Polska w odsłonach

Narzekania, jak w Polsce jest źle, są powszechne. Łatwiej zachwycać się czymś, co cudze i inne. Trudniej zobaczyć to, co czasami mamy tuż pod nosem. Jeśli więc szukacie pomysłu, co pokazać dzieciom, by pokazać, że Polacy mają się czym pochwalić, zajrzyjcie do książki „Moja Polska” Katarzyny Sołtyk (Wilga).

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Przyznaję, że ta książka sprawia mi problem. Długo nie potrafiłam się do niej przekonać. Przeglądałam, podczytywałam, odkładałam na półkę i zastanawiałam się, co o niej napisać. Rozumiem i doceniam zamysł autorki, ale jednocześnie odrzuca mnie samo wykonanie. Ale może do rzeczy.

„moja Polska” to książka powstała z dumy — autorka napisała o tym we wstępie:

Ręka do góry, kto jest dumy z tego, że jest Polakiem! Sama podniosę pierwsza! (…) Na stronach tej książki znajdziecie dziesiątki, a nawet setki powodów do narodowej dumy — postacie, osiągnięcia, miejsca czy osobliwości.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

I te dwa zdania właściwie streszczają całą treść książki. Katarzyna Sołtyk zebrała w niej wszystko, co — jej zdaniem — może być powodem do dumy z Polski. Trochę w duchu „radujmy się” i ku pokrzepieniu serc. W efekcie powstał straszliwy miszmasz, przez który trudno mi się przebić. Znajdziecie tutaj bociana, żubra i Biebrzę. Bitwę pod Grunwaldem i wycinanki. Szopena i Kieślowskiego. Muzeum Polin i enigmę. Abakany i kopalnie soli.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

No wszystko po prostu! Na początku chaos mnie przerażał, a potem zaczęłam się nim z chłopakami bawić. Czytamy tę książkę trochę na zasadzie: a to znacie? znamy! No to idziemy dalej. Najbardziej brakuje mi w niej indeksu czy spisu nazwisk — ale może chodziło o niespodziankę? Ciągle nie rozumiem, dlaczego coś następuje po czymś innym. Najbardziej przypomina mi zwariowany pokaz slajdów, które ktoś ustawił, a potem zaczął losowo odtwarzać. I dlatego mamy Tatry, potem polskich zdobywców Himalajów, a tuż za nimi produkty made in Poland. Może chodziło właśnie o to, by nie było zbyt patetycznie? By nauczyć dzieci cieszyć się tym, co mamy i bawić polskością?

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Na pewno książka Katarzyny Sołtyk uświadamia, że ludzi i rzeczy, z których możemy być dumni, jest dużo. Wspaniałe jest to, że autorka sięga do czasów odległych i całkiem bliskich. Mamy tutaj Kościuszkę i Paderewskiego, Wałęsę, Mazowieckiego i Mickiewicz. Momentami brakuje mi refleksji historycznej — możemy się szczycić Malborkiem, ale w notce o zamku zabrakło mi informacji o burzliwej historii polsko-krzyżackiej. (Krzyżacy są oczywiście wspomniani, ale jakoś tak nieoczywiście). Książka kreuje pewien mit polskości, kraju płynącego mlekiem i miodem, pełnego życzliwych ludzi i wspaniałych miejsc. Trochę cukierkowaty obrazek i dla mnie odrobinę wybrakowany. Brakuje mi w tej książce pogłębienia i odrobiny ostrości. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Trudno mi zaakceptować chwalenie się liczbą sprawiedliwych wśród narodów świata bez wspominania o trudnej historii polsko-żydowskiej. Przy czytaniu nieodparcie miałam wrażenie, że to projekcja, pewien wyidealizowany model polskości, ucukrowana wersja świata. Nie wiem, czy duma wyklucza rzeczy smutne i czasami wstydliwe? Na pewno nie pasują one do modelu przyjętego przez autorkę, ale mnie niektóre braki rażą. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Można mieć do tej książki zastrzeżenia, ale na pewno znajdziecie w niej mnóstwo pomysłów, co pokazać dzieciom i czym możemy się chwalić. No bo może jeśli nie historia, to może jednak oscypek, skoczkowie i Biebrza? 

