jestem za stara i nie rozumiem. Pewnie jestem 🙂 Przetestujcie „Zwiadowców” na swoich dzieciach, na pewno im nie zaszkodzi, a może zaczną czytać i zechcą sprawdzić, co jeszcze fascynującego można znaleźć w książkach.

Piotruś pożegnał stary rok razem z królem Gromorykiem i serią Czytam i główkuję Egmontu. Zagadki z tomu „Król Gromoryk i niezwykła zbroja”, książeczki autorstwa Wojciecha Widłaka, są dla Piotra dużo za proste, ale za bardzo polubiliśmy zabawnego króla i przemądrzałego kota Gadułę, żeby do nich nie zajrzeć.

Król Gromoryk

Tym razem rozpadła się na kawałki jedna z królewskich zbroi. Król Gromoryk pucuje je samodzielnie, ale przy składaniu bardzo pomagał uczynny Gaduła. Wyszło jak zwykle, czyli inaczej, ale też dobrze.

Król Gromoryk

Naszą przygodę z królem Gromorykiem zaczęliśmy od serii „Liczę sobie”. Piotruś z zachwytem słuchał i oglądał, jak król gotował jajko na miękko. Do tej pory jest to jedna z jego ukochanych historii i co jakiś czas próbuje czytać ją sam. Mamy nadzieję, że może kiedyś wyjdzie zbiorczy tom opowieści o zabawnym królu i jego gadającym kocie. 

Wydawca uznał, że zagadki w książce „Król Gromoryk i niezwykła zbroja” są przeznaczone dla dzieci czteroletnich i starszych, ale moim zdaniem trzylatek spokojnie sobie z nimi poradzi. Sam tekst jest trudniejszy i Piotrusiowi przydała się pomoc mamy, bo synek zdecydowanie preferuje książki z mniejszą ilością liter na stronie.

Na Gromoryku nie skończyliśmy zabawy i zabraliśmy się za „Fredka i koło fortuny” Zofii Staneckiej.

Fredek

To zabawna opowieść o Fryderyku Epsilonie Dwudziestym, następcy tronu planety Pedanteria (na Ziemi nazywanym po prostu Fredkiem), który przypadkowo spadł na wysypisko i trafił do domu Jagody, Marka i Wacka. Wspólnie mieli przeżyć masę przygód.

Fredek

Historia bardzo nam się spodobała i Piotruś już ma zamiar szukać następnych części. Zagadki były trochę trudniejsze, ale bez przesady, pięciolatek i sześciolatek poradzą sobie z nimi bez problemu.

Seria jest ciekawa i dopracowana, tak jak inne serie Egmontu dla dzieci (Czytam sobie, Liczę sobie). Cieszę się, że wydawnictwo namówiło do współpracy tak wielu pisarzy i ilustratorów. Dzięki temu książki są różnorodne i każdy może znaleźć coś dla siebie. Piotruś zachwycił się komiksem o Jonku, Jonce i Kleksie. Bez problemu można dobrać tematykę i warstwę graficzną do wrażliwości i gustu dziecka.

W „Czytam i główkuję” bardzo spodobał mi się pomysł wychodzenia poza książkę. Niektóre zadania sprawiają, że dziecko musi rozejrzeć się po domu i zastanowić (mamo, ile ja mam butów? a ile to par?). A  na końcu na dzielnego czytelnika czeka krótka biografia jakiejś słynnej osoby (tak samo jak w „Liczę sobie”) i oczywiście dyplom. 

Król Gromoryk

Dla mnie to jedna z ciekawszych propozycji dla dzieci. Seria „Czytam i główkuję” obejmuje książki Wojciecha Widłaka, Zofii Staneckiej i Rafała Witka. 

A co będziemy czytać w Nowym Roku? Stosik książek do przeczytania „już” jest dość wysoki i mam nadzieję, że chociaż o kilku uda mi się na blogu napisać. Mam też nadzieję, że będziecie do nas zaglądać. 

Życzę sobie i Wam szczęśliwego, zaczytanego Nowego Roku i samych wspaniałych lektur! 

Wojciech Widłak, Król Gromoryk i niezwykła zbroja, il. Ewa Poklewska-Koziełło, Egmont 2016

Zofia Stanecka, Fredek i koło fortuny, il. Marta Szudyga, Egmont 2016

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Polski folklor dla dużych i małych

„Cuda Wianki. Polski folklor dla dużych i małych” Marianny Oklejak przydźwigałam z biblioteki. Mamy taką wspaniałą bibliotekę, w której Panie Bibliotekarki dbają, by na półkach szybko pojawiały się nowości i nagradzane książki. „Cuda Wianki” po prostu leżały na półce i kusiły, żeby je obejrzeć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądałam je już kilka razy, za pierwszym razem w pośpiechu, potem spokojniej, zachwycając się kolorem, kompozycją, doborem motywów. To piękna, bardzo przemyślana książka, po którą dziecko raczej samo nie sięgnie…

Żeby wszystko było jasne: zakochałam się w tej książce. Jest cudowna. Nie mogę się od niej oderwać, ale chłopców muszę do niej zaganiać i zachęcać. Za każdym razem, gdy ją przeglądam, myślę sobie, jak ważny w tym przypadku jest rodzic, który podsunie ją dziecku, zachęci do zajrzenia do środka. Nasze dzieci lepiej znają zwyczaje afrykańskie czy indiańskie niż dawne polskie. A teraz można powiedzieć: popatrz, to Polska właśnie. Taka kolorowa, różnorodna, rozśpiewana, zakręcona i fajna. Taka była – a może ciągle jest? Mam wrażenie, że ta książka – chyba nawet w większym stopniu niż inne książki autorskie – wymaga aktywnej współpracy dorosłego z dzieckiem, rozmowy, wspólnego oglądania, badania, pytania, zachwycania się. Ciągam swoich synów po muzeach i skansenach, ale u Marianny Oklejak folklor po prostu żyje i tętni energią, nie jest nudny, jest intrygujący i przyciągający jak magnez.

Chłopcy podeszli z rezerwą, popatrzyli, powiedzieli, że raczej ładne i że obejrzą. Koronki, stroiki i inne buciki ich nie zainteresowały (przecież chłopcy nie interesują się modą – taki archaiczny pogląd prezentują jeszcze moi synowie). Na początku zafascynowały ich przebierańcy. Z narastającym zdumieniem i zadziwieniem oglądali kolędników. I słychać było żal, że prawdziwych kolędników już nie ma, że czasami widać diabła i anioła, a oni by chcieli zobaczyć turonia i gwiazdę kolędniczą, i śmierć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądaliśmy tę książkę z Babcią – dała się namówić i opowiedziała, jak życie na podlaskiej wsi wyglądało tuż po wojnie, a chłopcy słuchali. Niektóre zwyczaje znają w wersji okrojonej: Dziadkowie ciągle urządzają im wojny na pisanki w wielkanocny poranek (sami muszą te pisanki pomalować), w Niedzielę Palmową budzę ich palemką, tak jak mnie budziła prababcia, którą ledwo pamiętam (ale palma bije, nie zabije pamiętam), ale większość brzmi dla nich jak piękna bajka z dawnych lat.

Potem śledziliśmy historię ukrytą na ilustracjach i wycinankach. Podpowiedziałam im tylko, że opowieści są dwie: jedna wesoła, a druga smutna, zamotane ze sobą i się przenikające. I zaczęło się poszukiwanie: mamo, to zagadka. Pewnie, że zagadka: pełna koloru, czarująca wzorami, różnorodnością, radością życia i poszukiwaniem piękna. Jak bardzo ludzie musieli być spragnieni piękna i koloru, jak bardzo musieli być wyczuleni na harmonię barw i kształtów, że udało im się tak pięknie wszystko dobrać, tak cudownie zgrać.

Teraz czekam, aż przyjdzie paczka z naszą własną książką. Niech wycinankowy konik poskacze po naszej półce. Tymek stwierdził, że kolory i wzory w tej książce są piękniejsze niż na ubraniach w skansenie. I właśnie tak ma być. Wielkie podziękowania należą się wydawnictwu Egmont za to, że wydało książkę, która przerabia folklor na baśń i pokazuje, jak pięknie można się nim cieszyć do dziś.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Marianna Oklejak, Cuda Wianki, Wydawnictwo Egmont, 2015

Lato z Muminkami

Tymek nie zakochał się w Muminkach. Nudziły go, szybko zaczynał ziewać, kręcić się, podskakiwać. Trochę było mi żal, ale cóż, gusta bywają różne.

Za to Piotruś… Najpierw wielokrotnie czytaliśmy książeczki z serii „Muminki” wydane przez Egmont. Trochę mało muminkowe, bo napisane przez innych autorów niż Tove Jansson.

Muminek detektyw

Muminki i niespodzianka

 

Okładki powyżej to dwie ulubione książki Piotrusia z tej serii. I muszę przyznać, że szczególnie „Muminki i niespodzianka” są pełne uroku. To książeczka o psikusach Małej Mi, która ma „naprawdę psotny dzień”. Piotrusiowi do tej pory podobają się jej kawały i chętnie słucha o żarcie, który spłatali jej pozostali mieszkańcy domu. W książce tej jest śliczny obrazek pokazujący marzenia Małej Mi.

Muminki i niespodzianka

Piotruś bardzo lubi go oglądać i zwykle długo zastanawia się, czy chciałby dostać takie prezenty i czy byłyby fajne. Najbardziej zastanawia go siekiera oraz natura Małej Mi – dlaczego dziewczyna może chcieć takie rzeczy. Fajnie, że są takie dziewczyny…

W książce „Muminek detektyw” mieszkańcy domu muszą zmierzyć się z kryminalną zagadką: ktoś kradnie jabłka Tatusia Muminka. Do dzieła zabiera się jego synek, który podchodzi do zadania bardzo poważnie i przeprowadza kompleksowe dochodzenie w poszukiwaniu złodzieja. Piotrusiowi historyjka podoba się bardzo i chyba sam miałby ochotę na śledztwo, ale nasze jabłka nie chcą znikać w tajemniczych okolicznościach.