 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska, il. E. Moyski, Wilga 2018 

 

Wielka księga robali

Piotrek kocha robale. Marzy o własnym pajączku, choćby maleńkim, i z radością wita w łazience każdego gościa o kilku odnóżach. Prywatne mrowisko to by było dopiero coś. W ogrodzie dziadków pracowicie wynajduje mrówcze ścieżki, śledząc z zacięciem zabiegane owady i tropiąc ich tajemnice. Do każdego odkrycia dorabia historię. O mrówczej wojnie, o wielkim martwym żuku, o ataku czerwonych gryzących mrówek, o zagubionym pędraku. Jego zachwyt wzbudza odkrycie gniazda skorków w starej szufladzie. Z radością przyjąłby atak termitów lub przemarsz mrówek legionistek — najlepiej, gdyby przy tej okazji zjadły jakiegoś konia. W domu przewraca się mnóstwo książek o owadach — szczególnie tych społecznych, bo zwyczaje mrówek, pszczół, termitów, szerszeni, os, trzmieli (na pewno o jakichś zapomniałam) są po prostu fascynujące. Zgadzacie się? Jeśli tak, to zajrzyjcie z nami do „Wielkiej księgi robali” Yuvala Zommera (Wydawnictwo Wilga).

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Nasze pierwsze zetknięcie z tą książką nie było zbyt udane, przyznam od razu. „Wielka księga robali” jest duża i piękna, ale nie zalewa ogromem wiedzy. Jest tutaj sporo informacji, ale nie tak dużo, jak się spodziewałam. Przeznaczona jest dla dzieci, które dopiero odkrywają fascynujący mikroświat. Te, które z wypiekami na twarzy obejrzały „Mikrokosmos”, a po nocach studiują atlasy owadów, mogą poczuć się rozczarowane…. bo po prostu nie jest to książka dla nich!

„Wielka księga owadów” zafascynuje jednak każdego, kto na widok pająka zaczyna histerycznie krzyczeć. A także tego, kto myli mrówkę z termitem i uważa ćmę za nieudanego motyla. Tato Piotrusia uświadomił mi, że „normalni” rodzice (to znaczy tacy, którzy nie wysłuchują codziennie informacji o zwyczajach żywieniowych mrówek, nie uzupełniają co jakiś czas wielkiego rysunku mrowiska, nie wiedzą, co robi królowa pszczół po wykluciu, i w żaden sposób nie kojarzą Aleksandra Macedońskiego z miodem) mogę być zaskoczeni niektórymi informacjami z książki. Fakt, mogą.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Może na początek spis treści, który doskonale współgra z tematyką książki. Miło obcować z czymś tak przemyślanym pod względem edytorskim i tłumaczeniowym. W środku „Wielkiej księgi robali” bzyczy 18 rozdziałów o robalach (od biedronek po pająki i dżdżownice). Uwaga: nie mylić robali z owadami, bo to nie to samo. Na początku lektury znajdziecie rozdział, w których wszystko zostało dokładnie wyjaśnione na drzewie rodowym robali. Oprócz informacji o rodzajach robali dostajemy w pigułce informacje o ich zwyczajach żywieniowych, jak je najłatwiej podglądać, gdzie mieszkają, jak się rodzą — to wiedza bardzo przydatna, bo ułatwia powstrzymanie pierwotnych odruchów gonienia i zgniatania wszystkiego, co lata i ma odnóża.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Rozkładówki nie są przeładowane wiedzą. Większość przestrzeni zajmuje rysunek owadów — można z niego wywnioskować, co lubią i gdzie żyją. Każda ilustracja została uzupełniona kilkoma krótkimi informacjami o najbardziej charakterystycznych cechach danego gatunku. Dodatkowo na prawie każdej rozkładówce dziecko znajdzie zadanie do wykonania. Najczęściej trzeba kogoś/coś znaleźć — siedmio- czy ośmiolatek nie powinien mieć z tym problemów, ale — przyznajcie sami — które dziecko nie lubi takich zadań?

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Autorzy książki — Yuval Zommer korzystał z pomocy specjalistki od owadów, Barbary Taylor — zatroszczyli się o informacje, które nie są oczywiste i skłaniają do dalszych poszukiwań. Wiedzieliście, że wije są starsze niż dinozaury, a pająki mają 48 kolan? Aż ma się ochotę pogrzebać w książkach i w sieci, by to sprawdzić. Na wieść o tym, że naukowcy wysłali biedronki w kosmos, mój młodszy syn przybiegł zaaferowany z pytaniem, czy przeżyły. A jak już zaprzyjaźnicie się z owadami, zaakceptujecie komary i zaczniecie z sympatią myśleć o karaluchach, zostanie wam zbudowanie stołówek dla owadów.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

„Wielka księga robali” dużo obiecuje. I można powiedzieć, że spełnia te obietnice, o ile trafi we właściwe ręce. Na okładce pojawia się informacja, że dzięki tej książce poznacie wszystkie rodzaje fruwających, biegających i żądlących owadów z różnych stron świata. Rodzaje może i tak, gatunki już nie. Dowiecie się jednak sporo i możecie być zaskoczeni — o ile wcześniej robalami się nie interesowaliście. Warto ją podsunąć dzieciom, które boją się owadów lub bezmyślnie je zabijają — na pewno pomoże wytłumaczyć, co robią pszczoły i dlaczego nie wolno pastwić się nad owadami. Nad niczym zresztą nie wolno. Wielkim plusem tej książki jest indeks — nie tylko ułatwia wyszukiwanie informacji, ale przede wszystkim sprawia, że dziecko może dowiedzieć się, jak wygląda książka popularnonaukowa w wersji light. A potem możecie już zacząć liczyć niebieskie muszki (są na każdej stronie).

A tak wyglądał plakat mojego syna na szkolny festiwal talentów.

Piotr, plakat

Yuval Zommer, Wielka księga robali, tł. Michał Brodacki, Wilga 2017

 

Smocza straż

No i co ja mogę powiedzieć nowego? Mój syn na pytanie, jak mu się podobało, odparł: no mamo, przecież to Brandon Mull. I wszystko jasne, prawda?

Brandon Mull gwarantuje solidną dawkę przygód i silne emocje. Zgrabnie skonstruowana akcja, bohaterowie, z którymi można się utożsamić, prosty język, ciekawe postacie poboczne i mamy doskonały przepis na książkę, od której trudno się oderwać. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier w naszej rodzinie — wypatrywał tej książki nie tylko Tymek, ale także Olek i Gabryś, mój bratanek i siostrzeniec. A potem licytowali się, kto najszybciej przeczyta. No i padło oczywiście pytanie, kiedy następna część?

Brandon Mull, Smocza straż

Książki Brandona Mulla to świetny pomysł, jeśli macie w rodzinie dziecko, które chcecie zachęcić do czytania. Jego przygodówki powinny spodobać się jedenastolatkom i młodzieży, przygody rodzeństwa Sorensonów zafascynowały też niejednego dorosłego. „Smocza straż” to kontynuacja serii „Baśniobór” — warto do niej zajrzeć zanim zaczniecie czytać tę książkę. Jaśniejsze staną się na pewno słowa Stana Sorensona:

Szczerze mówiąc, znowu nie wiem, co począć. Moja odpowiedzialność jest oczywista. Ale jak daleko jestem gotów się posunąć? Ile potrafię zaryzykować? Czy uczciwie będzie dać im wybór? I czy to w ogóle wybór, skoro wiem, co zdecydują?

Dwa pokolenia: Dziadkowie i Wnuki połączone jedną misją — ochronić przed ludźmi azyle magicznych stworzeń i ochronić ludzi przez magicznymi istotami. W „Baśnioborze” rodzeństwo Kendra i Seth dowiedziało się, jakie zadania wykonują ich tajemniczy Dziadkowie, uczyło się nowych obowiązków i oczywiście ratowało świat. Wydawało się, że po zwycięstwie nad demonami nastaną spokojne i nudne (to słowa Setha) lata. Pojawiło się jednak nowe zagrożenie — smoki, które po latach niewoli i uwięzienia w azylach, zapragnęły znowu zakosztować wolności.

Brandon Mull, Smocza straż

Brandon Mull zgrabnie wykorzystał świat stworzony w „Baśnioborze”, by wykreować nową serię. Spotykamy Kendrę i Setha tuż po zakończeniu przygód opisanych w „Kluczach do więzienia demonów”. Dziadkowie mają nadzieję, że nastaną spokojne czasy, Kendra próbuje uporać się z własnymi uczuciami, Seth się nudzi. To właśnie on przyjmuje nadchodzącą burzę z największym entuzjazmem (a to nowina!). Akcja powieści toczy się głównie w Gadziej Opoce, a wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Ani Seth, ani czytelnik nie mają czasu na nudę.

Brandon Mull, Smocza straż

W „Smoczej straży” spotykamy część postaci znanych nam z „Baśnioboru” oraz wiele innych magicznych stworzeń, które chcą lub muszą współpracować z ludźmi. Moją dorosłą sympatię zdobył nypsik Calvin, Maleńki Bohater. Może dlatego, że trochę przypominał mi Ryczypiska z Narnii, tak samo zabawnie dumy i odważny, mimo swojego niewielkiego wzrostu. Brandon Mull wprowadził także do książki „zwykłych ludzi” nieświadomych istnienia drugiego, magicznego świata. Ciekawa jestem, czy będzie rozwijał ten wątek, czy Knox pozostanie w pamięci jedynie jako narzędzie wykorzystane przez Setha do osiągnięcia celu. Zresztą ten wątek wydaje mi się najbardziej nośny z perspektywy rodzica. Całkiem dobrze nam się rozmawiało z Tymkiem, czy tego typu postępowanie jest etyczne i czy rzeczywiście nie było innego wyjścia. Oraz czy cel uświęca środki i czy nie za często korzystamy z tego argumentu. Niezła dyskusja, jak na zgrabnie napisaną przygodówkę dla dzieci.