Z tej serii czytaliśmy także „Wyprawę odkrywców”, „Muminki w cyrku”, „Śnieżny poranek Muminka” i „Muminka w lesie” (w tym przypadku można się trochę pobać, bo Muminek spotyka Bukę). Wszystkie książeczki są przyzwoicie napisane, ładnie zilustrowane i ciekawe – w sam raz dla przedszkolaka.

Przyznaję, że miałam dosyć wałkowania przygód, które można traktować jedynie jako dodatek i postanowiłam wrzucić Piotrusia na głęboką wodę. Zaczęliśmy czytać „W Dolinie Muminków” i – ku mojemu zdumieniu – mój syn nie mógł się od niej oderwać. Wszystko było superciekawe: zaczarowane obłoczki, Hatifnatowie i Paszczaki, Migotek, Topik i Topcia. Po lekturze pokazaliśmy mu film i okazało się, że wszystko pamięta: ale tak nie było, teraz powinni…. Niestety, tak mu się podobało, że nie chce słuchać o żadnych innych przygodach Muminków, więc chyba jestem na razie skazana na czytanie jednego tomu. A najzabawniejsze jest to, że Tymek postanowił go przeczytać. Bo, po pierwsze, „chyba jest to ciekawe, jak tak przypadkiem posłuchał”, a – po drugie – Piotrek może znać tylko te książki, które on zna. Hmm, nie ma jak starsze i młodsze rodzeństwo. I niech żyją Muminki.

Jak zaczęliśmy czytać…

Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że przez prawie rok nie zaglądałam do bloga. I nawet nie zauważyłam, że minęło tyle czasu. Czytelniczo trochę nam się pozmieniało. Piotr domaga się coraz poważniejszych lektur, a każda książka musi być przeczytana co najmniej dwa razy pod rząd. A Tymek zaczął czytać…

Oj, prosto nie było. Wydawało mi się, że dziecko, od małego wychowane wśród książek, a nawet — przyznaję bez bicia i z pewnym wstydem — na książkach, w sensie dosłownym, bo książki potrafią u nas zalegać wszędzie, będzie czytało szybko, samo i bez protestów. A tu niespodzianka. Początkowo Tymek w ogóle nie był zainteresowany czytaniem. Argumentował, że pewnie wtedy przestaniemy mu czytać, a on woli czytać z kimś niż sam, że samodzielne czytanie jest nudne, że mu się mylą literki, a w ogóle to on woli liczyć.

No więc ja przerażona, że może dziecko mi wyrośnie jakieś inne i nieczytające zaczęłam się rozglądać za czymś, co może pomóc i zachęcić. I znalazłam serię Egmontu „Czytam sobie”. Najpierw kupiliśmy „Sekret ponurego zamku” Wojciecha Widłaka. I okazało się, że pojedyncze zdania to jest to. Tymek zaczął je skrupulatnie odcyfrowywać, zacinając się na co dłuższych wyrazach. Dyplom na końcu i możliwość wyboru naklejki to także świetna motywacja.

Wojciech Widłak, Sekret ponurego zamku

Nie kupowaliśmy już więcej książek z poziomu pierwszego, bo mój synek uznał, że dla niego są za proste. Potem trafiły do nas jeszcze inne książki z serii Czytam sobie: „Tadek i spółka” Joanny Olech (rewelacyjna, to była pierwsza książka, którą Tymek czytał sam z siebie), „Skarb Arubaby” Małgorzaty Strzałkowskiej, „Pułapka na ktosia” Ewy Nowak i „Tytus – superpies” Joanny Olech. Przyznaję: u nas Joanna Olech rządzi…

Skarb Arubaby, Małgorzata Strzałkowska    Tadek i spółka, Joanna Olech

Tytus - superpies, Joanna Olech    Pułapka na ktosia, Ewa Nowak

Seria bardzo mi się podoba, choć moje preferencje były nieco inne niż mojego syna. Teksty są krótkie, dobrze napisane, zabawne, rewelacyjnie uzupełnione przez niebanalne ilustracje. Najlepiej, przynajmniej w naszym przypadku, sprawdziły się książki z poziomu 2. Nie były za trudne, zachęciły do czytania, pokazały, że można szybko przeczytać CAŁĄ książkę. Skłaniały do lektury lepiej niż „Opowieści krasnoludka Bajkodłubka” Małgorzaty Strzałkowskiej, które mój starszy uznał za nieco nudnawe. A książki z poziomu 3 – no cóż, Tymek po prostu zaczął czytać. A skoro zaczął czytać, to uznał, że lektury też może sobie dobierać. Tak więc zaczęliśmy i skończyliśmy na „Pułapce na ktosia”, a potem mój syn przeczytał komiks o Gwiezdnych Wojnach 🙂