Brandon Mull zapowiada, że „Smocza straż” będzie składała się z pięciu tomów. No cóż, pozostaje czekać na kolejne — ciekawa jestem na ile Mullowi uda się wykreować nowy świat, który nie będzie jedynie nowymi przygodami Kendry i Setha w znanej już scenerii „Baśnioboru”. „Smocza straż” to udane wprowadzenie — zaostrza apetyt i sprawia, że czytelnik ma ochotę na więcej.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Brandona Mulla: http://brandonmull.com/category/dragonwatch/

 

Brandon Mull, Smocza straż, il. Brandon Dorman, tł. Rafał Lisowski, Wilga 2017

 

 

Jestem miasto. Warszawa

Dzisiaj będzie o pożytkach z grzebania w koszach z książkami w supermarketach. Wiem, wiem — książki najlepiej kupować w małych księgarniach. Takie rozwiązanie ma jednak kilka wad: nie zawsze taka księgarnia jest blisko domu, bywają bardzo złe małe księgarnie, a ceny oferowanych w nich książek czasami zbijają z nóg. Uwielbiam klimatyczne księgarnie, ale większość książek kupuję przez Internet. W koszach grzebię namiętnie, bo w stertach kolorowej bylejakości można znaleźć tam prawdziwe skarby sprzed kilku lat i to za cenę, o której w chwili wydania mogłabym tylko pomarzyć. Nie samymi nowościami żyje człowiek (a dziecku zwykle jest wszystko jedno, aby było ciekawe), a w koszach zdarza mi się trafiać na zachwycające książki, o których nic a nic nie wiedziałem (wiem, wstyd). O jednej z nich chciałabym opowiedzieć, bo zachwyca i mnie, i moje Młodsze (a Tymek też do niej zerknął).

Jestem miasto. Warszawa

„Jestem miasto. Warszawa” to dzieło Marianny Oklejak, której ilustracje bardzo, bardzo lubimy (no gdzie jest kolejna część ciężarówki?). Według informacji z bloga Pani Marianny, książka powstała w 2012 r. i została wydana przez Czułego Barbarzyńcę. Mignęła mi wtedy przez chwilę, bo została wyróżniona przez polską sekcję IBBY. Mignęła i przepadła, a teraz kusiła z supermarketowego kosza. Trafiło do nas wydanie sygnowane przez Wydawnictwo Wilga.

„Jestem miasto. Warszawa” to wspaniały picture book poświęcony Warszawie, a narysowany z wielką miłością. Piotruś z zachwytem i radością ogląda karty, studiuje, czyta nieliczne napisy, których autorką jest Aleksandra Szkoda, a jego uwielbienie dla tej książki cały czas rośnie. A więc zaczynajmy opowieść….

Dawno, dawno temu, w praczasach była sobie knieja. 

Jestem miasto. Warszawa

W lasach mieszkali radośni ludzie, wesołe zwierzęta i całe tłumy magicznych stworzeń. Wyobraźcie sobie, z jaką radością mój Synek wyszukiwał na tej pradawnej ilustracji Warsa i Sawę, wodnika, diabełka z wierzby (u nas jest to Rokita i już!) oraz wiele innych postaci, które Piotrusiowi kojarzą się z baśniami i legendami. Historia dzieje się na naszych oczach, a stare przeplata się z nowym.

Jestem miasto. Warszawa

Na kolejnej karcie przeskakujemy kilka wieków. Jesteśmy w czasach wolnych elekcji. Sobieski buduje dla Marysieńki Marie Mont, na polach Woli szlachta wybiera króla, a Szwedzi walczą pod Białołęką z okrzykiem „Ikea” na ustach. Warszawa wydaje się taka malutka, a Góra Gnojowa taka duża. (Musiałam koniecznie sprawdzić, kto wpadł na pomysł wyrzucania śmieci tuż obok królewskiego zamku, bo Piotrusia ta góra zafascynowała).

Jestem miasto. Warszawa

Groch z kapustą? Może troszeczkę. Marianna Oklejak miesza lata (te sąsiadujące ze sobą) i co chwila zmienia skalę. Jej Warszawa rośnie i maleje, w zależności od potrzeb rysowniczki, ale — wiecie co? — w niczym to nie przeszkadza. To po prostu książka do wędrowania, najlepiej co jakiś czas w towarzystwie dorosłego, który wyjaśni, wytłumaczy, podpowie i razem się pośmieje. Ilustracje można oglądać z góry, z dołu, z boku… Za każdym razem odkrywa się coś ciekawego, interesującego, innego.

Marianna Oklejak prowadzi nas przez lata ważne dla Warszawy. Razem z nią wędrujemy po Warszawie przez czasy burzliwe…

Jestem miasto. Warszawa

…podziwiamy odrodzoną w dwudziestoleciu międzywojennym…

Jestem miasto. Warszawa

…czujemy ścisk w sercu, gdy widzimy, jak walczy…

Jestem miasto. Warszawa

Mamo, to chyba jedyny obrazek, na którym nie ma żadnego żartu, stwierdził Piotruś, który bardzo dokładnie studiował ilustrację poświęconą Powstaniu…

Potem jest już łatwiej. Towarzyszymy stolicy przy odbudowie, przechodzimy przez szary stan wojenny i wkraczamy do miasta, które znamy…. Ruchliwego, światowego, pełnego życia. Książka Marianny Oklejak jest pełna czaru i dowcipu. Śledziliśmy losy polskiego diabła Rokity, tropiliśmy niedźwiedzia, szukaliśmy łosi. Na pełnych szczegółów ilustracjach kryje się mnóstwo żarcików, zabawnych historyjek i anegdot. Mnóstwo tutaj humoru, który rozbawi dorosłego, „czytającego” te ilustracje trochę inaczej, czasami bardziej nostalgicznie niż dziecko.

Jestem miasto. Warszawa

Jeśli zobaczycie książkę Marianny Oklejak na półce w supermarkecie, zabierzcie ją stamtąd bez zwłoki i wrzućcie do swojego koszyka. I sięgnijcie po nią na półce w księgarni, jeśli gdzieś się jakimś cudem ostała. Nie da się z niej nauczyć topografii Warszawy (ale od tego są mapy), za to dowiecie się, dlaczego to miasto tak bardzo wrosło w polską historię. To książka do wspólnego oglądania dla wielu pokoleń i doskonały pretekst, by do Warszawy się wybrać, chociażby po to, by sprawdzić, jak dzisiaj wygląda Góra Gnojowa.

Marianna Oklejak, Jestem miasto. Warszawa, tekst Aleksandra Szkoda, Wydawnictwo Wilga

Mity rządzą…

Fascynacja Piotra mitami wchodzi chyba w fazę manii… Sama nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy jednak bać. Mówi o mitach, żyje nimi, rysuje ilustracje, opowiada, przepytuje znajomych ze znajomości greckich bogów. Pytania: wujeeek (babciu, ciociu), a ty znasz mity? nikogo już w rodzinie nie dziwi. Niezależnie od odpowiedzi, Młodszy sprawdza prawdomówność dorosłego: taak? to powiedz, kto to była Artemida i ile głów miał piesek Hadesa? Zeus podobno mieszka w naszej piwnicy, a Młodszy wybiera się do Grecji w celu reaktywacji starych wierzeń. Książki mitologiczne przewalają się po całym domu, a Tymek zaczyna znacząco pukać się w czoło 🙂

Dla wszystkich, którzy chcieliby sprzedać taką pasję swoim dzieciom, przygotowałam zestawienie Piotrkowych najukochańszych książek o starożytnej Grecji.

Numer jeden to oczywiście „Mity greckie dla dzieci w obrazkach” Nikoli Kucharskiej (Nasza Księgarnia, 2017)

Mity greckie dla dzieci

Szczegółowy opis możecie znaleźć tutaj. To książka, z którą Piotrek właściwie się nie rozstaje: ogląda, czyta, podsuwa innym pod nos, coś sobie opowiada. Nawet ilustracje z innych książek porównuje z wizją Nikoli Kucharskiej — to najlepsze wprowadzenie do mitów, jakie można znaleźć.

Kolejna pozycja na naszej liście to dwa tomy Katarzyny Marciniak, wydane przez Naszą Księgarnię. O pierwszym tomie „Mojej pierwszej mitologii” pisałam już tutaj. Księga druga to kontynuacja-rozszerzenie, trochę podobna, a trochę inna.

Moja pierwsza mitologia. Księga 2Moja pierwsza mitologia. Księga 1

„Moja pierwsza mitologia. Księga druga” (il. Marta Kurczewska) została podzielona na trzy części: „Przemiany”, „Bestiariusz” i „W królestwie Hadesa”. Piotruś bardzo żałował, że ta trzecia część jest tak krótka. W pierwszej spotykamy się z Owidiuszem, który zbiera historie do swojego słynnego poematu, w drugiej towarzyszymy młodemu Achillesowi i podsłuchujemy jego rozmowy z Chironem (Piotrek aż podskoczył do góry, gdy dowiedział się, że to właśnie Chiron został przemieniony w gwiazdozbiór Strzelca), a w trzeciej jedziemy na wycieczkę do Hadesu. Tak jak w pierwszym tomie każda historia jest uzupełniona króciutkim współczesnym opowiadaniem wyjaśniającym, jak używać powiedzonek, w których słychać echa starożytności.

Moja pierwsza mitologia

Moja pierwsza mitologia

Po lekturze mitów w wersji Katarzyny Marciniak przenieśliśmy się na chwilę do całkiem innej narracji. O „Opowieściach z zaczarowanego lasu” Nathaniela Hawthorne’a już kiedyś pisałam. Przed dwoma laty zachwycał się nimi Tymek, a teraz przyszedł czas na Piotrka — podobały mu się, choć musiałam zmieniać rzymskie nazwy bogów na greckie, moje młodsze wie, że Rzymianie nazywali greckich bogów po swojemu, ale postanowiło ignorować ten fakt. Mamo, ale jak czytasz, to zmieniaj Marsa na Aresa, dobrze?

Opowieści z zaczarowanego lasu

Nieustająco zachwycam się narracją Hawthorne’a, tak wciągającą i urokliwie odległą. Przy tej lekturze Piotruś czasami zasypiał: długa, barwna fraza autora lekko i łagodnie wprowadzała go w sen.

Czytaliśmy także mity w wersji jednego z najpopularniejszych polskich autorów dla dzieci 🙂 Oczywiście mowa o Grzegorzu Kasdepke. Mamy jego mity wydane przez wydawnictwo Wilga. 

Mity greckie

Tymek nie lubił tej wersji mitów, nudziły go i wolał inne książki. Piotrusiowi się podobała. Zaskoczyło go, że Grzegorz Kasdepke czasami przedstawia inny wariant mitu niż ten, który on sam poznał. Język tych mitów jest bardzo współczesny, a bogowie zachowują się podobnie do nas.

Mity towarzyszyły nam także w podróży — wydawnictwo Media Rodzina wydało audiobook z „Najpiękniejszymi mitami greckimi” Dimitera Inkiowa w interpretacji Piotra Fronczewskiego. 

Najpiękniejsze mity greckie

Mimo pewnego zmęczenia mitami, słuchaliśmy ich naprawdę z ogromną przyjemnością. To dzięki tej wersji Piotruś od razu zapamiętał historię Amora i Psyche oraz poznał niektóre przygody Odyseusza (ech, ten cyklop Polifen). Dimitera Inkiowa znaliśmy jako autora przygód Klary, ale jego mity (szczególnie w wykonaniu Piotra Fronczewskiego)  mogę gorąco polecić na każdą podróż.

Uff, uff, prawie dotarliśmy do końca 🙂 W pewnym momencie Piotrek zaczął się dopytywać o wierzenie innych narodów i ludów. Znaczy się dobrze: interesuje go jeszcze coś innego, pomyślała wtedy zmęczona już trochę mitologią matka. Dobrym rozwiązaniem okazały się „Mitologie” z serii „Odkrywanie świata” (Wydawnictwo Olesiejuk). Jakiś czas temu książki z tej serii zalegały na półkach w supermarketach.

Odkrywanie świata. Mitologie

W książce można znaleźć sporo informacji o podstawowych wierzeniach różnych ludów. Informacje są zwarte i krótkie, ale czasami bardzo dosadne i brutalne — można tutaj znaleźć historie pomijane przez innych autorów mitów (na przykład fakt, że Herkules w przypływie szału zabił swoją żonę i dzieci, za co potem pokutował). 

Odkrywanie świata. Mitologie

Piotrusiowi bardzo odpowiada czcionka tej książki — litery są duże i wyraźnie, dobrze dostosowane do początkującego czytacza.

Po domu przewalają się jeszcze dwie „greckie” książki: „Grecja bogów i herosów”

Grecja bogów i herosów

oraz „Mity Greków i Rzymian” Wandy Markowskiej.

Mity Greków i Rzymian

Pierwsza z nich służy głównie do pokazywania synkowi zabytków i map. Mity to piękne baśnie, ale warto także wiedzieć, jak żyli ludzie, którzy wierzyli w Zeusa, gdzie mieszkali i co pozostało po nich do naszych czasów. A mity Wandy Markowskiej to przejaw mojej desperacji — znudzona nieustannie maglowanymi wersjami dla dzieci sięgnęłam po wersję dla starszych, która bardzo się Piotrkowi spodobała. Mówi, że czasami jest to nudne, ale fascynują go kolejne imiona i nazwy — świat greckich bogów zaczął się rozszerzać i mienić jeszcze bardziej. Parandowskiego i Kubiaka pozwolę Piotrkowi odkryć samemu, gdy trochę podrośnie.

Na koniec chciałabym Wam pokazać plakat, jaki moje dziecko (przy współpracy rodziców) przygotowało na szkolny festiwal pasji i talentów. Uwierzcie, sam chciał — jego rodzice działali bardziej jak stoper, przerażeni, jak ich maluszek poradzi sobie z występem przed całą szkołą 😉 Piotr się uparł i będzie opowiadał o greckich bogach. W końcu to jego prawdziwa pasja, pewnie jedna z wielu, ale też taka, która bardzo rozszerza horyzonty.

Plakat

Trzymajcie za Piotrusia kciuki 🙂

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Szkatułka i ważka – czyli o ratowaniu świata po raz kolejny

Dzisiaj ponownie będzie o książce dla dzieci trochę starszych — Tymek pochłania takie ilości książek, że jego matka za nim nie nadąża. „Szkatułkę i ważkę” z serii „Strażnicy” Teda Sandersa (wydawnictwo Wilga) przeczytaliśmy oboje i bardzo nam się spodobała — tutaj wielkie podziękowania dla Małgosi, która mi o książce opowiedziała i gorąco zachęcała do lektury.

Szkatułka i ważka

Wszystko zaczyna się od zwykłej ciekawości. Pewnego dnia — podczas jazdy tym samym, co zwykle autobusem, choć po zmienionej trasie — Horacy F. Andrews spostrzega szyld, na którym widnieje jego nazwisko. Ma ogromną ochotę to sprawdzić i w ten sposób trafia do Domu Odpowiedzi (House of Answers). Napis na szyldzie jest nader interesujący i tajemniczy:

ŚCINKI MATERIAŁÓW

PAMIĄTKI

SZCZĘŚCIA

NIESZCZĘŚCIA

ARTEFAKTY

ARKANA

OSOBLIWOŚCI

NIEDOLE

TAJEMNICE

I JESZCZE WIELE INNYCH RZECZY

W DOMU ODPOWIEDZI

Przyznaję, ja bym do takiego sklepu weszła, choć pewnie z dużym dystansem. Horacy, wielbiciel nauk ścisłych, wszedł również i choć w Domu Odpowiedzi znalazł więcej pytań niż odpowiedzi (a także jeszcze więcej interesujących kategorii i etykiet), tam właśnie zaczęła się jego fascynująca przygoda.

Chłopiec okazał się Strażnikiem. Na swojego, hmm, partnera wybrał go tajemniczy (w tej książce nie mówi się o magii) przedmiot: Szkatułka Obietnic, Fel’Daera. Chłopiec sam musi odkryć, jakie właściwości ma jego Tan’ji i to, czego sam jest w stanie dzięki niemu osiągnąć. Nauka idzie szybko, a odkrycia porażają. Gdy do chłopca dołącza Chloe, która potrafi przenikać przez ściany, wydarzenia nabierają tempa.

Na świecie działają dwie grupy: Strażnicy, który chronią tajemnicze niezwykłe przedmioty, i Odszczepieńcy, którzy pragną je wszystkie odebrać ludziom. Początki tej walki sięgają daleko w przeszłość, gdy nastąpił rozłam wśród Twórców, istot potrafiących tworzyć przedmioty obdarzone niezwykłą mocą. Okazało się, że moc artefaktów może być wykorzystana także przez ludzi, co wzbudziło sprzeciw części Twórców — to właśnie ich potomkowie zmienili się w Odszczepieńców. Przedmioty mają niezwykłą moc. Fel’Daera, Szkatułka Obietnic, sprawia, że można zajrzeć w przyszłość, ważka Chloe — Alvalaithen, Skrzydło Ziemi — pozwala przenikać przez materię — nie tylko przez ściany, ale właściwie przez wszystko. Trudno się dziwić, że walka o ich posiadanie momentami jest naprawdę brutalna.

Książkę, mimo jej grubości (ponad 500 stron), czyta się błyskawicznie. Tymek wypatrzył, że drugi tom ukazał się już po angielsku, i z niecierpliwością czeka na polski przekład. Trudno mu się dziwić. Akcja jest wartka i szybka, ciągle poznajemy nowych bohaterów i coraz więcej wiemy o obdarzonych czy też obdarzających mocą przedmiotach. Horacy i Chloe są sympatyczni i świetnie się uzupełniają, mają kolegów, rodziny i masę problemów — czasami podobnych do tych, jakie miewają inne dwunastolatki (jak wytłumaczyć mamie późne powroty do domu?). Ted Sanders bardzo ładnie pokazał, jak znika ich nieufność i pojawia się zaufanie. 

W warstwie fabularnej książka oczywiście powiela pewne schematy literatury dla młodszej młodzieży, ale dzieje się w niej tyle i jest to tak fajnie podane, że w niczym nie przeszkadza. Koniec zaś jest taki, że człowiek ma ochotę pobiec do księgarni i natychmiast kupić kolejną część. Ted Sanders stara się znaleźć naukowe podstawy dla wszystkich mocy, jaki obdarzają Strażników artefakty. Nie umiem ocenić, czy te podstawy są wiarygodne, ale dzięki nim książka wydaje się być mocniej osadzona w naszym tu i teraz, a jednocześnie daje nadzieję, że to „tu i teraz” wielokrotnie może nas jeszcze zaskoczyć. 

Dajcie znać, czy Wam się też podobało 🙂

Ted Sanders, Strażnicy. Szkatułka i ważka, Wilga 2016

Zwierzoduchy, czyli o pierwszym tomie Spirit Animals

Tymek zażądał, żebym w końcu zaczęła pisać o książkach, które on czyta, a nie tylko o Piotrusiowych. Na początek padło więc na „Zwierzoduchy” – przyniosły mu je do szkoły Zuzia i Basia, superkoleżanki, a potem w domu Tymek odmawiał współpracy, siedział i czytał. I przeczytał. Przez jedno popołudnie, co samo w sobie o czymś świadczy.

Spirit Animals, Zwierzoduchy

„Zwierzoduchy” to pierwszy tom serii „Spirit Animals” wydanej przez Wilgę. Książkę napisał Brandon Mull, którego „Baśniobór” oboje przeczytaliśmy z przyjemnością. Seria została rozpisana na siedem tomów, każdy z nich ma napisać inny autor.

Akcja powieści dzieje się w Erdas. W tym świecie każde dziecko, które kończy jedenaście lat, przechodzi ceremonię nektaru Ninanii i jeśli ma szczęście, może przywołać swoje zwierzę-ducha, czyli zwierzoducha. Dla rodziny to wielki zaszczyt, bo podobno nie ma wielu ludzi ze zwierzętami opiekuńczymi, choć w książce spotykamy głównie takie. W pierwszym tomie poznajemy czworo dzieci: Abeke, Meilin, Conora i Rollana (dwie dziewczynki, dwóch chłopców). Pochodzą z czterech różnych kontynentów, które nieodparcie kojarzą się z Europą, Afryką, Azją i Ameryką Północną. Każde z nich przywołało nie zwykłe zwierzę, ale jedną z potężnych, wymarłych Wielkich Bestii. Pojawienie się Bestii (wilka, lamparta, pandy i sokolicy – to są dobre bestie) potwierdza, że powraca starożytne zagrożenie i bliskie jest przebudzenie się Pożeracza, czymkolwiek by ten stwór był. Budzą się także pozornie pokonane złe bestie.

Książkę czyta się szybko, ale zdecydowanie skierowana jest do młodszych nastolatków, i to takich, które nie mają za sobą zbyt wielu lektur. Ja miałam wrażenie, jakby ktoś powielał w niej znaną powszechnie receptę na sukces: musi być tajne stowarzyszenie, kilku młodych bohaterów, jakieś zagrożenie nieznane i przerażające. Momentami akcja była przewidywalna, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Miło się towarzyszy bohaterom, którzy mimo młodego wieku muszą pokonać mnóstwo przeciwności, by uratować świat, chociaż przez całą lekturę miałam wrażenie, że ten tom to tylko wstęp, a prawdziwa historia dopiero się zacznie. Może to wina koncepcji pisania każdego tomu przez innego autora – być może Brandon Mull lepiej się sprawdza, gdy sam kontroluje całość.

Opinia Tymka: Ta książka jest ciekawa, ale czytałem ciekawsze. Najbardziej podobała mi się postać Conora. Jego  zwierzoduch to wilk o imieniu Briggan. Zwierzoduch Abeke to lamparcica Uraza, Meilin ma pandę Jhi, a Rollan sokolicę Essix. Chętnie przeczytam następne tomy, choć wydaje mi się, że już wiem, co w nich będzie.